ODPOWIEDZ
26 y/o
LOT NA 240 METRÓW
171 cm
rezydentka w mount sinai hospital
Awatar użytkownika
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoe
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona jej
typ narracji3 os
czas narracjiprzeszły
postać
autor


008.
trust me,
I do this for a living



Dobry lekarz pracy się nie boi — chyba jakoś tak brzmiało to powiedzenie. A nawet jeśli nie — bo przecież istniało wysokie prawdopodobieństwo, że Abby coś przekręciła — Wallace faktycznie pracy się nie bała. Nie przeszkadzały jej dodatkowe zmiany w szpitalu, kiedy na intensywnej brakowało rąk do pracy, a ona powinna już kończyć, nie przeszkadzało jej to, że wszyscy lekarze zrzucali na nią pisanie raportów, bo podobno robiła to najszybciej, kiedy po prostu im się nie chciało, a już na pewno nie miała problemu z braniem prywatnych zleceń, żeby pogrubić nieco portfel, nawet jeśli nie jeden by powiedział, że umniejszały jej umiejętnościom.
Bo może faktycznie nie było nic wyjątkowego w pojechaniu do domu jakiegoś sportowca, do najbardziej fikuśnej okolicy w całym Toronto tylko dlatego, żeby pobrać mu krew. Ale przynajmniej dobrze płacili. I to właśnie ten aspekt przekonał Abigail, żeby zamiast grzać tyłek pod ciepłym kocem z kubkiem gorącej czekolady, przedzierała się teraz śmierdzącą komunikacją miejską w okropnym mrozie, spóźniona już całe dziesięć minut. Wciąż w ramach studenckiego kwadransu. Oczywiście byłaby szybciej, gdyby samochód raczył jej odpalić, ale przecież nie mogło być za dobrze, prawda?
Wallace już tak miała, że jak coś zaczynało się sypać, to wywalało się wszystko. Lawinowo wręcz pech przyciągał do siebie kolejne to zdarzenia i kiedy myślała, że autobus, w którym zesrał się jakiś bezdomny było szczytem jej niedoli, tak jeszcze na ostatniej prostej dwa razy wywinęła orła na chodniku, za drugim razem lądując w zaspie. Świetnie. Po prostu, kurwa, świetnie. I teraz zamiast wyglądać jak profesjonalna, szanująca się pani doktor ze szpitala, przypominała bardziej bałwana, całego oprószonego śniegiem. I w takim stanie wyjechała na jakieś pojebanie wysokie piętro i stanęła pod odpowiednimi drzwiami, pukając, a potem czekając, aż pan sportowiec łaskawie zechce jej otworzyć, w międzyczasie próbując strzepać z siebie chociaż połowę tego przeklętego puchu.
Tak się na tym punkcie zakręciła, że nawet nie zauważyła, kiedy klamka poszła w ruch, a drzwi się otworzyły.
Niby kurwa tacy bogacze, a nawet piasku na chodniku nie mają — mruknęła do siebie, strzepując śnieg z kolan, przy okazji robiąc facetowi na wycieraczce jeden wielki bałagan. — Ciekawe czy połamane nogi są w pakiecie z czynszem — dodała jeszcze, tupiąc butami, wciąż się otrzepując.
I to właśnie wtedy — kiedy skupiała się na czubkach swoich kozaków — zobaczyła kawałek dalej czyjeś kapcie.

Kurwa.
Uniosła powoli spojrzenie. I chociaż było to podyktowane tym, że chciała to zrobić o s t r o ż n i e, finalnie wyglądało to bardziej, jakby bezczelnie obczaja go sobie od dołu do góry.
Świetnie.
Wyprostowała się do pionu, poprawiając wielką torbę na ramieniu i odchrząknęła nieznacznie, osadzając spojrzenie na jego ciemnych oczach. A to wcale nie było takie łatwe, bo jego oczy były jakieś dwadzieścia pięć centymetrów jeszcze nad jej głową. Abby nie była niska, ale kurwa przy nim po raz pierwszy poczuła się jak krasnal.
Joel Delaney? — dopytała, jakby jego wzrost WCALE nie sugerował, że trafiła w odpowiednie miejsce. — Abigail Wallace, przyszłam ci pobrać krew.

Joel Delaney
kasik
postów z AI, czytania mojej postaci w myślach i braku inicjatywy.
29 y/o
For good luck!
198 cm
niski skrzydłowy w Toronto Raptors
Awatar użytkownika
nieobecnośćnie
wątki 18+nie
zaimkizaimki
typ narracjityp narracji
czas narracji-
postać
autor

