-
No, no te puedo olvidar. No, no te puedo borrar. Tú me enseñaste a querer. Me enseñaste a bailar.nieobecnośćniewątki 18+niezaimkishe/hertyp narracjityp narracjiczas narracji-postaćautor
A kiedy mimo wszystko poszła na samolot, jego serce odleciało wraz z nią.
I wziął ślub.
I bawił się i tańczył do Enrique Iglesiasa z kuzynkami, z kuzynami, z babką i Rosi. I całował Rosi i pojechał z nią na miesiąc miodowy i kiedy leżał na couples masaż, a Rosi w końcu siedziała cicho poczuł znów motyle. Motyle, które wyniosły jego myśli poza pomieszczenie spa, które zaprowadziły go do gorących wieczorów spędzonych z dziewczyną, która śmiała się z jego żartów (i akcentu), która była zainteresowana jego pracą i która mówiła, że wszystko co on gotuje jest najpyszniejsze. Czy tak mogła wyglądać jego przyszłość? Musiał sprawdzić.
Więc kiedy miał znów iść na wycieczkę po górach z Rosi, powiedział, że oli go brzuch, spakował graty i pojechał na lotnisko.
Nie wiedział do końca gdzie w Toronto szukać Erza B. Fernandes ale przecież słuchał, jak opowiadała, że pracuje ze zwierzętami. Więc odwiedził kliniki, ZOO i w końcu trafił. Do schroniska. Rozpoznał błysk rudych włosów z daleka. Złapał się za serce i wchodzi do jej pracy. Pierwsze co uderzyło go to zapach zwierząt, ale kiedy tylko Erza wyszła przyjąć kolejnego petenta poczuł róże. Rozkłada ręce szeroko i zadowolony mówi:
- Erza - i rusza do niej wzruszony, ubrany w wielką kurtkę bo przecież jest zima i w czapkę której, pewnie nigdy by nie podejrzewał, że włoży - Mi amor, nie mogłem spać, nie mogłem jeść, musiałem cię jeszcze raz zobaczyć. Odkąd wyjechałaś z Portoryko słońce przestało tak samo wschodzić. Czy cieszysz się, że mnie widzisz?- pyta z nadzieją w oczach błyszczących i łapie ją za ręce.
-
Kochajmy się, a zwłaszcza bezdomne pieski
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkishe/hertyp narracjitrzecioosobowyczas narracjiprzeszłypostaćautor
Nie wierzyła, że wygrała wycieczkę do Puerto Rico. Podobnie nie wierzyła w samą siebie, kiedy się tam znalazła. Pierwszy raz od dawien dawna poczuła się wolna, mogła zachowywać się tak, jakby nie miała jakichkolwiek zobowiązań. Nie było zwierząt, które na nią czekały. Nie było brata z problemami finansowymi, tylko ona dobra, latynoska muzyka oraz ten drink w kokosie z palemką oraz on. Ten który przez moment potrafił rozgrzać jej serce do czerwoności, zresztą nie tylko serce, bo całe ciało. Uwielbiała go, była w nim zakochana. Wystarczyło, że widziała go w pomieszczeniu, a już wpatrywała się w niego wielkimi, brązowymi tęczówkami. Gdyby nie byli w Puerto Rico, nie dałaby tak się ponieść, a nawet kiedy jechała z powrotem, to cały czas zastanawiała się co u Ricardo...
Tylko zostanie na wakacjach nie wchodziło w grę. Miała obowiązki. W głowie cały czas wracała do schroniska, do tych nieszczęśliwych łapek, czekających na nią. Jej pracoholizm nie wynikał z miłości pracy, a z przedziwnej misji oraz miłości do zwierząt. Tyle było w stanie sprawić, że ona musiała się poświęcić. Zresztą doskonale wiedziała, gdzie poznała się z Ricardo. Na jego kawalerskim gdzieś w głębi czuła wyrzuty sumienia. Tylko te kruczoczarne loczki, te ciemne, wręcz czarne tęczówki były dla niej zbyt magnetyzujące. Na tyle że mogła złamać zasady, że nie zachowała się zgodnie z zasadami sojuszu jajników. W pewnym momencie po prostu zapomniała o tym fakcie.
