-
Naprawdę kocha się tylko raz w życiu, nawet jeśli człowiek tego nie zauważa.nieobecnośćniewątki 18+niezaimkishe/hertyp narracjityp narracjiczas narracji-postaćautor
Z tym, że chyba jest prawda w powiedzeniu, że kiedy człowiek sobie coś zaplanuję to diabeł się z niego śmieje, bo było już grubo po północy, kiedy Peter wraz z grupą śpiewali karaoke w barze niedaleko pracy. Jakby się zastanowić, był jeden moment w którym plany kolejnego dnia legły w gruzach i była to chwila, kiedy wjechała tequila. Z doświadczenia Petera jest to najbardziej niebiezpieczny alkohol, którego stara się unikać odkąd pięć lat temu pierwszy raz spróbował go za namową swojej przyjaciółki Wendy, a który sprawił że on - Peter Blythe - tańczył w gej klubie do piosenek ABBY. I jak się okazuje supremacja tequili i jej władza nad Peterem się nie skończyła, bo dziś też chętnie się do mikrofonu na karaoke rwał i wył do “West Virginia” z resztą osób.
Jego teammates też byli pod wrażeniem po pierwsze że z nimi wyszedł, po drugie, że został, po trzecie że się chyba dobrze bawił. Ciągle powtarzali, że takie kolejne wyjście to chyba jak się z Kristin zaręcza. No tak, pewnie tak, odpowiadał, chociaż w ciężkiej swojej od alkoholu głowie miał jakąś głębszą niepewność z tym związana, a która zresztą zaczęła mu się dużo dłużej bo od grudnia kiedy wrócił z Kaliforni. Coś zmieniło się, bo nie był już tak sto procent pewny jak wcześniej, że Kristin jest jedyną dziewczyną na którą chce patrzeć. W Kaliforni zobaczył w Wendy jakiś blask, który wcześniej po prostu ignorował, mając za pewnik to, że skoro jest od niej dużo młodszy, to ona musi traktować go jak dzieciaka. Ale jeżeli w oczach innych ludzi wyglądali jak para… Jeszcze nie umiał sobie tego poukładać w głowie, a musiał, zdecydowanie musiał.
Tak czy siak, imprezka dobiegła końca gdzieś po czwartej, a to oznaczało że trzeba było podjąć ważną decyzję. Jechać do domu, czy iść na jedzonko zwane kebabem czyli rolada upokorzenia.
Stoi ze swoim bilecikiem z numerem 32 i wpatruje się jak zaczarowany w menu świecące nad jego głowa. Myśli w głowie zero, ciało ordetwiale od zimna i alkoholu, ale czuje jakiś spokój, bo dziś pierwszy raz od Kaliforni zmierzył się z tą jedną myślą, która mu się kroiła w głowie. I jakby materializacja tej myśli właśnie się wydarzała, bo w srebrnym metalu okalającym stanowisko z budą kebaba odbija się wlansie czupryna brązowych loków. Peter mruży oczy i nie mogąc zdecydować się czy rozpoznaje w nich Wendy, odwraca się by przyjrzeć się jej dokładniej. I wtedy został zauważony, więc unosi rękę z bilecikiem na jedzenie i macha do niej niezręcznie.
Dlaczego niezręcznie? Bo nie widzieli się od grudniowego wyjazdu, bo nie powiedział jej o tym, że mógłby dziś z nią wyjść. Bo przecież twierdził, że w ten weekend nie ma nawet chwili żeby wyjść z nią na kawę. Ale świat zrobil im sam ten moment.
Wendy Gardner
-
It's my party, and I'll cry if I want to!
nieobecnośćniewątki 18+niezaimkiona/jejtyp narracjitrzecioosobowaczas narracjiprzeszłypostaćautor
Kiedy około czwartej nad ranem wracała do mieszkania w oparach mrozu była już tylko kupką brokatu zmieszanego z entuzjazmem i wielkim głodem. Nie bez powodu stała teraz pod szyldem jednego z kebabów, który funkcjonował o tej poronionej godzinie. Jej cekinowy strój, który w klubie był interpretacją seksownej kuli dyskotekowej, teraz ukrywał się pod wielką puchową kurtką. Oczy łzawiły jej prawdopodobnie od zimna, przez co mrużyła je uparcie, by przeczytać pozycje w menu, a jej buty były obrazem nędzy i rozpaczy. Minęła dobra chwila nim dotarło do niej, że ktoś się w nią wpatruje, a serce zabiło mocniej, gdy w sylwetce mężczyzny rozpoznała swojego przyjaciela. Radosne zawołanie — Peter! — wyrwało się jej nim jeszcze zamówiła, ale nerwowe odchrząknięcie sprzedawcy szybko sprowadziło ją na ziemię. Zamówiła kebaba, przy tym niefortunnie opierając się o ladę, ale zamiast tego nacisnęła dozownik z ketchupem, który eksplodował niewielką porcją na jej kurtkę. Typowe! Nie myśląc o tym zbyt wiele porwała kilka chusteczek, swoją karteczkę z numerem zamówienia i powędrowała w kierunku Petera.
