Siłą rzeczy.. może i swoją naturą… wierzyła, a przynajmniej próbowała wierzyć, że w każdym człowieku jest dobro i zło. A które z nich przejmie nad nami władzę, zależy nie tylko od tego, co nam życie wrzuci pod nogi, ale też od tego, jak potrafimy sobie radzić z rzeczywistością i wszystkim, co nas otacza. Ian był na pozór księciem ciemności - takim, który przenika przez ciało jak duch i trzyma się ofiary tylko po to, żeby przejąć jej duszę. A jednak… gdzieś w tych szmaragdowych ślepiach widziała coś samotnego. Coś pięknego. Coś, co chciała odkryć sama… na swoich zasadach. Tylko że życie nie działa tak, że wszystko dostajesz z łatwością.
No i tego miała się właśnie dowiedzieć tego wieczoru.
Zlękła się, kiedy nagle usłyszała jego głos. Dziwnie przeszło jej przez myśl, że zaraz znowu się na nią wkurwi. Nie była strachliwa z natury, ale on przestawił jej w głowie kilka śrubek - tych, które jeszcze chwilę temu dawały jej wręcz paradoksalne poczucie bezpieczeństwa. Teraz czuła, jakby cokolwiek powie, miało się odbić o jakąś niewidzialną ścianę i wrócić do niej w formie kary. Zacisnęła palce na księdze wypełnionej jego wzorami, tak mocno, że miała wrażenie, iż opuszki zaraz wtopią się w papier. Pamiętała, co powiedział tamtym razem. Pamiętała. I zdawała sobie sprawę, że jest… ćpunem, jak to ujął. Wiedziała, że nie powinna tu być. Wiedziała, że każda minuta spędzona z nim robi coś z każdą materią jej ciała. Że jakaś niewyjaśniona siła ciągnie ją do niego, mimo że powinna trzymać się od niego jak najdalej. Bo przecież zawsze trzymała się z daleka od ludzi takich jak on. Tylko że tamci wyglądali „jak tamci” od razu. Ci z najniższej półki społecznej - przynajmniej według świata. Chwiejący się, na pół przytomni, naćpani opioidami, próbujący niby zasnąć, a niby wciąż utrzymać ten pierdolony haj, który trzymał ich przy życiu. On.. wygłądał… inaczej.
Vita nigdy niczego nie brała. Na imprezach i w pracy nie raz widziała, jak ktoś wciąga biały proszek, jak ktoś wstrzykuje w siebie śmiertelną substancję tylko po to, żeby czuć. Nie myślała o tych ludziach gorzej. Po prostu… nie chciała tego samego. Nie wiedziała, czy potrafiłaby potem spojrzeć w lustro i się rozpoznać. A przez ostatnie lata jej własne odbicie i tak przyprawiało ją o dreszcze. Tak bardzo próbowała być szczęśliwa, że aż wmawiała to sobie na siłę, ale kiedy stawała przed lustrem i próbowała się uśmiechnąć do tej twarzy, mogłaby przysiąc, że po drugiej stronie widzi smutek. Rozczarowanie. Coś nie do odczarowania. Więc może to dlatego tak ją do niego ciągnęło? Bo myślała, że przy nim poczuje się lepiej ze sobą? Albo… bo coś w środku mówiło jej, że nieważne, jak intensywna, długa czy krótka będzie ta znajomość… coś się w niej zmieni.
Nie odzywała się. Po prostu słuchała go uważnie, dalej lekko spięta. Kiedy ruszył w jej stronę, odłożyła książkę obok i nawet nie wiedząc czemu, chwyciła się boków fotela… jakby w ramach samoobrony. Jakby musiała mieć coś, od czego się odbije. Jakby musiała mieć plan B…. kopnąć go, uciec, krzyczeć… cokolwiek. Milion myśli przeszło jej przez głowę. A ona tylko zamarła, uchylając usta, wydobywając z siebie ciche stęknięcie, kiedy chwycił jej podbródek w palce. Wpatrywała się w jego oczy intensywnie - widząc, jak źrenice z każdym słowem robią się większe. Przełknęła ślinę i zacisnęła dłonie na fotelu jeszcze mocniej.
Co ty tu jeszcze robisz, Vita? Uciekaj. Koleś ci powiedział, że chce cię wykorzystać. Naćpać. Zwiewaj!
Jej świadomość wręcz na nią wrzeszczała, próbowała wbić jej do głowy, że to już czas. Że trzeba się ewakuować. Że instynkt i to dziwne uczucie w sercu… mogą być mylne.
- Ja… - wydusiła drżącym głosem.
- Ja muszę już iść. - Wyskoczyła z fotela tak szybko, jakby ją coś poparzyło. Szturchnęła go ramieniem, chwyciła płaszcz i zarzuciła go na siebie w pośpiechu. Wyciągnęła butelkę rumu i położyła ją na fotelu, a pięćdziesiąt dolarów, które miała pod ręką, wyjęła i zostawiła na blacie za nim.
- To za zostanie po godzinach pracy. - Nawet na niego nie spojrzała. Zarzuciła torbę na ramię i wyszła szybkim krokiem na zewnątrz. Zrobiła kilka kroków, oparła dłoń o mur budynku, a drugą przycisnęła do klatki piersiowej, oddychając głęboko.
- Fuck… - wydusiła, próbując przeanalizować, co się tam właśnie odwaliło. Najgorsze było to, że… ona nadal chciała się do niego zbliżyć. I to nie był ten klasyczny, naiwny
„I can fix him” moment. Na jakiś spierdolony sposób ona myślała, że to on może naprawić...
ją. Nawet jeśli najpierw rozsypie ją na maciupkie kawałeczki, które potem będzie musiała składać jak klocki lego… bez instrukcji.
Wyprostowała się i ruszyła szybkim tempem z powrotem do lokalu, z którego kilka minut wcześniej uciekła. Otworzyła drzwi i wparowała do środka z impetem. Zobaczyła go przy fotelu, w miejscu, gdzie go zostawiła, więc podeszła do niego szybkim krokiem, uniosła palec w górę i powiedziała głośno, stanowczo,
- Ani słowa. - Stanęła przed nim, uniosła głowę, żeby móc na niego spojrzeć. Czuła, jak twarz jej czerwienieje od zimna i tych nagłych skoków adrenaliny.
- Bądź ćpunem. - rzuciła.
- Tym najgorszego sortu. - Wsunęła kosmyk włosów za ucho, próbując się uspokoić tym małym gestem.
- Skąd ta pewność, że to ja cię nie wykorzystam, Ian? - Jej głos zrobił się cichszy.
- Może moja klątwa rozgości się w twoim ciele i zacznie żyć własnym życiem, eh? - Specjalnie nawiązała do Tomie i fabuły mangi, by wiedział, że troszkę we własnym czasie o tym poczytała. Wysunęła dłonie i wplotła je w jego włosy. Stanęła na palcach, przysuwając się do niego.
- Niech każde z nas martwi się o własne serce, hm? - Zbliżyła usta do jego ucha powoli i wyszeptała,
- Deal?
ćpun najgorszego sortu