28 y/o
Mark your calendar for Canada Day
169 cm
workin' nine to five what a way to make a livin'
Awatar użytkownika
Ho, ho, ho.
Gdzie choinka?
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkishe/her
typ narracjityp narracji
czas narracji-
postać
autor

William N. Patel

Noc sylwestrowa była intensywna. Absurd gonił za absurdem, a spokojnie ktoś mógłby nagrać i puszczać w kinie przygody Charlotte i Williama. Jako komedia wyprzedałaby całe kino. Tylko dla Lotty pobudka na własnej kanapie nie wyglądała zbyt dobrze. Czuła, że jednej nocy zaliczyła wszystkie siedem, grzechów, w jednej dłoni dzierżyła magicznego grzyba, a na głowie miała swoje, ukochane, koronkowe gacie. Chciała pamiętać, ale ta niewiedza doprowadzała ją do szału. Dni mijały nieubłaganie. Początek stycznia minął jak z bicza strzelił. Praca wciągnęła ją na tyle, że nie miała czasu się zastanawiać.
Tak przynajmniej myślała. Każde minięcie drzwi Williama powodowało u niej nieprzyjemne dreszcze. Ile on pamiętał? Tyle samo co ona? I do czego tak właściwie doszło? Jednocześnie bała się z nim spotkać i chciała. Mógł on rozjaśnić jej, co dokładnie się stało. Był większym imprezowiczem z lepszą głową, co prawda nie miał polskich korzeni, ale przez częstotliwość mógł się równać z najlepszymi. Tylko Lotte jak to nie ona postanowiła go unikać. Przy głośniejszych akcjach nie spoglądała nawet w Judasza, a śmieci wyrzucała niczym torpeda. Nawet przestała segregować, by spędzić mniej czasu w przestrzeni wspólnej. Wchodziła do siebie, zamykała się i wychodziła tylko wtedy, gdy musiała.
Zwłaszcza że zaplanowane atak na Williama się nie udał. Peach mogła być kochana, ale wątpiła, że jawna wojna na konfetti nie została mu przekazana.
Na względnym spokoju i ciszy minął im ten miesiąc. Charlotte nie przepadała za walentynkami. Życie nie mogło się zatrzymać. Piątek wieczór to idealny moment na randkę z całkiem przystojnym gościem poznanym w kawiarni. Nawet Kovalski potrzebowała odrobiny nowości. Ostatnie usta, które ją całowały, należały do... Williama. Na samą myśl się wzdrygała. Szykowała się w spokoju we własnym mieszkaniu. Założyła najlepszą bieliznę, pomalowała się, uczesała, a z psami wcześniej wyszła ze dwa razy. Zostało tylko czekać na partnera.
Tylko on pomylił numery i zamiast zapukać do Charlotte, zadzwonił do drzwi Williama.
Tu mieszka Charlotte? Przepraszam, chyba pomyliłem numery... — zagadnął wysoki, niebieskooki brunet, uśmiechając się szczerze do Williama.
34 y/o
Welkom in Canada
180 cm
adwokat Vishwakar, Bradford & Grant Llp
Awatar użytkownika
ignorantia iuris nocet, ignorantia facti non nocet
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona
typ narracjipierwszoosobowy
czas narracjiteraźniejszy
postać
autor