Czy w danym momencie po jej stronie też było niezręcznie? Nie, ponieważ przez lata wykształciła wspaniały mechanizm wyparcia tego, co dla niej niewygodne, a tym samym przesunęła gdzieś głęboko w czeluści samej siebie fakt, że w Kalifornii miał miejsce pewien incydent. W zasadzie to za wiele powiedziane, bo nic się nie wydarzyło, raczej była to taka ulotna myśl, zapewne tylko po jej stronie, że on jakoś tak… wydoroślał? Inaczej wygląda i…ugh, nieważne. Dlatego teraz stała jakby nigdy nic, z szerokim uśmiechem na twarzy, wielką plamą na kurtce, wysokim oprocentowaniem w ciele i beztroskim błyskiem w oku.
— No patrzcie go — westchnęła wyraźnie czymś rozbawiona — a więc to jest ta twoja napięta chwila, której nie masz? — zapytała zadziornie się uśmiechając. — Przybiera postać stania w kolejce po baraninę? — nie była na niego zła, ponieważ rozumiała, że każde z nich ma swoje życie. Jej przypomina jeden wielki chaos, a on ma pracę, związek i chyba bardziej dorosłe życie niż ona.
Peter Blythe
-
Naprawdę kocha się tylko raz w życiu, nawet jeśli człowiek tego nie zauważa.nieobecnośćniewątki 18+niezaimkishe/hertyp narracjityp narracjiczas narracji-postaćautor
Taka już była Wendy, oszałamiająca i przede wszystkim bardzo gadatliwa. Czasami Peter nie zdążył powiedzieć całego zdania, a ona już zdążyła zadać mu kolejne pytanie, odpowiedzieć sobie na nie i wytknąć mu w żartach to, że znów postawił sobie jakąś niewidzialną barykadę, która wzbrania go przed robieniem rzeczy, które są dla innych ogromnie naturalne. Tu się zupełnie nie zgadzali, bo kiedy dla niej naturalne były spontaniczne decyzje życiowe, jego takie zmiany kursu wyprowadzały z porządku. Jak jechanie na pół roku do Afryki w celu ratowania świata, zostawiając przy okazji całe swoje życie w mgnieniu oka za sobą. Dla Petera taka decyzja byłaby niemożliwa, musiałby przynajmniej rok wcześniej tak sobie sprawy ustawić, żeby podjąć podobną decyzje o wyjeździe. Wendy z kolei? Chciała ruszyć do RPA pomagać kotom? Pojechała - proste.
Czas, kiedy ona mówiła, on spędzał na wpatrywaniu się w jej dobrze znaną mu twarz, która czasami mówiła jeszcze więcej niż słowa. Na przykład teraz, włosy które wcześniej pozwoliły mu ją rozpoznać, były zmierzwione jakby śladem całonocnych tańców, świadcząc o udanym wieczorze, brokat wokół oczu wciąż jeszcze widoczny, jak podejrzewał był jedynie śladem po wybitnym makijażu który nakładała tuż przed wyjściem, nie szczędząc ani koloru ani brokatu. Miała zaróżowione od zimna policzki i chociaż wydawała się zmęczona, nie mógł odnieść wrażenia, że jest na tyle zmęczona, by nie móc mówić. Nie, Wendy chyba zawsze miała siłę mówić.
- Przyłapany na gorącym uczynku, nawet nie mam wymówki - odpowiada z uśmiechem szerokim unosząc ręce jakby się poddawał, ale stara się jeszcze jakoś wytłumaczyć, chociaż miernie mu to idzie, bo z ich dwójki to ona jest tą bardziej ekspresyjną osobą - A uwierzysz mi, że właśnie wstałem i przyszedłem coś zjeść na śniadanie przed treningiem? - chciałby być chociaż trochę mniej przewidywalny, ale prawdę mówiąc ta opcja ze śniadaniem przed treningiem brzmi nawet bardziej prawdopodobnie niż to, że właśnie kończy zarwaną noc. Na chwilę spuszcza spojrzenie, uświadamiając sobie, że szczerzył się do niej jakby usłyszał najlepszy żart pod słońcem, co pewnie było łatwiejsze kiedy jest znieczulony alkoholem, a jednak nawet w tym stanie wydaje mu się to trochę nie na miejscu. Szczególnie, że taką reakcją na spotkanie powinien raczej uświadczyć Kristin, a nie przyjaciółkę. Uśmiech mimo wszystko nie zelżał, jedynie oczy szukały jakiegoś zahaczenia w kącie ściany. Przy okazji przypomniał sobie o tej plamie z ketchupu, i przesuwa się tak, żeby jej pomóc z jej wyczyszczeniem -Tak na prawdę, to możesz mi uwierzyć, badź nie, ale dopiero wracam z pracy- przyznaje się do tego, co pewnie mogła podejrzewać, że jeżeli Peter nie wstał wcześnie żeby pobiegać, to pewnie był w pracy. Wytarł te plame, ale kręci głową, że pewnie trzeba będzie kurtkę oddać do prania, a że oczy nie znalazły nic na ścianie, a w kurtkę już nie może się dalej patrzeć , to wracają do twarzy Wendy.
