-
ignorantia iuris nocet, ignorantia facti non nocetnieobecnośćniewątki 18+takzaimkionatyp narracjipierwszoosobowyczas narracjiteraźniejszypostaćautor
-
ignorantia iuris nocet, ignorantia facti non nocetnieobecnośćniewątki 18+takzaimkionatyp narracjipierwszoosobowyczas narracjiteraźniejszypostaćautor
Gdzie: emptiness "we're fine. probably"
Opis: - Masz kwasa? - oczy mi się zaświeciły, wystarczyło jedno słowo by wszystko inne przestało mieć znaczenie, już nawet nie wiem o czym dokładnie mówiliśmy, coś o pracy? Chyba? Mniejsza o to, ponownie wzruszam ramionami, sam wie najlepiej, że nie mogę sobie tak gadać o ludziach, chociaż nie powiem, czasem po dobrym krysztale miałem chęć opowiedzieć mu o swoich najdziwniejszych przypadkach. Zresztą nie tylko jemu, wtedy mógłbym gadać z kimkolwiek, byle nie zamykać ryja.
Gdzie: kamienica przy distirelly district "recycling dispute"
Opis: Generalnie na codzień byłem trochę eko-zjebem, kupowałem rzeczy z lumpeksu (oprócz garniturów te musiały być szyte na miarę, bo trochę chujowo wyglądał bym w sądzie w tweedzie ze szmateksu), zbierałem meble z ulicy (idealnie pasowały do loftowego wystroju), nie marnowałem jedzenia, wybierałem podróże komunikacją miejską lub rowerem, rezygnowałem z plastikowych, jednorazowych opakowań, a jak byłem młodszy to kilka razy wziąłem udział w strajku klimatycznym. Czasem, całkowicie pro bono, pomagałem aktywistom jeśli ktoś już zdecydował postawić im zarzuty (ku chwale planety), ALE -Wiesz, że segregacja to scam na skalę światową? - pytam, przytrzymując jej klapę od wielkiego kubła żeby mogła wrzucić tam swoje śmieci - Jeśli miasto potrzebuje na mnie zarobić to proszę bardzo, stać mnie - wzruszam nonszalancko ramionami.
Gdzie: mieszkanie nr 21 "I."
Opis: No i jest gwiazdeczka moja w dresie i mokrych włosach. Wywracam oczami i wzdycham ciężko jak jakiś męczennik, jakby mi co najmniej sto batów sprzedała, zresztą tak mniej więcej się czuje, kompletnie wymięty. Zatrzaskuje bęben pralki, ustawiam na szybkie 20 minut i wychodzę do kuchni, gdzie Peach już sobie wesoło buszuje. Łeb mi pęka a ta jak gdyby nigdy nic trzaska drzwiami, tupie i jeszcze wyciąga blender, nie wiem co mnie bardziej przeraża w tym momencie, obecność jej czy tej przeklętej kuchennej maszyny. W tym momencie żałuję, że kocham gotować i mam takie różne sprzęty pochowane w szafkach. Przeciętny trzydziestolatek pewnie ograniczał się do patelni i garnka, ale ja, jebany masterchef musiałem mieć blendery, miksery i roboty planetarne. Wszystkie bardzo głośne.
Gdzie: casa loma "trzy, dwa, jeden... szczęśliwego nowego roku!..."
Opis: Przed zamkiem robi się coraz głośniej, słychać trochę więcej śmiechów i podekscytowanych rozmów, garstka dzieciaków, którym udało się dotrwać do północy goni się po okolicy, a powietrze wypełniają ich piski. Ściągam ostatniego bucha papierosa i wyrzucam niedopałek w śnieg. Wsuwam dłonie w kieszenie, bo zaczynają mi marznąć. Coś przychodzi mi do głowy, więc uśmiecham się delikatnie do dziewczyny. W tle słychać już odliczanie.
Dziesięć!...
- Ej, Kovalski - zaczepiam ją, podchodząc nieco bliżej.
Dziewięć!...
- A czy ty słyszałaś
Osiem!...
- Że o północy trzeba kogoś pocałować? Inaczej pech cały rok, jak mur beton - zapewniam, kiwając głową.
Siedem!...
- Tak, wiem, świnie musiałyby zacząć latać, żebyś mnie pocałowała - wywracam oczami, wracając do rozmowy w kiblu.
Sześć!...
Nieopodal słychać tupot małych, dziecięcych stóp, gdzieś w okolicy muszą się ganiać.
Pięć!...
Cztery!...
Trzy!...
Zbliżam się jeszcze bardziej i unoszę dłonie do dziewczęcej twarzy, delikatnie opierając palce na jej policzkach.
Dwa!...
Dosłownie w tym momencie, gdzieś z boku, ponad krzakiem coś wystrzeliwuje w powietrze i nie jest to fajerwerek, tylko... Kurwa, nie wierzę.
Jeden!...
Oto świnie zaczynają latać - ktoś, zapewne to dziecko, które kręciło się w pobliżu podrzuca do góry maskotkę w kształcie świnki Peppy. Sam jestem zaskoczony, ale takich sygnałów chyba nie powinniśmy ignorować - To chyba znak - mówię szeptem i pochylam się w jej kierunku.
Szczęśliwego Nowego Roku!...
Gdzie: sąd "jak to jest być przegrywem?"
Opis: Po drugiej stronie barykady Melanie Campbell, nie wiem jak to się działo, ale zawsze gdy stawaliśmy przeciwko sobie, miała kurewskiego pecha do klientów, czasem nawet jej trochę współczułem. Po ogłoszeniu wyroku wychodzimy na korytarz, moja petentka płacze z radości i mocno ściska mi rękę, energicznie nią potrząsając. Dziękuje po raz chyba już tysięczny - Ależ cała przyjemność po mojej stronie, pani Beckett, sprawiedliwość znowu zwyciężyła - kiwam głową i puszczam jej oczko, na co z jej ust wydobywa się perlisty chichot, Melanie mija nas w drzwiach, więc żegnam się uprzejmie i ruszam za nią szybkim krokiem - Campbell poczekaj! Muszę cię o coś zapytać - wołam, a gdy nasze kroki się zrównują, wbijam spojrzenie w jej twarz i z bezczelnym uśmieszkiem rzucam - Jak to jest być przegrywem? Bo nie wiem - oczywiście, że wiedziałem. Nie oszukujemy się nikt z nas nie był idealny, czasem wygrywasz, czasem przegrywasz i tak to się toczy. Bywały trudniejsze i łatwiejsze sprawy, w tej konkretnej miałem sporo szczęścia, ale przecież nie byłbym sobą gdybym jej nie zaczepił. To chyba takie moje zboczenie zawodowe, rywalizacja nas napędzała, szczególnie gdy to ty triumfowałeś. Unoszę nieznacznie jedną brew.