Powrót do Toronto i do pracy skutecznie ją z tego uleczył. Wrócenie do wiru pracy spowodowało, że nie była w stanie zajmować się już niczym innym. Zwierzęta. Właśnie zmieniała recepcjonistę, jakiś pies zdążył ją delikatnie ugryźć w dłoń. Dała radę wyjąć środek odkażający, już miała się sama sobą zająć, gdy usłyszała znajomy głos. Po jej plecach przeszły znajome ciarki, otworzyła szerzej oczy, otwierając delikatnie usta. Czy to fatamorgana?
— Ricardo — mruczy pod nosem, lekko sparaliżowana. Nie spodziewała się go tutaj, w jej miejscu. Cała zesztywniała i wyprostowała się automatycznie. Kilka razy mrugnęła oczyma. Spojrzała znów w te ciemne tęczówki, próbując doszukać się w nich jakiejś odpowiedzi — przyleciałeś dla mnie? — pyta, próbując znaleźć sensowną odpowiedź. Cieszyła się, a jednocześnie była przerażona. Wakacyjne miłości są idealne, bo trwają określony czas.
-
No, no te puedo olvidar. No, no te puedo borrar. Tú me enseñaste a querer. Me enseñaste a bailar.nieobecnośćniewątki 18+niezaimkishe/hertyp narracjityp narracjiczas narracji-postaćautor
- Do Ciebie, a do kogo innego? Wsiadłem w pierwszy samolot, jak tylko dostałem wypłatę - uśmiecha się szeroko, rozanielony, omijając szczegół taki, że pewnie wział z koperty ślubnej hajs na ten samolot. Spogląda na jej ręce i oczy ma odrazu przestraszone. -Jezusmaria, jesteś ranna, musimy to odkazić - i wyjmuje z jej ręki środek i prowadzi ją, żeby sobie usiadła na jakimś krzesełku w poczekalni, bo przecież to jest ważna operacja. Ricardo na szczęście wie co i jak z takimi ranami, bo jest kucharzem i takie rany to nie jest dla niego nic strasznego. Nie raz prawie stracił palca od cięcia cebuli. Kiedy ona siada, on przy niej kuca i się tak opiera kolanem, jakby klęczał, no ale zaczyna jej tam lać ten środek. -Tylko spokojnie- mówi uspokajająco i patrzy jak rana spienia się od działania odkażacza. Unosi na nią znów spojrzenie i ich oczy nie mogą się od siebie oderwać. Jemu już buzia cała sie uśmiecha, chociaż to dość średni moment do śmiania się, skoro ona tu mu się wykrwawia na dłoniach. Skapuje na niego ta woda, ale jemu nic to nie robi. - Wiedziałem, że Cię znajdę, mi amor. teraz możemy być razem, cieszysz się?
Już drugi raz pyta, czy ona się cieszy, chociaż pewnie ptyać jeszcze będzie kilka razy. Ale na pewno jest to zupełnie niewiarygodne z perspektywy Erzy, która mogła sie nie spodziewać, no i pewnie się nie spodziewała, że jej summer love pojawi się na progu jej drzwi i oświadczy, że teraz będą razem. No bo na przykład pewnie ona jeszcze nie wie, ale on to planuje z nią zamieszkać (w tym momencie np. bo jeszcze Rosi nie ma w kraju), bo nie wyobraża sobie, żeby nie spędzić z nią kolejnych dni, miesięcy, albo może i lat.
Erza B. Fernandes
-
Kochajmy się, a zwłaszcza bezdomne pieski
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkishe/hertyp narracjitrzecioosobowyczas narracjiprzeszłypostaćautor
Szok nie pozwolił jej powiedzieć ani jednego słowa. W głowie panowały mieszane uczucia. Nawet jeśli była szczerze zdziwiona jego widokiem, to poczuła delikatne, ciepłe uczucie wewnątrz serca. Jak miałaby się złościć na faceta, który dla niej opuścił własny dom? Nawet Fernandes miała w sobie odrobinę ducha romantyczki. Wpatrywała się w niego, kiedy mówił o tej wypłacie. Wtedy w jej głowie pojawiły się dwa wilki. Jeden z nich miał ochotę nazwać go idiotą, a drugi widział w tym coś romantycznego. Patrzyła mu prosto w ciemne tęczówki, próbując odnaleźć w nich odrobinę fałszu. Tyle że nie była w stanie, za bardzo błyszczały.