Wieczór w przeddzień Walentynek oznaczał tylko jedno - turbo wyjebistą imprezę singla, podczas której, kto wie, być może spotkasz swoją przyszłą randkę? Tylko ten piątek trzynastego mógł sprawiać wrażenie pechowej daty, ale zapewniam, w moim domu nie ma lipy, zadbałem o wypędzenie wszystkich złych duchów, zanim zebrała się ekipa. Zaprosiłem chyba wszystkich znajomych singli, razem z Peach zadbaliśmy o odpowiednie dekoracje - serduszka, czerwone wstążki, wszechobecny brokat (to akurat był trochę przypadek, niechcący rozwaliłem na środku salonu torbę z różowym i teraz wszystko się świeciło, ale luz, pomyślę jak się tego pozbyć w swoim czasie). Skomponowaliśmy nawet odpowiednią playlistę z tysiącem piosenek o miłości, a motywem przewodnim był kolor naszych serc. Panny miały więc czerwone sukienki i dodatki, a kawalerowie koszule i garnitury. Lało się mnóstwo czerwonego wina, ktoś postanowił nawet podzielić się z duchami przodków i wylał dosłownie pół butli na podłogę w kuchni, więc latam tam na mopie, żeby nie zdążyło wsiąknąć. Wtem słyszę dzwonek do drzwi, więc wciskam go w pierwsze lepsze ręce jakie mi się napatoczą i proszę żeby skończył. Bez dyskusji. Otwieram wrota i zerkam na typa, unoszę wysoko obie brwi, bo nie kojarzę tej mordy, ale kiedy się odzywa, wszystko staje się jasne - Charlotte? Pewnie, wbijaj, poleciała na chwilę do sklepu - mówię, pewnym tonem i zapraszam go do środka, szybko, szybciej, ponad jego ramieniem zerkam przelotnie na drzwi na przeciwko, ale na szczęście pozostają zamknięte, a my jesteśmy już w moim mieszkaniu - Lotta faktycznie coś mówiła, że jest umówiona, a my tu mamy taką małą imprezkę dla singli, no wiesz, nie każdy miał tyle szczęścia żeby sobie znaleźć randkę na walentynki, ale kto wie? Może jeszcze dzisiejszy wieczór to zmieni? Rozgość się, chcesz się czegoś napić? - pytam, a facet nieco nieśmiało kręci głową, ale zanim zdąży cokolwiek powiedzieć, już wciskam mu w dłonie kieliszek wina - Jeden chyba nie zaszkodzi - stwierdza, a ja kiwam łbem i przejmuje od niego bukiet róż. Przyniósł jej kwiaty, jakie to miłe - Chciałem zrobić dobre wrażenie - tłumaczy się, kiedy upychamy bukiet w wazonie, jest całkiem niezłym dopełnieniem dzisiejszego wystroju - Oh, to miło z twojej strony, ale Lottie... Ona nie za bardzo lubi kwiaty - wzruszam ramionami. Koleś wydaje się trochę smutny, więc mówię coś w stylu nie łam się, niejedna kobieta doceniłaby taki gest i że na świecie jest coraz mniej dżentelmenów, a potem prowadzę go na kanapę gdzie razem siadamy. On w środku, po drugiej stronie najwieksza sucz jaką znam, zerka kątem oka na niebieskookiego i przysuwa się bliżej, niby przypadkiem zdejmuje nogę z nogi i ociera się udem o jego udo. Ja polewam sobie więcej wina, dopełniam też kieliszek mojego nowego kolegi - William, tak w ogóle - przedstawiam się, a on mówi, że ma na imię Jason. Pytam skąd się znają z Charlotte, a on zaczyna mi opowiadać całą historię ze wszystkimi szczegółami. Wydaje się być miłym gościem, wydaje się, że mogło im się udać, że to wcale nie musiała być jedna randka, nawet jeśli pierwsza, a te myśli budzą we mnie jakiś niezrozumiały dysonans. Czyżbym poczuł ukłucie... Zazdrości? Tłumacze to sobie jasno - to jej chce zrobić na złość, nie mam w tym żadnego innego interesu. Gubię się już w historii, którą mi opowiada, więc wzdycham ciężko i mu przerywam - Wiesz, Jason, wydajesz się być miłym gościem, który szuka czegoś więcej niż tylko przelotnej znajomości, więc coś ci powiem - potwierdza moje słowa, a ja pochylam się nieco w jego stronę - Nie pakuj się w to, Charlotte to pierdolona nimfomanka, wyrucha cię i zostawi, mówię ci. Ja jestem jej kuzynem, a codziennie muszę walczyć żeby mnie nie przeleciała, wyobrażasz to sobie? Zero hamulców, pojebany łeb. Muszę się zamykać w łazience, bo zawsze mi próbuje wejść pod prysznic - mówię z pełną powagą, facet patrzy na mnie wielkimi oczami, jakby nie dowierzał - Wiem jak to brzmi, ale przysięgam, że to prawda, jak nie wierzysz to zapytaj Dolores - a Dolores akurat siedziała obok nas i była moją wspaniałą kompanką, więc tykam ją ręką i kiedy się do nas odwraca to pytam - Też coś możesz powiedzieć o Charlotte, prawda? - zerka na mnie z uniesioną brwią i niemym zaskoczeniem wymalowanym na twarzy, więc dodaję - No wiesz, o tej Charlotte - to było takie nasze hasło jeśli mówisz o tej Charlotte albo tym Rudolfie to wiesz, że masz ściemniać - Ach, o niej - kiwa głową i pochyla się w naszą stronę, niby to przypadkiem opierając dłoń na udzie Jasona, teraz był już masz, otoczony z obu stron - Mój znajomy się z nią spotykał, mówił, że na początku było cudownie, miłe słówka, kolacje i tak dalej, ale po tym całym love bombing zaczęło się prawdziwe piekło, ciągła kontrola, sprawdzanie telefonu, szantaż emocjonalny, wyzysk, rozumiesz, że musiał jej płacić za mieszkanie? Dwa lata nie chciała mu dać spokoju, musiał sobie załatwić zakaz zbliżania. Turbo toksyczna laska, a czemu właściwie o nią pytasz? - pyta - Jason jest z nią umówiony na randkę - kiwam głową, chociaż wygląda jakby mu się odechciało jakichkolwiek spotkań - Naprawdę? Nie pakuj się w to, nie warto, ale wiesz, w razie co ja też jestem wolna - rzuca Dolores i przygryza delikatnie dolną wargę. Kurwa, była w tym świetna. Wstaje z kanapy i mówię, że zostawię ich samych. Potem kręcę się jeszcze trochę wśród innych imprezowiczów, a po kilku chwilach widzę Jasona z Dolores przy wyjściu. Podchodzę bliżej - Zawijacie już? - pytam, na co facet kiwa głową - Tak, nie chcę się natknąć na Charlotte, mówiłeś, że wyszła tylko do sklepu, pewnie zaraz wróci - mówi, ubierając płaszcz - A tak, faktycznie. Lepiej od razu ją zablokuj, żeby nie zaczęła manipulacji, taka mała rada na koniec. Miło było cię poznać, bawcie się dobrze - żegnam ich, stojąc w drzwiach dopóki nie znikną na schodach. No to udało się upiec dwie pieczenie na jednym ogniu - single zeswatani, a Kovalski będzie musiała co najwyżej zabawiać się ręką.

Charlotte Kovalski
I walk alone, not because I have to, but because I choose to
twoja stara
???
28 y/o
Mark your calendar for Canada Day
169 cm
workin' nine to five what a way to make a livin'
Awatar użytkownika
Ho, ho, ho.
Gdzie choinka?
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkishe/her
typ narracjityp narracji
czas narracji-
postać
autor