Nie lubił tych wszystkich, regularnych badań, które musiał cierpliwie znosić, odkąd zaczął grać prawdziwą koszykówkę. A najbardziej irytowało go pobieranie krwi, które miał robione najczęściej. I nie chodziło nawet o sam proces pobierania, bo trwał on przecież chwilę i był bezbolesny, ale o fakt, że trzeba było o tym pamiętać, wpisać w kalendarz i skrupulatnie przestrzegać. Całe szczęście, że nie musiał nigdzie jeździć! To lekarz przyjeżdżał do niego i odbębniał całą procedurę, bo gdyby w grę wchodził jeszcze dojazd do kliniki… Nawet nie chciał myśleć o staniu w korku na zaśnieżonej ulicy. Wystarczy mu już ta jedna stłuczka, którą ostatnio zaliczył - nie ze swojej winy oczywiście! - więc teraz po prostu gdy nie musiał, to wcale nie wychodził. Mało było takich dni, to prawda, ale gdy już się zdarzały, to Joel celebrował je w zaciszu swojego mieszkania, mając katering i siłownię pod nosem, więc wszystko, czego było mu najbardziej trzeba.
Z tym pilnowaniem terminów, to też nie było do końca tak, że wszystko spoczywało na głowie Delaneya. Miał managera, który ogarniał te sprawy i całe szczęście, bo Joel nienawidził pilnować swojego kalendarza. Zrobił się wygodnicki w tym NBA, nic go nie obchodziło, bo od wszystkiego miał ludzi. Ale ludzie nie roboty, czasami podwinie im się noga i tak się właśnie stało dzisiaj, gdy biedny Steve zapomniał przypomnieć Joelowi o pobieraniu krwi. A skoro mu nie przypomniał, to Joel żył w słodkiej nieświadomości, że nie ma dzisiaj zaplanowanych żadnych spotkań i może iść ze spokojną głową na poranne kardio, jak to miał w swoim zwyczaju.
Ubrał się więc w czarną koszulkę kompresyjną z długim rękawem i równie czarne spodenki, szykując sobie w kuchni butelkę z wodą. Właśnie wtedy rozległ się dźwięk dzwonka do drzwi, który oczywiście go zaskoczył. Bo kogo mógł się spodziewać o takiej porze?
Zmarszczył brwi i poszedł otworzyć, a jego brew momentalnie poszybowała w górę, gdy zobaczył przed sobą jakąś kobietę. Akurat natrafił jeszcze na moment, gdy mamrotała coś pod nosem, ale nie zwrócił szczególnej uwagi na jej słowa, będąc zdziwiony samą jej obecnością.
Patrzył, jak powoli przesuwa wzrokiem po jego sylwetce, a na jego twarzy w dalszym ciągu malował się wielki znak zapytania. Przeskoczył wzrokiem na wielką torbę, którą miała na ramieniu i coś zaczęło mu świtać, ale tak wiele rzeczy się ze sobą nie zgrywało, że dopiero jej słowa rozjaśniły mu sytuację.
- Krew? Dzisiaj? - zmarszczył brwi, próbując sobie przypomnieć, czy czegoś nie pokręcił. - Sorry, manager zapomniał mi najwyraźniej napisać, a ja nie mam głowy do pilnowania terminów - dodał uświadamiając sobie, że biedna dziewczyna nadal stoi pod jego drzwiami i czeka, aż królewicz sobie przypomni. Zrobił krok do tyłu, wpuścił ją do środka i już miał zamykać, ale jego wzrok zjechał niżej, prosto na podłogę przed wejściem do mieszkania.
- Chcesz mi może wyjaśnić, co się stało na mojej wycieraczce? - zapytał, po krótkiej pauzie finalnie zamykając drzwi i odwracając się do blondynki przodem. W jego głosie nie było pretensji - przecież i tak nie on będzie to sprzątał - a raczej ciekawość. Uważał to za całkiem niezły wyczyn, przyniesienie takiej ilości śniegu ze sobą do środka. Nie to go jednak najbardziej teraz nurtowało.
- Tak w ogóle, to gdzie jest Jose? - zadał kolejne pytanie, nie dając Abby chwili wytchnienia. Zawiesił na niej swoje ciemne spojrzenie, wpatrując się prosto w jej twarz zarumienioną od panującego na zewnątrz mrozu. Jose był poczciwym lekarzem, nawet go lubił. Zawsze przyszedł, coś tam pożartował, rzucił jakąś historią z Meksyku i się zawijał. I to nie tak, że Joelowi było jakoś szczególnie przykro z powodu tej zmiany, bo umówmy się - Jose był stary, gruby i trochę obleśny, a teraz stała przed nim młoda, zgrabna blondynka, więc Delaney absolutnie nie zamierzał składać zażalenia.

Abby Wallace
26 y/o
LOT NA 240 METRÓW
171 cm
rezydentka w mount sinai hospital
Awatar użytkownika
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoe
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona jej
typ narracji3 os
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Krew? Dzisiaj?
Spojrzała na niego jak wariata. Mówiła niewyraźnie? A może to ona przyszła w zły dzień? Zastanowiła się na moment. Abby bywała chaotyczna — często zapominała głowy, dużo gadała, potrafiła zafiksować się nad jedną czynnością — ale raczej terminów trzymała się dobrych. Szczególnie że to było jej pierwsze tego typu zlecenie. Nie pomyliłaby się już na pierwszej wizycie.
Ale za to Joel już tak, bo jak się szybciutko okazało, to jego manager zapomniał mu przekazać. Kącik jej ust drgnął ku górze. Ciekawe czy o sraniu i ścieleniu pościeli też mu przypominał. Pewnie by o to spytała, gdyby nie miała w sobie jeszcze resztek profesjonalizmu.
To mam przyjść kiedy indziej? Bo wyglądasz jakbyś był… — i znowu to zrobiła. Znowu bezmyślnie zmierzyła go wzrokiem od góry do dołu. — …Zajęty — a przynajmniej jakby miał coś w planach. No chyba, że sportowcy też po domu chodzili w obcisłych koszulkach i gaciach do ćwiczeń. Abby nie miała pojęcia. Ona po swojej chacie raczej bujała się w luźnych dresach i o wiele za dużych bluzach.
Po chwili jednak chłopak wykonał krok do tyłu, zapraszając ją tym samym do środka, co raczej było równoznaczne z tym, że jednak będzie jej dane pobrać dzisiaj tą krew do badania. Wybornie.
Uraczyła go delikatnym uśmiechem i weszła do środka. Nim jednak miała szansę rozejrzeć się do wnętrza, czy chociażby zdjąć buty, on spytał o wycieraczkę, a Abby naturalnie odwróciła się w kierunku podmiotu rozmowy. Czy chciała mu wyjaśnić?
Już tu był — rzuciła, wbijając spojrzenie w jego ciemne oczy. Na głupie pytanie, głupia odpowiedź. — A tak serio to dwa razy wywinęłam orła jak tu do ciebie szłam. Jakbym wiedziała, że macie tu tak ślisko, wzięłabym łyżwy — niby to nie jego wina, że chodniki były śliskie i niczym nie posypane, a jednak, jako sportowiec akurat powinien to zrozumieć. Oni to dopiero chodzili jak na szpilkach, mając świadomość, że każda, nawet najmniejsza kontuzja mogła wykluczyć ich z grania. A na takim lodzie? Skręcona kostka to był szczyt farta.
Przeciągnęła torbę przez głowę i ostrożnie odstawiła ją na idealnie wypastowaną podłogę, by już po chwili zabrać się za zamek od czarnych, wysokich kozaków.
W Meksyku — odpowiedziała krótko na jego pytanie gdzie był Jose. — Pije drinki z palemką, handluje narkotykami i gra w pokera z mafią — dodała po chwili, przyglądając mu się uważnie. Facet na serio poleciał do Meksyku, co prawda odwiedzić rodzinę, ale na dobrą sprawę, Jose miał niekiedy takie historię, że Abby wcale by się nie zdziwiła, gdyby nagle się okazało, że miał jakieś porachunki z gangusami.
Szybkim ruchem zrzuciła z siebie kurtkę, wcisnęła do rękawa szalik i czapkę, a następnie zarzuciła ją na wieszak tuż przy drzwiach. Zgarnęła torbę na ramię i stanęła przed nim gotowa, w medycznym, fioletowym wdzianku.
To gdzie to zrobimy? — pierwsze spytała, dopiero potem pomyślała. Zabrzmiało dwuznacznie? — W sensie gdzie pobieramy ci krew — postanowiła doprecyzować, tak dla zasady i czystego bezpieczeństwa. — Salon, kuchnia? sypialnia? W końcu była tutaj pierwszy raz. Nie miała zamiaru mu się narzucać, a raczej po prostu przecierać nakreślone już przez Josa szlaki.

