Ani drzemka, ani rozkręcenie starego, wyłączającego się radia, a potem skręcenie z powrotem po wymianie przegrzewającego się rezystora — nic nie pomogło. Nieważne, czy wchodził pod gorącą, czy lodowatą wodę, czy stał, czy leżał, bo ręce i tak mu się trzęsły. Głowa i tak pulsowała tępym bólem.
Trudno powiedzieć, czy bardziej spodziewał się, czy bardziej wyczekiwał dreszczy. Oblewanie się gorącym potem w jednej minucie, poprzedzone drżeniem z zimna, od zawsze widział jako “dobre wytłumaczenie”. Uciekał przed bólem, tak? Bólem każdego, najmniejszego nawet mięśnia, mdłościami i bezsilnością.
Cokolwiek więc robił — cokolwiek p r ó b o w a ł robić — coś bezustannie się w nim wyrywało.
“Jedną”.
“Nie więcej, nie mniej. Małą dawkę, coś, co pozwoli ci wysiedzieć z Ramoną, debilu”.
“Jedna tylko uspokoi”.
“Kontrolowana dawka”.
Reagował odruchowo.
Potrącił parę opakowań i pomniejszych buteleczek, ale wreszcie poczuł znajomy kształt. Dostrzegając mały, plastikowy pojemnik, toczący się z pustym dźwiękiem wzdłuż drewnianej półki, rozejrzał się dookoła. W którymś momencie odruchowo wszedł do łazienki. Odruchowo wyciągnął też tabletkę, jedną, zaskakującą lekką. Tak samo odruchowo wsunął sobie lek pod język, dopiero potem popijając pastylkę wodą, aby pozbyć się gorzkiego posmaku.
Chwilę rozglądał się dookoła, pozwalając, aby drzwi zamknęły się z cichym trzaskiem. Usłyszał to dopiero po paru sekundach; pierwsze, co przyciągnęło jego uwagę, to łagodna piosenka sącząca się ze słabych głośników. Uśmiechnął się pod nosem, swoim charakterystycznym półuśmiechem, trochę kpiącym, trochę nieprzyjemnym. Krzywym.
Lustrował niedużą salę wzrokiem, zanim wreszcie zdecydował, gdzie usiąść.
"Słabe przetworniki. Dudniący bas, szum w wysokich tonach i zlany środek", wyliczał, idąc z lekko pochyloną głową. Widocznie ktoś tutaj działał według metody: "im głośniej, tym lepiej", nawiasem mówiąc zazwyczaj zawodzącą po całości. A wystarczyłoby tylko coś porobić. Wymienić całe zawieszenie — czasami pianka czyni cuda, bo poprawia bas i zmniejsza zniekształcenia.
Byłoby trochę lepiej. Nie idealnie. Lepiej.
Pokręcił głową, ale mimo to wybrał miejsce niedaleko jednego z dwóch wiszących u sufitu głośników. Wystarczająco daleko, aby móc odetchnąć od złego nagłośnienia, ale wystarczająco blisko, aby zagłuszyć niepotrzebne myśli oraz ewentualną rozmowę z Ramoną. Siadając, odruchowo oparł się bokiem o wyłożoną drewnianymi panelami ścianę, skąd doskonale widział całe pomieszczenie. Rozpoznawał wytartą gdzieniegdzie ladę, a także znajomą kelnerkę, uśmiechającą się bez zadawania zbędnych pytań.
Wreszcie świat się zatrzymał.
Skończyło się wirowanie i skończyło się drżenie.
Przez parę minut od niechcenia bawił się komórką, czasami tylko podnosząc wzrok. Bezmyślnie wpatrywał się w ekran. Próbował czytać, ale męczył się po dwóch pierwszych zdaniach, próbował nadążyć wreszcie za wiadomościami z ubiegłego tygodnia, ale czuł jedynie wzrastający niepokój. Prawdę mówiąc, niezależnie od tego, co próbował robić, ciągle wracał myślami do spotkania z Sorchą.
Pamiętał znajomą twarz, zaczerwienione z zimna policzki, wymowne spojrzenie, aż...
Dostrzegając Ramonę, skinął głową, po czym lekko się uśmiechnął. Początkowo zbierał myśli, zanim jednak cokolwiek wyartykułował, znajoma kelnerka podchodziła już z szerokim uśmiechem oraz poplamionym notesem.
— Czarną herbatę — odezwał się odruchowo, szybko, ledwie przesuwając wzrokiem po leżącym na stole menu. Już prawie odłożył kawałek zalaminowanego, ale lepkiego papieru, kiedy dostrzegł pytające spojrzenie. Dopiero wtedy uświadomił sobie, jak kiepsko to zamówienie wygląda, szczególnie u faceta. Powinien wziąć coś jeszcze.
— Do tego jajecznicę z bekonem. — Odłożył menu, po czym zerknął na Ramonę. — Co dla ciebie?
Ramona Crowe