William N. Patel

Finalnie Lotte wyszła. Nie dała rady tyle czekać, a wtedy ujrzała... randkę z inną kobietą? Czuła, jakby właśnie coś ukuło ją prosto w serce. Nie w ten sposób miało to wyglądać. Ona miała z nim wyjść. Był miły, porządny, miał dobry zawód i te niebieskie oczy, w których mogłaby utonąć.
Jason? — spytała cicho Charlotte, nie orientując się jeszcze w całej sytuacji. Wyglądała jak dziecko, któremu właśnie zabrano lizaka. Nabrała powietrza do płuc, czekając na odpowiedź. Widocznie jej wieczór, nie miał skończyć się tak pięknie.
Daj spokój, Lotte. William mi wszystko powiedział — mruknął Jason i uniósł dłoń największej suki w całym mieście — wychodzę z Dolores — a ona miała takiego zeza, że nie wiedziała, co się działo. Raz patrzy na Jasona, raz na Charlotte. Prawniczka nawet jej nie znała, ale całą złość przeniosła od razu na Willa. Pierdolony sąsiad postanowił rozpocząć wojnę na całość. Ten wieczór miał być wyjątkowy. Nawet JP II którego znalazła w płaszczu i powiesiła na lodówce, nie mógł jej teraz zatrzymać. Poprawiła sobie makijaż, ubrała najbardziej sukowatą sukienkę, by wtopić się w tłum na jego imprezce, a później... wzięła dodatkowe itemy z koszyczka na leki. Ta impreza zakończy się katastrofą i ona tego dopilnuje.
Wchodzi do mieszkania gładko jak nóż w masło. Impreza trwa w najlepsze, a ona? Stoi jak taka rusałka na środku polany, zastanawiając się, co zrobić. Misja była konkretna: zniszczyć mu imprezę, a najlepiej zakończyć wszelakie znajomości, które tylko tutaj ma. Może powinna poderwać jego najlepszego przyjaciela? Nie. Pewnie jest na takim samym poziomie toksyczności. Lotte bierze głęboki oddech i pierwsze, co robi to idzie do skrzynki z bezpiecznikami. Impreza trwa w najlepsze, aż nagle gasną wszystkie światła, muzyka przestaje lecieć, a jedyne co słychać to ciche odgłosy przerażenia. Prąd wysiadł imprezy nie ma, za to Charlotte szybko przechodzi do kuchni. Wcześniej ma krótki przystanek, by do jednego z soków wsypać środki na przeczyszczenie. Przynajmniej ludzie wychodzący z imprezy nie będą wychodzili ze starym gównem, wszystko zostawią w apartamencie Patela. Później szybkimi krokami idzie na balkon, zabierając wcześniej kieliszek wina, każdy szanujący się palacz wie, skąd pochodzi idealne źródło plotek.
Dojebana ta impreza, co? — zagaduje jedna z dziewczyn, a druga zaraz jej odpowiada — uwielbiam Willa, robi najlepsze imprezy w mieście. Jutro niczego nie będę pamiętać — i aż Lotte delikatnie wzdrygnęło. Ona po ostatniej zabawie też nic nie pamiętała. Oczami wyobraźni przypomniała sobie latające świnie, a na jej twarzy pojawił się taki grymas, jakby ktoś właśnie przysunął jej gówno pod nos.
Ja tam bym uważała na Willa — zaczyna Charlotte z pięknym uśmiechem, zapalając sobie papierosa — ostatnio dostałam jego pocztę. Wiecie, że choruje na AIDS? Wystarczy, że dotkniecie jego dłoni i już macie spaprane całe życie miłosne. Podobno wtedy nie wstaje — najprostszą bronią przeciwko każdemu facetowi są słowa drugiej kobiety. Nieważne, jak bardzo się znali, one już zaczęły jej słuchać z wielkimi oczami.
Przecież to taki porządny prawnik — mruczy platynowa blondynka i zaraz gasi peta w zapalniczce. Połknęły haczyk. Lotte tylko szeroko się uśmiecha, stając przy ścianie. W ten sposób Patel na pewno jej nie zauważy.
Porządny? Zmienia laski jak rękawiczki. To ćpun, a dodatkowo widzieliście te laseczkę, która z nim mieszka? — obie kiwają głowami — to jego domina. Podobno lubi mieć wsadzane w dupę — kłamstwa wyssane z palca, ale te dwie tylko na siebie patrzą i wchodzą do środka. Lotte tylko zagląda przez okno i czeka, aż ludzie zaczną się na Willa dziwnie patrzeć. Tamte dwie już są wyraźne obruszone, zaciągają trzecią niepalącą przyjaciółkę, a chwilę później rozmawiają. Zaraz coraz więcej do nich dołącza.
Za to jakiś facet poddaje tym pięknym kobietom drinka. Z sokiem z dodatkiem od Lotty.
34 y/o
Welkom in Canada
180 cm
adwokat Vishwakar, Bradford & Grant Llp
Awatar użytkownika
ignorantia iuris nocet, ignorantia facti non nocet
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona
typ narracjipierwszoosobowy
czas narracjiteraźniejszy
postać
autor

Wiksa trwa w najlepsze i z minuty na minutę robi się coraz ciekawiej, ludzie są już kompletnie rozluźnieni, wino leje się wodospadami, a gdzieś wokół latają prochy. Z głośników ociężale sączą się strumienie starego, psychodelicznego rocka, a ja tańczę ocieracki taniec z jakąś nieznajomą dziewczyną, pewnie znajomą Peach. Ewentualnie kogoś innego. Czuję, że zaraz każda komórka mojego ciała będzie rozgrzana do czerwoności, szczególnie, że nasze usta są tak blisko siebie, że czuję jej ciepły oddech. I wtedy robi się kompletnie ciemno. Muzyka stop. Mrugam kilka razy, ale zanim oczy przyzwyczają się do braku światła mija dłuższa chwila. Ktoś obok krzyczy - Dobra, spokojnie, zaraz się tym zajmę, niech nikt się nie rusza! - proszę i ruszam w drogę do bezpieczników, może uda się to naprawić? Potykam się o czyjeś stopy, uderzam małym palcem o róg szafki, a na koniec, gdzieś między kuchnią a korytarzem, wpadam na jakąś dziewczynę - Ała, kurwa, miałaś się nie ruszać - rzucam, ale w ciemności i tak nie widzę jej twarzy, więc wymijam ją, przytrzymując za ramiona i idę dalej. Chwilę zajmuje mi uporanie się z korkami, ale w końcu daję radę i znów nastaje światłość. Zebrani mogą bawić się dalej. Ja ruszam do kuchni, bo chcę się czegoś napić, polewam sobie soku, jednak zanim zdążę unieść szklankę do ust, moje spojrzenie pada na typa, który właśnie posypuję sobie krechy z solniczki, czy go pojebało? Odkładam szklankę na blat i podchodzę do typa szturchając go w ramię - Ej, ziomie, to jest sól - mówię, machając mu solniczką przed twarzą, a on patrzy na mnie jakby się ocknął z jakiejś dziwnej hipnozy. Mruga oczami i mówi coś w rodzaju dzięki, stary - Ale ty już może sobie daruj, co? Masz, napij się soku - mówię i podaję mu swoją szklankę, a on odbiera i od razu upija łyka. Ja jednak zostanę przy winie. Siadam na kanapie. Już za moment dosłownie spływa na mnie czyjeś ciało - to koleżanka z baru na dole, chyba miała na imię Katharina. A może Teresa? Mniejsza o to, kładzie mi się kolanach i wyciąga ręce obejmując mnie za szyję - Wiesz, Billy, im dłużej tutaj jestem, tym bardziej czuję, że jesteśmy dla siebie stworzeni, jak te dwa elektrony, które się ciągle przyciągają - mówi. Uśmiecham się i patrzę w jej oczy - duże, czarne źrenice, kompletnie porobiona, ale całkiem śmieszna - Naprawdę? Wiesz, chyba też zaczynam coś czuć - chichocze na moje słowa. Znowu robi się miło i znowu coś, a tym razem nawet ktoś, musi mi przeszkodzić. Czuję mocne szturchnięcie w ramię i ten sam ktoś próbuje poderwać mnie do góry - Szybko, Will, muszę cię o coś zapytać - kolega z kancelarii, próbuje go olać, ale on nie daje mi wyboru, więc wzdycham przeciągle i wstaję. Moja towarzyszka od razu podpełza do kolejnej siedzącej obok osoby i już za moment tonie w ramionach innego, słyszę ukradkiem jak wspomina o elektronach - Co chcesz? - pytam, a koleś na to co właściwie łączy mnie z Peach? Dziwne pytanie, mówię, że po prostu razem mieszkamy i jak mu wpadła w oko to może śmiało brać, a on czy to część naszej gry? Jakiej gry? Naciskam trochę mocniej, a on się przyznaje, że słyszał, że to moja domina. Cooooo? Kto pierdoli takie głupoty? Mam zacząć drążyć temat, ale wtedy gdzieś ponad jego ramieniem widzę, że ktoś ukradkiem przemyka z balkonu. Nie byle kto, tylko sama Charlotte Kovalski. To chyba miałem odpowiedź. Zabieram koleżce czerwony kapelusz z wielkim, okrągłym rondem i zakładam go sobie na głowę - Pożyczę, dobra? Pogadamy później - mówię i ruszam za Charlotte, ale trzymam się na tyle daleko, żeby mnie nie zauważyła. Może dowiem się, po co tu przylazła? Szukała bolca? Ktoś ją zaczepia - Cześć, jestem Jane, koleżanka Willa z pracy, a wy skąd się znacie? Chyba nie miałyśmy okazji poznać się wcześniej - Jane wystawia do niej smukłą, bladą dłoń, ma długie krwistoczerwone paznokcie. Bezceremonialnie zerka Charlotte w dekolt. Chyba wpadła komuś w oko. Z tej odległości doskonale wszystko słyszę, więc odwracam się plecami i udaję, że czekam w kolejce do kibla. Zaskakująco długa się zrobiła, ale tym lepiej dla mnie.

