Całej tej jego tyrady słuchała w całkowitym milczeniu, szokująco ani razu nie próbując mu przerwać. Nie broniła się. Nie dlatego, że nie chciała, ale dlatego, że nie mogła, bo rosnąca w gardle gula odebrała jej zdolność powiedzenia czegokolwiek już po pierwszych kilku zdaniach. Nie pozostawał jej dłużny za wcześniejsze podłości, z każdym kolejnym było tylko gorzej — im dłużej mówił, tym bardziej niezdolna do jakiejkolwiek reakcji czuła się Indie, powoli zaczynając uginać się pod ciężarem tych słów. Nie chodziło o zarzuty hipokryzji i (niestety do pewnego stopnia słuszne) obarczanie jej winą za cały ten bałagan, ale o sposób, w jaki o tym wszystkim mówił.
Przecież wtedy mogli mieć wszystko. Uczepiła się tego zdania tak mocno, że ledwo dotarła do niej cała reszta wypowiedzi, która w obliczu tych kilku słów wydawała się idiotycznie nieistotna, kompletnie niewarta uwagi.
Mogli mieć wszystko. Znów mówił coś o tym, że to jej wina, jakby na tym etapie nie była tego doskonale świadoma.
Mogli mieć wszystko. Bo żadnej ze stron nic nie trzymało.
Mogli mieć wszystko. Coś o byciu męczennicą, zarzut robienia z siebie ofiary — ledwo usłyszała, a fakt, że w ogóle nawet przyjęła te słowa do wiadomości zdawał się graniczyć z cudem.
Mogli mieć wtedy wszystko. Już nie.
—
To świetnie. Zajebiście w chuj — skwitowała z przekąsem, gdy wreszcie skończył. —
A może teraz dla odmiany powiesz mi coś, czego już nie wiem? — Strasznie to było niepotrzebne, ale za wszelką cenę usiłowała wyjść z tego obronną ręką, nie pozwolić mu wygrać, cokolwiek to znaczyło. Gdyby była odrobinę mądrzejsza, rozumiałaby, że w tym scenariuszu nie było zwycięzców. Oboje byli na tej samej pozycji, równie przegranej. —
Nigdy nie powiedziałam, że mnie skrzywdziłeś — poprawiła go rozżalonym tonem, w którym powoli przestawała dźwięczeć złość, ustępując miejsca urazie. Bo zabolało, tym razem dla odmiany ją, kurwa, jeszcze jak — trafił tą przemową w punkt tak czuły, że po raz pierwszy od dobrych kilku lat było jej autentycznie
zbyt przykro na gniew. Szczerze nie pamiętała, kiedy ostatni raz czuła się w ten sposób, ale jednego była pewna: wcale nie tęskniła za tą bezsilnością, za mimowolnie szklącymi się oczami i ciasno zaciśniętym gardłem.—
A jeśli nie rozumiesz dlaczego jestem na Ciebie zła... — przez jej twarz przemknęło zawahanie, zupełnie jakby nie była pewna nie tylko czy powinna, ale też czy w ogóle chciała się z nim tym dzielić, ale finalnie dokończyła: —
...no to może byłam w błędzie. Może jednak jesteś dokładnie tak durny, jak udawałeś.
Nie dopowiadaj sobie.
—
No tak. — Pokiwała powoli głową, jakby na znak, że w końcu zaczynała
naprawdę rozumieć. —
Nie martw się, więcej się nie powtórzy. Gwarantuję — zapewniła gorzko, upewniwszy się, żeby akurat te kilka słów powiedzieć patrząc mu prosto w oczy, nieważne jak niekomfortowo miałaby się przy tym nie czuć. —
I wie... —
...sz co?, ale nie dokończyła (całe pierdolone szczęście, bo cholera wie, do jakiego wyrzutu zmierzała tym razem), bo wydawało jej się, że z korytarza zaczęły dobiegać jakieś dźwięki. Kroków, głosów, jeden pies, ważne, że była to jakakolwiek oznaka życia innego niż stojący kilka metrów dalej Miller. Aż zamilkła, przysłuchując się im uważnie i z niewyobrażalną ulgą przyjmując fakt, że zamiast zaraz znów zaniknąć w dobiegającym zza ścian szmerze głównej sali, stopniowo stawały się głośniejsze. W pewnym momencie stały się na tyle wyraźne, że nie miała już najmniejszych wątpliwości: pomoc była w drodze. —
No kurwa wreszcie.
Co prawda misja ratunkowa siłą rzeczy musiało potrwać swoje, na natychmiastową ulgę nie było co liczyć, ale czas spędzony na próbach wydostania ich dwójki z środka był nieporównywalnie lepszy od ostatnich kilku minut. Zbawienny okazał się fakt, że było to dla wszystkich obecnych na tyle zajmujące, że na kolejną chryję nie było ani czasu, ani przestrzeni. W całym tym procesie nie miała okazji zamienić z Millerem więcej niż dwa słowa na krzyż, co, nawiasem mówiąc, było jej
niesamowicie na rękę. Podobnie jak fakt, że po wszystkim od razu pogoniono ich z powrotem do pracy — chyba jeszcze nigdy w życiu nie maszerowała w stronę swojego miejsca na kasie z takim wigorem i determinacją jak teraz, po raz pierwszy nieironicznie ucieszona, że najbliższe kilka godzin miała spędzić właśnie tam. Zbyt zajęta na myślenie o czymkolwiek innym niż o wielkiej kolejce i roszczeniowych klientach, ale przede wszystkim: daleko od Lucasa.
Lucas Miller