Gdzie: mieszkanie nr 21 "prawdziwych przyjaciół poznaje się w biedzie"
Opis: Siadam na kanapie i czekam na swoją towarzyszkę, a gdy wreszcie wychodzi z łazienki to normalnie dech zapiera mi w piersiach, bo oto staje w drzwiach w samej koronkowej bieliźnie i ozdobnych pończochach. Potem zbliża się do kanapy i staje nade mną, chwyta kieliszek, zaś zawartość wypija na raz i zanim zdążę cokolwiek powiedzieć, ona już siedzi na mnie okrakiem i znowu całujemy się jak oszalali. Z początku mocno zaciska palce na moich włosach, ale z każdą kolejną sekundą jej uścisk jakby maleje, już sięgam rękami do zapięcia jej stanika i w tym momencie osuwa mi się na pierś jakaś dziwnie wiotka, kompletnie bez życia. W pierwszej chwili próbuje ją obudzić bo może wypiła o jeden kieliszek za dużo i przybiła gwoździa (zdarza się najlepszym) ale nie reaguje, więc zdejmuję ją z siebie i układam ją na kanapie. Próbuje znowu - potrząsam, opryskuję wodą, a nawet delikatnie uderzam w policzki, ale nic to nie daje. O Boże. To przecież niemożliwe. Zaczynam panikować, a trzeźwe myślenie odchodzi gdzieś daleko. Ręce mi się trzęsą, dwa palce przykładam do dziewczęcego nadgarstka i badam puls, ale nic nie czuję, przynajmniej tak mi się wydaje, ale jestem prawnikiem a nie lekarzem. Mam wrażenie, że nie oddycha. Kurwa, kurwa, kurwa. Szczypię się w ramię, bo w duchu zaczynam się modlić, żeby to był tylko zły sen. Nie był, za to leżąca na kanapie dziewczyna była wyjątkowo realna. I martwa. Chwytam za telefon, w pierwszej chwili chcę zadzwonić na numer alarmowy, ale co ja im niby powiem? Że mam zwłoki na mieszkaniu? Przecież pójdę siedzieć od razu, nikt nie uwierzy w moją niewinność, sam bym nie uwierzył. A jeśli pójdę siedzieć to mam przejebane. W więzieniu było w chuj zwyroli, których sam tam wsadziłem, mógłbym od razu popełnić samobójstwo, byłoby dużo przyjemniej. Odrzucam myśl zawiadamiania służb, a w zamian wybieram numer do jedynej osoby, która może mi teraz pomóc. Madox znał się na takich rzeczach, sam przecież był jakiś szemrany, na pewno miał doświadczenie że zwłokami. Próbuje się dodzwonić, ale nie odbiera, więc piszę mu kilka enigmatycznych smsów. Pierdolony Noriega, zawsze był po telefonem, ale akurat kiedy potrzebowałem go jak nigdy wcześniej, to łapała mnie poczta. Mam wrażenie, że czekam całe wieki, a kiedy w końcu słyszę pukanie do drzwi to spoglądam przez judasza. Uchylam wrota i wpuszczam kumpla do środka - Szybko, tylko zamknij drzwi - odwracam się plecami i podchodzę do wieży, żeby trochę podgłosić muzykę, żeby czasem żadne gumowe ucho z sąsiedztwa nie słyszało o czym rozmawiamy. Potem znowu odwracam się w stronę Madoxa i widzę, że nie przyszedł sam - Kto to kurwa jest? Mam trupa na mieszkaniu, a ty sobie przychodzisz z kolegą? - no nie wierzę w to co widzę - Jak komuś o tym powiesz, to cię zajebie - tym razem zwracam się do jego koleżki, grożąc mu przy tym jednym palcem. Jak widać na załączonym obrazku doświadczenie już miałem.
Gdzie: mieszkanie nr 22 "między jednym winem a drugim"
Opis: Z Cynthią i Marą znaliśmy się odkąd pamiętam i odkąd pamiętam trzymaliśmy razem. To była przyjaźń, w której wiedzieliśmy o sobie wszystko i pewnie, czasem patrzyliśmy na siebie oceniająco, ale ogólnie rzecz biorąc jedno za drugie i za trzecie wskoczyłby dosłownie w ogień. Nie wiem jak to się działo, że dogadywałem się z dwoma dziewicami, ale kiedyś facet od jogi powiedział mi, że mam w sobie dużo damskiej energii. Może to była prawda? Niemniej na zajęcia już nie wróciłem, bo ciągle czułem jego wzrok na swoim tyłku. W każdym razie mieliśmy z dziewczynami taką grupę na whatsupie gdzie gadaliśmy o wszystkim, czasem wysyłaliśmy memy i takie różne. W dorosłym życiu bywa tak, że choćbyś chciał się zesrać to i tak nie masz czasu dla przyjaciół, więc powiedzmy, że to dawało nam chociaż namiastkę bliskości, jednak były rzeczy ważne i ważniejsze, więc jak Cynthia napisała, że miała wypadek, to od razu zwołaliśmy prawdziwe spotkanie. Nie było przeproś, dosłownie rzucasz wszystko i stawiasz się na miejscu. Ja miałem blisko, bo dosłownie mieszkała piętro wyżej, ale Mara musiała do nas dotrzeć z greckiej dzielnicy. Mówię do Peach, że w razie czego jestem piętro wyżej, ale widzę, że mnie w ogóle nie słucha bo właśnie chyba wrzuca jakieś posty na Instagram, więc macham na nią ręką, biorę jakieś winko z barku i wychodzę. Dosłownie pół minuty później wbijam już Cynthii na chatę, nawet nie pukam, tylko wchodzę jak do siebie.
- Cynthia, żyjesz? - rzucam od progu. Przyszedłem do niej w kapciach, więc od razu wbijam wgłąb mieszkania - Co się stało? Jak się czujesz? - pytam, butelkę odkładam na kuchenny blat i mierzę przyjaciółkę wzrokiem, pobieżnie oceniając jej stan. Zdaje się, że ma wszystko na swoim miejscu, więc szczerze oddycham z ulgą - Mam wino, zrobię jakieś przekąski, co? - pytam, chociaż rządzę się jak u siebie. Znamy się tyle lat, że pewnie nawet nie zwraca na to uwagi, a wiadomo - pod winko trzeba też coś zjeść, więc zaglądam jej do lodówki patrząc co tu można na szybko zrobić. Lubię gotować i jestem w tym naprawdę dobry. Właściwie mogłem przygotować coś u siebie i tak byłbym pierwszy, ale po co, skoro można obeżreć przyjaciółkę? Jak następnym razem spotkamy się u mnie, to jej się zwróci, tak to zawsze działało w bliskich relacjach. Mam tylko nadzieję, że w lodówce nie miała jedynie światła, bo jeszcze bym musiał zlecieć na dół do sklepu, a nawet nie wziąłem portfela.
Gdzie: mieszkania nr 19 i 21 "first war"
Opis: - Wiesz, Jason, wydajesz się być miłym gościem, który szuka czegoś więcej niż tylko przelotnej znajomości, więc coś ci powiem - potwierdza moje słowa, a ja pochylam się nieco w jego stronę - Nie pakuj się w to, Charlotte to pierdolona nimfomanka, wyrucha cię i zostawi, mówię ci. Ja jestem jej kuzynem, a codziennie muszę walczyć żeby mnie nie przeleciała, wyobrażasz to sobie? Zero hamulców, pojebany łeb. Muszę się zamykać w łazience, bo zawsze mi próbuje wejść pod prysznic - mówię z pełną powagą, facet patrzy na mnie wielkimi oczami, jakby nie dowierzał - Wiem jak to brzmi, ale przysięgam, że to prawda, jak nie wierzysz to zapytaj Dolores - a Dolores akurat siedziała obok nas i była moją wspaniałą kompanką, więc tykam ją ręką i kiedy się do nas odwraca to pytam - Też coś możesz powiedzieć o Charlotte, prawda? - zerka na mnie z uniesioną brwią i niemym zaskoczeniem wymalowanym na twarzy, więc dodaję - No wiesz, o tej Charlotte - to było takie nasze hasło jeśli mówisz o tej Charlotte albo tym Rudolfie to wiesz, że masz ściemniać - Ach, o niej - kiwa głową i pochyla się w naszą stronę, niby to przypadkiem opierając dłoń na udzie Jasona, teraz był już masz, otoczony z obu stron - Mój znajomy się z nią spotykał, mówił, że na początku było cudownie, miłe słówka, kolacje i tak dalej, ale po tym całym love bombing zaczęło się prawdziwe piekło, ciągła kontrola, sprawdzanie telefonu, szantaż emocjonalny, wyzysk, rozumiesz, że musiał jej płacić za mieszkanie? Dwa lata nie chciała mu dać spokoju, musiał sobie załatwić zakaz zbliżania. Turbo toksyczna laska, a czemu właściwie o nią pytasz? - pyta - Jason jest z nią umówiony na randkę - kiwam głową, chociaż wygląda jakby mu się odechciało jakichkolwiek spotkań - Naprawdę? Nie pakuj się w to, nie warto, ale wiesz, w razie co ja też jestem wolna - rzuca Dolores i przygryza delikatnie dolną wargę. Kurwa, była w tym świetna. Wstaje z kanapy i mówię, że zostawię ich samych. Potem kręcę się jeszcze trochę wśród innych imprezowiczów, a po kilku chwilach widzę Jasona z Dolores przy wyjściu. Podchodzę bliżej - Zawijacie już? - pytam, na co facet kiwa głową - Tak, nie chcę się natknąć na Charlotte, mówiłeś, że wyszła tylko do sklepu, pewnie zaraz wróci - mówi, ubierając płaszcz - A tak, faktycznie. Lepiej od razu ją zablokuj, żeby nie zaczęła manipulacji, taka mała rada na koniec. Miło było cię poznać, bawcie się dobrze - żegnam ich, stojąc w drzwiach dopóki nie znikną na schodach. No to udało się upiec dwie pieczenie na jednym ogniu - single zeswatani, a Kovalski będzie musiała co najwyżej zabawiać się ręką.