Joel Delaney
kasik
postów z AI, czytania mojej postaci w myślach i braku inicjatywy.
29 y/o
For good luck!
198 cm
niski skrzydłowy w Toronto Raptors
Awatar użytkownika
nieobecnośćnie
wątki 18+nie
zaimkizaimki
typ narracjityp narracji
czas narracji-
postać
autor

Mówiła całkowicie wyraźnie, ale o tej porze i to na dodatek bez śniadania, Joel nie był najostrzejszą kredką w piórniku. Potrzebował chwili, żeby zatrybić, a gdy już to nastąpiło, z ust blondynki padło pytanie, czy ma przyjść innym razem. Bez namysłu potrząsnął przecząco głową.
- Nie jestem zajęty - uśmiechnął się kącikiem ust, bo była to prawda. Dosłownie i w przenośni. A siłownia na pewno poczeka. - Właściwie, to złapałaś mnie jeszcze przed śniadaniem, więc chyba wszystko dobrze się złożyło? - dodał i wprowadził Abby wzrokiem do środka. Chwilę patrzył na nią przez ramię, ale jej przekorna odpowiedź sprawiła, że niemalże automatycznie uniósł brew. Oczywiście, że już tu był…
- Mam nadzieję, że lądowanie w zaspie trochę zamortyzowało upadek - odpowiedział, bo to było dla niego jedyne logiczne wyjaśnienie, skąd wzięło się tutaj tyle śniegu. Ale żeby nie było - nie nabijał się z jej nieszczęścia. Nie był w sumie nawet świadomy, jak wyglądają chodniki przed jego wieżowcem, bo prawie wszędzie jeździł samochodem, który czekał na niego zaparkowany w cieplutkim garażu. - Dla bezpieczeństwa następnym razem możesz mnie po prostu zaprosić do siebie - puścił jej zaczepne oczko. Trochę się to mijało z ideą braku stania w korkach i dla Jose nigdy by się tak nie poświęcił, ale dla Abby? Był w stanie to rozważyć.
Włożył dłonie do kieszeni spodenek, minął rozbierającą się medyczkę i zatrzymał się przy ścianie, o którą nonszalancko oparł się barkiem. Obserwował ją z zaciekawieniem, ciemnymi oczami leniwie podążając za jej ruchami.
- Zazdroszczę - skwitował historię o Meksyku, nie mając do końca pewności, czy była ona prawdziwa. Złapał krótki kontakt wzrokowy z Abby, ale niewiele udało mu się odczytać z jej oczu. Znając Jose, mogła to być absolutna prawda, bo niby taki grzeczny z niego lekarz, ale Joel dobrze wiedział, że drzemała w nim latynoska krew. - A wiesz może, czy kartel zamierza go jeszcze zwrócić? Nie żebym jakoś szczególnie tęsknił, ale zastanawiam się, czy nasza współpraca ma zadatki na długoterminową - dodał, a w jego głosie przewinęła się nutka rozbawienia, gdy mówił o tym kartelu.
W dalszym ciągu śledził poczytania Abby i gdy ta stanęła wreszcie przed nim bez wierzchniej warstwy ubrań, w kolorowym, lekarskim uniformie, przesunął wzrokiem po jej sylwetce, by na koniec odnaleźć jej brązowe oczy.
- A gdzie najbardziej lubisz to robić, Abby? - zapytał, przekrzywiając głowę na bok. Bo przecież musiała już mieć jakieś doświadczenie. W tym pobieraniu krwi. Wyrobione preferencje, te sprawy. - Salon będzie odpowiedni? - wskazał ruchem głowy na kanapę. Jose zawsze się tam rozkładał, bo narzekał, że nie może długo stać ze względu na stawy. I tak się już utarło. A jeśli blondynka zaaprobowała ten pomysł, poszedł z nią w tamtym kierunku i z cichym westchnięciem usiadł na miękkim siedzisku, trochę z automatu zerkając na swoje przedramię. Obcisły materiał wydawał się ciężki do podwinięcia, więc niewiele myśląc, Joel ściągnął koszulkę przez głowę i odrzucił ją na bok. Wtedy jeszcze raz popatrzył na wewnętrzną stronę swoich łokci, jakby się zastanawiając, w której ręce ma lepsze żyły. Było to chyba nieistotne, więc opadł plecami na oparcie i spojrzał w kierunku Wallace.
- Najgorsze są te przeklęte siniaki. Zawsze moja ręka po Jose wygląda, jakby mnie ktoś pobił - rzucił w oczekiwaniu, aż kobieta będzie gotowa do badania. Zerknął przelotnie w stronę przeszklonej ściany, ale zaraz znowu popatrzył na blondynkę. - A może mały zakładzik? Jak nie zrobisz mi siniaka, to stawiam zajebisty obiad, kolacje, śniadanie, whatever. Co sobie wymyślisz. Huh?

