-
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoenieobecnośćniewątki 18+takzaimkishe/hertyp narracjityp narracjiczas narracji-postaćautor
Była cholernie zmęczona. Dziesiąta godzina dyżuru. Bez Dante, bez znanych dla siebie pacjentów, a przede wszystkim bez szczeniaka, którego przygarnęli. Miała dosyć. Głowa powoli jej pękała. Z domu zapomniała zabrać ze sobą obiadu, przygotowanego dzień wcześniej. Spędzanie dyżuru na izbie przyjęć wymagało od niej swego rodzaju siły. Ludzi krzyczeli, narkomani wyrywali się z pasów. Jeden z nich zdażył zaatakować pielęgniarza laską starszego pana.
Tak stała na środku sali, wypełniając stosy dokumentacji w tablecie. Każdy pacjent musiał być odpowiednio opisany. Rodzaj leków, zabiegi medyczne, symptomy, wyniki badań. Wszystkie szczegóły musiały zostać odpowiednio napisane, by zmieniający dyżur lekarze potrafili odnaleźć się w konkretnym przypadku. Dla samej Ivy przypominało to żmudną pracę, wręcz niekończącą się mękę, ale została ona przerwana, kiedy uniosła wzrok. Dante. Nie spodziewała się go w pracy. Nigdy nie był typem opiekuńczej osoby, a może był? Momentami sama nie wiedziała. Ich relacja zawsze była trudna. Kłócili się, gdy tylko mogli, zmierzając go przełomowego etapu. Może właśnie nadszedł? Levasseur się zmieni. Stała, wpatrując się w niego bez słowa dobrych kilka długich sekund.
— Dante? — to mogły być przywidzenia. Nie spodziewała się go tutaj zobaczyć. Przetarła dość mocno swoje oczy, by finalnie się uszczypnąć w rękę. Nie śniła, czuła i naprawdę miała go przed sobą — coś się stało z psem? — to było pierwsze, co w ogóle przyszło jej na myśl. Przyjście chłopaka musiało być spowodowane katastrofą. Może zjadł trującego kwiatka? Albo okradli ich mieszkanie w trakcie jednej z imprez Levasseur'a?
— Armagedon u nas w domu? Przecież nie przyszedłbyś w dzień drugich połówek, by zrobić mi przyjemność — zaśmiała się pod nosem. Nie spodziewała się po nim romantycznych gestów. Prędzej wyjście do kina zamieniłoby się w prawdziwą bitwę — zresztą, chodź, nie stójmy tak na widoku — chwyciła go za dłoń, ciągnąc w stronę kantorka. Zbyt szybko w szpitalu pojawiały się plotki, a ona wolała by na jej temat nikt nie rozmawiał.
— No, wyduś z siebie — mruknęła Ivy, chwytając go za dłoń. Bała się prawdziwego chaosu, zniszczonego mieszkania, zarwanej podłogi.
-
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoe
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkiona/jejtyp narracjitrzecioosobowaczas narracjiprzeszłypostaćautor
Zresztą… mimo całej tej burzliwości będącej nieodłączną częścią ich związku, a także tego jak bardzo trudnym partnerem przez większość czasu bywał Dante, zdarzało się przecież, że miewał również te lepsze przebłyski. Może i nie aż tak często, jak można byłoby sobie tego życzyć, ale… też nie było to aż tak bardzo sporadyczne. Przygotowana od czasu do czasu kolacja, jeśli akurat spędzał w domu dostatecznie wiele czasu, by znaleźć w sobie chęć na spożytkowanie go w kuchni, spontanicznie kupiony prezent… albo zwrócenie uwagi na pozostawiony w lodówce pojemnik z jedzeniem i podjęcie decyzji o odwiedzeniu Ivy w pracy i zadbaniu, by przypadkiem nie umarła tam z głodu.
Bo jednak byłoby trochę szkoda.
Znalezienie Ivy pośród nieprzyjaznej szpitalnej scenerii może i nie było zadaniem najłatwiejszym, ale też nie niemożliwym do zrealizowania. Zwłaszcza z pomocą kilku całkiem nieźle zorientowanych osób, które były w stanie wskazać odpowiedni kierunek tych poszukiwań. Ostatecznie więc całe to przedsięwzięcie nie zajęło mu aż tak wiele czasu, choć na końcowym etapie pozwolił sobie na chwilę zwłoki, na moment po prostu przystając, by z niewielkiego dystansu przyjrzeć się skupionej na tablecie Ivy. Bez jakiegoś konkretnego powodu – bo nie chciał przerywać jej ważnego zajęcia, bo po prostu wyglądała w tym momencie na tyle atrakcyjnie, by wymusić tę chwilę bezczynności, bo zwyczajnie chciał zaczekać aż sama zauważy jego obecność… Pewnie każde z tych wyjaśnień mogłoby okazać się równie dobre. Efekt natomiast był taki, że dopiero w odpowiedzi na jej zaskoczenie zareagował szerokim uśmiechem. I nawet jeśli faktycznie chciał na wypowiadane przez nią obawy odpowiedzieć od razu, na moment musiał skapitulować i dać się ściągnąć z widoku.
