Same hallway.
To miał być spokojny dzień, Eliot siedział w swoim biurze, pił już drugą syfiastą kawę tego dnia. Smakowała jak lura, ale jakoś mu to nie przeszkadzało, przywykł do tego gorzkiego posmaku na języku, brakowało mu tylko fajki. Nie palił w gabinecie, właściwie od jakiegoś czasu rzucił papierosy, ze względu na zdrowie, na serce. Lekarz twierdził, że to fajki, on śmiał się z nim sprzeczać, był pewny, że to lata spędzone w szturmówce. I chociaż już dawno nie robił na tej pierwszej linii ognia, to teraz jeszcze wciąć goiła mu się rana na udzie, którą zarobił wchodząc do tej chaty. Dobrze, że to tylko udo, a nie głowa. Ale Eliot nie roztrząsał takich rzeczy, nie zastanawiał się nad tym, wiele razy na akcji mógł zginąć. Ta nie była wcale pierwsza, a biorąc pod uwagę fakt, że dotyczyła jego koleżanki z pracy, jednej z nich, to przecież była jeszcze poważniejsza.
Wciąż nie mógł przetrawić tego, że zdradził Nick Dalton, chłopak, którego on traktował jak syna, który siadał z nim przy jednym stole, zaproszony do nich na kolację wigilijną, na obiad. Gryzło go to, ale o tym też starał się nie myśleć. Skupić na robocie.
Dzisiaj miał umówione spotkanie ze Stewart, a później z Noriegą. Jakoś źle mu to wyglądało, że oni znowu pojawią się tutaj razem. Nie był głupi wiedział co ich łączy, czuł to, ale nie popierał. Chociaż z drugiej strony kim on był, żeby mówić im co mają robić, jak żyć?
Z Madoxem umówił się wcześniej, nie mógł się go doprosić o spotkanie, wcale go to nie dziwiło, bo ten chłopak wiecznie robił co chciał. Tak jak wtedy w tej chacie. Wtedy na tym lodowym jeziorze, gdzie prawie zginął.
Stewart zapowiedziała się rano, nie wiedział czego się po niej spodziewać. Już od kilku dni powtarzał jej, że powinna zwolnić, odpocząć, zresztą nie tylko on...
Ale czy naprawdę było jej to taki potrzebne? Gdyby on miał w takiej sytuacji siedzieć w domu, w czterech ścianach to by zwariował. Pojebało by go.
Siedział w fotelu zastanawiając się, czy zdąży jeszcze wyjść na zewnątrz na fajkę. Nie palił, ale dzisiaj go tak naszło. Obracał w palcach wymiętolonego papierosa. Przekręcił go kilka razy i zerknął na zegarek.
Osiem minut, powinien zdążyć, a może Stewart nie będzie wcale punktualna? Noriega nie był w ogóle. Ale Pilar przecież zawsze była.
Znowu zerknął na zegarek, a zaraz wstał.
Zdąży.
Tylko, że kiedy Pilar weszła do gabinetu, to go wcale jeszcze nie było. Ktoś jej powiedział, że wyszedł na chwilę, żeby zaczekała u niego w gabinecie.
Gabinecie, który nie wyróżniał się niczym szczególnym, na ścianach wisiały jakieś dyplomy, pod oknem stała jakaś tablica z informacjami na temat śledztwa, które nadzorował Eliot. Biurko zasypane papierami. Dużo różnych dokumentów. Kto by zwrócił na to uwagę?
Jakaś ramka ze zdjęciem jego żony i córek i kubek z napisem najlepszy tata, nic szczególnego.
Na pierwszy rzut oka.
Eliot wszedł do gabinetu, a wraz z nim zapach papierosowego dymu, który w ustach chciał zabić miętową gumą, ale przecież i tak było od niego czuć fajki.
- Pilar, przepraszam, że musiałaś czekać - rzucił i stanął nad nią, nad biurkiem, po którym przesunął spojrzeniem, i nagle zatrzymał je na jakiś dokumentach, zgarnął je, składając do siebie, usiadł i wrzucił je do kieszeni biurka.
Nic szczególnego...
A jednak jeśli Pilar zwróciła na nie uwagę, to mogła zauważyć tam policyjny raport podpisany przez Madoxa.
Zauważyła?
Eliot liczył, że nie, oparł się na obrotowym krześle i odchylił do tyłu.
- To o czym chcesz pogadać? - zapytał tonem dobrego szefa, wspierającego przełożonego, a nie srogiego dowódcy. Eliot w gruncie rzeczy zawsze był dobrym gliną. I dobrym koordynatorem.
Można było z nim wszystko załatwić, nie robił problemów. A nawet kiedy ktoś inny je robił, to przecież on zazwyczaj przymykał na to oko. Tak jak wtedy, kiedy zaproponował Madoxowi, żeby jechał z nim do Daltona. A może wcale nie powinien?
Utkwił spojrzenie w Stewart, splatając ze sobą palce i opierając łokcie na dużym, dębowym biurku. Nie chciał zgadywać po co tutaj przyszła.
Pilar Stewart