Abby Wallace
26 y/o
LOT NA 240 METRÓW
171 cm
rezydentka w mount sinai hospital
Awatar użytkownika
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoe
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona jej
typ narracji3 os
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Lądowanie w zaspie wcale nie zamortyzowało upadku. Dobra, może niczego sobie nie złamała, więc można było się pokusić o stwierdzenie, że los potraktował ją lekko, jednak to nie zmieniało faktu, że przyszła tu cała poobijana. Jutro z pewnością będzie miała na ciele jakieś miłe pamiątki z tej wizyty. Cóż, przynajmniej prędko jej nie zapomni. Tak samo jak propozycji, która już po chwili padła z ust koszykarza.
Podniosła na niego spojrzenie, a jej jedna brew uniosła się ku górze.
Do siebie zapraszam dopiero po trzeciej randce — rzuciła luźno, ot tak dla rozluźniania atmosfery, tylko chyba atmosfery wcale nie trzeba było rozluźniać biorąc pod uwagę, jak świetnie kleiła im się rozmowa. Oczywiście planowała zaraz skontrować swój niewinny żart informacją, że najbezpieczniej i najprościej to by było, gdyby Joel po prostu pofatygował się do szpitala na pobieranie, jak każdy normalny człowiek, ale wtedy on zapytał o Jose i to, czy kiedyś go wypuszczą. Oczywiście czysto z ciekawości, by po prostu dowiedzieć się, czy ich współpraca miała zadatki na długoterminową.
Czy miała?
Abby nie miała najmniejszego pojęcia. Było to jej pierwsze tego typu zlecenie i to w dodatku jeszcze w zastępstwie. Raczej nie wiązała swojej przyszłości z marnowaniem czasu na dojazdy do wielkich gwiazd sportu, by trochę pokuć ich igłą, chociaż z drugiej strony, im dłużej przyglądała się mężczyźnie, tym bardziej dochodziła do wniosku, że może wcale nie było tak źle…
Nie mam pojęcia — odezwała się w końcu. — Słyszałam, że handlował jakimś solidnym towarem i robił to zajebiście dobrze, więc istnieje szansa, że już go nie puszczą do Toronto i zostawią u siebie dla własnych benefitów — żartowała, wiadomo. Chociaż prawda była taka, że po szpitalu naprawdę chodziła ploteczka, że Jose handlował dragami. A to wszystko miało swoją genezę w jednej sytuacji, w której pacjentka przyszła do niego z bólem głowy, a wyszła prawie na rękach w zajebiście dobrym humorze. No czy to nie było podejrzane?
Może i było, jednak Abby nie miałą teraz czasu się nad tym zastanawiać, bo przecież nie przyszła tu plotkować. Miała robotę do zrobienia. On również zapewne się śpieszył. Chociaż nie wiedzieć kiedy ich rozmowa zboczyła na dziwnie dwuznaczny ton.
A gdzie najbardziej lubisz to robić, Abby?
Wszędzie będzie dobrze. Jestem elastyczna — wciąż mówili o pobieraniu krwi? Chyba tak. Na pewno tak. Dlatego Wallace zacisnęła mocniej palce na torbie medycznej, którą miała ze sobą, a zaraz potem już skierowała się za Joelem do salonu.
I dopiero wtedy była w stanie zobaczyć głębię i obłęd mieszkania, w którym się właśnie znajdowała. Było ogromne. Chociaż chyba największe wrażenie robiły wielkie okna, z których było widać całą panoramę Toronto. Przepiękne.
Może dlatego w pierwszej chwili, zamiast skończyć z nim na kanapie, Wallace podeszła do szyby i z szeroko otwartymi oczami przyjrzała się widokowi. Samochody z tego piętra wydawały się malutkie jak zabawkowe, a ludzie byli ledwo widoczni. Jedynie wieżowce wyróżniały się na całym tle, a to wszystko okryte było zimowym puchem. Było…
Piękne — mruknęła pod nosem, chociaż chyba i tak głośniej niż zamierzała, a zaraz potem odwróciła się w stronę kanapy, na której on już wygodnie siedział… bez koszulki. Mimowolnie zjechała spojrzeniem na jego gołą klatę. Na umięśnioną, chyba najładniejszą klatę, jaka w życiu widziała. A potem złapała jego spojrzenie, Oczywiście, że przyłapał ją na tym, że się gapiła. — To też niczego sobie — tak postanowiła to ograć. Widoczek piękny, klata niczego sobie. Proszę bardzo, Abigail Wallace królowa rozdawania komplementów na lewo i prawo.
Przysiadła obok niego, a torbę postawiła tuż obok, zabierając się za gruby zamek. Na uwagę o siniakach tylko pokręciła głową.
Oczywiście — rzuciła pod nosem. Dlaczego ją nie dziwiło, że Jose zostawiał po sobie takie ślady? Bo starzy ludzie nie powinni pobierać krwi. Podniosła spojrzenie na Delaneya. — W takim razie to twój szczęśliwy dzień — nachyliła się nieco bliżej w jego stronę. — Nie będziesz mieć ś l a d u po tym, że tu dzisiaj byłam — jedni mogli nazwać to bezczelnością, dla Abby było to czyste stwierdzenie faktów. Wybornie posługiwała się igłą. Na studiach najlepiej na całym roku. Nikt nie szył tak dobrze jak ona, już nawet nie wspominając o odnajdywaniu nawet tych najgłębszych żył. Dlatego kiedy wspomniał o tym całym małym zakładzie, tylko się uśmiechnęła.
Umowa stoi — skinęła głową, a zaraz potem sięgnęła do torby po lateksowe rękawiczki. Naciągnęła jedną, łapiąc jego ciemne spojrzenie. — Ale w takim razie możesz już zacząć myśleć, co mi zrobisz dobrego na śniadanie, jak tu skończymy — puściłą gumę, nakładając kolejną. — Umieram z głodu — dodała, bo przecież Wallace też była jeszcze przed śniadaniem. Jedyne co zjadła po przebudzeniu to smutnego bana i to jeszcze takiego prawie czarnego, bo szkoda jej było wyrzucać. Nic przyjemnego.
Przysunęła się nieznacznie bliżej i zaczęła wyciągać odpowiednie rzeczy, a następnie przygotowała sobie wszystkie probówki, które miała pobrać do badań. Było ich całe sześć, każda z inną zakrętką. Ustawiłą je równo na brzegu torby.
Umiesz gotować? — spytała po chwili, podnosząc na niego wzrok. — Czy tacy wielcy sportowcy jedzą tylko pudełka i sałatę? — nie miała pojęcia. W międzyczasie złapała za jego rękę, żeby ją sobie obejrzeć. Przejechała delikatnie po odsłoniętej skórze, a następnie ponaciskała palcami przy zgięciu łokcia. — Łatwizna — prychnęła jeszcze na koniec. Miał dziecinnie łatwe żyły do pobrania.

Joel Delaney
kasik
postów z AI, czytania mojej postaci w myślach i braku inicjatywy.
29 y/o
For good luck!
198 cm
niski skrzydłowy w Toronto Raptors
Awatar użytkownika
nieobecnośćnie
wątki 18+nie
zaimkizaimki
typ narracjityp narracji
czas narracji-
postać
autor

