ODPOWIEDZ
26 y/o
For good luck!
161 cm
rezydentka chirurgii Mount Sinai Hospital
Awatar użytkownika
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoe
nieobecnośćnie
wątki 18+nie
zaimkizaimki
typ narracjityp narracji
czas narracji-
postać
autor

Dante Levasseur

Była cholernie zmęczona. Dziesiąta godzina dyżuru. Bez Dante, bez znanych dla siebie pacjentów, a przede wszystkim bez szczeniaka, którego przygarnęli. Miała dosyć. Głowa powoli jej pękała. Z domu zapomniała zabrać ze sobą obiadu, przygotowanego dzień wcześniej. Spędzanie dyżuru na izbie przyjęć wymagało od niej swego rodzaju siły. Ludzi krzyczeli, narkomani wyrywali się z pasów. Jeden z nich zdażył zaatakować pielęgniarza laską starszego pana.
Tak stała na środku sali, wypełniając stosy dokumentacji w tablecie. Każdy pacjent musiał być odpowiednio opisany. Rodzaj leków, zabiegi medyczne, symptomy, wyniki badań. Wszystkie szczegóły musiały zostać odpowiednio napisane, by zmieniający dyżur lekarze potrafili odnaleźć się w konkretnym przypadku. Dla samej Ivy przypominało to żmudną pracę, wręcz niekończącą się mękę, ale została ona przerwana, kiedy uniosła wzrok. Dante. Nie spodziewała się go w pracy. Nigdy nie był typem opiekuńczej osoby, a może był? Momentami sama nie wiedziała. Ich relacja zawsze była trudna. Kłócili się, gdy tylko mogli, zmierzając go przełomowego etapu. Może właśnie nadszedł? Levasseur się zmieni. Stała, wpatrując się w niego bez słowa dobrych kilka długich sekund.
Dante? — to mogły być przywidzenia. Nie spodziewała się go tutaj zobaczyć. Przetarła dość mocno swoje oczy, by finalnie się uszczypnąć w rękę. Nie śniła, czuła i naprawdę miała go przed sobą — coś się stało z psem? — to było pierwsze, co w ogóle przyszło jej na myśl. Przyjście chłopaka musiało być spowodowane katastrofą. Może zjadł trującego kwiatka? Albo okradli ich mieszkanie w trakcie jednej z imprez Levasseur'a?
Armagedon u nas w domu? Przecież nie przyszedłbyś w dzień drugich połówek, by zrobić mi przyjemność — zaśmiała się pod nosem. Nie spodziewała się po nim romantycznych gestów. Prędzej wyjście do kina zamieniłoby się w prawdziwą bitwę — zresztą, chodź, nie stójmy tak na widoku — chwyciła go za dłoń, ciągnąc w stronę kantorka. Zbyt szybko w szpitalu pojawiały się plotki, a ona wolała by na jej temat nikt nie rozmawiał.
No, wyduś z siebie — mruknęła Ivy, chwytając go za dłoń. Bała się prawdziwego chaosu, zniszczonego mieszkania, zarwanej podłogi.
25 y/o
For good luck!
179 cm
zawodowo pcha się w kłopoty ale nikt mu za to nie płaci
Awatar użytkownika
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoe
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Niezależnie od tego, jak wielka katastrofa mogłaby malować się w wyobraźni Ivy, miał naprawdę dobre intencje, kiedy postanowił wybrać się do szpitala. A częściowo przeżuta przez psa zasłonka absolutnie nie miała z tym nic wspólnego. W każdym razie – na pewno nie była sprawą aż tak pilną, żeby musiał ją o tym osobiście informować. Albo żeby w ogóle zwrócił uwagę na ten drobiazg.