– Naprawdę nie zaszkodziłoby ci trochę więcej wiary w drugiego człowieka… – trudno byłoby powstrzymać się od rozbawionego wywrócenia oczami. Choć pewnie tak samo trudno byłoby dziwić się wszelkim podejrzeniom z jej strony…
– Pies – co którego imienia wypadałoby się pewnie wreszcie dogadać i jakieś mu nadać… – ma się dobrze, wygryzionych dziur w twoich spodniach prawie nie widać, a mieszkanie dalej ma wszystkie ściany i okna. Drzwi też, chociaż te od łazienki dalej skrzypią.
Wypowiedzianą beztroskim, rozbawionym tonem relację zakończył krótkim całusem w kącik ust Ivy. Bo od tego w sumie wypadałoby zacząć całe to nieplanowane spotkanie – opcja z pewnością lepsza od snucia domysłów, jaki kataklizm mógłby przyciągnąć go do szpitala.
– Za to twój obiad niepotrzebnie zajmował miejsce w lodówce – w wymownym geście uniósł lekko rękę, by zaprezentować przyniesioną torbę z ratunkiem od śmierci głodowej. – Więc skoro pewnie nie ma co liczyć na to, że jakimś cudem wyrwiesz się stąd wcześniej, przynajmniej upewnię się, że w ogóle wrócisz i nie padniesz tu z głodu.
Faktycznie, banalnie romantycznie gesty raczej nie wpisywały się w naturę ich związku – niezależnie od daty i presji wywieranej przez wszechobecne serduszkowe ozdoby. Randka w kinie z dużą dozą prawdopodobieństwa zakończyłaby się sprzeczką już na etapie wyboru filmu, a wspólne wyjście do restauracji… cóż, istniała spora szansa na to, że przerodziłoby się w całkiem niezły spektakl dla wszystkich pozostałych gości. Z kolei czasy, kiedy obydwoje mogliby spędzić czas na jakiejś szalonej imprezie raczej bezpowrotnie już minęły i pewnie wypadało się z tym pogodzić. Zdecydowanie lepiej – i poniekąd bezpieczniej – było więc postawić na te nieco mniejsze, najczęściej zupełnie spontaniczne gesty.
Ivy Harrison
-
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoenieobecnośćniewątki 18+takzaimkishe/hertyp narracjityp narracjiczas narracji-postaćautor
Wywróciła teatralnie oczyma. Bardzo mocno dbała o jej reputację w szpitalu. Tak bardzo jak kochała Dante, tak samo bardzo się go wstydziła. Wieczny imprezowicz wydziarany. Może robiło się jej gorąco na samą myśl, gdy się w niego wpatrywała. Był jej miłością, wiele w stanie była mu oddać, ale w szpitalu chodziła jak na paluszkach. Chciała odciąć się od własnej przeszłości, by móc skupić się na przyszłości. Kiedyś zostanie lekarzem prowadzącym, a te piękne oczy, nieważne jak głębokie by nie były i jak bardzo chciała w nich utonąć, nie wiadomo, jak długo będą wraz z nią.
— A dajesz mi powody do tej wiary? — spytała całkiem szczerze, robiąc skwaszoną minę i zakładając rękę na rękę. Mógł być rozbawiony, ale jak dotąd nigdy nie wchodził tak bardzo jej rejony. Momentami jej to przeszkadzało. Nawet teraz mocno zmarszczyła brwi, zastanawiając się, co się stanie. W szpitalu nie chciała żadnych kłótni, czy krzyków, tu miała zostać prymuską, rezydentką Harrison i chciała tego dopilnować.
— Mógłbyś dać mu jakieś imię — stwierdziła sucho. Lubiła kundla. Istniało piękne przysłowie: jaki właściciel, taki pies. Idealnie ono odwzorowywało Dante wraz z czworonogiem. Widziała u nich niemą nić przywiązania, w podobny sposób na niej polegali — nie chcę się kłócić z tego powodu — mruknęła. W ogóle nie chciała się już kłócić, krzyczeć, czy tłuc talerzy. Tylko to było silniejsze od nich samych. Style ich życia wydawały się rozmijać.
— Słucham?! — dopytała lekko zszokowana. Pierwsze uniesienie głosu zostało właśnie zanotowane. Mrugnęła kilka razy oczami, próbując wytłumaczyć sobie, co on właśnie do niej powiedział i aż nie wiedziała co powiedzieć — chyba żartujesz sobie, że wygryzł mi spodnie?! — drugie podniesienie głosu zanotowane. Wystarczyła krótka wymiana zdań, a ona już miała ochotę wyjść z siebie. Wiedziała, że ten pies to będą same kłopoty — które?! — czekała na decyzję, musiała się dowiedzieć. Któreś od pracy? Jej ukochane jeansy z wyszywkami w dinozaury?
— Przepraszam — mruknęła, widząc pojemnik. Jednak miał w sobie coś z tych prostych gestów. Dbał o nią, a ona mimowolnie zarzucała mu niecne zamiary — po prostu... nie wyobrażam sobie nas — dodała, ściszając coraz bardziej głos — no nie wiem — i po krótkiej chwili dodała — normalnych? — to chyba dobre słowo. Normalny związek, który czasem o siebie dba, potrafi normalnie rozmawiać. Oni wyrażali wobec siebie emocje w całkowicie inny sposób.
— Dziękuję — powiedziała finalnie po kilku chwilach ciszy — jesteś kochany, Dante — przysunęła się, by złożyć mu krótkiego buziaka na policzku — mam pójść na przerwę? — spytała, czekając na jego decyzję. Chciała wyczuć, co dokładnie od niej oczekiwał.