Gdzie: uniwersytet Toronto "don't. just draw"
Opis: - Cześć - witam się - Portrety - rzucam, a zaraz zabieram się za tłumaczenie - Mamy się podobierać w pary, będziemy rysować siebie nawzajem - rozglądam się po sali, większość ma już swojego modela, otacza nas szuranie krzeseł i ciche rozmowy, chociaż prowadzący kontynuuje swój wywód. Ja już go średnio słucham - Będziemy razem? - proponuję, wracając do niej wzrokiem, wbijam w nią swoje ciemne, brązowe oczy - Wiedziałaś, że kiedyś ludzie domalowywali sobie drogie ubrania i biżuterię, żeby zaznaczyć swój status? Nie chodziło o prawdę, tylko wiesz, żeby się pokazać - pytam, bo to wyłapałem gdzieś w monotonnym monologu prowadzącego i chciałem zabłysnąć. W sumie ciekawe, teraz raczej działało to w drugą stronę, jeśli ktoś decydował się na portret to liczył, że ujrzy tam siebie, trochę więcej emocji, trochę mniej materialności, przynajmniej tak mi się wydawało - A, William - przedstawiam się jeszcze, wyciągając do niej rękę. Mieliśmy okazję, żeby się wreszcie poznać, ostatecznie następne trzy godziny spędzimy patrząc sobie w oczy. Prawie że romantycznie.
Gdzie: rezydencja przy york mills"smacznego, udław się"
Opis: Rezydencja państwa Patel jest ogromna i zjawiskowa, a wielkie schody prowadzące pod drzwi, okalają z obu stron rzędy kolumn. Nie wiem kto to projektował, ale na pewno miał rozmach. U progu wita nas moja mama i wygląda dosłownie jak perfekcyjna pani domu wyciągnięta z plakatu z lat 50. chociaż pewnie jeszcze przed chwilą stała nad parującymi garami - Wchodźcie, szybko, bo strasznie dzisiaj zimno - zaprasza nas do środka, a kiedy się rozpłaszczam i przejmuje także płaszcz Charlotte to zerka na nasze zmatchowane stylówki z błyszczącymi oczami - Och, jak wy razem cudownie wyglądacie, muszę wam zrobić zdjęcie, FRANK PRZYNIEŚ APARAT! - jara się jakbyśmy co najmniej mieli zaraz wychodzić na studniówkę. Ojca jeszcze nie widzę, pewnie kończy właśnie wiązać krawat.
-
ignorantia iuris nocet, ignorantia facti non nocetnieobecnośćniewątki 18+takzaimkionatyp narracjipierwszoosobowyczas narracjiteraźniejszypostaćautor
Gdzie: mieszkanie nr 114 "ta zabawa po nocach się śni"
Opis: Patrzę to na jedno, to na drugie, a gdy mój wzrok powraca do dziewczyny, to ona już przede mną klęczy i opiera mi dłonie na kolanach, jeszcze ta jej mina... Mam dosłownie fleszbeki z jakiś chorych, japońskich pornosów, których naoglądałem się kiedyś po kwasie nie wiem w sumie po chuj. Teraz czasem nawiedzały mnie w takich momentach jak ten. W pierwszej chwili cały się aż spinam - plecy wbite w oparcie fotela, palce w podłokietniki. W ułamku kolejnej połączenia neuronowe szaleją, układając się w kompletnie odklejony plan. Na prawym ramieniu pojawia się mini wersja mnie samego w anielskiej szacie i szepcze mi do ucha - Billy nie rób tego, Ian wyjebie was stąd w trzy sekundy, ale zanim zdąży skończyć swoją myśl na lewym już siedzi wysłannik samego diabła w postaci mini mnie - Zrób to, Billy, nie bądź pizda, najwyżej pójdziecie w tango gdziekolwiek, grunt to bunt. I to chyba przekonuje mnie bardziej, bo posyłam jej krótki, łobuzerski uśmiech. A potem sięgam po książkę i zlizuję z niej długiego szczura robionego na zaś, ale zanim schowam język między wargi, to pochylam się do Vity i łączę go z jej w jakimś dzikim tańcu. Wpycham język do jej ust, przesuwając nim po dziewczęcych dziąsłach, rozsmarowując na nich gorzki, chemiczny posmak prochu. Tu nawet nie chodzi o całowanie, tylko totalnie bezwstydne współćpanie. W końcu była dorosłą dziewczynką i chciała spróbować, a kimże ja byłem, żeby odmówić? Trochę przeciągam moment, w którym nasze wargi pozostają złączone, ale w końcu się odsuwam, na krótko zawieszając spojrzenie na jej oczach. Mój mały przyjaciel z aureolą jednak miał rację - Ian wypierdala nas stąd w trzy sekundy. Ledwie zdążę złapać płaszcz i torebkę z prochami, już jesteśmy na obskurnej, ciemnej klatce schodowej, a w bębenki uszne bije huk zamykanych drzwi, dobrze, że butów nie zdejmowałem, bo chyba nie zdążyłabym ich ubrać. Zerkam na Vitę, w międzyczasie zakładając płaszcz - Dobra, przejdzie mu - odzywam się pierwszy i chociaż mówię to takim tonem, jakby to była najoczywistsza oczywistość, to wcale nie jestem taki pewien - Chodź, zajebiemy wódkę ze stacji benzynowej i pójdziemy w tango - druga opcja to powrót do domu i całonocne walenie konia do filmografii Hot Summer, skoro już byłem z deka porobiony.
Gdzie: rezydencja przy york mills "puree disaster"
Opis: Zabieram rękę, kiedy ją odtrąca i wsuwam dłonie do kieszeni. Mróz szczypie w skórę, a z nieba pada drobny, gęsty śnieg, który osadza nam się na ramionach i włosach. Przyszedłem tutaj żeby ją pocieszyć, ale już po pierwszej reakcji wiedziałem, że będzie ciężko. Obrałem taktykę milczenia, że dam jej się wykrzyczeć, a gdy emocje opadną to wtedy będziemy mogli porozmawiać. Ja właściwie nie miałem pojęcia, że będzie tu jakiś inny Kovalski, tak po prawdzie nie spodziewałem się nawet jej. Gustav widniał na liście gości jako osoba towarzysząca Elizabeth bo dopiero dzisiaj mieliśmy nieprzyjemność go poznać. Chciałem wyjaśnić, że doszło do nieporozumienia, że nie wezmę tej sprawy, tylko nie chciałem jeszcze dolewać oliwy do ognia, a zwyczajnie, grzecznie odmówić podczas poniedziałkowego spotkania, być może wykręcić się tym, że skoro w przyszłości będziemy rodziną, to nie wypada mi występować w jego sprawie, tyle, że kiedy już otwieram usta żeby cokolwiek powiedzieć, to ona wcale nie daje mi dojść do słowa. Więc łącze wargi i czekam aż wyrzuci z siebie wszystko co w tym momencie leży jej na sercu. Rozumiałem jej rozgoryczenie, do tej pory nasze kłótnie były raczej niegroźne i po czasie raczej bawiły, ale tym razem wszystko zaszło za daleko. Mogła wrzeszczeć i miotać się w przypływie bezsilności albo nawet dzikiej furii którą mi tu prezentowała, ale przekroczyła granicę dla mnie nieprzekraczalną. Mogłem być kanalią i najobrzydliwszym człowiekiem jakiego spotkała, jednak nie miała żadnego prawa podnosić na mnie ręki. Szczerze nie spodziewałem się takiego obrotu spraw. Zapiekło gdy zostawiła mi na twarzy czerwony ślad swojej dłoni. W pierwszym odruchu unoszę rękę żeby jej oddać. Dla mnie przemoc nie miała płci i wpierdoliłbym jej niezależnie od tego czy była kobietą czy nie. Ratowało ją chyba tylko to, że było mi jej szkoda i że był to tylko jeden wymierzony policzek, nawet jeśli bardzo bolesny. Zaciskam dłoń w pięść i celuje w nią jednym palcem - Nie waż się podnosić na mnie ręki - mówię, bo przysięgam, że nie ręczę za siebie - Wiesz co? Pierdol się - teraz moje pięć minut - Chciałem odmówić, ale wali mnie to, wezmę tą sprawę i zrobię dosłownie kurwa wszystko żebyśmy wygrali. Wierz mi, że nie cofnę się przed niczym, dołożę wszelkich starań by dojebać tobie i twojej matce, a potem będę triumfował z twoim ojcem pijąc najdroższego szampana jakiego uda mi się znaleźć - kiwam głową - I wiesz co? Będę się świetnie bawił na jego weselu, może na jebanych Mazurach - miałem dość. Dość jej podniesionego głosu i wiecznych wątów. Gotowało się we mnie jak nigdy, chyba głównie dlatego, że gdzieś podskórnie czułem, że naprawdę zaczynam ją lubić... Może nie tylko lubić? Serce bije mi dwa razy szybciej niż po najlepszym koksie - ze złości i żalu. Wcześniej miałem dobre intencje, teraz marzyłem tylko o tym, żeby ją zniszczyć. A kim ona była w porównaniu do mnie? Jakąś marną dziewuchą, której się zamarzyło robić prawniczą karierę. Ja miałem nazwisko znane w całej branży i kilka sukcesów na koncie, a ona? Ona mogła pochwalić się głównie tym, że w zastępstwie za kogoś innego dojebała prokuratorka, chociaż to żaden sukces, skoro większość sprawy i tak prowadził ktoś inny. W tym momencie miałem ją za nic i mógłbym zbić piąteczkę z jej ojcem - Nienawidzę cię Kovalski i przysięgam, że pożałujesz, że w ogóle się kiedykolwiek spotkaliśmy - rozmowę uważam za zakończoną. Wymijam ją i ruszam w kierunku wejścia, chociaż wcale nie mam ochoty na dalszą zabawę ani przede wszystkim tłumaczenia dlaczego mam taki piękny, czerwony ślad na twarzy. Modlę się żeby nie spotkać nikogo kiedy po cichu zabieram swój płaszcz. Nic tu po mnie, chce tylko zamówić taksówkę i wrócić do domu.