- A ty skąd wracasz? Wyglądasz jakbyś się dobrze bawiła. Wyglądasz jakbyś znów balowała z Williamem i Zaylee - uśmiecha się lekko, nie komentując wprost ani trzymanej pod pachą peruki, ani makijażu, ani nawet wystającego spod kurtki disco stroju. Chociaż zdecydowanie było to ubranie, którego na codzień się nie widywało w kręgach Petera. I pomimo tego, że nie rozmawiali przez prawie dwa miesiące, wciąż ma wrażenie, że jeszcze nic się nie zmieniło i mogą przyniosła właśnie taki skutek, że zachodzi w głowę, czy na pewno była ta przerwa im potrzebna?
Wendy Gardner
-
It's my party, and I'll cry if I want to!
nieobecnośćniewątki 18+niezaimkiona/jejtyp narracjitrzecioosobowaczas narracjiprzeszłypostaćautor
Słysząc jego pytanie, a raczej sugestie, parsknęła lekko wyraźnie rozbawiona wspomnieniem z tego wieczoru. — Słuchaj, lepiej! — nie umniejszając wieczorom z Zaylee i Williamem, bo je uwielbiała, ale była tak rozbrojona dzisiejszą nocą, że chyba sama jeszcze nie wyszła z szoku. — Wyszłam z grupą przedszkolanek iiiii o mamuniu, co to są za petardy! — odparła strzepując jeszcze resztki brokatu ze swojej kurtki, sprawiając, że przez moment między nimi unosiła się chmura lśniącego pyły; w jej głosie z łatwością mógł wyczuć narastającą ekscytację. — Jeśli myślałeś, że przetrwanie w grupach z kilkuletnimi terrorystami jest trudne, to nie widziałeś ich na parkiecie przy Rasputinie! Wyglądało to jak egzorcyzmy, a wypędzały chyba demona stresu zawodowego — roześmiała się nie zdając sobie sprawy z tego, że w całej tej paplaninie zamiast strzepywać brokat ze swojej kurtki teraz przecierała dłońmi po jego. Z zawieszenia wyrwał ją dźwięk informujący o gotowym posiłku. — To chyba twoje — dodała robiąc krok w tył i przepuszczając go w stronę lady.
Winnie miała to do siebie, że nie planowała, tylko działała. Nauczona doświadczeniami życiowymi wiedziała, że jej plany zazwyczaj legną w gruzach po serii niefortunnych zdarzeń, które są jedyną stałą i pewną rzeczą w jej życiu. Dlatego też potrafiła z dnia na dzień zdecydować się, że jedzie do Afryki, załatwić wszelkie formalności i wyjechać nie oglądając się za siebie, ale po drodze wysyłając pierdyliard wiadomości i zdjęć do swoich przyjaciół. Może nie było jej pół roku, ale nie dawała o sobie zapomnieć. Peterowi również. Te dwa miesiące ciszy różniły się jednak od pół roku w Afryce. Zawieszeni w swoich światach nie przeplatali się zbyt często w wiadomościach, a tym bardziej rozmowach telefonicznych. To dało się wyczuć; to dawało jej do myślenia, ale z uporem maniaka odpychała je od siebie, bo przecież spójrzcie na nich… było jak po staremu! Prawda? Więc niepotrzebnie się martwiła, że od Kalifornii coś uległo zmianie. Nawet będąc tu i teraz ignorowała fakt, że nie miał czasu na kawę, ale na imprezy całonocne już tak i pewnie dlatego jakby nigdy nic, słysząc dźwięk swojego zamówienia podeszła do niego, zgarnęła kebaba i łapiąc Petera pod ramię oznajmiła. — Chodź, odprowadzisz mnie — bo przecież mieli już swoje żarcie, to na co czekać? Oczywiście wypadało złapać taksówkę na West End, ale miło będzie mieć towarzysza podróży, jak za starych dobrych czasów. Od kiedy jest Kristin to tych wyjść i tak było zdecydowanie mniej, musiała skorzystać z okazji.