Całe szczęście, że morda nie szklanka i nie było jej tak łatwo zbić! Abby nie dała po sobie szczególnie poznać, że coś ją boli, więc Joel żył w słodkim przeświadczeniu, że upadki były niegroźne i na dobrą sprawę nic jej się nie stało. A siniaki… Cóż, przynajmniej gdy będzie stała wieczorem naga przed lustrem w łazience, to może chociaż na moment wróci myślami do ich porannego spotkania, które - miejmy nadzieję - wspomni milej, niż wywinięcie tego orła na lodzie.
- Och, czyli jeszcze dwa razy musimy spotkać się u mnie? - odparł z udawanym zatroskaniem. A to pech! Bo tak, Joel bez większego namysłu stwierdził, że ich dzisiejsze pobieranie krwi również liczy się jako randka. Zresztą, jeszcze nie było wiadome, jak się ono potoczy. Mogło się przecież zacząć od igły, ale skończyć dużo milej. - Całe szczęście, że jestem cierpliwy - dodał, bo akurat cierpliwości nie dało mu się odmówić. Nie we wszystkich kwestiach, to prawda, ale i tak był w tym ponad przeciętny.
Nie miał za to pojęcia o narkotykach i innych rozweselaczach, nigdy niczego nie brał, choć okazji trafiało się wiele. Ogółem plotki o ćpających na imprezach zawodnikach były tylko plotkami, bo zbyt często byli testowani, żeby mogło to w jakikolwiek sposób przejść. A za taki wybryk nie było upomnienia, tylko wywalenie na zbity pysk, o czym Joel bał się nawet pomyśleć.
- Cicha woda brzegi rwie. Zresztą… podejrzewałabyś go? Ja na pewno nie - uśmiechnął się. Bo kto jak kto, ale stary, poczciwy Jose? - No cóż, najwyżej będziemy na siebie skazani. Mi to absolutnie nie przeszkadza - zapewnił i uśmiechnął się kącikiem ust. Zero sentymentów, choć Jose przyjeżdżał do niego regularnie od trzech lat i może wypadałoby poczuć przynajmniej cień smutku. Problem w tym, że Joel nie był sentymentalny. Łatwo dostosowywał się do nowych okoliczności, szczególnie gdy były tak ładne, jak Abby.
I zanim się obejrzeli, w ich rozmowę wkradł się cień dwuznaczności, a Joelowi w to graj!
Uniósł brew, gdy blondynka stwierdziła, że jest elastyczna i jego myśli kompletnie mimowolnie obrały inny, bardziej nieodpowiedni kierunek. Zaraz jednak się otrząsnął, spojrzał przelotnie na torbę z medykamentami, na której zaciskała smukłe palce i odchrząknął. No tak, pobieranie krwi.
Na początku tak bardzo skupił się na swoich żyłach i zdejmowaniu koszulki, że wcale nie zwrócił uwagi na to, że Wallace, zamiast usiąść obok niego, podeszła do przeszklonej ściany. Przywykł już do tego widoku, mając go na co dzień, ale doskonale wiedział, że przy pierwszym zetknięciu zapierał dech w piersiach.
Uśmiechnął się, gdy Abby skomplementowała widok, ale jeszcze bardziej spodobał mu się jej wzrok, który bezwstydnie przesunął się po jego odsłoniętym torsie.
- Dziękuję - uśmiechnął się tak naturalnie, jakby przyjmowanie komplementów wyssał z mlekiem matki. - Ja też bardzo lubię patrzeć przez te okna. W nocy widok jest jeszcze lepszy - płynnie przeskoczył na temat panoramy, bo nie chciał, żeby blondynka pomyślała, że jest zapatrzonym w siebie narcyzem. Wiadomo, jej komentarz połechtał jego męskie ego, ależ jeszcze jak! Ale nie oczekiwał żadnych większych zachwytów, nie prężył przed nią swoich muskułów, udając, że są większe, niż były w rzeczywistości. Zresztą, wcale nie musiał. Był świadomy tego, jak wyglądał i doskonale pamiętał, ile ciężkiej pracy kosztowało go to ciało.
Odprowadził Abby wzrokiem na kanapę obok siebie, a gdy zapewniła, że nie będzie miał po niej nawet śladu, posłał jej pełne uznania spojrzenie. Podobało mu się to, że była taka pewna swoich umiejętności. Całkiem miła odmiana po Jose, który czasami wyglądał, jakby zapomniał, który koniec igły jest ostry. Och i te jego trzęsące się ręce, koszmar!
Uśmiechnął się, gdy przystała na jego propozycję, ale szybko zmarszczył brwi, gdy okazało się, że to od niego oczekiwała śniadania. Własnoręcznie robionego. Zaraz, zaraz, nie taką propozycję jej składał. Otworzył usta, żeby o tym wspomnieć, ale wtedy Abby dodała, że umiera z głodu. Właściwie, to on też był już głodny i chyba naprawdę miał ochotę zjeść z nią to śniadanie, bo finalnie nie złożył sprzeciwu. Zaczął za to intensywnie myśleć, co ma w lodówce i co może jej z tego ukręcić, żeby nie żałowała tego zakładu. Bo tak, Joel od początku założył, że Abby go wygra. Przecież tylko dlatego go zaproponował.
I choć jego myśli były chwilowo zajęte, to z zaciekawieniem patrzył, jak na brzegu torby pojawiał się równy rządek probówek.
- Jemy tylko pudełka i sałatę - przytaknął, właściwie to nawet zgodnie z prawdą, bo specjalny katering czekał na niego każdego ranka pod drzwiami. - Ale umiem gotować i wiesz co? Zrobię ci takie śniadanie, że jeszcze długo, długo będziesz o nim wspominać swoim koleżankom - dodał, z tą samą pewnością w głosie, z którą ona zapewniała go o braku siniaków.
Następnie podał jej swoją rękę i patrzył, jak bada zgięcie łokcia. Uśmiechnął się, gdy stwierdziła, że będzie to łatwizna, bo faktycznie, jego żyły były widoczne jak na tacy.
- Żałuj, że nie widziałaś mojej ręki po treningu, bo wtedy to na pewno zrobiłoby ci się mokro - powiedział, zanim zdążył ugryźć się w język. A może wcale nie próbował?
- A jeśli zemdleję, to to jest ten moment kiedy robisz mi usta-usta, czy jeszcze nie? - zapytał zaczepnie, bo choć widoku krwi się absolutnie nie bał, to przecież ona nie musiała o tym wiedzieć.