Zresztą… mimo całej tej burzliwości będącej nieodłączną częścią ich związku, a także tego jak bardzo trudnym partnerem przez większość czasu bywał Dante, zdarzało się przecież, że miewał również te lepsze przebłyski. Może i nie aż tak często, jak można byłoby sobie tego życzyć, ale… też nie było to aż tak bardzo sporadyczne. Przygotowana od czasu do czasu kolacja, jeśli akurat spędzał w domu dostatecznie wiele czasu, by znaleźć w sobie chęć na spożytkowanie go w kuchni, spontanicznie kupiony prezent… albo zwrócenie uwagi na pozostawiony w lodówce pojemnik z jedzeniem i podjęcie decyzji o odwiedzeniu Ivy w pracy i zadbaniu, by przypadkiem nie umarła tam z głodu.
Bo jednak byłoby trochę szkoda.
Znalezienie Ivy pośród nieprzyjaznej szpitalnej scenerii może i nie było zadaniem najłatwiejszym, ale też nie niemożliwym do zrealizowania. Zwłaszcza z pomocą kilku całkiem nieźle zorientowanych osób, które były w stanie wskazać odpowiedni kierunek tych poszukiwań. Ostatecznie więc całe to przedsięwzięcie nie zajęło mu aż tak wiele czasu, choć na końcowym etapie pozwolił sobie na chwilę zwłoki, na moment po prostu przystając, by z niewielkiego dystansu przyjrzeć się skupionej na tablecie Ivy. Bez jakiegoś konkretnego powodu – bo nie chciał przerywać jej ważnego zajęcia, bo po prostu wyglądała w tym momencie na tyle atrakcyjnie, by wymusić tę chwilę bezczynności, bo zwyczajnie chciał zaczekać aż sama zauważy jego obecność… Pewnie każde z tych wyjaśnień mogłoby okazać się równie dobre. Efekt natomiast był taki, że dopiero w odpowiedzi na jej zaskoczenie zareagował szerokim uśmiechem. I nawet jeśli faktycznie chciał na wypowiadane przez nią obawy odpowiedzieć od razu, na moment musiał skapitulować i dać się ściągnąć z widoku.
Naprawdę nie zaszkodziłoby ci trochę więcej wiary w drugiego człowieka… – trudno byłoby powstrzymać się od rozbawionego wywrócenia oczami. Choć pewnie tak samo trudno byłoby dziwić się wszelkim podejrzeniom z jej strony…
Pies – co którego imienia wypadałoby się pewnie wreszcie dogadać i jakieś mu nadać… – ma się dobrze, wygryzionych dziur w twoich spodniach prawie nie widać, a mieszkanie dalej ma wszystkie ściany i okna. Drzwi też, chociaż te od łazienki dalej skrzypią.
Wypowiedzianą beztroskim, rozbawionym tonem relację zakończył krótkim całusem w kącik ust Ivy. Bo od tego w sumie wypadałoby zacząć całe to nieplanowane spotkanie – opcja z pewnością lepsza od snucia domysłów, jaki kataklizm mógłby przyciągnąć go do szpitala.
Za to twój obiad niepotrzebnie zajmował miejsce w lodówce – w wymownym geście uniósł lekko rękę, by zaprezentować przyniesioną torbę z ratunkiem od śmierci głodowej. – Więc skoro pewnie nie ma co liczyć na to, że jakimś cudem wyrwiesz się stąd wcześniej, przynajmniej upewnię się, że w ogóle wrócisz i nie padniesz tu z głodu.
Faktycznie, banalnie romantycznie gesty raczej nie wpisywały się w naturę ich związku – niezależnie od daty i presji wywieranej przez wszechobecne serduszkowe ozdoby. Randka w kinie z dużą dozą prawdopodobieństwa zakończyłaby się sprzeczką już na etapie wyboru filmu, a wspólne wyjście do restauracji… cóż, istniała spora szansa na to, że przerodziłoby się w całkiem niezły spektakl dla wszystkich pozostałych gości. Z kolei czasy, kiedy obydwoje mogliby spędzić czas na jakiejś szalonej imprezie raczej bezpowrotnie już minęły i pewnie wypadało się z tym pogodzić. Zdecydowanie lepiej – i poniekąd bezpieczniej – było więc postawić na te nieco mniejsze, najczęściej zupełnie spontaniczne gesty.