Peter Blythe
-
Naprawdę kocha się tylko raz w życiu, nawet jeśli człowiek tego nie zauważa.nieobecnośćniewątki 18+niezaimkishe/hertyp narracjityp narracjiczas narracji-postaćautor
Peter nikomu nigdy by się nie przyznał, że oglądał Big Little Lies, przecież to serial dla dziewczyn. Tyle, że jego Kristin nie oglądała telewizji z zasady, a on czasami lubił się wychillować, a jak zrobić to lepiej niż z przyjacielem.. albo przyjaciółką. Tradycja jesiennego serialu była jedną z tych niepisanych, które zrodziły się na przestrzeni lat. Pod koniec września, w momencie wejścia nowej ramówki podejmowali bardzo ważą decyzję: który dzień poświęcają na spotkanie w celu wspólnego oglądania najnowszego odcinka. Zwykle ten dzień wskazywał również i serial, ale z biegiem czasu, kiedy nie mogli się spotkać - bo on był na przykład na wyjeździe, albo ona nie mogła do niego przyjechać, zdzwaniali się na telefonie i w ten sposób wspólnie oglądali odcinki. Rzecz jasna, tego rodzaju oglądanie Petera zawsze bardzo irytowało, bo często było im przerywane. Przez Kristin, która nagle prosiła go o coś, albop przez przerywane połączenia. Peter zresztą podejrzewał, że Wendy zasypiała w połowie, zwykle wiedział, że śpi bo przestawała komentować. Nie mógł przecież zatrzymać jej odtwarzania, więc później albo musieli robić powtórki, albo przekomarzał się z nią cały tydzień, bo Wendy rzecz jasna nie przyznawała się do tego, że nie obejrzała i że została przyłapana. Zresztą, przecież jak oglądali je wspólnie na kanapie to też czasami zasypiała, ale wtedy zawsze jednak była możliwość jej obudzenia, a wołanie przez telefon nigdy nie kończyło się jej obudzeniem.
- Właściwie to tak -uśmiecha się szeroko, bo nabuzowany dobrą energią z wieczoru, jeszcze ma siłę cieszyć się z sukcesu zespołu. - Oblewaliśmy sukces zespołu. Czterech naszych zawodników zakwalifikowało się do kadry na Igrzyska. Z tej okazji lecimy do Włoch na otwarcie - pochwalił się i przez chwilę miał ochotę rzucić, że może powinna pojechać z nimi, ale to pytanie zawisło gdzieś w jego myśli i nigdy nie zostało wypowiedziane. Może jednak jest jakaś niezręczność, która pojawiła się po Kaliforni, stworzyła barierę przed zadaniem tego pytania, a może po prostu Peter jak zawsze za dużo analizował i pomyślał, że to niemądre rzucać takie spontaniczne propozycje Wendy, która może nie mieć odłożonych oszczędności na taki wyjazd. Chociaż z Włoch jest już blisko do Laponii, więc może coś tam ma na to odłożone.
- Słucham - czeka na rewelacyjną i pełną emocji relację wieczoru, a że długo nie musi nigdy czekać na takie opowieści jeżeli chodzi o Wendy, to przyjmuje ją całą z lekkim uśmiechem. Faktycznie brzmiało jak petarda, ale niczego innego nie mógł się po niej spodziewać. Czasami zastanawiał się, jak to jest mieć tyle w sobie energii i tak dużo mieć side questów co Wendy. Dopiero, kiedy powiedziała o kebabie zawuażył, że opiera się o niego rękami i ocknął się, żeby wziąć zamówienie. -Jestem pewien, że muszą odreagować, nie mam pojęcia jak wy wytrzymujecie ten ciągły wrzask - zaśmiał się, bo pewnie nigdy by się nie dowiedział w jakich warunkach pracuje Wendy, gdyby nie zdarzył się kiedyś jej jeden wielki wypadek w pracy i nie musiał iść przynieść jej bluzki na zmianę po tym jak jeden chłopiec się na nią zsikał. Innym razem kiedy jeszcze ze sobą mieszkali i przyniósł jej do pracy obiad, którego zapomniała ten sam chłopiec posyłał w jego kierunku strzały z dziecięcego łuku i gonił aż do drzwi. Te dzieci to na prawdę terroryści!
Złapali swoje kebaby i ruszyli w kierunku domu Wendy. Peter może i jadł kebaba, ale zdecydowanie nie dlatego milczał. Bardziej możliwe, że milczał, bo kiedy szli tak pod rękę przez obsypane śniegiem Toronto to miał taką myśl, że po raz pierwszy od dwóch miesięcy czuje jakąś radość ale jednocześnie spokój, który na niego spłynał. Czy z tym pierwszym gryzem z kebaba, czy z tym powolnym krokiem, czy samym tym, że szedł z Wendy i to było chyba z tego wszystkiego najlepsze... nie, stop. Otworzył trochę mocniej oczy, bo chyba się zapędził z tymi myślami.
- Co u ciebie nowego? Spotykasz się dalej z Johnem?- przecież zapamiętał, jak się nazywał tamten chłopak, który miał jakieś opinie o tym, że jego "niunia" jak ją nazywał (Peterowi od tego prawie oczy od wywracania wypadały) wyjeżdża oglądać Big Sur z przyjacielem.