To chyba lubiła w nim najbardziej. Nie zdążyła nic powiedzieć, ani zaprotestować, a on już się nią zajmował. Nie była to głęboka rana, ale dłonie zawsze były mocno ukrwione. Krew musiała się lać. Tylko zaraz była ciągnięta na krzesło, na którym bez słowa usiadła.
— Ała, to boli — mruknęła pod nosem, czując działanie środka. Na jej twarzy wymalował się delikatny grymas. Bolało, a ona czuła coraz dziwniejszą niezręczność. Nie chciała wypierdalać Ricardo na drzwi. Przyjechał do niej, a ona posiadała w sobie jakiekolwiek wyrzuty sumienia — w szafce powinien być jakiś gazik — mruknęła pod nosem, pokazując ruchem głowy mebel. Czymś musieli to zatamować, bo wzrok Martineza nie miał w sobie na tyle magicznej mocy, by to uczynić. Chociaż kto wie, co jest w stanie zrobić latynoska krew.
— Tak? — spytała lekko zbita z tropu. Sama nie potrafiła znaleźć odpowiedzi na to pytanie, ale uśmiechnęła się szeroko — tylko powiedz mi... Ty chcesz tu zostać na stałe? — zaczyna dopytywać lekko niepewnym głosem, unosząc na niego spojrzenie — Ricardo, naprawdę dla mnie zostawiłeś swój dom? — i to ją zakuło prosto w serce. Ona by tego nie zrobiła. Pokochała Puerto Rico, ale swoją małą ojczyznę bardziej. Nie byłaby w stanie zostawić brata, rodziny, a przede wszystkim schroniska, za to on to dla niej zrobił.
— To bardzo... — głupie, irracjonalne, debilne? Nie wiedziała, które słowo wybrać, więc finalnie powiedziała — romantyczne — najlepsze słowo. Ludzie z powodu miłości potrafią zachowywać się jak prawdziwi idioci. Może i ona zacznie, skoro uśmiechała się do niego jak idiotka.
— Zdejmij tę czapkę, bo wyglądasz jak idiota, kochanie — mruknęła pod nosem, unosząc zdrową dłoń i pozbawiając jego głowę nakrycia. Zmierzwiła jeszcze delikatnie mu włosy, to było wystarczające. Teraz wyglądał prawie że idealnie.
-
No, no te puedo olvidar. No, no te puedo borrar. Tú me enseñaste a querer. Me enseñaste a bailar.nieobecnośćniewątki 18+niezaimkishe/hertyp narracjityp narracjiczas narracji-postaćautor
- Gazik? - powtarza jakieś nieznane słowo po angielsku, ale szybko się orientuje, ze może jej chodzić o -Ah, vendaje - i wstał żeby znaleźć ten jej "gazik" we wskazanym miejscu. Znalazł i wziął z pięć opakowań, tyle ile mu się w rękach zmieściło. W końcu krwi było całkiem sporo jak na taką małą kobietkę. Jak do niej wrócił to zaraz zębami rozrywa pierwsze opakowanie i przykłada w miejsce rany lekko uciskając.
- Pomyślałem: jesteś tu, ja mogę też tu być, wtedy będziemy razem - wyjaśnia swoją logikę, może na stałe to jeszcze nie wiedział co znaczy, bo kto tam wie co jutro nam przyniesie, ale teraz chciał być na pewno z Erzą Fernandez, chociażby skały srały. A będą srać, z nieba skały, jak się Rosi zorientuje co tu się odjaniepawla. Na szczęście chyba Erza w końcu też zaczeła łapać powagę sytuacji, bo jej twarz się rozjaśniała w uśmiechu, którego właśnie mu brakowało. -A po co mi dom, w którym nie ma Ciebie Erza? Ja mogę pracować w każdym miejscu, przecież jestem kucharzem.
