— No tak, najważniejszy argument — parsknęła. Sporządzili właśnie krótki obraz Azjaty w oczach niejednego, białego człowieka. Starała się nie generalizować, bo nie każdy oceniał ich właśnie w ten sposób. Sama również nie wstydziła się swojego pochodzenia, była wdzięczna za wszystkie plusy, które towarzyszą jej z racji tego, dokąd sięgają jej korzenie — bo po swoim ojcu mało co odziedziczyła, nie licząc oczywiście tej pewności siebie i uszczypliwości, jednak to było zdecydowanie nabyte. Nie bez powodu mówiło się, że z kim się zadajesz, takim się stajesz.
— Wyjątkowa jak niebo? — zasugerowała porównanie, które zdążyła już od niego wyłapać. Niezobowiązujące znajomości były fajne, jednak w pewnym momencie można było chcieć oczekiwać czegoś więcej; w końcu każdy lubił, gdy się o niego dbało, interesowało… skakanie z kwiatka na kwiatek nie gwarantowało tego, a nawet przyszłościowo mogło być rozczarowujące. Jej tryb życia był na tyle nieprzewidywalny, że wcześniejsze próby stworzenia czegoś stabilnego kończyły się fiaskiem. Irytowało ją to, ale koniec końców przypominała sobie, że była jeszcze młoda… względnie młoda.
— Szalona jak ty… jeszcze razem zwariujecie — zaśmiała się cicho. W końcu to przeciwieństwa się przyciągają; można było mieć bardzo podobne charaktery, ale koniec końców zawsze była jednak cecha, kompletnie przeciwna, która tworzyła całą robotę.
Nie potrafiła się nie uśmiechnąć i nie pokręcić głową z jawnym rozbawieniem. Chwytanie za słówka mogło być drażniące, lecz jednocześnie było satysfakcjonujące — jakie może być lepsze potwierdzenie, że ktoś cię słucha?
— Może szybciej, na koniec wieczoru? — zasugerowała, jakby zaraz miała rzeczywiście wziąć taksówkę i zostawić go kompletnie nie usatysfakcjonowanego.
— Niby tak, choć zawsze gdzieś pomiędzy siedzi jakaś osoba, która ma z nimi kontakt. I może się wkurzać na ich zachowanie — stwierdziła, wzruszając lekko ramionami. Znała przypadki, w których przełożona robiła na złość stewardessą i nie uwzględniała ich próśb. Dlatego też Flavia miała kilka zasad i nie paliła mostów, nie narzekała za dużo oraz przede wszystkim, nie robiła innym pod górkę. I tak żyło jej się dobrze, nie potrzebowała udziału w dramach, żeby czuć, że żyje.
— Wolność, niezależność, spokój — zaczęła wymieniać to, co najbardziej kojarzyło jej się z pracą.
— Relację z ludźmi. Poznaje się naprawdę wiele, różnych osób. Czasami pasażerowie są problematyczni, a czasami można trafić na wspaniałych ludzi, z którymi da się ot tak porozmawiać — wytłumaczyła. Spotykało się ich naprawdę wiele; niektórzy lecieli na wakacje marzeń, niektórzy ze swoją drugą połówką, niektórzy w żałobie. Inni ekscytowali się na myśl o locie, inni byli przerażeni, ale nie mieli wyboru — ona tylko mogła sprawić, aby była to ich najlepsza podróż.
— Wtedy świat zdaje się żyć swoim własnym tempem. — Nie było tak bezpośredniego dostępu do telefonów, niektóre linie lotnicze oferowały internet na lotach długodystansowych, jednak atmosfera oczekiwania podczas kilkugodzinnego lotu była wyjątkowa.
— Bo? — zapytała, zastanawiając się, co takiego w niej
niemożliwego. Fakt, że nie była pierwszą lepszą czy na wyciągnięcie ręki?
— Agresji? Chyba sobie żartujesz. — Uniosła lekko brwi, patrząc na niego i niedowierzając.
— Stwierdzam tylko fakty, żebyś nie był zdziwiony — dodała. Musiało to wybrzmieć, że to nie on rozdawał tu karty.
Mogła spodziewać się następnego kroku, a zwłaszcza gdy ponownie przyciągnął ją bliżej siebie i to chwilowe napięcie między nimi było wręcz namacalne. I nie tylko serce Ryana przyspieszyło swoje tempo, bo w tym jednym momencie Flavia myślała, że zabraknie jej tchu — może dlatego, że wstrzymała oddech, oczekując na jego dalsze ruchy. Delikatny pocałunek był czymś, czego zupełnie się nie spodziewała. Całego dolara postawiłaby na to, że zaskoczy ją namiętnością i nachalność, a zamiast tego dostała… test. I to jeszcze z dwiema poprawnymi odpowiedziami. Mogła wybrać? Z jednej strony chciała zobaczyć, na co go stać, a z drugiej… chciała pozostać przy swoich założeniach na ten wieczór, które teraz w myślach wyklinała. Nie odrzuciła go, nie zdzieliła z liścia, nie odepchnęła, zamiast tego wolno odwzajemniła jego pocałunek, nawet nieco go pogłębiając, lecz nie pospieszając tempa. Czuła nieznośne motylki w brzuchu — czyli to tak właśnie czuła się
każda inna?
Ryan Lee