Gdzie: sąd "sprawa męskiej wywłoki"
Opis: Niemniej to, że nie dojdziemy do porozumienia jest już jasne dla wszystkich, chociaż nie sądzę, żeby ktoś jeszcze próbował się oszukiwać - Jeżeli państwo chcą procesu, proces będzie - kończę i wstaję ze swojego miejsca. Jeśli ostatni wchodziłem do sali, to wychodzę jako pierwszy, bo muszę odetchnąć. Zachowałem profesjonalizm, chociaż osobiście wolałbym być po drugiej stronie konfliktu. Wychodzę na zewnątrz i robię trzy kółka wokół budynku sądu, może nawet zrobiłbym ich więcej gdyby nie było tak kurewsko zimno. Wchodzę do palarni i kogo tam spotykam? Oczywiście osobę, przed którą chciałem uciec. Przez moment waham się czy nie wyjść, ale nie chcę dać jej satysfakcji. Z hukiem zatrzaskuję za sobą drzwi i z miejsca atakuję Charlotte - Pojebało cię Kovalski? Po chuj wciągasz w to mojego ojca? Dumna jesteś z siebie? - poza oficjalnym spotkaniem nie muszę przebierać w słowach. Od razu wyjmuje z kieszeni papierosa i odpalam go.
Gdzie: emptiness "what the fuck you're doing with my money"
Opis: A potem wracam i aż staję jak wryty kiedy widzę, że mi grzebie w portfelu. Ja już tutaj szedłem z myślą, że zaraz jej powiem żeby zbierała manatki bo jedziemy odpoczywać wśród dzikiej przyrody a tu... Taki zawód. To tylko utwierdza mnie w przekonaniu, że hajs to straszne gówno, a ludzie, którzy dla kilku stówek byli w stanie okradać nawet znajomych (chociaż może warto się zastanowić czy kiedykolwiek byłem jej znajomym, czy raczej kolejnym typem, do którego warto się uśmiechnąć bo daje dobre napiwki) są jeszcze większym gównem, szczególnie że ja przecież byłem totalnie rozrzutny. Jakby mi powiedziała daj większy napiwek, to bym kurwa nawet nie zapytał po co, tylko od razu jej wcisnął w słoik albo w ogóle do ręki. Mocno zaciągam powietrze w płuca i kręcę z rezygnacją głową, a potem podchodzę do baru - Ale mnie teraz zawiodłaś w chuj - czy byłem zły? Byłem, kurewsko i różne słowa cisnęły mi się na usta, ale jednocześnie nie byłem typem człowieka, który jej zrobi awanturę przy innych gościach. Jeśli już, to na osobności. Teraz też rzucam do niej - Na zaplecze, ale już - wbijam na bar i z niemałym trudem przedostaję się na drugą stronę, chyba tylko cudem nie przechwyca mnie żaden z ochroniarzy, a może mogę sobie pozwolić na więcej niż inni goście? Ale w pierwszej chwili to dosłownie wygląda tak, jakbym się zaraz miał na nią rzucić z łapami, tylko zamiast tego to ją lekko pcham w stronę wyjścia na zaplecze i kiedy tam docieramy to od razu otwieram pyska - No? Słucham, kurwa? Co masz mi do powiedzenia? - oby miała jakieś dobre wytłumaczenie, chociaż szczerze? Teraz żadne nie wydaje mi się wystarczające. Jeszcze chwilę temu chciałem zabierać ją na wspólne wojaże, ale zmieniłem zdanie, w tym momencie to w ogóle już nie chciałem mieć z nią nigdy do czynienia. Madox też na pewno się dowie jakie ma chujowe pracownice.
Gdzie: sąd "ostateczne stracie"
Opis: Trochę się stresuję przed ogłoszeniem wyroku, bo podejrzewam, że jesteśmy w dupie, pytanie tylko jak bardzo głębokiej. Ile straci Kovalski i jak bardzo się wkurwi? Czy wytknie mi, że mógł wybrać kogoś innego, albo że nie postarałem się odpowiednio, nawet jeśli przed rozprawą dosłownie wypruwałem sobie flaki, żeby tylko jakoś wypaść. Przestępuję z nogi na nogę, kiedy cała sala wstaje żeby wysłuchać sędziego. Padają słowa, których nie spodziewałbym się nawet w najśmielszych snach, nie dlatego, że nie wierzyłem w swoje umiejętności, tylko dlatego, że po pierwsze mierzyłem się z kimś znacznie lepszym, a po drugie ta sprawa była dosyć jednoznaczna. Nie rozumiem decyzji sądu i chyba nie tylko ja. Mam wrażenie, że te wszystkie dźwięki, które nagle wypełniają salę dochodzą do mnie jak z oddali, albo spod wody. Widzę to wręcz lodowate i potwornie zawiedzione spojrzenie mojego ojca i myślę, że on już wie o co tutaj chodzi, chociaż dla mnie to wciąż jakiś absurd. Odprowadzam wzrokiem całą trójkę, a z głębokiego szoku wyrywa mnie dopiero Gustav, który klepie mnie lekko po ramieniu - Widzisz? Od początku mówiłem, że wygramy - rzuca, jakby to było od początku... Ustawione, a cała ta szopka kompletnie niepotrzebna. Przypominam sobie jego wycieczki po sądowych korytarzach i ten niezrozumiały spokój na sali rozpraw - Co to znaczy? - pytam, a on przesuwa kciukiem po palcach w jednoznacznym geście, a do tego posyła mi iście cyniczny uśmiech. Nie potrzeba żadnych słów by zrozumieć jedno - nieważne jak dobry byłby prawnik pani Kovalski i jak kiepski jej małżonka, wyrok był przesądzony. Jeszcze chwilę temu byłbym z siebie kurewsko dumny, ostatecznie dokonałem niemożliwego - pokonałem starego Patela, ale to nie tak miało wyglądać, w uczciwym procesie nie mielibyśmy szans. Nie wierzę, że dałem się wciągnąć w tą intrygę jak jakiś durny dzieciak. W tym momencie zamiast cieszyć się z wygranej, czułem tylko potworny wstyd. Jasne, ja miałem bardzo elastyczny kręgosłup moralny, ale były pewne granice, których bym nie przekroczył i jedną z nich było właśnie przekupstwo. Co to za przyjemność wygrywać w zawodach, które są ustawione? Żadna.