No tak, pewnie w Michelin Star oddziale w Toronto nic tylko czekają, żeby przyjąć imigranta nielegalnego. Może jeszcze jakby udało mu się załatwić wize, ale niewiadomo jak do tego podejdą, bo nie zgłaszał że jedzie pracować, zgłaszał na granicy że jedzie do ukochanej. Co prawda chyba nikt tego nie zakonotował, bo obsługiwała go pani pod czterdziestkę, która takie mu spojrzenia posyłała, jakby nic co on nie słyszała, tylko miała właśnie w głowie fantazje w której razem biegają nago po plaży.
Uśmiecha się w odpowiedzi na to jej kochanie i skoro mu tylko te włosy zmierzwiła, to już się do niej wychyla, żeby ją całować, ale że ją wciąż trzyma za tę zranioną rękę, to pewnie jest to krótki pocałunek, ale na pewno latynoski i pełen pasji.
Skoro więc się tak wspaniale złożyło, że już ją znalazł, to zaraz przeszedł do rzeczy:
- Pomyślałem, że możemy razem mieć dom. Zabiorę tylko rzeczy od kuzyna, wiesz zatrzymałem się u niego na kanapie narazie, ale i tak muszę się wynieść skoro już Cię znalazłem, co ty na to?
Erza B. Fernandes
-
Kochajmy się, a zwłaszcza bezdomne pieski
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkishe/hertyp narracjitrzecioosobowyczas narracjiprzeszłypostaćautor
— Tak, to jest gazik — zaśmiała się cicho pod nosem i wpatrywała się w niego badawczą, kiedy tak się nią zajmował. Może częściej powinna dać się gryźć, skoro miała przy sobie takiego, pierdolonego macho? Chyba tego właśnie potrzebowała od życia — lubię, jak mówisz do mnie po hiszpańsku... — mógłby powiedzieć kupa, a ona i tak wpatrywałaby się w niego z dziecięcą ciekawością. Przez sposób jego mówienia, a szczególnie ten pierdolony akcent tak dała się ponieść. Normalnie twardo chodziła po ziemi, piłaby drinka z palemką i zlała randomowego, latynoskiego typa. Tylko w Ricardo było coś magnetycznego, co sprawiało, że chciała go więcej i bardziej. Teraz to sobie uświadamiała, jakby Puerto Rico zawitało w Toronto mimo tej zimowej, chłodnej aury.
— Jesteś szalony, Ricardo — i sama nie wiedziała, czy mówiła to pozytywnie, czy wręcz przeciwnie. Momentami przypominał wielkie dziecko, które powinna prowadzić za rękę — słońce ty moje, to nie jest takie łatwe... Musisz mieć visę, albo wziąć ze mną ślub — tyle przeszkód po drodze. Szkoda, że nie wiedziała o jego statusie, może by się kobieta dla niego poświęciła. Dla tych loczków, śmiesznego akcentu i ciemnych tęczówek przypominających nocne niebo — takie sprawy nie przychodzą łatwo — mruknęła pod nosem Erza. Tylko wtedy wsłuchała się w jego kolejne słowa. Był szalony, ekspresyjny i przypominał jej ogień. Ona była bardziej stonowana, ale... Puerto Rico zawitało do Toronto, a ona poczuła jakby znowu się w nim znalazła — jestem twoim domem? — spytała ciszej, czekając na jego reakcję. Jedno wypowiedziane słowo byłoby wystarczające. I chyba ona poczuła gorące emocje, bo bez żadnego zastanowienia odwzajemniła jego pocałunek z taką samą namiętnością.
— Jednak się stęskniłam — mruknęła, kiedy tylko rozłączył ich usta od siebie. Dla niej to było wystarczające. Z dłoni mogłoby lecieć jak z kranu, a dla niej liczyłyby się tylko jego usta. Choć pierwsza fala otrzeźwienia przyszła z jego kolejnymi słowami, na taką propozycję nie była przygotowana.