— Jeszcze na niej nie byłam, więc... — przegryzła dolną wargę — moglibyśmy spędzić te chwile razem? — tyle mogła mu dać. Zresztą chciała. Widać to było w jej niebieskich tęczówkach, które właśnie tkwiły w jej chłopaku. Czekała na jego decyzję. Mógł mieć lepsze plany. Impreza, koka, hasz, lsd, czy coś takiego.
-
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoe
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkiona/jejtyp narracjitrzecioosobowaczas narracjiprzeszłypostaćautor
Zresztą, nie było wcale wykluczone, że mimo wszystko taka rozrywka komuś się jednak nie przytrafi. W końcu zdecydowana większość – jeśli nie wszystkie – ich sprzeczek zwykle wcale nie była planowana. Po prostu działy się, zwykle zaczynając się od kompletnie nieistotnych drobnostek. Nawet więc jeśli Dante – z całą swoją lekkomyślnością i kompletnym brakiem instynktu samozachowawczego – poniekąd zdawał sobie sprawę z tego, że serwowanie burzliwego spektaklu pacjentom i pracownikom szpitala niezbyt dobrze wpływałoby na przyszłą karierę Ivy… kłamstwem byłoby wmawianie sobie, że nic takiego nie miało prawa się wydarzyć. Podniesiony przez nią głos mógłby zresztą zwiastować nadchodzącą burzę i całkiem skutecznie pogrzebać wszelkie dobre zamiary, z jakimi Dante zjawił się w tym miejscu… Tym razem burza mogła jednak przejść bokiem, bo na jej słowa zareagował krótkim śmiechem. Jednocześnie zbywając kwestię nadawania psu imienia gestem dość jasno mówiącym, że to mogło poczekać. Najpewniej dość długo, by zwierzak przyzwyczaił się po prostu do bycia psem.
– Faktycznie, żartuję – gdzieś pomiędzy rozbawieniem znalazł się również cień zaskoczenia tym, że tego faktu nie wychwyciła od razu. Choć prawdopodobnie sam był sobie winien przyzwyczajając ją już do tego, że mogła spodziewać się po nim… prawie wszystkiego tak właściwie. – Wszystkie twoje spodnie są całe i bezpieczne. A przynajmniej były jakiś czas temu. O ile do tej pory pies nie nauczył się otwierać szafek, to pewnie tak zostanie.
Wprawdzie wiele innych przedmiotów w mieszkaniu nie miało tego luksusu, by móc uniknąć bliższego spotkania z psimi zębami, ale… przecież żadne z nich nie miało zamiaru kłócić się tu i teraz – a najlepiej w ogóle – o pogryzione buty, czy choćby ten nieszczęsny dywanik… A skoro tak, to lepiej było nie drążyć za bardzo tematu.
Tym bardziej, że kolejne słowa Ivy dość skutecznie były w stanie oderwać myśli od ewentualnych zniszczeń dokonanych przez zbyt energicznego i pomysłowego szczeniaka. Krótka pauza w jej wypowiedzi wystarczyła, żeby na moment ulotnił się jego dotychczasowy uśmiech, a w spojrzeniu na parę sekund mogło odmalować się szczere zaniepokojenie. Bo w pierwszej chwili to niedokończone zdanie absolutnie nie brzmiało jak coś, czego można byłoby chcieć wysłuchać do końca. Raczej jak coś, co należałoby jak najszybciej przerwać i udawać, że nic podobnego wcale nie zostało wypowiedziane. Zanim jednak zdążył wciąć się jej w zdanie, okazało się, że jego zakończenie wcale nie brzmiało aż tak dramatycznie, jak mógłby sugerować początek. Powietrze zaczerpnięte po to, żeby w porę jej przerwać, można więc było wypuścić z ulgą.
– Normalność pewnie byłaby strasznie nudna… – uśmiech, nawet jeśli wciąż nieco bledszy niż dotychczas, również mógł już wrócić na jego twarz. – Ale może od czasu do czasu też nie zaszkodzi.
Nieznacznie wzruszenie ramionami mogło wprawdzie sugerować, że sam jakoś nie do końca wierzył w to, że faktycznie mogliby funkcjonować wedle szeroko rozumianej normalności. Jasne, Ivy mogła być wystarczającym powodem, żeby przynajmniej spróbować się postarać, ale… obydwoje chyba całkiem nieźle wiedzieli, jak mimo wszystko musiałoby się to skończyć.
– Czy ty właśnie proponujesz mi piętnastominutową randkę w jakimś szpitalnym schowku? – rozbawienie powróciło na dobre, tym razem znajdując odbicie zarówno w skierowanym na nią spojrzeniu, jak i już zdecydowanie bardziej przekonującym uśmiechu. – Przecież temu się nie da odmówić.