Charlotte Kovalski
I walk alone, not because I have to, but because I choose to
twoja stara
???
28 y/o
Mark your calendar for Canada Day
169 cm
workin' nine to five what a way to make a livin'
Awatar użytkownika
Ho, ho, ho.
Gdzie choinka?
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkishe/her
typ narracjityp narracji
czas narracji-
postać
autor

William N. Patel

Wiara to jedne słowo określało bardzo mocno Charlotte. Zawsze wierzyła we własne możliwości. Mierzyła siły na zamiary. Misja zepsucia imprezy Williama w to pokładała całą swoją nadzieję. Przestała liczyć się jej własna duma, możliwości, czy honor. Skoro on zepsuł jej wieczór przed walentynkowy, to odda mu go z nawiązką. Liczyła na przyjemne śniadanie w łóżku w Walentynki z dodatkową zabawą przed lub po, a teraz stała na jego balkonie. Plan zaczynał działać, a ona czuła się jak najgorszy złoczyńca w ukochanej bajce disneya.
Plotki na balkonie zaczęły ją męczyć. Alkoholu nawet nie poczuła. Za to mróz zaczął dawać w kość. Trzeba było ubrać jakąś fancy kurteczkę, a nie przebierać się za jedną z klubowych dziewczyn Willa. Chciała na spokojnie chwycić kieliszek, wziąć kurtkę, ale ktoś stanął jej na drodze. Zmierzyła powoli kobietę wzrokiem od dołu do góry. Była ładna i może... ją też mogła wykorzystać?
Charlotte, jego sąsiadka. Chyba nie, a szkoda... — zaraz ścisnęła jej dłoń. Puściła kobiecie oczko, a choć chciała zniknąć, to została. Z pierwszego, lepszego blatu sięgnęła po czysty kieliszek, nalała sobie wina i wróciła wzrokiem do kobiety — Szukam miłości — zaćwierkała Lotte, zakładając sobie kosmyk włosów za ucho. Mogła udawać nieśmiałą lokatorkę. Szybciej dostanie to, czego potrzebuje — i jestem spragniona informacji — dodała, wbijając w nią wzrok. Nie nie było za darmo, na pewno nie rozmowa z Kovalski. Nie kojarzyła kobiety z sądu, wtedy może by ją olała. Tak to żadne konsekwencje jej nie dotyczyły.
I odważna, mam przyjrzeć się twojej... sprawie? — spytała, zatrzymując wzrok na dekolcie Charlotte. Wtedy już Lotte była w domu. Przysunęła się do niej blisko, by wyszeptać jej co nie co na ucho.
Tylko jeśli powiesz mi coś interesującego o Willy'm — powiedziała powoli Kovalski, zahaczając nosem o jej policzek. Nawet jeśli William by je widział, zobaczyłby tylko... różnorodne upodobania miłosne Charlotte — mi mówił, że przeruchał każdą koleżankę z pracy. Należysz do nich? — spytała, odsuwając się od niej na moment — nie dotykam towaru kumpla — brzmiała, jak typowy facet. Bros before hoes. Takiego zachowania nauczył ją król podrywaczy i jej najlepszy kumpel. Momentami wręcz Lotte za bardzo przypominała facetów własną psychiką.
Co zrobił?! — spytała oburzona — nie wierzę, idę go znaleźć — i już faktycznie chciała iść znaleźć go. Tylko Kovalski chwyciła ją mocno za dłoń, przyciągając bliżej siebie.
Poczekaj... — mruknęła, rozpoczynając jakiś taniec między nimi — mogłabyś przy okazji krzyknąć, że zaraził cię chlamydią? — spytała, robiąc wielkie oczy i po chwili dodała — Pójdziemy wtedy do mnie — puściła jej oczko. Wtedy już ulotniłaby się stąd. Zniknęła, zostawiając imprezę w totalnym chaosie, zanim ktoś ogarnie, kto był winowajcą. Już chciała zacząć dalej tańczyć, ale...
KURWA UMIERAM! — wydobył się głos prosto z toalety. Ktoś nagle ściszył muzykę, a Lotte już się szeroko uśmiechała. Całe mieszkanie było cicho, a z toalety dało się usłyszeć pierdy godne potwora z Loch Ness, czy pierdolonego smoka, który zjadł więcej owieczek, niż mu przysługuje — DUPĘ MI ROZSADZA!!! — chyba właśnie zrobiła komuś z dupy jesień średniowiecza, ale czy żałowała? W żadnym razie. Z dumą piła wino, usiłując ukryć uśmiech.
34 y/o
Welkom in Canada
180 cm
adwokat Vishwakar, Bradford & Grant Llp
Awatar użytkownika
ignorantia iuris nocet, ignorantia facti non nocet
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona
typ narracjipierwszoosobowy
czas narracjiteraźniejszy
postać
autor