— Ale że jak? — spytała, mrugając oczyma. Wprowadzić się do niej? Totalnie nie potrafiła sobie tego wyobrazić. Pytanie, czy w ogóle wyszliby z łóżka — co będziesz robił, jak będę pracowała w schronisku? — odezwał się w niej wrodzony perfekcjonizm. Słyszała historie o emigrantach okradających naiwne dziewczyny, a Erza wcale nie zarabiała dużo — to tu spędzam całą dobę, chyba że... — głos jej na chwilę zadrżał, bo chciała wierzyć w jego słowa oraz dobroduszność. Szkoda, że nie znała całej prawdy, wtedy sięgnęłaby po patelnie, by okładać go po głowie — zostaniesz psim wolontariuszem? — to byłby najbardziej romantyczny gest, którym ktoś by ją obdarował. Plus tysiąc punktów do widzenia samych pozytywnych stron Martineza.
-
No, no te puedo olvidar. No, no te puedo borrar. Tú me enseñaste a querer. Me enseñaste a bailar.nieobecnośćniewątki 18+niezaimkishe/hertyp narracjityp narracjiczas narracji-postaćautor
- Non problem, moge mowic caly czas - uśmiecha się do niej szeroko, to zawsze miłe jak dziewczyny lubią jego akcent, w sensie język. Rosi na przykład nie zwraca uwagi na to, czy on do niej mówi po angielsku czy po hiszpańsku. Tzn tak 90% czasu mówi po hiszpańsku, ale czasami jak się wkurzy to mówi po angielsku, żeby go nie zrozumiała jak mówi jej na przykład, że chciał oglądać meczyk albo że specjalnie obsrał kibel żeby sie czepiała. Tak serio to nie, ale gadał jej czasami po angielsku, a mimo to po tym dziesięcioletnim siedzeniu w Portoryko, jakoś zapomniał z połowe słów po angielsku, tak jakby osiemnaście lat w Nowym Yorku nic mu nie dało w życiu.
Dlaczego był szalony? Bo miał gorącą krew i kiedy czuł, że chce coś robić to to robił? Ludzie za rzadko tak działają, a ludzie z północy to już w ogóle rzadko, to akurat Riczi wiedział. Gdzieś tam w środku siebie na przykład wiedział, że kiedy mówił Erze "zostań w Porto Rico", to ona śmiała się nie dlatego, że jej się podobał ten pomysł, tylko dlatego, że był dla niej abstrakcyjny. Ale dla Ricziego nie był, i tak się chłop znalazł tu. - Juz chcesz brac ze mna ślub Erza? - uśmiecha się szeroko na samo wspomnienie o ślubie, który mógłby wziąć, gdyby dwa tygodnie temu poprzedniego nie wział. Ale może w innym kraju o tym nie wiedzą i przystana na ten drugi ślub? - Nie przejmuj sie takimi rzeczami Erza, jestem tu i nigdzie się nie wybieram - uspokaja jej paranoje kanadyjską, która objawiła mu się już na granicy, kiedy powiedziano mu, że po trzech miesiącach ma robić wypad do USA. No może zrobi, a może wcale nie, zobaczymy jak tu się sprawy potoczą, tak sobie pomyślał. Głaszcze ją po policzku i mówi cicho. - Tak czuję, że jesteś moim domem - dobrze, że tak powiedział, bo kiedy tak się mówi kobietom, to one później właśnie tak namiętnie się całują, jakby wcale nie były z zimnej Kanady, tylko były równie gorące jak ich płomieniste włosy. Riczi to wgle już chciał ją ciągnąć za jakieś drzwi do schowka, żeby kontynuować te namiętne pocałunki, ale oczywiście najpierw musieli uzgodnić kilka kwestii - przecież nie będzie u Madoxa spał bez przerwy, skoro już znalazł swoją rudą księżniczkę.
- Noo - zasmial sie i kreci glowa ze nie nie, raczej psami to się nie bedzie zajmował. Jednym się zajmował u Madoxa i to było wystarczająco dużo psów. Szczeólnie, że u Rosi zostały jej małe psy-szczury, które mu ciągle robiły do butów a z którymi on nie ma dobrych relacji, podejrzewał więc że te tu też by mogły się tak nauczyć. - Będę czekał aż wrócisz i jak wrócisz, to ci ugotuję pyszną kolację a rano śniadanie, poza tym chyba nie będziesz mnie mi amor zostawiać na całą dobę. Muszą cię stąd czasami wypuszczać, prawda? - i tak się zastanawia ręce na jej biodrach układa, jakby się zastanawiał, czy jak ją teraz weźmie na ramię i porwie do tego jej domu to ktoś zauważy. - Na przykład teraz, nie macie tu chyba wielkiego ruchu...