Nawet jeśli miał jakiekolwiek inne plany – albo jeśli spodziewał się, że Ivy będzie chciała jak najszybciej wrócić do swoich obowiązków – bez większego problemu mógł uznać je za zdecydowanie mniej pilne. Zwłaszcza, że chyba rzeczywiście niewiele mieli ostatnimi czasu, który mogliby spędzać wspólnie…
Ivy Harrison
-
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoenieobecnośćniewątki 18+takzaimkishe/hertyp narracjityp narracjiczas narracji-postaćautor
— Hm. — zaczęła, zastanawiając się nad codziennymi powodami. Większość czasu mijali się nawzajem. Dante cały czas żył w imprezowym ciągu, za to ona weszła w ciąg zwykłego człowieka, nazywanego przez niektórych ludzi kołchozem pracy. Czasami miała wrażenie, że po prostu mijali się ze sobą. Momentami prędzej przypominali współlokatorów, żyli ze sobą, ale znajdowali się w zupełnie różnych miejscach. Kiedy już się spotykali, wszystko zamieniało się w coś na wzór armagedonu — następnym razem zacznij respektować moje zdanie, to ci uwierzę — mruknęła pod nosem, chcąc przywołać ostatnią sytuację z psem. Nie chciała na nowo ciągnąć tego tematu, więc jedynie krótko się uśmiechnęła. Gdyby ktoś rzucił słowami, kobiety z wenus, a mężczyźni z marsa, to w stu procentach opisałby tę dwójkę. Zarówno Ivy, jak i Dante, znajdowali się na innych planetach. Mieli inne potrzeby, ale nawet w trakcie ery imprezowania potrafili się kłócić o pierdoły.
— No weź — mruknęła, sprzedając mu delikatnego kuksańca w bok i strzelając oczyma. Momentami czuła się zbyt poważna, zwłaszcza kiedy oczami wyobraźni widziała ukochane jeansy w zębach psa — to jest sztuczka, której nie masz zamiaru go nauczać? — spytała poważnym tonem. Otwieranie szafek, sikanie na toalecie. Dante był wyjątkowy, musiała mu to przyznać. Potrafił wykonać rzeczy niemożliwe dla nikogo innego — a pamiętałeś, by schować masło ze stołu? — spytała nagle nerwowo — lubi na niego wskakiwać — na stół, by zjeść masło. Przysłowie jaki właściciel, taki pies idealnie się sprawdzało. Kundelek miał duszę buntownika, przypominał Ivy jej ukochanego. Oczy wariata, duszę szaleńca i ewidentne doświadczenie w niszczeniu wszystkiego, co tylko go spotka.
Z własnych nerwów i przemyśleń nie zauważyła nerwowej reakcji Dantego. Nigdy nie myślała o zerwaniu z nim, bez niego nie wyobrażała swojego życia. Przywykła do kłótni, adrenaliny w trakcie kłótni oraz dopaminy, kiedy godzili się w sypialni.
— Prawda — mruknęła cicho Ivy. Dla nich normalność wyglądała inaczej, przepełniona kłótniami, awanturami, a nawet latającymi talerzami — ale wiesz, ja jestem po prostu zmęczona i chciałabym móc wrócić do domu — stwierdziła, wzdychając ciężko. Teraz też niby połowa dyżuru, ale pierwszych oznak zmęczenia można było się w niej doszukiwać. Na nogach była już prawie trzynaście godzin, a pod koniec dyżuru będzie dobijała do doby bez snu — a później się tylko przytulić do Ciebie, zasypiając przy nudnym firmie — albo przy dobrym filmie. O ironio, czasami wolała zastać mieszkanie puste. Wtedy miała pewność, że na sto procent odpocznie. Jeśli Dante był w pobliżu, nie miała ku temu pewności. Momentami wręcz zostawała w dyżurce, śpiąc na kanapie, gdy zdążyła przejrzeć insta story znajomych i znaleźć imprezę w ich mieszkaniu.
— Czy to źle? — spytała wpierw nerwowo, a chwilę później już się uśmiechała. Piętnastominutowa randeczka brzmiała idealnie. Może w tym czasie nie zdążą się pokłócić. Blondynka zaraz zaczęła rozglądać się po pomieszczeniu. Na środku schowka położyła dwa metalowe wiadra. Teraz brakowało już tylko świeczek — no to siadaj — rzuciła, uśmiechając się od ucha do ucha. Zaraz sięgnęła do torby, wyjmując z niej wpierw termos — masz, wypij kawę, a ja coś zjem — sama wyjęła swoją śniadaniówkę, a oczy od razu się jej zaświeciły — to mój pierwszy posiłek dzisiaj — mruknęła, biorąc pierwszego gryza sałatki. Zawsze pamiętała o posiłkach, ale nigdy nie miała czasu do nich. Zawsze w środku jedzenia dzwonił alarm w sprawie pacjenta. Może tym razem będzie inaczej?
-
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoe
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkiona/jejtyp narracjitrzecioosobowaczas narracjiprzeszłypostaćautor
Udał na moment, że całkiem poważnie zastanawia się nad nauczeniem psa przynajmniej kilku nietypowych sztuczek, by ostatecznie uraczyć Ivy szelmowskim uśmiechem mającym być najlepszym podsumowaniem tychże rozważań.
– Tylko jeżeli uda mi się nauczyć go odróżniać szafki z twoimi rzeczami od tych z moimi – choć raczej nie zanosiło się na to, by nadprogramowy domownik miał okazać się aż tak pojętnym uczniem. Prawdopodobnie nie robiło mu najmniejszej różnicy, czy rozszarpywał właśnie ulubione buty Ivy, czy może ładowarkę do telefonu Dantego. – I tak, masło też jest całe i bezpieczne. Możesz już przestać doszukiwać się jakichś możliwych katastrof w domu…?