Stoję nadal w tej kolejce przysłuchując się rozmowie dziewczyn. Jakieś pierdu pierdu, potem próby flirtowania, a potem zaczynają coś do siebie szeptać i już nic nie słyszę, przysuwam się trochę bliżej, wciąż jednak będąc tyłem i wytężam słuch jak nigdy, ale nic to nie daje. Sądząc po reakcji, nie powiedziała jej nic dobrego. Nieco mocniej wciskam na łeb kapelusz, żeby bardziej skryć się za dużym rondem. Chwytam w dłoń szklankę wody i zbliżam się jeszcze trochę, bujając delikatnie na boki, że niby tak przypadkowo sobie tu tańczy jakaś postać w wielkim kapeluszu, nie przeszkadzajcie sobie. I wtedy do moich uszu dociera mogłabyś przy okazji krzyknąć, że zaraził cię chlamydią? - normalnie nie wierzę, akurat łykam wodę, więc dosłownie parskam nią na ludzi wokół, dostaje się kilku niewinnym, którzy patrzą na mnie spod byka - Ups, sorki, tutaj masz chusteczki - podaję jakiejś kobiecie pudełko z chusteczkami, niestety, zostaje też zauważony, a raczej usłyszany. Jane odwraca się w moją stronę wyrywając z dziwnego tańca z Charlotte i łapie za ozdobną poduszkę z kanapy, po czym zaczyna mnie nią okładać - Ty świnio! Jak mogłeś zarazić mnie chlamydią?! - łup! I łup! Dostaje kolejne strzały, o tyle dobrze, że w miarę miękkie. Ludzie zaczynają się gapić, ktoś nawet wyjmuje telefon i nagrywa. Jane przestaje mnie okładać tylko dlatego, że robi się kolejna afera. Tym razem w kiblu - dźwięki dochodzące z wnętrza są przerażające, jakby naprawdę kogoś tam rozrywało. To moja chwila, żeby zniknąć, robi się większe zamieszkanie, bo ktoś inny próbuje dobić się do toalety - szybciej, bo nie wytrzymam!... Słyszę przelotem, ale teraz naprawdę mnie to nie interesuje, będą musieli sobie jakoś poradzić. W zamian szukam wzrokiem Charlotte i widzę jej roześmianą twarzyczkę, chociaż w tym momencie dosłownie mam chęć utopić ją w zlewie. Madox miał rację, niektórym naprawdę wypadałoby połamać nogi, żeby nie wchodzili z butami w czyjeś życie. Potykam się o dywan, ale to tylko sprawia, że szybciej dopadam do Kovalski, trochę na nią wpadając - Dobrze się bawisz? - pytam i łapię ją za przedramię, tak mocno, że może nawet będzie miała siniaki - Wychodzimy - zaczynam ją ciągnąć do drzwi, szybko, póki wokół panował chaos, ktoś po drodze mnie zaczepia, że musi skorzystać, a kibel jest zajęty. Tylko co ja mam niby z tym zrobić, ktoś ewidentnie sobie nie radził i potrzebował więcej czasu w samotności na tronie. Polecam mu iść do knajpy na dole, razem z nim wychodzi kilka innych osób. W końcu wypycham Charlotte na klatkę i zatrzaskuję za nami wrota - Po co tu przyszłaś? Nie byłaś zaproszona - rzucam ostro w jej stronę. W tym momencie mam ochotę naprawdę powyrywać jej kłaki i wydłubać oczy.

Charlotte Kovalski
I walk alone, not because I have to, but because I choose to
twoja stara
???
28 y/o
Mark your calendar for Canada Day
169 cm
workin' nine to five what a way to make a livin'
Awatar użytkownika
Ho, ho, ho.
Gdzie choinka?
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkishe/her
typ narracjityp narracji
czas narracji-
postać
autor

William N. Patel

Próbowała ukryć swój śmiech. Zakryła usta dłonią, obserwując wszechobecny chaos. W nim odnajdywała się najlepiej. To był jak ten moment, gdy na sali wszystko zaczyna iść po twojej myśli. Mózg działał jej na najwyższych obrotach. Nawet prychnęła prosto w twarz Patela, widząc go przed sobą. Z Charlotte było prawdziwe zło wcielone, kiedy ktoś nadepnął jej na odcisk.
Teraz już tak — odparła, uśmiechając się szyderczo — jezu, nie mogę cudowna kobieta — aż pokręciła delikatnie głową. Nie spodziewała się takiego bałaganu. Wystarczyła odrobina leków, a cała impreza przybrała nieoczekiwany obrót. Czy była chora na głowę? Nie, zrobiła to świadomie. Goście i tak brali tyle środków, że lek na przeczyszczenie to przy tym pikuś.
William, nie bij mnie! — krzyknęła, kiedy tylko chwycił ją za ramię. Goście szybko znów zwrócili swoją uwagę na nich — przecież nic Ci nie zrobiłam!!! — ani na moment nie zamyka się jej buzia. Jeszcze przed samymi drzwiami zdoła krzyknąć — to ty zaraziłeś biedną June, a teraz jeszcze chcesz mnie? Ty ohydny cwelu! — dopiero po zamknięciu drzwi ponownie na jej twarzy maluje się uśmiech. Misja zakończona sukcesem. Nawet silny chwyt jej nie przeszkadzał. Dalej działała w niej adrenalina. Nie odczuwała tak tego bólu, choć finalnie na jej twarzy wymalował się delikatny grymas. Tylko wraz z pytaniem Williama pojawiła się ponownie wściekłość.
A ty co powiedziałeś Jasonowi? — syknęła, próbując wyrwać mu własne ramię. Finalnie popychając go na ścianę — serio myślałeś, że się nie dowiem? — dopytała, wbijając w niego ostre spojrzenie. Gdyby tylko mogła, kopnęłaby go nogą prosto w krocze. To upokorzenie, którego doświadczył było jedynie przedsmakiem tego, co miała mu do zaoferowania — jeśli chciałeś umówić się ze mną na randkę, trzeba było spytać, a nie nagadywać facetowi, z którym miałam wyjść — warknęła Charlotte. Innego pomysłu na to nie miała. Upokorzona kobieta była najgorszym rodzajem. Potrafiła długo planować, wymyślając nowe pokrętne wątki, a w tym przypadku nie miała zamiaru zatrzymywać się nawet na moment — i to w ramach czego? Zrobienia mi na złość? — i za co na złość? Jeszcze nie zdążyła mu dopiec za Sylwestra. Była zaskakująco cicho poza incydentem z Peach — żałosne — mruknęła, kręcąc głową. Chociaż ona chyba była bardziej. Mogła nadstawić drugi policzek, a zamiast tego pozwoliła, by szalona natura wychodziła z niej na prawo i lewo.
Po prostu gram w twoją grę Patel — mruknęła Kovalski, a chwilę później drzwi się otworzyły — June? — spytała cicho Lotte, wpatrując się pytającym wzrokiem w kobietę. Widocznie i ona została jej ofiarą. Cóż, zawsze mógł to być trefny towar.
Mieszkasz niedaleko? Zaraz coś mój tyłek rozsadzi — wymruczała ciut nerwowym tonem, patrząc na Williama, to na Lotte. Jakby wyczuwała, że sytuacja między nimi robiła się naprawdę gęsta. Zresztą widoczne to było gołym okiem, wystarczyła by iskra, a cała klatka schodowa by doszczętnie spłonęła.
Co? Ja? — spytała lekko zbita z tropu. Nikogo nie wpuściłaby na własny tron — idź na stację, u mnie leży chora ciotka — mruknęła Kovalski, wywracając teatralnie oczyma. Teraz kobieta była jej niepotrzebna. Wykonała własną robotę. Mogła jej jedynie podarować rolkę srajtaśmy dla bogoli.
No dobrze... — wymruczała kobietka, a chwilę później już biegła po klatce schodowej. Po kilku sekundach zniknęła im z oczu. Za to Lotte walnęła z całej siły Willa w ramię. Nie, nie ćwiczyła, ale za to miała pierścionki.
Odwdzięczam się pięknym za nadobne — mruknęła oschłym tonem — ale umiem w to lepiej grać, Patel — wystarczyła jej chwila, by zaplanować kilka najbliższych ruchów. Nadepnął niewłaściwej kobiecie na odcisk.
34 y/o
Welkom in Canada
180 cm
adwokat Vishwakar, Bradford & Grant Llp
Awatar użytkownika
ignorantia iuris nocet, ignorantia facti non nocet
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona
typ narracjipierwszoosobowy
czas narracjiteraźniejszy
postać
autor