No i jak na złość ktoś pewnie zaraz tu się pojawi i im przerwie, ale póki co to jeszcze jest chwila na bycie romantycznym.
Erza B. Fernandes
-
Kochajmy się, a zwłaszcza bezdomne pieski
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkishe/hertyp narracjitrzecioosobowyczas narracjiprzeszłypostaćautor
Uśmiechnęła się przesłodko. Mógłby jej powiedzieć wszystko. Kupa, sraka, gówno, największa patologia, bicie kobiet, a ona i tak cieszyłaby się jak głupia. Może nawet już miała kisiel w gaciach. Choć sama wolałaby go brać na wstrzymanie, tak... kurwa, pierdolony gazik po hiszpańsku sprawił, że poczuła się, jakby znowu trafiła na wakacje. Jakby wszystko nagle stało się dużo prostsze i tego właśnie potrzebowała do szczęścia. Przynajmniej chwilowego, póki nie zda sobie sprawy, z czym dokładnie wiązał się powrót Martnieza.
— Powiedz coś seksownego, Ricardo — mruknęła Erza, mając chwilowe zaćmienie umysłu po gaziku. Podobnie działał na wakacjach, sprawiał, że zaczynała się zapominać. Cały świat mógłby przestać istnieć, a ona wpatrywałaby się w niego wielkimi oczyma, trzepocząc przy tym rzęsami. Pojawienie się mężczyzny było absurdalne, było wręcz iluzją wakacyjnych chwil, które zaznała. Tam nie miała zmartwień, obowiązków, a tutaj? Wszystko będzie wyglądało inaczej. Nawet jeśli teraz... myślała tylko o tym gaziku. Zaraz zaśmiała się uroczo, słysząc o ślubie. Teraz mogła go wziąć, ale za parę minut zmieniłaby zdanie.
— A nie brzmiałoby to przepięknie? — spytała, robiąc przy tym wielkie oczy — Erza Martinez, a ty mógłbyś tu zostać — nikt nie byłby w stanie kwestionować jego przyjazdu. Teraz to co najwyżej mogłaby znaleźć dla niego pracę w budce z kebabem i to oczywiście nielegalnie, albo w jakiejś knajpie z turasami. Coś na pewno by się odnalazło. Coś by ich życie wyglądało... normalnie? Tylko z Ricardo nic nie mogło takie być.
— Dobrze, trzymam Cię za słowo — mruknęła Erza, spoglądając głęboko w jego oczy — nie uciekniesz do Puerto Rico jak ja do Kanady? — spytała pół serio, pół żartem. Już sama nie wiedziała, czego dokładnie powinna sie spodziewać po Ricardo. Może grał jej jedynie na nosie? Tylko wystarczyło krótkie spojrzenie, by serce zaczęło jej bić w rytmie latynoskiego mężczyzny. Teraz mógłby wmówić jej każdy kit, aż pękła pierwsza bańka.
— Nie lubisz piesków? — spytała lekko zszokowana. Trzeba będzie przeprowadzić prawdziwą terapię wstrząsową, tak być nie mogło, bo ona... nie zakochałaby się w mężczyźnie, który nie lubi czworonogów — czyli zostaniesz moim utrzymankiem Ricardo? — parsknęła krótko pod nosem Erza. Nie tego się po nim spodziewała... chociaż może właśnie tego, ale odrzucała ten pomysł mocno ze swojej głowy — nie wiem, czy będę w stanie nas obu utrzymać, honey — niby słodko pierdząco, ale czuła pewną rysę między nimi — poza tym nie mam w sobie tyle energii, teraz tu są pustki, a ręce mam pełne gównianej roboty — i to dosłownie. Nikogo tutaj mogło nie być, ale nikt za nią nie posprząta boksów. Baśka wolontariuszka dostała srogiej jelitówki, podobno szło dołem i górą, a samo się nie posprząta.