Gdzie: plac zabaw "zupa chmielowa i tragiczne rewelacje"
Opis: - No i w tym wszystkim jest jeszcze dziewczyna - w tym momencie dochodzę właściwie do sedna. Męczyły mnie te sprawy, o których już zdążyłem powiedzieć - przekupstwo i ten konflikt ze starym, ale kurwa, najbardziej to mi jednak doskwierało coś innego - Kojarzysz tą moją sąsiadkę z naprzeciwka? Ta zjebana taka co się czepiała mnie ciągle, że głośno, że imprezki, że chuj wie co jej się akurat uroiło we łbie - zaczynam, trochę z dupy, ale to wszystko się przecież w pewnym momencie łączyło. Na pewno kojarzyła jak niejednokrotnie na nią narzekałem i się skarżyłem, albo śmieszkowałem, że jak przyjdzie jeszcze raz to przysięgam, że jej podłożę pod drzwi płonącą torbę z kupą - Trochę się ostatnio jakby... - szukam w głowie odpowiednich słów - Zbliżyliśmy do siebie? Jak się lepiej poznaliśmy to się okazało, że jasne dużo nas dzieli, ale też trochę łączy, trochę dużo właściwie, wiesz, w pewnych kwestiach to myślę, że nikt inny mnie nie rozumiał tak dobrze jak ona - zamyślam się - Ja się chyba trochę - wciągam mocno powietrze w płuca zanim to powiem, bo to jest pierwszy raz, kiedy sobie to uświadamiam i chyba nie powiedziałbym tego nikomu innemu, nie wiedziałem czy Wendy mnie zrozumie, ale wiedziałem, że spróbuje wesprzeć - Zauroczyłem - a to była dosyć poważna deklaracja z mojej strony. Gardner znała mnie od lat, przez te lata miałem wiele kobiet i większość tak naprawdę nic nie znaczyła - No tylko ona mnie teraz nienawidzi, ale nie tak jak wcześniej, jak się sprzeczaliśmy o pierdoły tylko tak na poważnie, kazała mi spierdalać ze swojego życia, byłem dla niej okropny, ta sprawa, w sensie ten rozwód, to była sprawa jej rodziców, a ja stanąłem po tej złej stronie, myślę że ona się poczuła strasznie zdradzona, ja bym się tak poczuł. W gniewie powiedziałem jej, że zrobię wszystko żeby zniszczyć ją i jej matkę i że chcę patrzeć jak cierpi, ale nie chcę i wtedy też nie chciałem, tylko tak bardzo mnie wkurzyła, że ja bym wtedy powiedział wszystko byle jej dojebać, tylko teraz to nie wygląda za dobrze - wzdycham przeciągle - Myślę, że straciłem kogoś na kim zaczynało mi zależeć - to mi tak ryło banie, nie rozumiałem siebie ani swoich uczuć, ani tym bardziej jej, a to gubiło mnie jeszcze bardziej. Czemu wszystko musiało być takie skomplikowane?
Gdzie: la palma "la palma"
Opis: - Wcale nie chciałem, powiedziałem to tylko po to żeby ci dojebać, żałuję wielu słów, które wtedy padły - bo było tego więcej, chociaż akurat tamto musiało naprawdę wryć się jej w pamięć - Przepraszam - po raz pierwszy, właściwie to drugi - I za to, że rozbiłem ci auto, nie zrobiłem tego specjalnie, jedyne czego nie powinnaś robić to dawać mi prowadzić sportowego samochodu, jestem strasznie chujowym kierowcą, właściwie do tej pory się dziwię, że w ogóle ktoś dał mi prawo jazdy, chyba musiał być pijany - to akurat jest zagadka życia. Przepraszam po raz trzeci - Za to, że pogoniłem tego chłopaka, z którym miałaś iść na randkę, byłem zazdrosny. Może trochę za dużo sobie wyobrażałem po sylwestrze, a ty mnie unikałaś i chyba mnie to zabolało - po raz czwarty - I za to, że nie zareagowałem jak twój stary mówił ci te wszystkie okropne rzeczy, straszny z niego kutas. Przepraszam, że wziąłem tą sprawę nie chciałem tego robić, to było nieporozumienie. Proponowałem spotkanie w kancelarii, ale chciałem się wykręcić i ściemnić, że mam za dużo innych spraw, ale tak bardzo mnie wtedy zirytowałaś - to nie jej wina, działanie w gniewie nigdy nie przynosiło korzyści i powinienem był to wiedzieć - Muszę ci coś powiedzieć, chociaż pewnie już się domyślasz. Sędzia był przekupiony, Twój ojciec mi o tym powiedział już po rozprawie - właściwie pokazał, ale te szczegóły nie były istotne - Gdybym wiedział wcześniej na pewno bym na to nie poszedł, ale nie wiedziałem, nawet ja mam jakieś granice - nie wiem czy mi uwierzy, ale jeśli już się zdecydowałem na ten moment szczerości, to musiałem powiedzieć jej wszytko. Przepijam kolejne zdania dużymi łykami piwa. Może to procenty sprawiają, że mówię dalej - Przepraszam za tamto przesłuchanie, nie powinienem wyciągać niektórych rzeczy i za spacer wstydu po sądzie - tu akurat piję do tego nieszczęsnego spotkania na palarni - I za to, że chujowo segreguję śmieci - było coś jeszcze? Chyba nie. Strasznie bałem się jej to wszystko powiedzieć, ale teraz naprawdę mi ulżyło. Jakbym właśnie zrzucił jakieś mentalne kajdany, które niemiłosiernie cisnęły. Każdy kto mówił, że tylko prawda może nas wyzwolić miał w chuj rację. Poczułem się poniekąd wolny i teraz tylko od niej zależało czy umie mi wybaczyć czy nie - Jeśli chciałaś mnie pocałować to dlaczego tego nie zrobiłaś? - chociaż to samo pytanie mógłbym zadać sobie. Mam też radę na przyszłość i tą też mógłbym z powodzeniem skierować w swoją stronę - Następnym razem po prostu to zrób - o ile będą następne razy. Opieram rękę na kocu i zwracam się w jej stronę. Obydwoje byliśmy pieprzonymi hipokrytami, w dodatku tak kurewsko upartymi, jak osły które ciągną jeden bagaż, tylko w dwie różne strony i żaden nie chce odpuścić. Chyba zależało jej dalej, za to ja - Chyba lubię cię bardziej niż mi się wydawało - rzucam i podobnie jak ona zapijam te słowa kolejnym łykiem bursztynowego trunku. Chociaż może trafniejsze byłoby określenie sikacz.
-
ignorantia iuris nocet, ignorantia facti non nocetnieobecnośćniewątki 18+takzaimkionatyp narracjipierwszoosobowyczas narracjiteraźniejszypostaćautor
Gdzie: las vegas "las vegas parano, baby"
Opis: - Bukiet musi być - rzucam, potem łapię Madoxa pod rękę i wchodzimy do kaplicy. Po drugiej stronie, na końcu czerwonego dywanu faktycznie stoi gość przebrany za Shreka, a obok drugi w takiej jednoczęściowej, szarej piżamie z długimi uszami, że niby osioł chyba chociaż na moje to bardziej królik, nie zamierzam się jednak czepiać szczegółów. Ma ciemne okulary na nosie i zdaje się być tylko odrobinę mniej porobiony niż my, jak tylko przekraczamy próg to zaczyna grać na keyboardzie I'm a belliever, strasznie chujowo mu to idzie, ale znowu - to tylko szczegół. Gdzieś w tle migają mi jeszcze ze dwie laski - jedna nagrywa, a druga strzela foty. No i jedna wygląda jak królewna, a druga jak ogrzyca, więc to chyba też tak tematycznie miało być. Nie to, że brzydka, tylko zielona. Podchodzimy do ołtarza, a nasze tancerki zajmują miejsca gdzieś obok, obie już są takie wzruszone, że wtulają się w siebie i pewnie zaraz będą płakać. Shrek zaczyna ceremonię - Dobra, słuchajta wszyscy, zebraliśmy się tutaj żeby połączyć tych dwoje węzłem małżeńskim. Jak wiemy miłość to nie bajka, tylko raczej bagno - czasem śmierdzi, czasem jest mokro, ale jak tylko jest wasze, to najlepsze bagno na świecie - potem się zwraca do mnie i pyta czy biorę tego oto baśniowego stwora za męża, a ja od razu odpowiadam, że tak. To samo pytanie zadaje Madoxowi i jak on też potwierdza to Shrek dodaje, że to jest ten moment kiedy możecie wymienić się obrączkami. Zerkam na swoje palce i oddaję swojemu już prawie mężowi najładniejszy pierścień jaki mam, taki z głową Indianina w pióropuszu, ręczna robota, kosztował krocie u lokalnego złotnika. Mistrz ceremonii rozkłada ręce - No i elegancko. Mocą nadaną mi przez stan Nevada oraz Królestwo Zasiedmiogórogrodu ogłaszam was mężem i... Mężem. Możeta się pocałować - wyrzucam bukiet za plecy po czym chwytam Noriege za koszulę i przyciągam do siebie żeby go pocałować - najpierw w jeden policzek, potem w drugi, a potem krótko w usta, tak jak się ruskie witają. Wypuszczam z uścisku jego koszule i wycieram twarz rękawem. Dziewczyny już zdążyły powstawać ze swoich miejsc, wszyscy krzyczą i biją brawo, zaś ja się jeszcze wieszam na swoim już mężu i zwracam do kamery - Patrzcie wszyscy jakiego mam zajebistego męża, kocham go w chuj - cmokam go jeszcze w skroń. Shrek podsuwa nam wszystkim do podpisania kolejny stos kartek i to by było na tyle jeżeli chodzi o ceremonię. Za dziesięć minut wchodzi kolejna para, tylko oni wybrali Elvisa.