Zarówno w głosie, jak i na jego twarzy na moment odmalowało się lekkie zniecierpliwienie. Jak zwykle zresztą, kiedy jego nadmierna beztroska musiała skonfrontować się z nieco bardziej uporządkowaną naturą Ivy. Brakowało już pewnie tylko tego, by postanowiła upewnić się jeszcze, czy wychodząc z mieszkania aby na pewno zamknął drzwi na klucz. I nawet jeśli wcale nie było aż tak bardzo oczywiste, że miałby to zrobić… niekoniecznie byłby to temat, który miałby utrzymać ich na tych bezpiecznych torach rozmowy.
Swoją drogą… najwyraźniej musiał odnotować w pamięci, by w drodze do domu kupić masło. I wciąż trzymać się tego, że żadne nie zostało przez psa zeżarte.
– Dobra, niech będzie, możesz wybrać nudny film na dziś – wymownie wywrócił oczami i dodatkowo nieznacznie uniósł dłonie w geście kapitulacji. Jednocześnie jednak nie krył w swojej wypowiedzi żartobliwej nuty. Bo w gruncie rzeczy… może i taki scenariusz wcale nie byłby aż tak bardzo fatalny. Nawet, jeśli trudno byłoby oprzeć się wrażeniu, że wciąż istniało całkiem sporo czynników, które mogłyby obrócić go w jedną wielką katastrofę. Zwłaszcza, że te zaskakująco często lubiły przytrafiać się akurat wtedy, gdy obu stronom faktycznie zależało na tym, by ich uniknąć.
Krytycznie przyjrzał się zaimprowizowanym siedzeniom, następnie błyszczące rozbawieniem spojrzenie kierując na Ivy.
– Przysięgam, że nigdy więcej nie pójdę na żadną organizowaną przez ciebie randkę – oznajmił, nawet nie starając się przy tym, by zabrzmiało to jakkolwiek poważnie. Nie zamierzał też pogardzić przygotowanym siedzeniem, rzeczywiście zajmując miejsce na jednym z wiader i sięgając po wyjęty przez Ivy termos. Wino – bezsprzecznie bardziej pasujące do randki – to nie było, ale… mimochodem omiótł pomieszczenie spojrzeniem, najwyraźniej przypominając sobie o tym, że w szpitalu zdecydowanie można było znaleźć coś ciekawszego od pospolitego wina. Zanim jednak genialny pomysł w pełni zdążył ukształtować się w jego umyśle, do głosu musiała dojść pokaleczona namiastka zdrowego rozsądku, która uprzejmie przypomniała mu o tym, że nie było najmniejszych szans na to, by Ivy uznała to za równie genialne.
Choć nie znaczyło to jeszcze, że pomysł ot tak się ulotnił.
– Poza tym, że ewidentnie zmuszają cię do pracy w nieludzkich warunkach i próbują zagłodzić… co ciekawego ci się dziś trafiło? – powrócił spojrzeniem do swojej randki, swobodnym pytaniem starając się zagłuszyć niemożliwe do realizowania w tej chwili zamiary. Zwłaszcza, że w tych nieczęstych momentach, kiedy akurat nie wrzeszczeli na siebie i nie tłukli mocno już wybrakowanej zastawy stołowej, rzeczywiście lubił słuchać o tych ciekawszych przypadkach, które co jakiś czas przytrafiały się jej w pracy.
Ivy Harrison
-
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoenieobecnośćniewątki 18+takzaimkishe/hertyp narracjityp narracjiczas narracji-postaćautor
— Aż takim geniuszem nie zostanie — mówi, parskając krótko pod nosem. Wcale nie zdziwiłoby jej, gdyby Gamoń zjadałby jakimś cudem jej ciuchy. Może czuł od niej bezpieczeństwo? Nie posądziła Dante o najgorsze zamiary, ale ona zawsze pamiętała, żeby dać mu odpowiednio dużą porcję jedzenia i wyjść na spacerek. Nawet jeśli była niesamowicie styrana po dyżurze — no dobrze... — mruczy finalnie Ivy pod nosem, delikatnie marszcząc nosek, jakby się nad czymś zastanawiała — po prostu widząc, ile rzeczy może pójść nie tak tutaj. Chciałabym mieć pewność, że nic Wam się nie stanie — jej lęk był mógł być irracjonalny. W trakcie dyżurów traciła pacjentów, zbyt wielu ich było na tak krótką karierę medyka. Były takie przypadki, których nie mogła wygrać, choroba zbyt doszczętnie zdążyła zniszczyć cały organizm.
— Wynudzisz się jak nigdy, kochanie — aż dała mu buziaka w policzek z wielkim bananem na twarzy. Dla takich momentów była w stanie żyć z Dante. Kiedy się nie kłócili przypominali harmonię, którą można było dać się poprowadzić. Zwyczajnie chwyciłaby mocno Levasseura za rękę i poszła z nim wszędzie, nieważne, gdzie mogłaby trafić. Bez żadnego zastanowienia się, wątpliwości, nawet jeśli za chwilę mieli ponownie zacząć się wspierać.
