Najdrobniejszy jego ruch na jej ciele wywoływał w niej impuls, który przecinał jej sylwetkę, zostawiając za sobą żywe mrowienie. Jego język, który tak skutecznie dbał o jej kobiecość, a później nawet jego dłoń, która na nowo spotkała się z jej biustem, były punktami wieczoru, które odrywały ją rozkosznie od rzeczywistości i wpychały w objęcia rozkoszy, które pochłaniały ją coraz bardziej. Nie potrzebowała wiele, bo sama jego obecność była jej zapalnikiem;
Toczyła walkę z samą sobą. Z własnym ciałem, próbując nie utonąć w narastającej fali rozkoszy i nie dać jej się wyrwać wraz z jej głosem na zewnątrz. Przestała oddychać w momencie, w którym doprowadził ją do punktu, z którego nie było już odwrotu, a który wypełnił jej ciało spazmami ekstazy.
Nawet na niego nie spojrzała. Mogła być kompletnie naga, mogła wciąż czuć jego obecność między własnymi udami, ale wciąż wstydzić się jego spojrzenia. Zwłaszcza w takim momencie, kiedy czuła się absolutnie bezbronna, a on nie przestawał.
Powietrze znalazło drogę do jej płuc, a jej oddech uspokoił się, choć do stabilności było mu daleko. Znów jednak ugrzązł w niej z nagłością, gdy poczuła jak partner wciska między jej nogi swoje palce. Zachłysnęła się na własnym tchnieniu.
Wcisnęła się plecami, na całej ich długości, w ścianę za sobą. Jak gdyby chciała się wycofać, a przecież nie miała gdzie – choć próbowała, to nie miała realnej możliwości przesunąć muru. Nie chciała uciekać przed nim, ani przed tym, co robił. Momentami wydawało się, że było tego zbyt wiele, niż jej ciało było w stanie pomieścić. Zwykłym odruchem było cofnięcie się, kapitulacja, choć paradoksalnie – przed samą rozkoszą. Jedynie tym, co przyjemne. Przed falą za falą, wypełniającymi jej nerwy, jej atomy, jej tkanki. Przed rosnącym ciśnieniem, które piętrzyło się głęboko pod skórą, wciąż jeszcze niegotowe do eksplozji.
Poczuła twardość chłodnej ściany na swojej nagiej skórze bardzo dosadnie. Z tą samą dosadnością niosące świadomość, że nie ma ucieczki. A w ślad za nią tę, która przypominała, że tak naprawdę nie chciała uciekać – chciała więcej. Choć wydawało się, że więcej nie jest w stanie pomieścić.
Oddech jej drżał, wszystkie jej mięśnie były rozdygotane, a ona absolutnie bezbronna. Wsunęła między swoje wargi czubek własnego kciuka, zaciskając na nim boleśnie własne zęby, jak gdyby to miało choćby na moment pomóc znaleźć dywersję dla własnych zmysłów. Kontrapunkt we własnym bólu dla niesionej przez nerwy rozkoszy. Coś, co, choć nietrwale, pozwoliło jej zatrzymać jej własne tchnienie i uciszyć się; i choć w realiach nie była zbyt głośna, w końcu to tylko rozedrgany, przyspieszony oddech, to jej wydawało się, że teraz wszystko było zbyt głośne.
A zwłaszcza bicie jej własnego serca, które w szaleńczym rytmie obijało się o jej płuca.
Wszystko nagle zatrzymało się w niej na chwilę. Na milisekundę, gdy ciśnienie zbudowane pod jej tkankami w końcu było gotowe eksplodować. Niczym bomba atomowa rozsadziło ją od środka, w jednej tylko chwili uderzając mocno w każdą z jej komórek.
Palce dłoni, która wciąż wpleciona była między jego gęste pukle, zacisnęła jeszcze mocniej u ich nasady, kompletnie niekontrolowanie. Zagryzła własny kciuk jeszcze mocniej, do niemożliwego bólu, dławiąc w sobie wszystko to, co chciało wyrwać się z jej płuc.
Jedna długa chwila, kiedy poczuła się absolutnie wszystkim, po której przyszła świadomość bezbronności. Po której czuła, jak jej mięśnie przestają trzymać jej ciało w pionie; że nie może wręcz ustać w miejscu i autentycznie zaczyna się rozpadać. Nie tylko metaforycznie, ale i fizycznie, bezskutecznie próbując ustać.
Hunter Jang