Gdzie: nathan phillips square "pour another shot"
Opis: - Do domu? W piątek wieczór? - dziwię się, bo jeśli nie czekały tam na nią dzieci albo mąż, to w sumie po co? - Ja czekam na okazję i zobacz, natrafiła się - rzucam, ciekaw czy załapie moją aluzję, po czym dodaję - Napijemy się? Dom ci nie ucieknie - kiwam głową i sięgam do kieszeni po piersiówkę, którą wyciągam w kierunku Vity, panie przodem, może nie wyglądałem, ale miałem jeszcze w sobie jakieś resztki dobrego wychowania.
Gdzie: chińska łaźnia "sprawa zaginionego zegarka"
Opis: - No bo jest sprawa, Riczi, ktoś mi zajebał Rolexa i sprzedał do lombardu, jedziemy go odebrać, a ty jedziesz z nami, to kawałek za miastem - kiwam głową popalając papieroska - No i będziemy się musieli dowiedzieć kto go tam opchnął bo mam pewnym podejrzanych i muszę to sprawdzić - inaczej chyba już nigdy nie usnę, a od braku snu można było oszaleć szybciej niż od narkotyków - No a poza tym to byliśmy na wypadzie w Vegas niedawno, zajebiście, szkoda, że cię akurat nie było, następnym razem musisz jechać z nami, pa na to - w sumie nie wiem czy najpierw mu pokazać palec z pierścionkiem czy dupę z tatuażem. Ostatecznie jednak pokazuję pierścień, który jeszcze niedawno należał przecież do Madoxa.
Gdzie: mieszkanie nr 21 "love is blind canada"
Opis: Słyszę krzyk Peach i wywracam oczami, bo dodawanie cukru do popcornu to była dla mnie jakaś abominacja, ale skoro jest na wiecznej diecie bo przecież słyszę to nie pierwszy i pewnie nie ostatni raz, to odkładam tą kostkę masła, którą właśnie miałem dodać na patelnię. Ziarna kukurydzy strzelają wesoło pod przykrywką coraz głośniej i szybciej, a ja się wspieram o blat - Poczekaj! Już zaraz przerzucam - szykuję miskę, by wyładować ją po brzegi świeżutkim, jeszcze ciepłym popcornem i już zaraz jestem koło Peach. Wciskam się pod kocyk, zarzucając sobie skrawek na nogi, stopy wyjebane na podnóżku, bo sobie niedawno sprawiłem taki dla wygody. Miskę układam gdzieś między nami, a w zamian chwytam browarka. Generalnie nie lubię za bardzo piwa bo jest gorzkie, ale Peach chciała dojebać dzisiaj dzień chlora w dresie, z piwskiem i przed telewizorem to co ja mogłem? Na pewno nie odmówić, zresztą tego bym nawet nie chciał. Rozglądam się za czymś, czym można otworzyć butelkę, a że w ręce wpada mi tylko pilot to otwieram nim. Można było użyć czegokolwiek, chodziło tylko o odpowiedni chwyt. Kiedyś otwierałem też zębami, ale jednego razu ukruszyła mi się prawie cała trójka i przez kolejne dwa tygodnie chodziłem szczerbaty zanim mój dentysta wcisnął mnie na wizytę. Rozważałem wtedy wstawienie sobie złotego zęba, ale wszyscy wokół mówili, że to głupi pomysł. Teraz trochę żałowałem w sumie, bo pewnie wyglądałoby zajebiście. Nie wiem do końca o chuj w ogóle chodzi w tym programie, ale jak obejrzymy cały sezon to się pewnie dowiem.
Gdzie: metro "między stacjami"
Opis: Wsiadam do metra i chociaż w oczy rzuca mi się kilka wolnych miejsc, to ustawiam się pod jednym z okien i opieram o nie ciężko. To był męczący dzień pełen wszechwiedzących klientów, którzy nie wiem po chuj wynajmują prawnika, skoro i tak wiedzą lepiej? Szczerze to marzę tylko o tym żeby dotrzeć wreszcie do domu, a potem, jeśli Peach jest w mieszkaniu, to usiąść z nią przy kolacji plotkując o sąsiadach, znajomych oraz tym co nas dzisiaj spotkało. Zerkam na zegarek - przy dobrych wiatrach powinienem być tam w przeciągu pół godziny i chociaż wolałbym przesiąść się już na rower, to wciąż jeszcze było za zimno na takie wyprawy. Wzdycham ciężko kiedy pociąg rusza z peronu, po czym wyjmuję czytnik i zanurzam się w świecie dramatów Szekspira, we własnej głowie odgrywając role Romea i Julii. Tylko z tego zamyślenia wyrywa mnie mocny, zachrypnięty głos jakiegoś faceta - Gdzie jedziesz kwiatuszku? - unoszę spojrzenie znad ekranu, wlepiając ślepia w scenę, która rozgrywa się właściwie tuż przede mną bo oto na przeciw siedzi jakaś młoda dziewczyna, a obok niej stary, obleśny żul, szczerzący się do niej w szczerbatym uśmiechu. Mimowolnie się krzywię. Woń przetrawionego alkoholu jest tak silna, że dociera nawet do mojego nosa. Rzucam okiem naokoło - w wagonie jest tylko kilka osób, w większości kobiety, które skutecznie odwracają spojrzenia za każdym razem czy szum jadącego metra przecinają kolejne słowa tamtego faceta. Na dłużej zawieszam wzrok na blondynce i nie trzeba być nawet średnio spostrzegawczym żeby widzieć jak bardzo niekomfortowe jest to dla niej spotkanie - No, powiedz, kwiatuszku, odprowadzę cię - menel próbuje dalej i tak, mógłbym olać i nie mieszać się w nie swoje sprawy, ale nie umiałem tak po prostu udawać, że nic się nie dzieje. Wywracam oczami, po czym wciskam czytnik do aktówki, którą mam ze sobą i podchodzę bliżej - Tu wolne? - pytam, wskazując ruchem głowy miejsce między nimi, ale nie czekam na odpowiedź tylko wciskam się na nie. Robi się strasznie ciasno. Chrząkam głośno i zakładam nogę na nogę, dłonie składam na kolanach, mocno zaciskając palce na uchu od swojej teczki. Facet odwraca się w drugim kierunku i przez chwilę jedziemy w ciszy, nawet jeśli do moich uszu docierają ciche narzekania z jego strony. Olewam. Mijamy kolejną stację, a w myślach odliczam już przystanki do mojego, kiedy żul odzywa się znowu, pochylając nade mną tak mocno, że prawie łapie mnie za kolana - Umówisz się ze mną, kwiatuszku? - reaguję momentalnie, zanim jego kwiatuszek zdąży w ogóle dojść do słowa - Słucham? Nie, kurwa, nie umowię się z tobą i nie mów do mnie kwiatuszku - rzucam ostro. Ja wiem, że nie zwraca się do mnie, ale rżnę głupa, a jego mina? Bezcenna. Wbija mętne spojrzenie w moją twarz i otwiera usta, ale zanim zdąży cokolwiek powiedzieć to dodaję - Wysiadasz - mój ton jest tak stanowczy, a brwi ściągnięte w wyrazie niemego wkurwienia, że łączy wargi, po czym faktycznie wstaje i odchodzi kawałek dalej, zajmując miejsce przy oknie. Jeszcze przez chwilę pierdoli coś do siebie pod nosem, ale szum jadącego wagonu skutecznie go zagłusza. Zresztą wyjebane, ma szczęście, że ja jestem raczej spokojnym człowiekiem, który unika rozwiązań siłowych. Dopiero teraz odwracam twarz w kierunku dziewczyny - W porządku? - pytam i kiedy przyglądam jej się uważniej to uderza mnie myśl, że wygląda zupełnie jak ktoś kogo znam. Albo raczej kogo znałem kiedyś, w dalekiej przeszłości. Tylko, że to było niemożliwe, bo ta siedząca obok mnie dziewczyna wydawała się bardzo młoda, może ledwie wychodząca z wieku nastoletniego. Zawieszam na niej oko na dłużej, znacznie dłużej i znacznie intensywniej. Minę mam taką jakbym dostał czymś ciężkim w łeb, albo jakbym się naćpał i miał przedziwne halucynacje.