Ivy Harrison
I walk alone, not because I have to, but because I choose to
gall anonim
wszystko przejdzie, w razie czego można się dogadać
26 y/o
For good luck!
161 cm
rezydentka chirurgii Mount Sinai Hospital
Awatar użytkownika
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoe
nieobecnośćnie
wątki 18+nie
zaimkizaimki
typ narracjityp narracji
czas narracji-
postać
autor

Dante Levasseur

Wywróciła teatralnie oczyma. Bardzo mocno dbała o jej reputację w szpitalu. Tak bardzo jak kochała Dante, tak samo bardzo się go wstydziła. Wieczny imprezowicz wydziarany. Może robiło się jej gorąco na samą myśl, gdy się w niego wpatrywała. Był jej miłością, wiele w stanie była mu oddać, ale w szpitalu chodziła jak na paluszkach. Chciała odciąć się od własnej przeszłości, by móc skupić się na przyszłości. Kiedyś zostanie lekarzem prowadzącym, a te piękne oczy, nieważne jak głębokie by nie były i jak bardzo chciała w nich utonąć, nie wiadomo, jak długo będą wraz z nią.
A dajesz mi powody do tej wiary? — spytała całkiem szczerze, robiąc skwaszoną minę i zakładając rękę na rękę. Mógł być rozbawiony, ale jak dotąd nigdy nie wchodził tak bardzo jej rejony. Momentami jej to przeszkadzało. Nawet teraz mocno zmarszczyła brwi, zastanawiając się, co się stanie. W szpitalu nie chciała żadnych kłótni, czy krzyków, tu miała zostać prymuską, rezydentką Harrison i chciała tego dopilnować.
Mógłbyś dać mu jakieś imię — stwierdziła sucho. Lubiła kundla. Istniało piękne przysłowie: jaki właściciel, taki pies. Idealnie ono odwzorowywało Dante wraz z czworonogiem. Widziała u nich niemą nić przywiązania, w podobny sposób na niej polegali — nie chcę się kłócić z tego powodu — mruknęła. W ogóle nie chciała się już kłócić, krzyczeć, czy tłuc talerzy. Tylko to było silniejsze od nich samych. Style ich życia wydawały się rozmijać.
Słucham?! — dopytała lekko zszokowana. Pierwsze uniesienie głosu zostało właśnie zanotowane. Mrugnęła kilka razy oczami, próbując wytłumaczyć sobie, co on właśnie do niej powiedział i aż nie wiedziała co powiedzieć — chyba żartujesz sobie, że wygryzł mi spodnie?! — drugie podniesienie głosu zanotowane. Wystarczyła krótka wymiana zdań, a ona już miała ochotę wyjść z siebie. Wiedziała, że ten pies to będą same kłopoty — które?! — czekała na decyzję, musiała się dowiedzieć. Któreś od pracy? Jej ukochane jeansy z wyszywkami w dinozaury?
Przepraszam — mruknęła, widząc pojemnik. Jednak miał w sobie coś z tych prostych gestów. Dbał o nią, a ona mimowolnie zarzucała mu niecne zamiary — po prostu... nie wyobrażam sobie nas — dodała, ściszając coraz bardziej głos — no nie wiem — i po krótkiej chwili dodała — normalnych? — to chyba dobre słowo. Normalny związek, który czasem o siebie dba, potrafi normalnie rozmawiać. Oni wyrażali wobec siebie emocje w całkowicie inny sposób.
Dziękuję — powiedziała finalnie po kilku chwilach ciszy — jesteś kochany, Dante — przysunęła się, by złożyć mu krótkiego buziaka na policzku — mam pójść na przerwę? — spytała, czekając na jego decyzję. Chciała wyczuć, co dokładnie od niej oczekiwał.
Jeszcze na niej nie byłam, więc... — przegryzła dolną wargę — moglibyśmy spędzić te chwile razem? — tyle mogła mu dać. Zresztą chciała. Widać to było w jej niebieskich tęczówkach, które właśnie tkwiły w jej chłopaku. Czekała na jego decyzję. Mógł mieć lepsze plany. Impreza, koka, hasz, lsd, czy coś takiego.
25 y/o
For good luck!
179 cm
zawodowo pcha się w kłopoty ale nikt mu za to nie płaci
Awatar użytkownika
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoe
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

