On nie.
Crowe szedł trochę wolniej, obawiając się, co by się stało, gdyby się zatrzymał. Gdyby się zatrzymał, pewnie by zmienił zdanie — przecież zawsze tak było. Najpierw po cichu, w myślach, potem głośno, gestem. Ciągle powtarzał więc: “jak wrócę”. “Jak wrócę, ogarnę się”. “Jak wrócę, położę się spać”. “Jak wrócę, wezmę, a życie przestanie mnie wkurwiać”. “Tylko jedną”. “Przestanie boleć”. “Zalecenia lekarza”. Chwycił więc w biegu bluzę, po czym wyszedł z domu, jeszcze w progu zapinając smycze dwóch psów.
Tak tutaj trafił.
Widział parę, jaką wydychał, ale niewiele z tym robił. Przystawał jedynie na chwilę, z przymusu, przestępując wówczas niecierpliwie z nogi na nogę. Odruchowo przewracał oczami, ciągnąc smycz, ale w momencie, w którym poszarpywanie przestało przynosić jakiekolwiek efekty — zaczynał wzdychać głośno. Nieważne, jak bardzo spieszył się “do domu”, zatrzymywał się w pół kroku za psami. Bridge najczęściej szedł potulnie, grzecznie i powoli, Bandage — przeciwnie. Ciągle biegał, ciągle węszył, ciągle szarpał smyczą. Niekoniecznie rozumiejąc ekscytację psiego towarzysza, młodsza znajda odmawiała ruszenia.
W chłodny, kurwa, wiatr.
Poprawił cienką, prawdopodobnie nieadekwatną do pogody bluzę z kapturem, mocniej wsuwając materiał na barki. Okrycie pochłonęło sporo wilgoci z powietrza, a teraz — przyklejało się do ciała. Zrezygnował z kurtki. Zawsze rezygnował. Wcisnął na łeb jedynie zwyczajną czapkę z daszkiem, bo przecież “wyszedł tylko na chwilę”.
Ale w rzeczywistości wcale mu nie zależało.
“Wyszedł na chwilę”, tak, jak zawsze. A potem pamiętał co najwyżej zarys tabletek, decyzji, poczucia senności. Jedna, by uśmierzyć ból, jedna, aby zapomnieć, a szkocka — żeby popić. “Wezmę tylko jedną”, tak, jak poprzedniego wieczora. Ledwie pamiętał, co robił, ale któryś z kolegów się zaśmiał, któryś coś podał, a on coś wziął. Wreszcie stracił rachubę.
Benzodiazepina. Opioid. Alkohol.
B y ł. Tutaj, teraz. Wyprowadzając zwierzęta z głową rozsadzaną tępym bólem, bez planu na najbliższych pięć minut, a co dopiero na resztę życia — ale b y ł. Od pewnego czasu czuł drętwienie w palcach, dostrzegał zaczerwienioną skórę, niemniej jednak niewiele z tym robił. Widział, jak trzęsą mu się dłonie, które zaciskał mocno na smyczach, ale szedł dalej.
— Kurwa — zaklął wreszcie pod nosem. Odezwał się tonem pełnym złości, prędzej jednak ogólnie, “w eter”, zamiast do zwierzaków. Bridge zaplątał się w smycz. Ukucnął, celowo przydeptując fragment linki, ale zanim cokolwiek zrobił, przetarł twarz dłonią. Dopiero potem wyciągnął drżącą rękę, chcąc przełożyć tylną łapę psa, zatrzymał się jednak w pół ruchu, słysząc, jak Bridge piszczy cicho.
— Zachowuj się, Bridge, bo przysięgam przed bogiem, zostawię cię tutaj… — warknął ni stąd, ni zowąd, ale pożałował tego w momencie, w którym położył po sobie uszy. Odetchnął raz, drugi, nieświadomy tego, co robi Bandage. Dziwnie reagowała. Zamarła, a potem przeszła kawałek dalej, łapiąc zapach nisko, tuż ponad chodnikiem, aż wreszcie zaczęła wesoło merdać ogonem, popiskując i wyrywając się gdzieś dalej.
Podniósł tylną, obolałą łapę psa, rozplątując smycz, po czym podniósł głowę.
Za wolno.
Za późno.
Serce uderzyło za mocno.
Jedna ze smyczy wysunęła mu się z ręki za szybko.
Rozpoznał znajomą sylwetkę, pewnie, że rozpoznał.
Sorcha niewiele się zmieniła.
Sorcha MacRae