— Dobrze — kiwa finalnie delikatnie głową, czując lekkie rozbawienie — ty będziesz wszystkie organizował — wyszczerza się cała zadowolona z siebie. Co prawda czuła, że skończyliby wtedy na jednej, wielkiej imprezie, ale w ogóle jej to nie przeszkadzało, a wręcz przeciwnie! Wizja Dante PLANUJĄCEGO coś, co nie byłoby imprezą stulecia skutecznie zawładnęło jej umysłem. Nawet jeśli mieliby się wybrać do jakiegoś klubu książki i tak byłaby zadowolona.
— Jeden chłopiec miał w przegrodzie nosa klocek lego — zaśmiała się Ivy, a oczy jej zabłysnęły. Dalej nie wiedziała, jakim cudem się tam znalazł — a tak poza tym to słabe nudne przypadki i kilka lewatyw — gówniany standard, do którego zdążyła przywyknąć. Najnudniejsze procedury medyczne zawsze należały do najniższego roku rezydentów — czasem zastanawiam się, jak ludzie mogą tak sraa- — i już chciała coś powiedzieć, ale zawibrował jej telefon. Stała jak poparzona. Doskonale wiedząc, co się stało przed chwilą.
— Dante, przepraszam — zaczyna Ivy, patrząc na niego zdeterminowanym wzrokiem. Zaraz odkłada na bok swój obiad. Zdążyła zjeść raptem dwa gryzy i już musiała lecieć dalej — zostań tutaj, wrócę, jak będę mogła — tylko nie wiedziała, ile dokładnie jej to zajmie. Dziesięć minut? Piętnaście? Kilka godzin. Na dwoje babka wróżyła, najwyżej powie mu po wszystkim, że musi wrócić do pracy. Przed wyjściem zdążyła wypowiedzieć jedynie krótkie — zatrzymanie krążenia — i wybiegła wprost na salę pacjenta. Nie zastanawiała się, po prostu biegła przed siebie, ale w kantorku został jej identyfikator.
-
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoe
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkiona/jejtyp narracjitrzecioosobowaczas narracjiprzeszłypostaćautor
– Kto jako dzieciak nie próbował wkładać sobie lego do nosa? Albo fasoli…? Fasola też nieźle się do tego nadaje… – wzruszył nieznacznie ramionami, wcinając się jej w zdanie. I tak, z dużą dozą prawdopodobieństwa można było zakładać, że nawet jeśli wypowiedziane słowa wciąż nosiły pewne znamiona żartu, zawierały w sobie nieco prawdy. Podobne eksperymenty zdecydowanie mogły być czymś, co Dante praktykował w dzieciństwie. Pewnie niewiele przed tym, gdy jako nastolatek uznał, że wypalanie zioła ze znajomymi ojca jest jednak ciekawszą rozrywką.
Tego, co zadziało się niewiele później mógł się w zasadzie spodziewać. Piętnastominutowa randka całkiem szybko zamieniła się w randkę kilkuminutową, a on mógł skwitować to co najwyżej krótkim „jasne” rzuconym już nawet nie do Ivy, a do zamykających się za nią drzwi. W końcu trudno byłoby konkurować z zatrzymaniem krążenia. Tak samo trudno byłoby mieć do niej pretensje o to, że bez zastanowienia pobiegła do nagłego przypadku.
Za to z całą pewnością można byłoby zastanowić, czy rzeczywiście zostawienie go tutaj było najlepszym możliwym pomysłem. Nie słynął raczej z cierpliwości, a bezczynne czekanie – jakkolwiek mogłoby wydawać się zadaniem dość banalnym – mogło dość szybko okazać się wyzwaniem ponad jego siły.
I rzeczywiście długo nie trzeba było czekać, by postanowił na początek nieco uważniej rozejrzeć się po kantorku. Obejście niewielkiego pomieszczenia dawało jednak mało satysfakcjonujące rezultaty – dookoła nie znajdowało się absolutnie nic wartego uwagi. Przynajmniej do momentu, kiedy jego spojrzenie zatrzymało się na beztrosko porzuconym identyfikatorze. To był cholernie głupi pomysł. I podświadomie pewnie musiał zdawać sobie z tego sprawę. A jednak zawahał się może ledwie przez sekundę lub dwie, zanim schował plastikową kartę do kieszeni i jakby nigdy nic wyszedł z pomieszczenia. Jeśli Ivy miałaby wrócić przed nim, zawsze mógłby wyłgać się tym, że wybrał się na poszukiwanie toalety. A identyfikator… na to pewnie też mógłby znaleźć jakąś wymówkę.
Zdawał sobie sprawę z tego, że prawdopodobnie odrobinę za bardzo rzucał się w oczy, żeby tak po prostu móc wmieszać się w tłum. To jednak nie stanowiło większego problemu na szpitalnym korytarzu, gdzie w zasadzie każdy – od pacjentów i ich rodzin, aż po wszelkiej maści personel – zajęty był własnymi sprawami i niespecjalnie zwracał uwagę na kogokolwiek innego. Tutaj wystarczył pewny krok i przyjęcie postawy jasno dającej do zrozumienia, że nie tylko miał pełne prawo być tutaj, ale też świetnie wiedział dokąd zmierza. Nawet jeśli nie miał w tej kwestii bladego pojęcia.
Problem mogły za to stanowić drzwi, do których wreszcie dotarł, a które opatrzone zostały napisem dobitnie oznajmiającym, że były one przeznaczone tylko dla personelu. O ile w otwarciu ich mogłaby pewnie pomóc karta Ivy, o tyle nie wydawało mu się, by nikt ze znajdującej się tuż obok dyżurki pielęgniarek nie miał nic przeciwko temu, by jakiś podejrzany typ nieco sobie pozwiedzał. I może nawet mógłby to być moment, w którym Dante powinien dojść do wniosku, że całe to przedsięwzięcie nie miało większego sensu i że lepiej byłoby wrócić do tego nieszczęsnego kantorka.