Myślałem, że uda mi się przepłynąć ten miesiąc z luzem wodnika, ale najwidoczniej gwiazdy miały co do tego inne plany. Wszystko zaczęło się sypać odkąd znalazłem w portfelu tą pieprzoną, czterolistną koniczynę, teraz byłem już pewien, że wcale nie miała przynosić szczęścia. Przysięgam, że jak tylko wpadnie mi w ręce to ją spalę - Przymknij się - mówię, dalej ciągnąc ją za sobą, nie odzywam się, dopóki drzwi się za nami nie zamkną, ona robi wokół siebie wystarczająco dużo szumu, jakbym i ja zaczął pyszczyć to byśmy mieli cyrk na żywo - Jasonowi? - a więc to o to chodziło, puszczam z uścisku jej ramię, bo się wyrywa jak głupia i nawet próbuje się ze mną bić, więc opadam na te ścianę, na którą mnie popycha. Nie wiem skąd wie, ale pewnie lampiła się przez Judasza i wyczekała moment aż wejdę do środka, ale ona była niemożebnie wścibska - Serio chciałabyś spotykać się z facetem, który uwierzył jakiemuś obcemu gościowi zamiast tobie? To i tak by się nie udało, przyznał mi się, że byłaś jedną z pięciu, planował "Perfect weekend" z okazji Walentynek, jeśli wiesz co mam na myśli - wcale tak nie było, ale umiem kłamać. Facet wydawał się porządny i nawet zajarany jej osobą. Z drugiej strony - czy szukała porządnego faceta? - Chyba powinnaś mi podziękować - on pewnie trochę też, chociaż Dolores zdecydowanie nie była dziewczyną, która zostanie na śniadanie - Z tobą na randkę? Ha! - śmieję się jeszcze kilka razy - hahaha! - No większej bzdury nie słyszałem chyba nigdy w życiu - nawet wtedy jak kilkuletni syn mojej kuzynki powiedział, że szczury potrafią zmieniać płeć - Żałosne? Żałosne?! Bo przecież przychodzenie tutaj bez zaproszenia, kłamanie moim gościom, wymyślanie jakiś debilnych plotek na temat gospodarza, wciąganie w swoje intrygi niewinnych ludzi, TRUCIE moich gości swoją toksyczną osobowością to wcale nie jest żałosne! Brawo, brawo - aż jej zaczynam klaskać, a po chwili kontynuuję - Należy ci się jakaś nagroda za bycie najmniej żałosną osobą w tym budynku, proszę oto twoja statuetka - udaję, że ściskam coś w dłoniach i jej podaję, a kiedy moje ręce są już wystarczająco blisko to pokazuję jej środkowy palec - Możesz sobie ją wsadzić w - ale nie kończę, bo wchodzi mi w słowo, a już za moment pojawia się przy nas Jane. Zaplatam ręce na piersi i przysłuchuję się tej krótkiej rozmowie, natomiast kiedy dziewczyna zaczyna schodzić w dół krzyczę za nią - Wcale nie! Nie ma żadnej ciotki! Po prostu nie chciała cię wpuścić bo jest WREDNĄ SUKĄ, zaufałaś nie tej osobie co powinnaś! - to była moja sekretarka, nie wiem czemu stanęła przeciwko mnie, może po prostu uwielbiała dramy, a może się mściła za to, że przez ostatnie dwa tygodnie robimy weekendowe nadgodziny. Niemniej w poniedziałek znowu będziemy musieli spojrzeć sobie w oczy. Z dołu dochodzi do nas jeszcze głośne pierdol się! i trzask drzwi. Nie wiem czy do mnie czy do Charlotte, może do obydwu. Dostaję boleśnie w ramię, wiec się wzdrygam i przysięgam, że mam ochotę jej oddać, ale nie mieliśmy jeszcze równouprawnienia w tej kwestii. Jak baba biła chłopa to śmiesznie, ale jak chłop babę to już tragedia - Ty jesteś jakaś pojebana - zaczynam, ale przerywa nam kolejna osoba, to mój kolega z pracy - Sory, że wam przeszkadzam, ale chyba powinieneś tam wrócić, Bill, spłuka nie działa - informuje mnie - Co? - pytam, on kontynuuje - No, spłuczka nie działa, kibel wygląda fatalnie, jak na jakimś festiwalu, coraz więcej ludzi ma, ekhm, problemy gastryczne, to chyba po tych twoich krewetkach w tempurze, mówiłem, że owoce morza to nie jest dobry pomysł, ja się zawijam - wiedziałem, że to na pewno nie przez moje krewetki, kupowałem je w zaufanym miejscu. Typek żegna się również z Charlotte, a ja wracam do środka. Większość ludzi jest już wyszykowana do wyjścia, ci którzy muszą wręcz wystrzeliwują przed siebie, czy którzy jeszcze mogą zbierają się razem, ktoś krzyczy idziemy do mnie, to tylko dwie ulice dalej a tłum odpowiada łooooo! To był ewidentny koniec imprezy, niektórzy nawet się ze mną żegnają, Peach chyba znika z tymi, którzy tylko zmieniają lokal. Salon szybko robi się pusty, zostają tylko migające ozdoby, zapach dymu i porozrzucane butelki. W tle leci Somebody to love Jeffersonów. Wciąż mam na głowie czerwony kapelusz z wielkim rondem, w kompletnym milczeniu, powoli odpalając papierosa, zbliżam się do drzwi od łazienki i równie niespiesznie je otwieram. Mogę sobie tylko wyobrazić jak źle to wygląda, chyba jestem gotów.