Gdzie: mieszkanie nr 13 "divorce papers have arrived, bitches"
Opis: - Za rozwód - powtarzam, ponownie unosząc trunek do ust. Pada propozycja otwarcia szampana, więc kiwam głową, że okej, po czym opieram się nonszalancko o blat czekając aż Madox zacznie czynić honory. Obserwuję z uśmiechem jak potrząsa butelką i chociaż widzę, że korek sam wyrywa się z szyjki to zanim zdążę powiedzieć żeby uważał, ten strzela prosto w moją stronę z taką siłą, że dosłownie spadam z krzesła. Aż mi klapek zleciał ze stopy i zrobił kilka obrotów w powietrzu zanim opadł z hukiem na kuchenną wyspę. A ja leżę jak długi na ziemi, bo na moment mnie zamroczyło. Właściwie budzi mnie dopiero lizanie po twarzy. Powoli uchylam powieki, czując pulsujący ból głowy, głównie w okolicach miejsca uderzenia. Podnoszę się do siadu i wciąż trochę nieprzytomnie rozglądam dookoła. Przykładam dłoń do czoła - Ała - przesuwam palcami po miejscu, gdzie odbił mi się korek i cicho syczę z bólu, po czym wbijam mętne spojrzenie w dwójkę ludzi, którzy wydają mi się jacyś znajomi, ale nie wiem, tak jakby nie do końca - Ajajaj - lamentuję jeszcze przez moment zanim ponownie się odezwę - Cześć wam. A co to jest za miejsce? - pytam, bo niby coś mi dzwoni, ale nie wiem dokładnie w którym kościele. Ciężko mi się skupić na czymkolwiek i zebrać myśli, powiedzieć, że jestem w tym momencie w opór rozkojarzony to jak nie powiedzieć nic. Mrużę lekko ślepia, bo wszystko wokół wydaje mi się jakieś straszne jasne.
Gdzie: mieszkanie nr 13 "kac morderca nie ma serca"
Opis: - Wiesz co jeszcze zawsze chciałem zrobić? Oprócz ucieczki na Madagaskar i podpalenia kolumbijskiego cygaro-blanta tym hajsem, jak przystało na obrzydliwie bogatych złodziei? Przelecieć kogoś na pierwszym, ukradzionym milionie - bo podobno pierwszy trzeba było ukraść. Do tej pory najcenniejszą rzeczą jaką kiedykolwiek ukradliśmy wspólnie był chyba ten rower, zajebany spod sklepu, którym potem przez całą noc jeździliśmy od monopolowego do monopolowego w tak zwanym tour de Circle K. A tu proszę, spotkanie po latach i od razu taka okazja. Tylko czy naprawdę mógłbym okraść przyjaciela i uciec do Afryki z jego młodszą kuzynką? Sam - nie, ale z Gabą - tak. Jej obecność sprawiała, że mój wewnętrzny chaos rozkwitał jak najpiękniejszy kwiat, który potrafi zaskoczyć, ale potrzebuje odpowiednich warunków. I to ona była tymi odpowiednimi warunkami. Poza tym śmiem podejrzewać, że moja przyjaźń z Madoxem nie ucierpiałaby aż tak bardzo, bo kto inny jak nie on doskonale rozumiał absurdalne porywy serca? A siano zawsze mogłem mu oddać.
Gdzie: poor romeo "po szklanie i na rusztowanie"
Opis: W ostatnim czasie tyle się wydarzyło, że właściwie sam nie wiem w co powinienem najpierw włożyć ręce, a jak nie wiadomo co robić to najlepiej się napić. Ja co prawda od tygodnia jestem czysty jak łza, bo po wypadku z szampanem (na czole wciąż widoczne są pozostałości po przeogromnym, sinym guzie) nie mogę spożywać żadnych procentów, żeby mój mózg wrócił na właściwe tory, ale myślę, że zadowolę się bezalkoholowym drinkiem, tylko w odpowiednim towarzystwie. A odpowiednim towarzystwem były moje dwie przyjaciółki, z którymi nie widziałem się chyba całe wieki. W sumie nic dziwnego - najpierw wyjechałem na wakacje na wyspie, potem odjebaliśmy z Madoxem ślub w Vegas, potem wreszcie udało mi się odzyskać zegarek, z czym też łączyła się ostro pokurwiona historia z chińską łaźnią w rolach głównych, potem wreszcie postanowiłem na poważnie zająć się rozwodem, potem wpadłem na swoją zaginioną byłą, a potem... Potem wreszcie miałem trochę czasu żeby pospotykać się z przyjaciółmi. Więc wysłałem kilka wiadomości na nasz grupowy czat i tak po krótkiej wymianie zdań zadecydowałem, że spotykamy się w Poor Romeo, bo trzeba w końcu wyjść do ludzi, a nie wiecznie siedzieć w czterech ścianach własnych mieszkań. Szczególnie, że wiosnę czuć już było w powietrzu, a wieczory robiły się coraz bardziej przyjemne. W barze jestem pierwszy, więc od razu podchodzę do lady i zanim jeszcze zdążę zasiąść na wysokim stołku, to podbija do mnie uśmiechnięta barmanka i pyta czego sobie życzę - Pokoju na świecie i żeby z kranu leciał szampan - rzucam w odpowiedzi, a ona parska śmiechem - Żartuję, zrób mi jakieś bezalkoholowe cudo, okej? Zdaję się na ciebie - puszczam jej oczko. Dziewczyna kiwa głową, zabierając się za kręcenie mi koktajlu, bo drinkiem tego nie można nazwać, skoro nie miało w sobie żadnych procentów. Wdajemy się w krótką rozmowę, dopóki nie postawi przede mną wysokiej szklanki z kolorowym napojem, ozdobioną wielką truskawką i cukrem wokół brzegu. Czeka aż spróbuję, a kiedy zamaczam usta to na moją twarz od razu wstępuje szeroki uśmiech - Mmmm, dojebany - przyznaję, zgodnie zresztą z prawdą. Może nie tak dobry jak ten drink marzeń, który gejowski barman wykręcił mi w motocyklowym barze niedaleko Vegas, ale na pewno mógłbym umieścić go w pierwszej piątce. Z alkoholem byłby pewnie jeszcze lepszy. Płacę za swoje picie i dorzucam coś ekstra dla przemiłej barmanki, po czym zajmuję jeden ze stolików na przeciwko wejścia, żebym mógł od razu wychwycić dziewczyny jak wejdą. Z braku laku wyciągam telefon, piszę, że ja już siedzę i czekam, a potem dla zabicia czasu zaczynam skrollować Instagrama, co rusz spoglądając na drzwi wejściowe. I oto pierwsza pojawia się...
Gdzie: emptiness "put your boots on and yeehaw"
Opis: Emptiness wyglądało dzisiaj zupełnie inaczej i dam sobie rękę ujebać przy samym ramieniu, że nie był to pomysł Madoxa. On to tylko latino, ewentualnie jakiś twerk, a tymczasem dzisiaj po klubie walało się siano, a wokół kręciły kowbojskie kapelusze, wysokie buty z ostrogami, koszule w kratę i dżinsy, po oczach waliły błyskiem przesadnie duże klamry. Oczywiście nie mogło także zabraknąć ozdobnych sukienek, chociaż większość kobiet zdecydowała się jednak na króciutkie spodenki, ledwo zasłaniające pośladki, ale czy to mnie dziwi? Niespecjalnie, znałem przecież doskonale klientelę tego zacnego przybytku. Był nawet byk. Mechaniczny, ale wciąż trochę przerażający, od czasu do czasu w jego oczach świecą czerwone lampki, a z metalowego pyska bucha para. Kilku już próbowało go okiełznać i każdy poległ, chyba było jeszcze za wcześnie na takie zabawy, wieczór dopiero się zaczynał. Ja w zasadzie nie odstaję od reszty, też mam kowbojski kapelusz, elegancką koszulę, sprane dżinsy, a nawet sznurek z bogato zdobioną spinką pod szyją. No i buty, buty mam zajebiste, czerwone kowbojki wyhaczone kiedyś w okolicznym lumpie praktycznie za bezcen. Na byka jednak nie miałem odwagi się jeszcze zasadzić. Teraz opieram się nonszalancko o bar i klepię w podświetlony ekran iPhona, wystukując kilka wiadomości do Wendy. Czekam na ciebie w Emptiness. Mam ci tyle do powiedzenia. Weź kapelusz.