Abby Wallace
26 y/o
LOT NA 240 METRÓW
171 cm
rezydentka w mount sinai hospital
Awatar użytkownika
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoe
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona jej
typ narracji3 os
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Czy podejrzewałaby Jose o przekręty z mafią i prochami? Jak najbardziej. Abby przez lata spędzone w szpitalu na praktykach bardzo dostanie nie raz przekonała się, że rzeczy nie są takie, na jakie wyglądają na pierwszy rzut oka. To samo tyczyło się ludzi — nawet najbardziej ułożony i spokojny człowiek mógł okazać się psychopatą, szczególnie w murach szpitala, dlatego Wallace w żadnym wypadku nie zdziwiłaby się, gdyby poczciwy Jose okazał się meksykańskim mafiozo.
Tak jak niby nie powinien dziwić jej widok za oknem mieszkania — w końcu nie raz podziwiała Toronto z wysokości — a jednak myśl, że ktoś miał całe miasto u swoich stóp każdego poranka, jakoś mimowolnie wywołało gęsią skórkę na jej ciele.
W nocy widok jest jeszcze lepszy.
Uniosła na niego spojrzenie. Nie watpiła, że kiedy zachodziło słońce, a niebo wypełniało się gwiazdami, miasto wyglądało jeszcze piękniej.
W takim razie następnym razem musisz zamówić pobieranie na późniejszą godzinę, żebym znowu mogła się zachwycić — rzuciła luźno. Nie wiązała z tą propozycją jakiś większych nadziei. Po pierwsze dlatego, że Joel płacił (a raczej jego klub) i Joel mógł sobie robić, co tylko chciał — ona tylko przychodziła tu zrobić swoje. Po drugie trzeba sie było liczyć z tym, że ta cała akcja z Abby w jego mieszkaniu mogła być jednorazowym przypadkiem i już więcej nie mieć miejsca. — Zostałabym dzisiaj na cały dzień, ale pewnie masz bardzo napięty grafik — zaśmiała się. Wiadomo, że by tego nie zrobiła. Sama zaczynała dyżur za niecałe trzy godziny. I to wcale nie byle jaki, bo czekała ją kolejna piętnastka, a noce na SORze nigdy nie były delikatne. Zawsze się działo i to skrajne mocne przypadki. Teraz jednak nie miała zamiaru o tym myśleć.
Prychnęła, gdy oznajmił, że jedli tylko pudełka i sałatki. Jako osoba, która na co dzień pławiła się w szybkim do przygotowania jedzeniu i ograniczała swoje fikuśne dania na wynos do fast foodów, za nic nie rozumiała, jak to było zajadać się tylko i wyłącznie sałatą. Lubiła sałatki, ale jednak pizza była sensem życia i nie było nic, co zmieniłoby jej zdanie.
A jadasz czasami coś normalnego? — spytała, nawet na niego nie patrząc, bo ciągle wyciągała rzeczy z torby. Nigdy sama nie miała pudełek, ale zawsze kojarzyły jej się z żarciem pozbawionym smaku, do tego z góry dostajesz narzucony jadłospis, a przecież czasami ma się ochotę na konkretne rzeczy.
Zaśmiała się, kiedy tak bardzo zaczął zachwalać swoje umiejętności kucharskie. Nawet uraczyła go rozbawionym spojrzeniem, głęboko w oczy.
Jeśli jest tak dobre, jak reklamujesz, to z pewnością nie będę opowiadać o tym koleżankom, bo jeszcze będą chciały tu przyjść i mnie wygryźć — wzruszyła ramionami. Czy to nie była trafna uwaga? Bo jeśli Abby faktycznie wywali z kapci jak zje cokolwiek on miał zamiar przyrządzić, to nie miała zamiaru się dzielić! Nigdy nie lubiła i teraz też nie miała zamiaru. Oczywiście zakładając z góry, że jeszcze kiedykolwiek przyjdzie jej tu przyjść. — A zdradzisz rąbka tajemnicy, co to będzie? Tak wiesz, dla zachęty i lepszej motywacji? Bo jak kanapka z szynką, to nie będę się za bardzo starać — bo takie to mogła sobie zrobić sama. Nie znała Joela, przecież mógł być tylko dobry w gadce, a w praktyce… cóż, pozostawiać wiele do życzenia.
Złapała opaskę uciskową i założyła mu ją na wysokości bicepsu. Akurat zabrała się za zaciskanie, kiedy rzucił kolejnym tekstem, a bezczelność, z jaką wypowiedział słowa sprawiła, że Wallace mimowolnie mocniej zacisnęła taśmę. Mocniej niż powinna.
Zawsze jesteś taki pewny siebie? — zapytała w odpowiedzi i finalnie jednak zwolniła nieco uścisk. Skoro zakład liczył się na całym ciele, nie miała zamiaru ryzykować, że krew pobierze nienagannie, a wyżej na skórze pozostawi mu siniaka po opasce.
Chwyciła za płyn do dezynfekcji oraz gazik. Nastepnie spsikała zgięcie łokcia i przetarła delikatnie, by już po chwili w końcu chwycić za igłe, chociaż nim się wbiła, podniosła na niego spojrzenie.
Samo omdlenie nie kwalifikuje cię do RKO — prychnęła, kręcąc głową i nachyliła się nieznacznie w jego kierunku. — Musiałbyś jeszcze przestać oddychać — mówiła spokojnie, przyglądając mu się uważnie, wodząc spojrzeniem po jego twarzy. — Wtedy może załapałbyś się na usta-usta, ale zaraz potem przyjechałaby po ciebie karetka i zabrała do szpitala na dalszą diagnostykę, więc ze śniadanka byłyby nici — wyjasniła dokładnie i dogłębnie proces postępowania w sytuacji zatrzymania krążenia. — Więc decyzja należy do ciebie: czy wolisz szybkie usta-usta i cały dzień w szpitalu, czy może jednak zjeść coś dobrego w doborowym towarzystwie — czy właśnie nazwała się doborowym towarzystwem? Oczywiście, że tak.
Odsunęła się w końcu, by zaraz zabrać za robotę. Wyprostowała plecy i już po chwili w pełnym skupieniu wyczuła palcem żyłę, a następnie przebiła skórę igłą pewnym, krótkim ruchem. Nie-na-gan-nie.
Rozluźnij rękę — poprosiła, już o wiele bardziej poważnym głosem, pełnym skupienia. Mógł widzieć zmianę w jej zachowaniu, kiedy wkręcała się w wykonanie czynności odpowiednio — było to charakterystyczne dla lekarzy. Mogło teraz coś wybuchnąć z tyłu, a ona nawet by nie drgnęła. Krew zaczęła wypełniać pierwszą fiolkę. Wolną ręką odpięła opaskę uciskową, a zaraz potem zmieniała już pojemnik na krew. I znowu. I znowu, aż wszystkie nie zapełniły się czerwoną cieczą.
Gdy już skończyła, podstawiła gazik, a następnie ostrożnie wysunęła igłę z ciała Joela. Docisnęła materiał palcami.
— Przytrzymaj tu proszę.

Joel Delaney
kasik
postów z AI, czytania mojej postaci w myślach i braku inicjatywy.
29 y/o
For good luck!
198 cm
niski skrzydłowy w Toronto Raptors
Awatar użytkownika
nieobecnośćnie
wątki 18+nie
zaimkizaimki
typ narracjityp narracji
czas narracji-
postać
autor