Charlotte Kovalski
I walk alone, not because I have to, but because I choose to
twoja stara
???
28 y/o
Mark your calendar for Canada Day
169 cm
workin' nine to five what a way to make a livin'
Awatar użytkownika
Ho, ho, ho.
Gdzie choinka?
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkishe/her
typ narracjityp narracji
czas narracji-
postać
autor

William N. Patel

Czy naprawdę wizja wspólnego seksu mogła zmienić tak bardzo perspektywę Charlotte? Widocznie tak. W duchu przeklinała się za sylwestrową noc z Williamem. Powinna ubrać sukienkę, nie pozwolić na wspólną zabawę i ruszyć przed siebie. Zamiast tego, o zgrozo, dobrze się z nim bawiła, dając się ponieść noworocznej nocy. W niej wzbudzała wściekłość oraz obrzydzenie względem samej siebie. Ona i on? Normalnie machnęłaby ręką na zagrywkę Williama. Zdarzało się. Nie Jason to inny, ale przez wzgląd na tamte chwile... nie mogła zostawić tego zdarzenia bez jakiegokolwiek słowa. To że została prawdziwą królową intryg, wyszło całkowicie przypadkiem.
Tak temu Jasonowi, któremu sprzedałeś bajeczki — warknęła Charlotte. Nie obchodziło ją, co miał jej do powiedzenia. Był on dobrym facetem. Kilka rozmów w kawiarni, pytania o ulubione kwiaty, tacy faceci nie chodzą przypadkiem po ulicy. Po kolejnych słowach Williama wydawała się zbita z tropu. Czy on mógłby się o nią troszczyć? Przez moment chciała go przeprosić i przyznać się do winy, ale nie... musiała iść w zaparte — miał mi przynieść kwiaty i butelkę wina, a wiesz, gdzie je kurwa widziałam?! — potrafiła kłamać. Nie wiedziała o żadnym bukiecie, czy winie, ale facet z klasą je zawsze przynosił — W TWOIM DOMU — tyle wystarczyło, by na nowo wzbudzić w jej oczach prawdziwy ogień. Własne kłamstwo, którymi mogła się chwycić rękoma i nogami. Na kolejne jego słowa prychnęła. Nie mogła powstrzymać własnej reakcji.
O i nagle się o mnie troszczysz Patel? — zaśmiała się gorzko, kręcąc głową — trzeba było dać mi się kurwa sparzyć, zakłóciłabym Ci ciszę nocną orgazmem. Tak Cię to kuje? Boisz się, że jakiś randomowy koleś mnie skrzywdzi? — sapnęła ciężko. Im dłużej pierdolił, tym miała go dosyć. Najchętniej odwróciłaby się na pięcie i trzasnęła drzwiami. Teraz pewnie cała dzielnica będzie słyszała o ich dramie. Na pewno sama Renatka, ona już nadstawiała uszy, by usłyszeć, co się dzieje na klatce schodowej — już nie rób z siebie pierdolonego anioła. Typ był we mnie wpatrzony jak pies w smaczka — lepszej by nie znalazł — chuja a nie podziękować — niby to Charlotte pochodziła z Polski, a jednak z Williama wychodziła większa cebula. Nienawidziła takich plottwistów. Jeszcze zaraz się okaże, że jej przyjaciel od przyjemności pracuje razem z nim. Tego by nie wytrzymała i wyniosła się na pierdoloną Alaskę. Tam miałaby chwilę spokoju.
A mam Ci przypomnieć, kto mnie pocałował? — od razu sparowała to jego pójście na randkę. Nie ona zainicjowała tamten pocałunek — kurwa ty — wcisnęła mu palec wskazujący prosto w tors. Potem zaczął się jego monolog i aż strzeliła oczami. Ile można było słuchać tego wysrywu emocjonalnego? — skończyłeś już? — spytała, zakładając rękę na rękę. Parsknęła, kiedy pokazywał jej środkowy palec — wow, nawet bez kibla umiesz się zesrać — skwitowała krótko jego zachowanie — a te zapachy to prawie jak w toitoi'u — pomachała sobie dłonią przed twarzą. Zaraz zjawiła się June. Chwilę później już Charlotte wbijała ostre spojrzenie w Williama. Czy to oznaczało bycie dojrzałym? Wyzywanie bogu winnej sąsiadki od suk?
Nie wiedziałam, że męska duma może boleć kogoś tak bardzo. Na pewno komuś sprzedałeś wenere, tyle lasek przechodzi przez twój burdel — skwitowała, wracając do niego wzrokiem. Kłamstwa? Widziała częściej klubiarki Patela niż jego samego. Wieczorem, o poranku. Czasami wystarczyło mrugnąć okiem, a już zjawiała się nowa kobieta. Mogła być pojebana, ale w plotkach zawsze kryło się ziarno prawdy. Wątpiła, by zakładał gumki na kutasa.
Zaśmiała się. Nie mogła ukryć własnego rozbawienia, kiedy nagle przerwał im gość. Ludzie zaczęli wychodzić, a Williamowi z toalety zrobił się Budapeszt. Tylko nieliczni wiedzą, że jest najbardziej zaśmieconym miastem w Europie. Wszystko się zgadzało.
Krewetki? — zdążyła prychnąć pod nosem — myślałam, że z Ciebie jebana cebula — chciała móc wrócić wzrokiem do Patela, ale on zniknął. Przymknęła mocno oczy, biorąc głęboki oddech. Dobra, czas na rachunek sumienia. Im dłużej stała przed jego drzwiami, tym bardziej dochodziła do wniosku, że... była suką. Może dlatego wróciła do jego mieszkania, z trochę bardziej skulonym ogonem niż wcześniej.
William... wszystko w porządku? — zaczęła spokojnym tonem, wchodząc ponownie do świątyni rozpusty. Rozejrzała się jeszcze raz po mieszkaniu, a pierwsze co do niej doszło, to zapach fekaliów. Ruszyła do środka i natrafiła na Williama w łazience — wow, ktoś zesrał Ci się nawet we wannie... — mruknęła, zasłaniając własny nos łokciem — syf jak w Budapeszcie, toitoi na Woodstocku jest czystszy — i nie, nie był gotowy na ten widok. Ludzie urządzili sobie grupowe sranie w jego łazience. Nie tylko toaleta była osrana. Wiadomo klapa, to standard. Tylko ta umywalka, wanna i prysznic. Ludzie nawet nie spłukali po sobie odchodów — czy to jakiś poważny teren skażenia? — mruknęła, chwytając go za rękaw koszuli. Nawet jej samej robiło się słabo od wszechobecnego koloru sraki — wiesz, jakbyś był dla mnie miły, to mógłby skorzystać z mojej łazienki — zaczęła niewinnie, kiedy wyszli — ale to wymagałoby przeprosin — za Jasona — Albo chociaż kieliszka wina — poprawiła się, po katastrofalnym widoku jego łazienki miała wyrzuty sumienia. Choć mogła być suką, to nie spodziewała się takich konsekwencji.
34 y/o
Welkom in Canada
180 cm
adwokat Vishwakar, Bradford & Grant Llp
Awatar użytkownika
ignorantia iuris nocet, ignorantia facti non nocet
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona
typ narracjipierwszoosobowy
czas narracjiteraźniejszy
postać
autor

