—
Myślę, że tego nie zrozumiesz. — Nie powiedział tego z protekcjonalnością, ani z żadną wyższością. Odpowiedź, której chciała, była złożona i rozumiana tylko przez niego. W jej przypadku, w przypadku kogoś, kto w życiu kierował się czymś zupełnie innym i to nie z wyboru, a neurobiologiczne, coś co dla niego było sensem, dla niej mogło nim nie być. Robił się jednak oszczędniejszy w słowach, bo pozwolił jej na zadawanie pytań, kiedy sama odsunęła od siebie temat, jednak Renoir, choć oddał jej kontrolę z pełną świadomością, tak zabierał ją z powrotem.
Nie odpowiedział już na jej stwierdzenie.
Nie ignorował jej, ale odniesienie się do tego mogłoby wywołać pewną dyskusję, której on w tym momencie chciał uniknąć. Sprowadzając całość dialogu z powrotem na odpowiednie tory, które wcześniej wytyczył. Czy stwierdziłby, że jest kolekcjonerem? Nie do końca, ale to była szersza dyskusja, z której jak raz zrezygnował.
Lubił dobre dyskusje, ale tylko wtedy, gdy mu odpowiadały i były zgodne z tym, czego sam chciał. I jak sam dyktował scenariusz rozmowy.
—
To śmiałe z twojej strony, że zakładasz, że wiesz czego dokładnie chcę. — Bo znów: to musiałoby się opierać na znajomości pogłębionej psychologii i mechanizmów psychopatii wysokofunkcjonującej, a dla kogoś, dla kogo był to temat świeży, było to po prostu jak poruszanie się we mgle. Zrozumienie go wymagałoby sporo czasu i sporo nauki, a i tak nigdy nie można by było z całą stanowczością stwierdzić, że się rozumiało.
Podobnie jak on nie mógł z całą stanowczością stwierdzić, że rozumiał ludzi, którzy neurobiologicznie byli skonstruowani inaczej.
W czasie oczekiwania wychylił szampana i odstawił kieliszek nie na ramę, a na stolik, z którego brał wcześniej butelkę. Przeniósł spojrzenie na rozciągające się nad nim nocne niebo i nasłuchiwał nocy. I buzującej w jacuzzi wody.
Aż do momentu, gdy nie usłyszał muzyki. Wtedy opuścił niespiesznie spojrzenie, choć z pewnym zainteresowaniem w oczach.
I obserwował ją.
Jego umysł działał inaczej, niż pewnie sobie wyobrażała. Gdy się poruszała, on obserwował. To, jak stawia kroki i w jaki sposób układa ręce. Z jaką precyzją kontrolowała układ własnego ciała. Oceniał, jak estetyczne to było. Jaka była w tym technika i jakie gesty – nawet jeśli nie był specjalistą w tańcu. Oceniał to pod siebie, pod to, jak jemu miało to pasować. I jak działało na jego umysł. Jak w jego oczach było to składne.
W dodatku to, że to dalej była sytuacja pod jego kontrolą, choć ona sprawiała wrażenie, jak gdyby to właśnie ona rządziła. W tym, jak układała się w rytmie szukał intencji, która mogła ją prowadzić.
I podobało mu się, że nie grała pod jego grę, tylko pod swoją własną. Próbowała tyczyć pewne reguły przy nim, gdy to on miał być u kontroli. I dla niego – wciąż był. Ale jej taniec był taki, jaki działał na jego umysł.
Nie reagował impulsywnie, to nie było tak proste jak u zwykłego mężczyzny, który – ukontentowany – dostałby hormonalnego strzału, a krew odpłynęłaby mu z mózgu do miejsc wiadomych. Nie reagował tak, jak większość. Choć obserwował ją z wyraźną fascynacją. W jego oczach odbijało się jednak coś innego niż zwyczajne pożądanie. Było to znacznie głębsze i być może dla niej niezrozumiałe.
Bo w tym momencie nie poczuł, że ją
chce. W ten prosty, prymitywny sposób. Jeśli już, to poczuł, że nie chciał, aby tańczyła dla kogokolwiek innego, bo znów na wierzch wypływała potrzeba kontroli. I potrzeba posiadania. Dwie rzeczy tak mocne i skuteczne w nim samym.
U niego nie hormony odpowiadały za podniecenie. Jego podnieceniem był odpowiedni blend z władzy, estetyki i możliwości posiadania. Niekoniecznie sznurki, za które chciano pociągać, bo te były jego. To on był marionetkarzem. Ale takim, który potrafił docenić niewinność. A nie zwykłą prowokację.
Ale na dobrą sprawę dała mu to, co chciał. Powiedział przecież, że chce zobaczyć jak tańczy. Wtedy, kiedy nikt nie patrzył.
Gdy skończyła – nie zerwał się ze swojego miejsca. I nie rzucił się na nią, zaślepiony hormonalnym impulsem. Ale uśmiechnął się m
—
Byłaś perfekcją. — W tańcu. A nie przyznawał komuś na głos tego, że coś było dla niego perfekcyjne w jego wykonaniu. Zawiesił głos, spokojnie zsuwając się spojrzeniem po jej sylwetce w półmroku. —
Perfekcja to moja słabość. — Było to stwierdzenie nieco przejaskrawione, ale chodziło o to, że
bardzo to lubił. I uważał za pociągające.
Wyprostował się na krótką chwilę, zaraz pozwalając by niewielki, filuterny uśmiech zagrał w kąciku jego ust.
—
Chciałbym cię mieć.
W kwestii tej jednej chwili. Bo przecież
normalnie dawał jej wolność, nawet jeśli nieoficjalnie też wpiętą w posiadanie. Tylko teraz chodziło o fizyczne.
Navi Yun