Gdyby nie to, że zwykle miewał najwyraźniej więcej szczęścia niż… czegokolwiek innego.
Drzwi otworzyły się, a zza nich pospiesznym krokiem wyszła pchająca przed sobą terkoczący wózek pielęgniarka. Z zaciętą miną, niezwracająca uwagi na absolutnie nic, co mogłaby znajdować się dookoła… okazała się być świetną przepustką i okazją, której nie można było zmarnować. W chwilowym zamieszaniu najwyraźniej nikt nie zwrócił uwagi na to, że przeszedł przez drzwi zanim te zdążyły zamknąć się za kobietą. Co właściwie mógłby uznać za całkiem zabawne. Podobnie jak fakt, że również na kolejnych etapach tej małej wycieczki nie znalazł się kompletnie nikt, kto mógłby mu jakkolwiek przeszkodzić. Ani podczas krótkiego spaceru przez kolejny korytarz, ani też wtedy, gdy trafił wreszcie do obiecująco wyglądającego pomieszczenia, z którego postanowił zabrać ze sobą pamiątkę w postaci dwóch pudełek z tabletkami wepchniętych pospiesznie do kieszeni. Takiej drobnostki nikt przecież nie powinien nawet zauważyć. Drzwi, które podczas drogi powrotnej bez większego problemu ustąpiły dzięki odbiciu przy nich karty Ivy były już w zasadzie tylko formalnością – podobnie, jak spacer przez wciąż pełen ludzi ogólnodostępny korytarz i powrót do kantorka, gdzie zamierzał wcielić się w ucieleśnienie niewinności, które cały ten czas grzecznie oczekiwało na powrót Ivy. Pamiętając wcześniej o tym, by beztrosko odłożyć jej identyfikator tam, skąd go zabrał.
Ivy Harrison
-
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoenieobecnośćniewątki 18+takzaimkishe/hertyp narracjityp narracjiczas narracji-postaćautor
— Kochanie, czasem naprawdę jesteś durny — stwierdza lekko zmieszana Ivy, mrugając kilka razy oczyma. Nie spodziewała się takich rewelacji. Co prawda wiele myślała na jego temat. Był szalony, był wariatem, ale też... musiał być głupi, a przynajmniej jako dziecko.
Chwilę później biegła już do sali numer siedem, do pacjenta, z którym rozmawiała zdecydowanie zbyt wiele. Pojawiła się już u niego żółtaczka, czekali na dopasowanie dawcy, by doszło do przeszczepu. Tylko że zgodność tkankowa nigdy nie była łatwa do uzyskania. Niby wystarczył jeden płat, nawet od żywego dawcy.
Tylko że to było osierocone dziecko. O takich pacjentach mało kto pamięta, zwłaszcza kiedy walczy z chorobą nowotworową. Serce biło jej niemiłosiernie szybko. Słyszała to niemiłosierne piknięcie zwiastujące zatrzymanie akcji krążenia. Nienawidziła go słyszeć, wracał za każdym razem jako jej największa trauma. Teraz zabolało ją to podwójnie. Stracić osobę dorosłą to jedno, a stracenie bogu winnego dziecka, było czymś, czego obawiała się nawet w najgorszych koszmarach.
Kiedy dobiegła, zaczęła jako pierwsza masaż serca. Po chwili pojawiały się kolejne osoby. Jedna krzycząca o epinefrynie, ktoś inny ciągnął Ivy od pacjenta. Ona widziała jedynie krótkie sceny pojawiające się przed jej oczyma. Zaraz koszula Billy'ego była rozpięta, przyczepiano do niej diody. Pierwszy elektrowstrząs. Serce nie wznowiło pracy, a Ivy mechanicznie zaczęła ponownie masaż serca. Nie zwracała uwagę na nic, aż nie usłyszała rozkazu o odsunięcie się. Kolejny wstrząs. Wszyscy pierwsze kilka sekund wstrzymali oddech. Chwilę później znowu zaczęła pracować.
To było długie trzydzieści minut...
Zgon stwierdzono o godzinie 16:41. Te słowa zapamięta jedynie z tego dnia. Do oczu same zaczęły napływać jej łzy z bezsilności. Billy miał całe życie przed sobą, był radosnym, uśmiechniętym chłopcem z pięknym błyskiem w oku. Każdy mógłby uczyć się od niego zwykłego uśmiechu. Raz Ivy przyniosła mu batonik, a on całe dni opiewał nad nią i nazwał ją ciocią. Czy dlatego lekarze nie powinni przywiązywać się do pacjentów? Całe serce ją bolało. Po wszystkim zamknęła się w łazience, płacząc przez piętnaście minut. Później przypomniała sobie o Dante. Zostawiła go samego. Zdążyła umyć jedynie twarz, choć jej oczy dalej były przekrwione, a ona wróciła... wyglądała jak wrak człowieka.