Gdzie: willa bogacza "bad decisions in tailored suits"
Opis: - Przyszliśmy się pokazać na salonach, a ty niby co tu robisz? - wszyscy zapewne mieliśmy podobne pobudki. To znaczy, w sumie chuj wie, większość pewnie była tutaj żeby robić biznesy, my z Madoxem przyszliśmy się za darmo najebać - Dostałem zaproszenie z osobą towarzyszącą, a nie wozi się drewna do lasu. W sensie dziewczyny już są, więc wziąłem Madoxa - proste, z Madoxem zawsze był najlepiej spędzony czas, nie ważne gdzie ani co robiliśmy. Opuszczam wzrok na wciąż pełny kieliszek w dłoni Scotta, a moje brwi biegną ku górze - A ty co, kurwa? Pijesz czy oszukujesz? Bo ja chcę wznieść toast - kiwam łbem - Za przestępców panowie, bez nich nie mielibyśmy co robić - unoszę kieliszek w geście toastu, po czym wale szampana na hejnał, puste szkło odkładając gdzieś na blat.
Gdzie: mieszkanie nr 19 "hej, chcesz obejrzeć zdjęcia?"
Opis: Na początku się dziwię, ale jak mówi o małżeństwie to bardzo szybko dochodzi do mnie, że ona już wie. Nie mam pojęcia czy z internetu, czy może od baby z warzywniaka, ale chyba po cichu liczyłem na to, że Charlotte będzie jedną z tych osób, które jednak nie dowiedzą się o tym co się zdarzyło w Las Vegas - Co? Poważnie wkurzasz się o to? Przecież to - tylko skrajnie absurdalna pijackonarkomańska akcja - nic - dla mnie może i nic, a dla niej najwidoczniej jednak coś. Znowu ciągnę za klamkę, ale dalej nie puszcza, więc zaczynam się już trochę irytować - No weź - chociaż tłumaczenie się z tamtego aktu bycia totalnym chlorem wcale mi się nie uśmiechało, to jednak czułem jakąś wewnętrzną potrzebę, żeby jej to wyjaśnić. Tylko może nie na klatce. Znowu próbuję dostać się do środka, ale znowu misja zakończona niepowodzeniem, więc w złości, która sprawia, że krew buzuje w żyłach jeszcze bardziej intensywnie, uderzam o drzwi - Dobra, jak chcesz! - rzucam i może usłyszeć moje kroki, jak idę przez korytarz do siebie, tylko wracam dosłownie za chwilę, znowu ciężko podchodząc pod jej drzwi - To sam sobie otworzę! - ja mam w cygańskich genach umiejętność otwierania wszystkich zamków świata i teraz też próbuję rozbroić ten, który mi stanął na drodze, ale coś słabo mi idzie. Może po drugiej stronie jest wepchnięty klucz, a może trzyma zasówkę, żebym za żadne skarby nie mógł dostać się do wewnątrz. Przeklinam pod nosem. Na domiar złego na schodach pojawia się jebany Carl, który staje jak wryty jak widzi co ja właśnie odpierdalam - Co ty robisz?... - pyta durnowato, na co odpowiadam od razu - Włamuję się, kurwa, a co? Nie widać? - Carl unosi wysoko obie brwi, potem je marszczy i mnie informuje, że jak w tym momencie nie przestanę i nie wrócę grzecznie do siebie to on dzwoni na policję, nawet wyjmuje telefon, żeby pokazać, że wcale nie żartuje, a ja na moment zaprzestaję zabawy z zamkiem i wbijam w niego spojrzenie. Przez chwilę po prostu gapimy się na siebie, ale jak zaczyna wybierać numer alarmowy to odpuszczam i unoszę ręce w geście kapitulacji - Dobra, już przestaję, zadowolony? - wzdycham ciężko, odwracając się, żeby zniknąć we wnętrzu własnego mieszkania. Ale nie odpuszczam, bo jakbym teraz odpuścił to nie nazywałbym się William Nicholas Patel-Noriega. Jest jeszcze jeden sposób na to jak się dostać do sąsiedniego mieszkania. I jest trochę szalony. Ale być może skuteczny, w najgorszym wypadku skręcę sobie kark. Dużą kopertę ze zdjęciami chowam sobie od tyłu w spodnie i przykrywam koszulką, żeby na pewno mi nie wypadły, po czym wychodzę na balkon. Wychylam się przez barierkę, przez ułamek sekundy obliczając swoje szanse na powodzenie. Gzyms był szeroki, tak mniej więcej na pół stopy i to takiej w rozmiarze czterdzieści cztery, a dzielił nas przecież tylko kawałek. Potem jeszcze jeden balkon pustego mieszkania między nami, kolejny kawałek gzymsu i już jestem u Kovalski. Jak nie będzie chciała mnie wpuścić od tamtej strony to zawsze mogę zagrozić wybiciem szyby. Albo naprawdę ją wybić, chociaż tego wolałbym jednak uniknąć. W każdym razie wchodzę na barierkę, po czym powoli, ostrożnie wstępuję na gzyms, łapię się każdej najmniejszej wypukłości wystającej ze ściany, albo parapetów, a przede wszystkim nie patrzę w dół i jakimś cudem udaje mi się dostać na pierwszy balkon. Poszło całkiem gładko, co tylko utwierdza mnie w przekonaniu, że to wcale nie takie trudne. Pełen dobrych myśli wchodzę na gzyms, mając przed sobą ostatni jego kawałek i wtedy zaczyna się wszystko jebać. Z ulicy dochodzi do mnie czyjś głośny krzyk - JEZUS MARIA!! Niech panie nie skacze! Życie jest za piękne żeby kończyć je w taki sposób!! - w tym momencie popełniam największy możliwy błąd bo patrzę w dół i sobie uświadamiam co ja właśnie odpierdalam. A odpierdalam kurewsko zjebaną rzecz. Kręci mi się w głowie i dosłownie w ostatniej chwili łapię się jakiegoś kabla, który biegnie po budynku, ale jeden z moich klapków spada właśnie w dół, na chodnik, na którym zbiera się coraz większy tłum gapiów. Wszyscy krzyczą żebym się jeszcze zastanowił czy aby na pewno chcę umierać w ten sposób? Tylko, że ja w zasadzie wcale nie chcę umierać. Z góry kolejne krzyki, bo któryś z sąsiadów wychyla się przez okno i drze mordę - Panie, co pan! Kabel od internetu mi pan urwiesz! - w duchu się modlę, żeby ten kabel jednak wytrzymał, bo jak spadnę na beton to na bank się zabiję. A to nie jest odpowiedni dzień na umieranie.
-
ignorantia iuris nocet, ignorantia facti non nocetnieobecnośćniewątki 18+takzaimkionatyp narracjipierwszoosobowyczas narracjiteraźniejszypostaćautor
Gdzie: willa wyattów "jacuzzi party"
Opis: Jacuzzi już nagrzane, bąbelki strzelają aż miło, a jak dziewczyny zaczynają rozprawiać o moim braku kąpielówek to wywracam tylko oczami. Prawda jest taka, że ja na śmierć o nich zapomniałem bo ciągle mam trochę dziury w mózgu, które potrzebują czasu żeby się zregenerować - Dobra to kto się wstydzi ten się odwraca, a ja wbijam - faktycznie się ładuję do wanny i faktycznie nic praktycznie nie widać. A ten kto jednak spojrzał zanim się zdążyłem zanurzyć to mógł dostrzec tatuaż na moich pośladkach. Siedzimy wszyscy w jacuzzi, oni popijają drinki, nawet widzę, że każdy jest już na lekkiej bani, oprócz mnie, bo ja mam ostatnio ciągle sober party, ale właściwie to i na trzeźwo nie mam hamulców, więc i tak dobrze się bawię. A będzie pewnie jeszcze lepiej, bo Peach wpada na świetny pomysł żebyśmy zagrali w prawda czy wyzwanie, na co ochoczo kiwam głową, że zajebiście.