- No to sobie je weź - wywracam oczami. Pasowały mi do wnętrza, ale niech je bierze i spierdala, może nawet z całym wazonem, nie zależy mi. Przekrzykujemy się - jej jedno słowo, moje dwa i znowu jej trzy. Ściągam usta w wąską kreskę, ze złości i żeby powstrzymać się od komentarza bo musiałbym przyznać jej rację. Jak powiedziała to wszystko głośno to aż mi ciary przeszły po plecach, tak się wkurwiłem. Otwieram i zamykam usta jak ryba dopiero co wyciągnięta z wody i szukam jakiegokolwiek punktu zaczepienia i trafia się jak na zawołanie - O Boże, a mam ci przypomnieć kto mnie pocałował? - przedrzeźniam ją, składając ręce przy twarzy i mrugam kilka razy, a potem rozkładam ramiona - No jakoś sobie nie przypominam żebyś stawiała opór - a nawet byłem pewien, że jej się podobało. Mnie też się podobało. Gdyby powiedziała nie, przecież nie zrobiłbym tego drugi raz, ani potem trzeci i być może kolejny, mój kręgosłup moralny był bardzo elastyczny, ale jednak był. Cofnąłbym się jeszcze dalej pod naporem jej palca, ale i tak już byłem postawiony pod ścianą. Mam jakieś przebłyski z klubu i aż mi ciary żenady lecą po plecach jak sobie przypomnę co ja pierdoliłem, że chcę się z nią zestarzeć i tak dalej. Później miałem większego kaca moralnego niż zwykłego. Czy już skończyłem? Prawie, chociaż każde jej kolejne słowo nakręcało mnie jeszcze bardziej - No i co z tego? Po prostu jestem towarzyski, a ty co? Zazdrosna? - teraz trochę do niej mierze z tej samej broni, bo niby co jej to przeszkadzało? Mój chuj i moja wenera - Zresztą sama też nie jesteś święta - może nie była taką wywłoką jak ja, ale przecież też widywałem mężczyzn opuszczających jej mieszkanie, ostatnio nawet znajomego. Akurat miałem wyjść ale spanikowałem jak usłyszałem, że jej drzwi się otwierają i schowałem się w środku, od razu przyklejając do judasza. Swoje widziałem, jeszcze nie miałem okazji porozmawiać z kolegą, ale w tym momencie sobie obiecuję, że zaczepię go przy pierwszej sposobności. Przerywa nam mój znajomy i nie słyszę już żadnych uszczypliwych komentarzy, bo chowam się w środku. Drzwi od kibla powoli się otwierają i już wiem, że nie byłem na to gotowy. Mój ból istnienia właśnie wypierdala poza skalę, mam ochotę płakać. Ściągam jeszcze jednego bucha z papierosa, po czym rzucam go na płytki i przygniatam butem. Ignoruję każde jej słowo, każdy kolejny komentarz, w tym momencie mam ochotę zawinąć się w kołdrę i pójść spać, a obudzić dopiero jak ktoś ogarnie to za mnie. Nie obędzie się bez hydraulika i ekipy sprzątającej, ja nie byłem brzydliwy, ale kurwa, każdy miał jakieś granice. Wychodzę razem z nią, kiedy mnie ciągnie za rękaw, wciąż w milczeniu, unikam nawet kontaktu wzrokowego - w zamian wymijam ją i zaczynam otwierać okna, wraz z mroźnym powietrzem do środka wpada trochę śniegu. Dopiero kolejne jej słowa sprawiają, że zerkam na nią kątem oka. Jej należały się przeprosiny? - Weź całe - mówię, wciskając jej w rękę ledwo zaczętą butelkę wina - I to - oddaję także piękny bukiet czerwonych róż, który przyniósł ze sobą jej amant, wino też mogło być od niego, bez różnicy - I opuść moje mieszkanie - jestem w opór poważny bo i faktycznie nie jest mi teraz do śmiechu. Właściwie czuję się dosłownie jak to gówno rozsmarowane po płytkach. Podgłaszam muzykę, bo klimatycznie lecą jakieś smutne piosenki o miłości, po czym opadam ciężko na kanapę, głowę opieram o oparcie, rozkładam ręce i wyrzucam przed siebie nogi, opierając je na niskim, kawowym stoliku. Chyba już zostanę tak do rana, chociaż będzie trzeba jeszcze pozamykać okna, w mieszkaniu momentalnie zrobiło się zimno. Teraz ewidentnie gram ofiarę, bo i poniekąd nią byłem, może jak to dobrze rozegram to nie wiem, dorzuci się do sprzątania czy coś.

Charlotte Kovalski
I walk alone, not because I have to, but because I choose to
twoja stara
???
ODPOWIEDZ

Wróć do „#19”