Zamyślił się nad jej słowami.
Czy mógł sobie sam ustalać godziny pobrań krwi? Nigdy tego nie robił, wszystko było wpisane w grafik dużo wcześniej przez jego menago, ale pewnie gdyby tylko mu o tym wspomniał, to byłoby to wykonalne.
- Ależ ja cię absolutnie nie wyganiam! Pójdziesz ze mną na siłownię, potem pojedziemy na trening na stadion i… Jeszcze o czymś zapomniałem… - zamknął jedno oko i uniósł podbródek, przegrzebując czeluści swojej pamięci. - A, wiem! Wieczorem mam przymiarkę garnituru na galę - dodał, gdy tylko sobie o tym przypomniał. Nie był pewien czy tak ułożony dzień brzmiał jak zachęta, czy raczej odwrotnie, ale ludzie płaciliby krocie, żeby otrzymać taką propozycję. Oczywiście był świadomy, że Abby poza pobieraniem krwi sportowcom miała milion innych zajęć i absolutnie w to nie pójdzie. Może to i lepiej. Wolałby, żeby wpadła na oglądanie Toronto po zmroku, gdy będzie miał trochę więcej czasu, a przynajmniej wolny wieczór. Na tyle wolny, żeby udowodnić Abby, że nie jedzie tylko i wyłącznie na sałacie i czasami dla odmiany sam coś sobie ugotuje.
- Oczywiście, że tak - przewrócił oczami, bo kompletnie nie rozumiał, co było nienormalnego w zdrowym, zbilansowanym jedzeniu. Bo to przecież nie tak, że żywił się papkami bez smaku, kleikami białkowymi czy innymi koromysłami tego pokroju. - Zszokuje cię, ale sportowcy też jedzą fastfoody. Po prostu później muszę zrobić więcej kardio - dodał akcentując mocniej ostatnie słowo. Przyglądał się w tym czasie Abby, która w dalszym ciągu była zajęta przygotowaniami do badania. Czy coś sugerował? Na pewno nie bezpośrednio, bo w rzeczy samej bilans kaloryczny musiał się zgadzać.
Całe szczęście, że po śniadaniu, które jej obiecał jako wygraną w zakładzie, wybierał się na siłownie. W tej sytuacji nie musiał się aż tak ograniczać i mógł im przygotować coś, co będzie nie tylko zdrowe, ale i wyjątkowo smaczne.
- Myślałem o szakszuce - odparł. Naprawdę oceniała jego umiejętności tylko na kanapkę z szynką? Zresztą, dobrze zrobiona kanapka z szynką też mogła być zajebista. - Chyba że nie jesz jajek? Mogę wymyślić coś innego, ale uprzedzam, nie mam zbyt wielu rzeczy w lodówce - dodał. Gdyby wiedział, że dzisiaj przyjdzie mu robić popisowe śniadanie dla jakiejś ładnej Pani doktor, to na pewno skoczyłby wieczorem do sklepu, ale teraz niestety musieli się ratować tym, co było pod ręką.
A o ręce mówiąc, z zainteresowaniem przyglądał się, jak Abby zakłada mu opaskę uciskową i aż wstrzymał na moment oddech, gdy zacisnęła ją mocniej, niż powinna. Nie wywołało to u niego bólu, ale dyskomfort już tak i odetchnął z ulgą, gdy ucisk się zmniejszył.
- Zawsze - przytaknął bez zastanowienia, nie uważając bycia pewnym siebie za coś złego. Przez cały czas łagodnym spojrzeniem wpatrywał się w Abby, co jakiś czas tylko przelotnie zerkając na swoją rękę. Wykorzystał to, że wreszcie na niego spojrzała i popatrzył głęboko w jej oczy, ale szybko wydął usta w smutną podkówkę, gdy okazało się, że z usta-usta nici.
- Och… - westchnął, bo skąd miał o tym wszystkim wiedzieć? A podróż karetką do szpitala ani trochę nie brzmiała dla niego zachęcająco. - No dobrze, to zostańmy przy śniadaniu - stwierdził, ale szybko przypomniał sobie, że przecież mieli zakład. - O ile nie zrobisz mi siniaka oczywiście - dodał chcąc zachować pozory, że przecież to był jego główny cel. Brak siniaków.
Zerknął na igłę precyzyjnie wbitą pod skórę i zmarszczył nieznacznie nos. Może i nie mdlał od tego, ale w dalszym ciągu nie był to dla niego przyjemny widok. Zdecydowanie bardziej wolał patrzeć Abby w oczy.
Na szczęście pobieranie przebiegło bardzo sprawnie, a na końcu został poinstruowany, że ma przytrzymać gazik, co od razu uczynił.
- Dostanę jakiś cool plasterek? Jose miał zawsze takie z minionkami - uśmiechnął się kącikiem ust i poprawił się na kanapie, bo na czas pobierania starał się utrzymywać kompletną nieruchomość. Poczekał cierpliwie, aż blondynka zaklei mu miejsce po wkuciu i uporządkuje swoje rzeczy, po czym wstał i przeciągnął się z cichym stęknięciem, całkowicie zapominając o koszulce, którą przecież mógł już założyć.
- Dobra, teraz to i ja zrobiłem się już głodny. Czego się napijesz? - powiedział i bez pośpiechu ruszył w stronę kuchni, która była połączona z salonem. Kliknął ekspres do kawy, żeby się włączył, podczas gdy on podszedł do lodówki i zaczął wyjmować z niej różne składniki. - Możesz sobie usiąść przy wyspie, żebyś miała na mnie dobry widok - w pewnym momencie obejrzał się przez ramię i odnalazł spojrzenie Abby, żeby zaraz puścić jej zaczepne oczko.

Abby Wallace
26 y/o
LOT NA 240 METRÓW
171 cm
rezydentka w mount sinai hospital
Awatar użytkownika
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoe
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona jej
typ narracji3 os
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Plan na potencjalny wspólny dzień, który jej przedstawił brzmiał… okropnie. Praktycznie miałaby latać za nim przez cały dzień na siłownie, na trening, a potem jeszcze na przymiarkę garnituru? Brzmiało jak wszystkie rzeczy, których Abigail Wallace nie-na-wi-dzi-ła robić — chodzić po sklepach i siedzieć bezczynnie na krześle. A ta siłownia nie była jeszcze tak zła, bo przecież mogłaby sobie poćwiczyć, ale tak poza tym? To już chyba wolała siedzieć na dyżurze i ratować ludzkie życia.
Tam też robiła cardio. I to większe niż się Joelowi mogło wydawać. Bo gdyby tak zliczyć ilość kilometrów, jakie potrafiła zrobić, przemierzając korytarze, biegając z wynikami badań i transportując pacjentów na różne piętra, z pewnością okazałoby się, że trening robiła lepszy niż niejeden profesjonalny sportowiec. I to nie przez dwie godziny, a przecież przez dwanaście, bo tyle właśnie trwały rezydenckie zmiany w Mount Sinai Hospital.
Skupiała się na swojej pracy bardzo dobrze i uważnie, chociaż kiedy rzucił w końcu na głos propozycją śniadania, mimowolnie podniosła na niego spojrzenie.
Szakszukę? — jedna brew uniosła się ku górze, a zielone oczy Wallace osadziły się na tych jego, przeszywająco ciemnych. — Brzmi zajebiście smacznie — skwitowała praktycznie od razu. Była tak głodna, że zjadłaby nawet suchą kanapkę z szynką, dlatego kiedy wspomniał o szakszuce, od razu zaświeciły się jej oczy i spojrzała na niego jakaś rozmarzona. — Wiadomo, że kocham jajka — a ktoś nie lubił? Jasne, byli ludzie, którzy nie mogli ich jeść i wiadomo weganie, ale każdy inny normalny człowiek? Przecież jajka to samo zdrowie. I smaczne były. Same zalety.
Tak jak same zalety Joel mógł zauważyć w sposobie, w jakim pobierała krew. Jak spokojnie posługiwała się igłą, jak s t a r a n n i e wbiła się w jego skórę. A zaraz po jak delikatnie przejechałą po jego przedramieniu, nim przystawiła mu gazik, nim kazała mu go przytrzymać, kiedy sama odwróciła się, by sięgnąć po plaster.
Prychnęła pod nosem, gdy spytał, czy dostanie jakiś we wzorki.
Co prawda planowałam dać ci taki biały, no wiesz, dla dużych chłopców — zaczęła rozbawiona. — Ale skoro tak bardzo chcesz być cool, to mam dla ciebie coś lepszego niż minionki — powiedziała i sięgnęła do bocznej kieszeni torby, gdzie trzymała zestaw dla dzieciaków i… plasterki w pokemony. Pomachała mu opakowaniem przed oczami i zaraz wylosowała jakiś z zajebistym pokemonem. Chciała przy okazji jeszcze rzucić uwagą, że z takim plasterkiem, to mu będą wszystkie ziomki na treningu zazdrościć, jednak finalnie ugryzła się w język. Może nie wypadało? Przecież dopiero co się poznali, powinny być między nimi czysto zawodowe relacje, a już i tak wymienili wystarczająco dwuznaczności i jeszcze Wallace planowała zostać na śniadanie. No kurwa świetnie. Jose byłby dumny.
Uniosła na niego spojrzenie, kiedy oznajmił, że jest głodny. Sama czuła, jak wierci ją w brzuchu i nawet ciche burczenie wyrwało się z jej żołądka, jak na prawdziwą damę przystało.
Kawa będzie idealna — rzuciła w odpowiedzi na jego pytanie czego się napije i sama zabrała się za sprzątanie narzędzi nim dołączyła do niego w kuchni. Całe szczęście torba, którą miała była termiczna i faktycznie mogła zostać nieco dłużej niż planowała.
Podeszła do wyspy, przejechałą po niej opuczkami palców, a następnie zgodnie z jego instrukcjami, zajęła miejsce na jednym z hokerów.
To dlatego nie założyłeś koszulki? — prychnęła, przyglądając mu się. A dokładniej jego nagim plecom. — Żebym miała na co popatrzeć? — bo chociaż w mieszkaniu faktycznie było przyjemnie ciepło, zdecydowanie daleko było mu do sauny i potrzeby rozbierania się prawie na waleta. Chociaż tak naprawdę nie miała zamiaru narzekać. Bo widoki faktycznie były nienajgorsze.
A co to za gala ci się szykuje? — zagadała, rozglądając się jeszcze po jego mieszkaniu, pozwalając, by ciekawość wzięła górę. — Dostaniesz jakąś fikuśną nagrodę?