— Przepraszam... — mruczy pod nosem, kładąc głowę na ramieniu Levasseur'a. Potrzebowała jego bliskości w tym momencie. Żadnej zbędnej rozmowy, ani kłótni, tylko obecność — będę nie w humorze — dodaje, podnosząc się, by chwycić za pudełko z jedzeniem. Nabrała samą sałatę i zaczęła ją mielić bez przekonania. Bolała ją rzeczywistość, w której się znalazła. Bała się nią dzielić z chłopakiem, bo... nie chciała zostać dodatkowo zraniona przez kłótnię. Jak na samą Ivy, która wiecznie była uśmiechnięta, teraz była bardziej krucha niż normalnie.
— Dziękuję, że poczekałeś... — nie spodziewała się tego. Nie wiedziała, ile czasu minęło, w trakcie dyżuru czas płynął inaczej. Na pewno nie było to piętnaście minut, a jednak siedział obok niej. Aż na sercu zrobiło się jej odrobinę cieplej.
— Nie nudziło Ci się tutaj? — pyta po dłuższej ciszy, zastanawiając się, co tak właściwie Dante robił, kiedy jej nie było. Na pewno nic nie przeskrobał, bo już by o tym coś wiedziała. Przynajmniej taką miała nadzieję.
-
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoe
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkiona/jejtyp narracjitrzecioosobowaczas narracjiprzeszłypostaćautor
I chociaż gdzieś głęboko w podświadomości wciąż musiała kołatać mu się myśl, że najpewniej nie był to najlepszy pomysł, to jednak całkiem skutecznie tłumiło ją poczucie, że przecież bawił się całkiem nieźle. Z całą pewnością lepiej niż mógłby, gdyby faktycznie zdecydował się grzecznie zaczekać na Ivy i nigdzie się nie ruszać.
Drobne ukłucie – z braku lepszego określenia mogące podchodzić pod wyrzuty sumienia – pojawiło się dopiero w momencie, kiedy wróciła do pomieszczenia. A dokładniej – kiedy spojrzał w jej kierunku, oderwawszy się wcześniej od bezcelowego przesuwania i wyrównywania pudełek z rękawiczkami na jednej z półek. Nietrudno było połączyć fakty i domyślić się, że powód, dla którego wcześniej wybiegła z kantorka w pośpiechu oraz stan, w jakim do niego wróciła, nie mógł oznaczać niczego dobrego.
– Nie przepraszaj – kiedy oparła głowę na jego ramieniu, przytulił policzek do jej włosów w trochę automatycznym geście. Chwilę później, przyglądając się jak bez przekonania wróciła do przerwanego wcześniej posiłku, zdał sobie sprawę z tego, że kompletnie nie miał pojęcia, co jeszcze mógłby dodać, żeby jeszcze bardziej nie pogorszyć jej nastroju. Zwykle świetną strategią – przynajmniej w jego mniemaniu – było obracanie większości trudnych sytuacji w żart. Tyle tylko, że zwykle dość szybko okazywało się również, że tak naprawdę była to bardzo kiepska opcja. W dodatku, w obecnej sytuacji – bardzo nie na miejscu, z czego musiał zdawać sobie sprawę nawet Dante.
– Przecież i tak nie miałem nic lepszego do roboty – na moment uśmiechnął się, nadając swojej wypowiedzi neutralny, zakrawający o codzienną beztroskę, ton. A już chwilę później, słysząc pytanie o to, czy nie nudziło mu się w trakcie czekania, mógł raz jeszcze dość dobitnie zdać sobie sprawę z tego, że wybrał naprawdę kiepski moment na… bycie sobą. I słuchanie tej części podświadomości, która ze zdrowym rozsądkiem zdecydowanie nie miała nic wspólnego. Choć z drugiej strony… wszystko poszło przecież dość gładko, Ivy nie musiała o niczym wiedzieć, a jemu pozostawało po prostu zadbać o to, by w jakiś nieprzemyślany sposób nie wsypać samego siebie.
– Znasz mnie, umiem znaleźć sobie zajęcie – prawdopodobnie nie był to najszczęśliwszy dobór słów. A przynajmniej nie, jeśli chodziło o niewzbudzanie w niej niepotrzebnych podejrzeń co do tego, jakie konkretnie zajęcie mógł znaleźć sobie w czasie, gdy ona zajęta była walką o życie pacjenta. – Chociaż tutaj faktycznie było to sporym wyzwaniem. Ale przynajmniej wiem, ile pudełek z rękawiczkami jest na półce. Z podziałem na konkretne rozmiary.
Niedbale machnął ręką w kierunku wspomnianej półki, na krótko uśmiechając się przy tym raz jeszcze. Neutralny żart nie powinien przecież w tej sytuacji zaszkodzić, a mógł za to rozwiać ewentualne podejrzenia, jeżeli te miałyby pojawić się po jego wcześniejszych słowach.
– Chcesz o tym porozmawiać? – przechodząc w poważniejszy ton i wracając spojrzeniem do Ivy, zdecydowanie nie miał na myśli rękawiczek, ich rozmiarów i dokładnej liczby pudełek. Dość oczywistym powinno być, że pytał raczej o to, co tak bardzo ją przybiło i czego mimo wszystko nie chciał tak po prostu bagatelizować poprzez całkowite pominięcie tematu. A przynajmniej nie, póki ona sama nie miałaby uznać, że wolałaby go jednak nie poruszać – w tym przypadku decyzja bezsprzecznie leżała po jej stronie.
Ivy Harrison