Wendy Gardner
-
It's my party, and I'll cry if I want to!
nieobecnośćniewątki 18+niezaimkiona/jejtyp narracjitrzecioosobowaczas narracjiprzeszłypostaćautor
— Naprawdę! A to zdolne bestie, pogratuluj im ode mnie — nie bardzo obchodził ją fakt, że mogą jej nie kojarzyć i jej gratulacje niewiele zmienią w ich życiu, ale chciała być miła. Z drugiej strony, wydawało się to wręcz nierealne żeby nie zapadła chociaż jednemu osobnikowi w pamięć, szczególnie po tym jak pewnego razu wbiła się z Peterem na podobną imprezę i pobiła wykonanie samej Bridget Jones śpiewając Without You. Takiego fałszu się nie zapomina. — Do Włoch? Ale ekstra, Kristin pewnie jest wniebowzięta i już pakuje walizki, co? — stwierdziła bez namysłu nawet nie przypuszczając, że w sprawie wyjazdu przez moment pomyślał o niej, a nie o swojej dziewczynie. Wendy z wypieraniem złożonych uczuć i reakcji nie miała najmniejszych problemów, a wolała nie dopuszczać do siebie myśli, że Peter poświęcał jej w myślach więcej uwagi niż przystało na przyjaciółkę, a od czasu wyjazdu do Kalifornii miewała różne sekundowe porywy i zawahania. Je też dzielnie wypierała.
Streszczając mu swój wieczór z współpracownicami zadbała o to, by wiedział, że zabawa była przednia. Dobra muzyka jest połową sukcesu, na drugą składa się towarzystwo, otoczenie i pech-licznik Wendy, który dostarczał niekiedy wrażeń z najwyższej półki. Pewnie gdyby nie ona, to zalatywało by nudą, a tak? Działo się! — Oj wierz mi, że dzisiaj to one wrzeszczały za wszystkie czasy — dodała śmiejąc się na samo wspomnienie tamtych chwil. — Jak dzikuski — nawet Winnie sobie pozwoliła na kilka okrzyków, ale powoli docierało do niej, że to nie był najlepszy pomysł, bo zaczynało drapać ją w gardle. Tracąc głos jest się na przegranej pozycji w jej pracy, więc po tym wieczorze będzie musiała zacząć miodowo-czosnkowo-cebulową kurację naprawczą.
Otulał ją dziwny spokój, kiedy idąc tuż obok niego czuła na swoim ramieniu znajomy ciężar. Nie docierało do niej jeszcze, że to nie zmrożona nawierzchnia trzeszczy pod ich stopami, tylko jej mechanizm wyparcia zaczyna nawalać. Nie chciała się przyznać do tego, że spacer przez zasypane Toronto podoba się jej bardziej, niż ta cała noc na parkiecie z przedszkolankami, bo najzwyczajniej na świecie się za nim stęskniła. Przy nim zawsze czuła się znajomo — u siebie — po prostu dobrze. I choć wmawia sobie od dwóch miesięcy, że incydent w Kalifornii, był błędem w jej oprogramowaniu, a przerwy potrzebowali równie mocno co tlenu, w głębi siebie tłumiła cichy piskliwy i nieznośny głosik sugerujący, że to kłamstwo. I pomimo tego, że w danej chwili będąc z nim, czuła się jakby wróciła do domu po długiej i męczącej podróży, to i tak nie przyzna, że to Peter zawsze był tym spokojem, który potrafił ugasić jej chaos.
Z zamyślenia wyrwało ją pytanie Petera. — John? — powtórzyła niepewnie próbując pozbierać myśli, które od zadumy nad beznadziejnością swoich uczuć musiały cofnąć się do czasów przelotnego romasnu. — A John! No wiesz… było, minęło. Jak wróciłam z Kalifornii jakoś tak… przestaliśmy się dogadywać — bo przecież kto to widział wyjeżdżać z przyjacielem: na pewno miała romans, spała z nim i zachowywała się niestosownie. Więc wypuściła go w świat, by poszukał w świecie innej niuni, której wystarczy takie życie bez zaufania i na uwięzi. Wendy była wolnym ptakiem, a gdyby ktoś zabronił jej spotykać się z Peterem to nie miałby siły przebicia, a przynajmniej tak się jej teraz wydawało. Gdyby Peter musiał przestać się z nią widywać na prośbę Kristin to chyba pękło by jej serce, a z drugiej strony… kilkukrotnie usłyszała od przyjaciół, że kuszą los, ale skrupulatnie to ignorowała i wypierała, zapewniając, że tylko się przyjaźnią i szczerze w to wierząc. — A co u Ciebie i Kristin? — zapytała porzucając temat ex-chłopaka.