Joel Delaney
kasik
postów z AI, czytania mojej postaci w myślach i braku inicjatywy.
29 y/o
For good luck!
198 cm
niski skrzydłowy w Toronto Raptors
Awatar użytkownika
nieobecnośćnie
wątki 18+nie
zaimkizaimki
typ narracjityp narracji
czas narracji-
postać
autor

Szakszuka nie była niczym ani trudnym do przygotowania, ani specjalnie wytwornym. Z pewnością nie była też szczytem możliwości Joela, ale musiał bazować na tym, co aktualnie miał w lodówce. A jajka miał zawsze, bo były świetnym źródłem białka, którego brunet w swojej diecie potrzebował dużo. Ucieszył się więc, gdy usłyszał w odpowiedzi aprobatę, bo to oznaczało, że nie musiał się dłużej głowić i miał już plan na śniadanie gotowy.
- W takim razie pokochasz też moją szakszukę, obiecuję - odpowiedział z tą charakterystyczną pewnością siebie, gdy Abby zdradziła mu, że jest fanką jajek. Bo tak, nie dopuszczał do siebie opcji, że mogłoby jej nie smakować. Robił ją tak wiele razy, że dopracował swój przepis do perfekcji. Absolutnie nie zakładał przecież, że ich gusta kulinarne mogły się różnić.
Z pewnością różniło się ich spojrzenie na plasterki, bo Joel absolutnie nie uważał, że tylko białe były dla dużych chłopców. Wszakże uważał się za dużego (i mentalnie i fizycznie, przy swoich 198 centymetrach wzrostu), a nadal był podjarany na myśl o tych z obrazkami. Nie poczuł się jednak w żaden sposób urażony tą drobną uszczypliwością, a wręcz zareagował na nią delikatnym uśmiechem, z zaciekawieniem patrząc, jak Abby sięga do swojej torby. Co jak co, ale bezbłędnie trafiła w jego gusta, bo za dzieciaka wręcz ubóstwiał pokemony. Aż oczy mu się zaświeciły na sam widok pudełka, a gdy jeszcze wylosował mu się taki z charizardem, to wręcz zacmokał z zadowolenia.
-No proszę! Nie dość, że lepiej pobierasz krew, to jeszcze masz fajniejsze od Jose plasterki. Coraz bardziej zaczyna mi się to podobać - skomentował i cierpliwie poczekał, aż miejsce po wkuciu zostanie odpowiednio zabezpieczone. No! I tak to on może iść na trening! A koledzy z drużyny na pewno będą mu zazdrościć, bo w większości byli tacy sami jak Joel.
Stojąc do Abby plecami, w dalszym ciągu szukał czegoś w lodówce. I choć tego nie widziała, to uśmiechnął się, gdy wypomniała mu brak koszulki. Zaraz jednak zamknął za sobą drzwiczki i sięgnął do szafki nad ekspresem, w międzyczasie łapiąc z nią krótki kontakt wzrokowy.
-Jeżeli ci to przeszkadza, to powiedz - odparł, wydobywając dwa kubki. Miała teraz idealny widok na to, jak jego mięśnie leniwie przemieszkały się pod muśniętą słońcem skórą, która nabrała koloru podczas jego jesiennego urlopu w Miami. Podstawił jeden z nich pod ekspres, by zrobić dla siebie americano i odwrócił się do blondynki przodem, na moment opierając się pośladkami o szafkę za sobą.
-Z mlekiem? Czarna? A może double espresso, żebyś miała więcej energii na użeranie się z pacjentami? - zapytał, przechylając głowę lekko na bok. Niezależnie co wybrała, zaraz wrócił do robienia kawy, finalnie obydwa kubki stawiając na wyspie.
-Naaah - żachnął się, gdy tylko zapytała o galę. - Nic ciekawego. To charytatywna gala, z bezwartościowymi nagrodami. Kazali nam wystawić jakąś reprezentację, żeby się pokazać - wyjaśnił krótko i chwycił swój kubek, upijając duży łyk aromatycznego naparu. - A ja przegrałem durny zakład i teraz muszę tam iść - wzdychnął, prawie jakby mieli ich tam chłostać i przypalać żywcem. A właściwie to miało być całkiem przyjemnie. Darmowe żarcie, darmowe picie, chwila dla reporterów i do domu.
-Ty pewnie masz ciekawsze plany na sobotę, co? - zapytał, po czym odstawił kubek i ruszył do zlewu, żeby umyć w nim warzywa i przy okazji swoje dłonie. Następnie wszystko wytarł, a białą ściereczkę, której użył, zarzucił sobie na ramię, bo przecież mogła mu się jeszcze przydać. Wziął przy okazji deskę do krojenia i nóż, które wisiały nad zlewem i przeniósł się z robotą na wyspę, prosto przed siedzącą Abby.


Abby Wallace
ODPOWIEDZ

Wróć do „#6”