— Chcesz mnie zabrać do kantorka? — spytała, robiąc wielkie oczy i zagryzając dolną wargę — albo do mojego gabinetu? — zaproponowała, skoro krwista sprawa wydawała się być zażegnana. Przecież nie będą tu pierdolić o poważnych sprawach — trochę z Ciebie bestia, przepadłabym Ciebie — zaśmiała się, kładąc mu dłoń na głowie, by zmierzwić loczki. Tyle potrzebowała, by utrzymać się we wakacyjnej bajce. Go przy sobie, czując jego ciepło oraz ten przyciągający zapach perfum.
-
No, no te puedo olvidar. No, no te puedo borrar. Tú me enseñaste a querer. Me enseñaste a bailar.nieobecnośćniewątki 18+niezaimkishe/hertyp narracjityp narracjiczas narracji-postaćautor
-Si me mira' mucho, sabe' que voy a besarte - mówi i usta oblizuje, bo zawsze jak się mówi o całowaniu, to całować się właśnie człowiek chce. Chce również całować się Riczi, który oczy ma utkwione w czerwonych pontonach Erzy, tak się zastanawia, czy ona sobie cośw nie wstrzykneła, bo wyglądają jeszcze bardziej juicy niż je zapamiętał.
- Qué hermosa Erza Martinez - ucieszył się brnąc dalej w tę kwestię ślubną. Pewnie żaden kanadyjczyk nigdy tak nie reagował na takie żarty, w sensie tak ochoczo, wiec to na pewno musiało być dla Frenandez egzotyczne i hot. Tak pomiędzy Bogiem a Prawdą, to Riczi też nie był skory do żadnych ślubów, do tego, który wział został też zmuszony, ale to kwestie kobiece go zmusiły, po prostu już w wiek podeszły zaczeła wchodzić jego luba i już o dzieciach pewnie myśli. - Przecież jestem tutaj. Dlaczego tak mówisz ciągle o tym, że nie mogę tu być? Nie lubicie imigrantów? - zastanawia się troche ze śmiechem, chociaż no w USA mają teraz średnio, wiec może tutaj mają podobne podejście? Kto wie? Riczi nie, bo on tu na amory przyjechał, a nie z planem imigracji. Mógłby natomiast pracować w budzie z turasami, tylko nie wiadomo co sie tam robi tymi turasami, chyba że rozchodzi się o kebab to wtedy świetnie bo Riczi kocha kebab. Ma nawet taką koszulkę do spania, pewnie zapakował to pokaze Erze.
Nim się obejrzał to Erza dziwnie zrozumiała to, że on nie chce z psami pracować i oczy ma jakieś wystraszone, to i jego oczy się wystraszyły i macha rękami.
- Nie nie, kocham pieski, na pieska tez i hot dogi tez - wymienia wszystkie pieski, które kocha tą swoją łamaną angielszczyzna (18 lat w NYC powtarzam) i uśmiecha się rozbrajająco, aby przypadkiem serce Erzy nie przestało topnieć z kanadyjskiego lodu. Ta jej rozkmina to była jakaś grubsza, on nie do końca zrozumiał, ale chyba zrozumiał co ona miała na myśli i rękę unosi.
-Nie musisz mnie utrzymywać, zwariowałaś loca? Co za mężczyzna pozwala się utrzymywać? ! - chociażż znów pomiędzy Bogiem a Prawdą, to Rosi ich utrzymywała tak z 3 lata jak nie pracował bo sie pokłócił ze wszystkimi szefami w całym Portorico. - Ja mam swoje pieniadze, przywiozlem cala walizę - pochwalił się i dalej ją tak smyra po tych udach i skoro dała mu pozwolenie, bo chyba dała jak już go znów za te włosy chce ciągnąć, to on odpowiada jakimś uśmiechem i wziął ją przez ramię przerzuca (no ale jest wciaz w tej wielkiej kurtce zimowej) i patrzy to prawo to w lewo. - Gdzie ten twój gabinet?
Erza B. Fernandes