Peter Blythe
-
Naprawdę kocha się tylko raz w życiu, nawet jeśli człowiek tego nie zauważa.nieobecnośćniewątki 18+niezaimkishe/hertyp narracjityp narracjiczas narracji-postaćautor
- Kristin?- ociężały od całonocnej imprezy umysł dopiero teraz zrozumiał, że pewnie bardziej naturalne byłoby zaplanowanie tego wyjazdu nie z Wendy, ale ze swoją dziewczyną. Przeczesał włosy i patrzy gdzieś w przestrzeń, wyraźnie bijąc się z myślami. - Wiesz, Kristin nie lubi takich spontanicznych wyjazdów. Zresztą i tak byłbym praktycznie non stop w pracy, więc pewnie by się nudziła - podejrzewa, bo o tyle o ile zna swoją dziewczynę, to jest na tyle zajmująca, że nie mógłby jej zostawić na cały dzień w obcym państwie, kiedy ona nie mówi po włosku. Moze poszłaby na jakieś spa? W Mediolanie muszą mieć jakieś SPA, prawda? Zawiesz a przez chwile spojrzenie na Wendy, ale szybko rezygnuje z tego ostatniego momentu, żeby powiedzieć, że ona lepiej niech się pakuje. - Ale Galen i Charles wyrazili za to bardzo dużą chęć, żeby ze mną pojechać. Chyba liczą na powtórkę Vegas- uśmiecha się lekko, bo może faktycznie przystanie na propozycje kolegów, by razem lecieć Do Europy. Jako trzech golden boys, mieli nie tylko odrzutowiec do wykorzystania, ale bardzo duże pokłady energii które chcieli spożytkować na wyrywaniu dziewczyn z Europy. A to co się stało w Vegas, zostaje w Vegas… I w głowie Wendy, której Peter opowiedział ze szczegółami swój najbardziej crazy męski wyjazd podczas którego Galen L. Wyatt prawie wziął ślub ze striptizerką, Charlie Marshall tak się upił że krzyczał z dachu Cesar’s Palace ze jest królem świata, a sam Peter całował się jednej nocy z 4 dziewczynami. Ale to było dawno i przed Kristin, więc oby Włochy nie były podobne do wyjazdu sprzed wieków. Natomiast na pewno ich towarzystwo było ciekawą alternatywą,.
Szli sobie więc w ciszy przez Toronto, pogryzając kebaba. Na pewno nic im nie ciekło, nic się nie wywalało z lawasza, bo przecież był to spacer bardzo romantyczny.
Z zaciekawieniem odkrył, że John już nie jest na radarze Wendy. Mógł się tego spodziewać, a jednak rzeczywiścię było to ciekawe. Bo chyba pierwszy raz na wieść o tym, że Wendy dalej nie spotyka się z kimś, poczuł jakąś lekkość i ulgę. To nie tak, że John był od innych gorszy, był równie beznadziejny co pozostali chłopcy Wendy. To w Peterze zaszła jakaś zmiana. Wcześniej denerwował się tylko, że Wendy zmienia ich tak często, że nie nadążał z uczeniem się imion, już nie mówiąc o tym, że mijała chwila zanim mógł się na tyle otworzyć, żeby zacząć budować z nimi jakiekolwiek relacje. A chciał je budować, w końcu byli facetami Gardner. Często jednak okazywało się, że kiedy on trzy godziny myślał o tym będzie gadać z danym facetem, ona mu na początku spotkania mówiła, że już dawno po temacie.
- Chyba nie przestaliście dogadywać się przeze mnie ? - chodziło mu bardziej o to, że może przez ten wyjazd, ale powiedział co powiedział i oboje to słyszeli. Może to te shoty mówiły, a może po prostu podejrzewał, że John mógł być zazdrosny o swoją niunię.
Chwilę później zresztą przechodzą do drugiego istotnego momentu, czyli rozmowy-nie-rozmowy o Kristin. Peter nie to, że ukrywał szczegóły swojego związku, ale jakimś cudem Wendy i Kristin przez te wszystkie lata spotkały się tylko dwa albo trzy razy. Bardzo przelotnie i na krótko. Nie wiadomo o co chodziło, ale istniała taka możliwość, że Kristin nie pasowało to, że jej chłopak ma przyjaciółkę.
- Nie znaleźliśmy jeszcze mieszkania. Wciąż rozglądamy się - podsumowuje, zamiast mówić o Kristin, mówiąc o mieszkaniu. A prawdę mówiąc to od Kaliforni jakoś dziwnym zrządzeniem losu wszystkie które oglądają, Peterowi się nie podobają.
Wendy Gardner
-
It's my party, and I'll cry if I want to!
nieobecnośćniewątki 18+niezaimkiona/jejtyp narracjitrzecioosobowaczas narracjiprzeszłypostaćautor
Wędrując przez miasto czuła jak mróz sieka ją po twarzy, a dłonie upaprane sosem z kebaba kleją się nieprzyzwoicie. W wykonaniu Wendy to na pewno nie był czysty spacer, ale atmosfera była otulająca, wręcz kojąca. Peter był jedną z tych osób, przy których nie musiała udawać niczego
— Że co? — zapytała lekko zaskoczona — Nie. W sensie, chyba nie. Nie wiem, dlaczego? — na trzeźwo zareagowałaby w bardziej przemyślany sposób i mniej oczywisty, a teraz każda próba wybrnięcia z tej odpowiedzi tylko ją pogrążała. — Oj nieważne, skończyło się, ale i tak nie lubiłam kiedy mówił na mnie niunia — wyjaśniła czując, jak czerwone od mrozu policzki teraz zbordowiały od zawstydzenia. Shoty siały właśnie spustoszenie w jej głowie, a także pomału wpływały na problemy z zachowaniem równowagi, dlatego mocniej złapała się go pod ramię.