No jasne, codziennie. Po prostu zawzięcie wszystkie je ignorujesz – wbrew jej skwaszonej minie, odpowiedział wciąż z uśmiechem na twarzy, wciąż też trzymając się niezbyt poważnego tonu. Niezależnie od jej obaw, nie przyszedł tu przecież, żeby wszczynać kolejną awanturę. Choć pewnie w najbliższej okolicy znalazłoby się prawdopodobnie przynajmniej kilka osób, które nie miałyby absolutnie nic przeciwko temu – w końcu przysłuchiwanie się cudzej kłótni zawsze mogło okazać się jakąś dziwaczną formą rozrywki. Dla niektórych pewnie nawet całkiem ciekawą. Zwłaszcza, gdy akurat nie miało się żadnej bardziej atrakcyjnej alternatywy.
Zresztą, nie było wcale wykluczone, że mimo wszystko taka rozrywka komuś się jednak nie przytrafi. W końcu zdecydowana większość – jeśli nie wszystkie – ich sprzeczek zwykle wcale nie była planowana. Po prostu działy się, zwykle zaczynając się od kompletnie nieistotnych drobnostek. Nawet więc jeśli Dante – z całą swoją lekkomyślnością i kompletnym brakiem instynktu samozachowawczego – poniekąd zdawał sobie sprawę z tego, że serwowanie burzliwego spektaklu pacjentom i pracownikom szpitala niezbyt dobrze wpływałoby na przyszłą karierę Ivy… kłamstwem byłoby wmawianie sobie, że nic takiego nie miało prawa się wydarzyć. Podniesiony przez nią głos mógłby zresztą zwiastować nadchodzącą burzę i całkiem skutecznie pogrzebać wszelkie dobre zamiary, z jakimi Dante zjawił się w tym miejscu… Tym razem burza mogła jednak przejść bokiem, bo na jej słowa zareagował krótkim śmiechem. Jednocześnie zbywając kwestię nadawania psu imienia gestem dość jasno mówiącym, że to mogło poczekać. Najpewniej dość długo, by zwierzak przyzwyczaił się po prostu do bycia psem.
Faktycznie, żartuję – gdzieś pomiędzy rozbawieniem znalazł się również cień zaskoczenia tym, że tego faktu nie wychwyciła od razu. Choć prawdopodobnie sam był sobie winien przyzwyczajając ją już do tego, że mogła spodziewać się po nim… prawie wszystkiego tak właściwie. – Wszystkie twoje spodnie są całe i bezpieczne. A przynajmniej były jakiś czas temu. O ile do tej pory pies nie nauczył się otwierać szafek, to pewnie tak zostanie.
Wprawdzie wiele innych przedmiotów w mieszkaniu nie miało tego luksusu, by móc uniknąć bliższego spotkania z psimi zębami, ale… przecież żadne z nich nie miało zamiaru kłócić się tu i teraz – a najlepiej w ogóle – o pogryzione buty, czy choćby ten nieszczęsny dywanik… A skoro tak, to lepiej było nie drążyć za bardzo tematu.
Tym bardziej, że kolejne słowa Ivy dość skutecznie były w stanie oderwać myśli od ewentualnych zniszczeń dokonanych przez zbyt energicznego i pomysłowego szczeniaka. Krótka pauza w jej wypowiedzi wystarczyła, żeby na moment ulotnił się jego dotychczasowy uśmiech, a w spojrzeniu na parę sekund mogło odmalować się szczere zaniepokojenie. Bo w pierwszej chwili to niedokończone zdanie absolutnie nie brzmiało jak coś, czego można byłoby chcieć wysłuchać do końca. Raczej jak coś, co należałoby jak najszybciej przerwać i udawać, że nic podobnego wcale nie zostało wypowiedziane. Zanim jednak zdążył wciąć się jej w zdanie, okazało się, że jego zakończenie wcale nie brzmiało aż tak dramatycznie, jak mógłby sugerować początek. Powietrze zaczerpnięte po to, żeby w porę jej przerwać, można więc było wypuścić z ulgą.
Normalność pewnie byłaby strasznie nudna… – uśmiech, nawet jeśli wciąż nieco bledszy niż dotychczas, również mógł już wrócić na jego twarz. – Ale może od czasu do czasu też nie zaszkodzi.
Nieznacznie wzruszenie ramionami mogło wprawdzie sugerować, że sam jakoś nie do końca wierzył w to, że faktycznie mogliby funkcjonować wedle szeroko rozumianej normalności. Jasne, Ivy mogła być wystarczającym powodem, żeby przynajmniej spróbować się postarać, ale… obydwoje chyba całkiem nieźle wiedzieli, jak mimo wszystko musiałoby się to skończyć.
Czy ty właśnie proponujesz mi piętnastominutową randkę w jakimś szpitalnym schowku? – rozbawienie powróciło na dobre, tym razem znajdując odbicie zarówno w skierowanym na nią spojrzeniu, jak i już zdecydowanie bardziej przekonującym uśmiechu. – Przecież temu się nie da odmówić.
Nawet jeśli miał jakiekolwiek inne plany – albo jeśli spodziewał się, że Ivy będzie chciała jak najszybciej wrócić do swoich obowiązków – bez większego problemu mógł uznać je za zdecydowanie mniej pilne. Zwłaszcza, że chyba rzeczywiście niewiele mieli ostatnimi czasu, który mogliby spędzać wspólnie…

Ivy Harrison
I walk alone, not because I have to, but because I choose to
gall anonim
wszystko przejdzie, w razie czego można się dogadać
ODPOWIEDZ

Wróć do „Mount Sinai Hospital”