Całe szczęście, że morda nie szklanka i nie było jej tak łatwo zbić! Abby nie dała po sobie szczególnie poznać, że coś ją boli, więc Joel żył w słodkim przeświadczeniu, że upadki były niegroźne i na dobrą sprawę nic jej się nie stało. A siniaki… Cóż, przynajmniej gdy będzie stała wieczorem naga przed lustrem w łazience, to może chociaż na moment wróci myślami do ich porannego spotkania, które - miejmy nadzieję - wspomni milej, niż wywinięcie tego orła na lodzie.
-
Och, czyli jeszcze dwa razy musimy spotkać się u mnie? - odparł z udawanym zatroskaniem. A to pech! Bo tak, Joel bez większego namysłu stwierdził, że ich dzisiejsze pobieranie krwi również liczy się jako randka. Zresztą, jeszcze nie było wiadome, jak się ono potoczy. Mogło się przecież zacząć od igły, ale skończyć dużo milej. -
Całe szczęście, że jestem cierpliwy - dodał, bo akurat cierpliwości nie dało mu się odmówić. Nie we wszystkich kwestiach, to prawda, ale i tak był w tym ponad przeciętny.
Nie miał za to pojęcia o narkotykach i innych rozweselaczach, nigdy niczego nie brał, choć okazji trafiało się wiele. Ogółem plotki o ćpających na imprezach zawodnikach były tylko plotkami, bo zbyt często byli testowani, żeby mogło to w jakikolwiek sposób przejść. A za taki wybryk nie było upomnienia, tylko wywalenie na zbity pysk, o czym Joel bał się nawet pomyśleć.
-
Cicha woda brzegi rwie. Zresztą… podejrzewałabyś go? Ja na pewno nie - uśmiechnął się. Bo kto jak kto, ale stary, poczciwy Jose? -
No cóż, najwyżej będziemy na siebie skazani. Mi to absolutnie nie przeszkadza - zapewnił i uśmiechnął się kącikiem ust. Zero sentymentów, choć Jose przyjeżdżał do niego regularnie od trzech lat i może wypadałoby poczuć przynajmniej cień smutku. Problem w tym, że Joel nie był sentymentalny. Łatwo dostosowywał się do nowych okoliczności, szczególnie gdy były tak
ładne, jak Abby.
I zanim się obejrzeli, w ich rozmowę wkradł się cień dwuznaczności, a Joelowi w to graj!
Uniósł brew, gdy blondynka stwierdziła, że jest elastyczna i jego myśli kompletnie mimowolnie obrały inny, bardziej nieodpowiedni kierunek. Zaraz jednak się otrząsnął, spojrzał przelotnie na torbę z medykamentami, na której zaciskała smukłe palce i odchrząknął. No tak, pobieranie krwi.
Na początku tak bardzo skupił się na swoich żyłach i zdejmowaniu koszulki, że wcale nie zwrócił uwagi na to, że Wallace, zamiast usiąść obok niego, podeszła do przeszklonej ściany. Przywykł już do tego widoku, mając go na co dzień, ale doskonale wiedział, że przy pierwszym zetknięciu zapierał dech w piersiach.
Uśmiechnął się, gdy Abby skomplementowała widok, ale jeszcze bardziej spodobał mu się jej wzrok, który bezwstydnie przesunął się po jego odsłoniętym torsie.
-
Dziękuję - uśmiechnął się tak naturalnie, jakby przyjmowanie komplementów wyssał z mlekiem matki. -
Ja też bardzo lubię patrzeć przez te okna. W nocy widok jest jeszcze lepszy - płynnie przeskoczył na temat panoramy, bo nie chciał, żeby blondynka pomyślała, że jest zapatrzonym w siebie narcyzem. Wiadomo, jej komentarz połechtał jego męskie ego, ależ jeszcze jak! Ale nie oczekiwał żadnych większych zachwytów, nie prężył przed nią swoich muskułów, udając, że są większe, niż były w rzeczywistości. Zresztą, wcale nie musiał. Był świadomy tego, jak wyglądał i doskonale pamiętał, ile ciężkiej pracy kosztowało go to ciało.
Odprowadził Abby wzrokiem na kanapę obok siebie, a gdy zapewniła, że nie będzie miał po niej nawet śladu, posłał jej pełne uznania spojrzenie. Podobało mu się to, że była taka pewna swoich umiejętności. Całkiem miła odmiana po Jose, który czasami wyglądał, jakby zapomniał, który koniec igły jest ostry. Och i te jego trzęsące się ręce, koszmar!
Uśmiechnął się, gdy przystała na jego propozycję, ale szybko zmarszczył brwi, gdy okazało się, że to od niego oczekiwała śniadania. Własnoręcznie robionego. Zaraz, zaraz, nie taką propozycję jej składał. Otworzył usta, żeby o tym wspomnieć, ale wtedy Abby dodała, że umiera z głodu. Właściwie, to on też był już głodny i chyba naprawdę miał ochotę zjeść z nią to śniadanie, bo finalnie nie złożył sprzeciwu. Zaczął za to intensywnie myśleć, co ma w lodówce i co może jej z tego ukręcić, żeby nie żałowała tego zakładu. Bo tak, Joel od początku założył, że Abby go wygra. Przecież tylko dlatego go zaproponował.
I choć jego myśli były chwilowo zajęte, to z zaciekawieniem patrzył, jak na brzegu torby pojawiał się równy rządek probówek.
-
Jemy tylko pudełka i sałatę - przytaknął, właściwie to nawet zgodnie z prawdą, bo specjalny katering czekał na niego każdego ranka pod drzwiami. -
Ale umiem gotować i wiesz co? Zrobię ci takie śniadanie, że jeszcze długo, długo będziesz o nim wspominać swoim koleżankom - dodał, z tą samą pewnością w głosie, z którą ona zapewniała go o braku siniaków.
Następnie podał jej swoją rękę i patrzył, jak bada zgięcie łokcia. Uśmiechnął się, gdy stwierdziła, że będzie to łatwizna, bo faktycznie, jego żyły były widoczne jak na tacy.
-
Żałuj, że nie widziałaś mojej ręki po treningu, bo wtedy to na pewno zrobiłoby ci się mokro - powiedział, zanim zdążył ugryźć się w język. A może wcale nie próbował?
-
A jeśli zemdleję, to to jest ten moment kiedy robisz mi usta-usta, czy jeszcze nie? - zapytał zaczepnie, bo choć widoku krwi się absolutnie nie bał, to przecież ona nie musiała o tym wiedzieć.
Abby Wallace