Tak, była zdecydowanie pijana, bo nim zdążyła pomyśleć wypaliła. — Mój sąsiad się wyprowadza! — a czy to nie idealna okazja, by w końcu poznać lepiej Kristin? To mieszkanie na pewno się mu spodoba, choć niekoniecznie jego dziewczynie.
Peter Blythe
-
Naprawdę kocha się tylko raz w życiu, nawet jeśli człowiek tego nie zauważa.nieobecnośćniewątki 18+niezaimkishe/hertyp narracjityp narracjiczas narracji-postaćautor
Nudziła? Peter był przekonany, że Kristin by się nudziła. Może nie dałaby mu tego po sobie poznać, ale siedziałaby do wieczora w hotelu i czekała aż on skończy swoje obowiązki, żeby z nim wyjść wieczorem na romantyczną kolację. A on nawet jakby był ogromnie zmęczony, to poszedłby na tą kolację, ale jednocześnie dostawał info od teamu, że powinien być na kolacji z klientami.
Natomiast wszystkie rzeczy, które wymieniała Wendy zdawało się, że mogły wcale nie interesować jego dziewczynę. Co prawda znała się na sztuce, bo niejednokrotnie chodzili na otwarcie galerii, czasami nawet na otwarcie galerii artystycznych znajomych Wendy. Ale czym innym było chodzenie na wernisaże z Peterem, czy swoimi koleżankami, a czym innym samotne zwiedzanie Mediolanu. Jedyna nadzieja w sklepach, ale Peterowi przez myśl nie przeszło, żeby wypuszczać swoją dziewczynę do sklepów, jeszcze trochę ma szacunku do jej konta bankowego.
Najważniejsze, że te rzeczy interesowały Wendy, a jeżeli coś ją interesowało, to zaraz zapalały się w jej oczach ogniki i opowiadała o tym z takim przejęciem, którego nie można było z niczym powównać. Sam też myślami nagle przeniósł się do Mediolanu i już widział siebie na dachu Duomo podziwiającego zachód słońca, kręcącego się po galerii Vittorio Emmanuele (poprawił ją kiedy nie mogła znaleźć odpowiedniej nazwy), podczas wizyty pod Castello Sforzesco, spacerujacego okolicznym parkiem, idącego wieczorem do La Scali... no marzenie. Entuzjazm Wendy obudził w nim jeszcze większą ochotę na wyjazd, niż się spodziewał.
-Wydaje mi się, że Ty byś więcej skorzystała z tego wyjazdu niż ja i Kristin razem wzięci - mówi i wtedy myśl, którą wcześniej odrzucił powróciła ze zdwojoną siłą, a usta nie posłuchały i nim pomyślał co robi mówi - Może powinnaś ze mną pojechać? - i kiedy to powiedział, uznał, że to dobre pytanie. w końcu wyjeżdżali już kilka razy, może jeszcze nigdy do Europy, ale czym będzie róznił się ten wyjazd od na przykład tego Kalifornijskiego? No dobrze, akurat kalifornijski był specyficzny w efekcie, ale w zamyśle był przecież równie świetnym pomysłem jak to, że mogłaby dołączyć do niego i chłopaków w Mediolanie. A właśnie chłopaków. Nabrał powietrza, ajkby chciał coś powiedzieć i nagle uświadomił sobie, że taki wyjazd ze sportowcami światowej skali, Charlim i Galenem musiałby być marzeniem każdej dziewczyny, która jest singielką. Czy nie wpycha jej tym samym w jakąś sytuację w której będzie zajęta bardziej romansowaniem niż zwiedzaniem tych iglic? Nie wie skąd te dziwne myśli, stara sobie tłuamczyć, że właśnie o Brerę czy San Siro chodzi, ale przecież jest istotna różnica pomiędzy tym, że chciał, żeby Wendy była szczęśliwa, a tym, że nie bardzo przypadł mu do gustu pomysł, by jechała na wyjazd z tuzinem najbardziej hot singli w całym Toronto. Ale co się powiedziało, to się jż nie wycofa, Peterowi zostało zajeść te myśli i właśnie ugryzł kolejny gryz kebaba. W mięczyczasie Wendy pokazała, że robi foteczkę więc jeszcze podstawił jej kebaba pod aparat (póki był), ale ponieważ zaczeła pisać i iść, nie patrząc na drogę to złapał ją w ostatniej chwili, kiedy się zorientował, że nie widziała lampy przed sobą. Przyciąga ją, kierujac krokami które prawie zaprowadziły ją na słup. - Pijana nie chodź jak nie patrzysz przed siebie - poprosił, ale nie był pewny, czy go słyszała.
- Bo.. widzisz, John wspomniał jak ostatnio się widzieliśmy, że też chciał jechać z nami do Kalifornii. Dosłownie powiedział "Widzimy się w Kaliforni". Poza tym spytał mnie czy Kristin jedzie i... pomyślałem, że może on nie rozumiał do końca- zawiesił tę myśl pomiędzy nimi, przyznając się do rozmów które prowadził z Johnem kiedy ten chciał wyjść na męskiego papierosa, kiedy Wendy poszła do łazienki, albo kiedy nie mógł jej obmacywać pod stołem. Peter stał z nim na tym papierosie, oczywiście wcale nie paląc, bo jak na sportowca przystało, to jest poza zasięgiem jego zainteresowań i słuchał bardzo wielu dziwnych tez, ale jedną z nich na pewno było to, że "niunia mówiła mi, że jedziemy do Kaliforni", w sensie że on też czuł się wtedy zaproszony najwyraźniej. Dobrze było natomiast wiedzieć, że nie tylko jego drażniło to przezwisko. Na tą niunię nic nie mówił jeszcze kiedy się spotykali, ale teraz mógł z czystym sumieniem skomentować: - To było cringowe - i skrzywił się wyraźnie, czując jak cringe'owe jest mówienie cringe, chociaż akurat Wendy jest trochę starsza, więc może nie czuje tego tak jak on.
Natomiast kiedy Wedny powiedziała o mieszkaniu akurat kończył kebaba, więc pierwszą reakcją było tylko zainteresowane spojrzenie. Chwilę później otarł usta i kiedy przełknał pyta: - O, tak? A co to za mieszkanie? - zainteresował się, może niewiele myśląc o tym, co powiedziałaby na to Kristin i pewnie skończy sie tak, że powie mu tylko, że znów o niej nie pomyślał i podjął decyzję za ich dwójkę. Jest w tym trochę prawdy, bo nawet jeżeli chodzi o ten wyjazd do Włoch to sam podjął decyzję, że nawet jej nie spyta. On uważa, że jej się nie będzie podobał wyjazd, ale ona sama może chciałaby mieć do tego jakiś stosunek?
Wywalił opakowanie po kebabie do kosza i troche kaszle, bo ostre było na koniec.
- Przydało by się coś do popicia, strasznie ostre..
-
It's my party, and I'll cry if I want to!
nieobecnośćniewątki 18+niezaimkiona/jejtyp narracjitrzecioosobowaczas narracjiprzeszłypostaćautor
Może powinnam?
Ty być więcej skorzystała, niż ja i Kristin.
Ja bym skorzystała?
Nie powinnam. Totalnie nie powinnam.
Już zapomniała, jak wiatr źle im w Kaliforni zawiał, a słowa obcego typka wyrzuciły ją z butów. Jak coś, co wcześniej nawet myśli jej nie zaprzątało, teraz powraca jak bumerang — choć uparcie wypiera, odsuwa, nie myśli, ignoruje, a i tak, co jakiś czas — tak jak teraz — uderza ją myśl, że nie powinna, tak bardzo chcieć tam lecieć, z naciskiem na to, że z nim lecieć. Nie powinna tak cieszyć się na myśl o tym, ani tak bardzo tego analizować.
Gdzie te czasy i wspólne wyjazdy, podczas których niczego nie analizowała? Po prostu pakowała się, leciała, a na miejscu wyrywali towarzystwo nie zważając na siebie. Czemu tego nagle nie ma? Skąd te przewlekłe głupie myśli i wielowarstwowe analizy? Nagle z niepohamowanego entuzjazmu nic nie zostało. Spojrzała na Piotrka kiedy to ekscytacja ustępowała miejsce lękowi, a alkohol opanował już do tego stopnia jej organizm, że nie była w stanie ukryć swoich odczuć z danej chwili. Pozostawało wierzyć w to, że i on jest zbyt pijany, by następnego dnia to rozpamiętywać. — Chciałabym — kurwa, nie nie to miałaś powiedzieć. Miałaś powiedzieć NIE, powinieneś jechać z Kristin. — Nie powinnam — nie, kurde, też nie to. Wendy, weź się w garść. — W sensie, wiesz w pracy dużo teraz się dzieje — ta jelitówki, grypy, dzieci, faktycznie straszne. — Dopiero co miałam urlop — na starym roku, co ty pieprzysz. — Nie mogę tak latać tu i tam — ściema jak się patrzy, a że pijana była to ściemniać nie potrafiła. Jak widać walczyła dzielnie, żeby tylko on nie widział. Co najlepiej zrobić, żeby odciągnąć uwagę od siebie? A nagrać głosówkę do znajomych, zrobić zdjęcie i tak też uczyniła. Następnego dnia będzie tego żałowała, ale teraz…

— John to był cały cringowy i nie wiem czemu wcześniej słowem się na ten temat nie odezwałeś — marszcząc nos spojrzała na niego niezadowolona. — Ja od razu ci mówię, jak coś mi nie pasuje — w końcu tak bardzo jej na nim zależy, że nie powinien umawiać się z byle kim, prawda?
— A teraz trochę przyspieszmy, bo zamarzam! — oznajmiła łapiąc go znów pod ramię i małymi szybkimi krokami starała się pędzić do jej mieszkania. Jeszcze tylko dwie uliczki, teraz jedna i już za tamtym rogiem… już prawie są.
Peter Blythe