-
I said I was smart.
I never said I had my shit together.
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkizaimkityp narracjitrzecioosobowaczas narracjiprzeszłypostaćautor
Cały ten wieczór, a także poranek. Ten kac moralny, którego doświadczała, jako osoba, która wcześniej nie miała styczności z takim imprezowym życiem. Nie mówiąc o tym, że nie całowała się zbyt często. W zasadzie mało kiedy, bo też miała jedynie jednego chłopaka i to na krótko, bo szybko wyszło, że raczej nie powinni być razem. Tylko, że nie chodziło w tej jej panice tylko o to, że miałaby się całować z Krossem. Chodziło o jej własną moralność.
Bo jakby się jej zapytać, to uważała, że mordę miał dobrą. Tylko charakter skomplikowany.
Może gdyby była jedną z jego znajomych, typowych nastolatek, która wiele już przeżyła, to nie reagowałaby aż tak. Ale nie była. I dla niego mogło to być komiczne, ale dla niej? Cóż, naprawdę czuła się źle z samą sobą.
Ciekawe kiedy przyjdzie jej wkurwienie na Marvina za to, że ją zostawił.
— No… nie jesteśmy kompatybilni. — Bo dla niego to pewnie miało żadne znaczenie. Liczyło się może głównie to czy ktoś był atrakcyjny czy chętny na mejkałt, ale ona wolała wymieniać ślinę z kimś, kto nie jest przypadkowy. Dla niej całowanie miało nieco większe znaczenie niż przypadkowe lizanie pod ścianą dla zabawy. Nie chciała tego robić z pierwszą lepszą osobą, nie mówiąc już o tym, że ta osoba kogoś miała. Szmatę co prawda, ale miała.
Dlatego też uważała, że cokolwiek zaszło między nimi, powinien być fair wobec swojej dziewczyny i jej o tym powiedzieć. Co prawda nie znała zasad między tą dwójką i ich układów, ale wydawało jej się, że szczerość w związku jest ważna, prawda? A oni jednak byli razem dość długo, więc to nie wydawała się być pierwsza lepsza zapchaj dziura.
Chociaż co ona o nich wiedziała.
Brew jej drgnęła wyżej na jego odpowiedź, ale chyba częściowo się tego spodziewała. Teraz tylko nie wiedziała dlaczego. Bo ona była suką? Czy dlatego, że miał gdzieś moralność i własne sumienie?
— Serio? — spytała. Ona na miejscu Maldity wolałaby wiedzieć niż być okłamywaną przez własnego faceta, że lizał się z inną laską. Jeszcze gorzej, jakby wiedzieli wszyscy dookoła, tylko nie ona.
No to wyglądało jak duży, czerwony red flag.
Gdy stwierdził, że żartował, w pierwszym odruchu poczuła ogromną ulgę. I nawet odetchnęła. W drugim jednak zastanawiała się czy teraz przypadkiem nie żartuje, bo zaczęła temat poinformowania Maldity, czy jednak faktycznie to był głupi, bardzo nieśmieszny żart. Bo ona naprawdę zaczęła odczuwać wyrzuty sumienia.
Nie zdążyła jednak zarzucić mu głupich śmieszków, bo pociągnął wypowiedź dalej.
— Boże, nie chodziło mi o to, że jesteś syfem — zaczęła, krzyżując ręce na piersi. — Po pierwsze, masz dziewczynę, a ja czułabym się źle z samą sobą, gdyby cokolwiek zaszło, gdy ty jesteś w związku. Dlatego „nie ma szans” i „bo to ty”. Nie dlatego, że jesteś jakiś spaczony. Może dla was to normalne, że mimo bycia z kimś, to każdy z każdym się całuje i chodzi do łóżka, ale dla mnie nie — powiedziała unosząc jeden palec, lustrując go spojrzeniem. Nie pozwoliła mu jednak na to odpowiedzieć, bo ciągnęła dalej. — Po drugie — podniosła drugi palec — uważam, że jesteś całkiem spoko, jak nie udajesz niewiadomo kogo. Może nie pamiętam wiele, ale grało się fajnie, dopóki mnie nie zmiotło. Nie mówiąc o tym, że z jakiegoś powodu, to ty się mną zaopiekowałeś, a to oznacza, że masz ludzkie odruchy. Jeszcze trochę i pomyślę, że naprawdę jesteś miły pod tą całą otoczką. — Bo nie musiał. Był ostatnią osobą, którą by o to podejrzewała, a jednak to na jego kanapie się obudziła. Może z kiepskim żartem z rana, ale chociaż była bezpieczna. Chyba. Mogła tak przypuszczać. — Po trzecie… — podniosła trzeci palec. — cokolwiek. Jestem strasznie głodna — przyznała, z ciężkim westchnięciem.
Przeszła do stolika po szklankę z wodą, aby upić dwa łyki. Teraz nawet ból głowy nie był tak upierdliwy, gdy się wygadała, a stres z niej zszedł. Do szczęścia brakowało jej jedzenia. I…
— Gdzie mój telefon? — spytała, czując znowu narastającą panikę, bo nie miała go w kieszeni.
Ciekawe ile miała nieodebranych połączeń od ojca.
Evander Kross
-
I suck at apologies, so unfuck you...
or whatever.
nieobecnośćniewątki 18+niezaimkizaimkityp narracjitrzecioosobowa, ograniczonaczas narracjiprzeszłypostaćautor
Jeśli w ogóle myślał o dalszej karierze w swoim sporcie.
Dlatego nie robił awantury o wszelkie wysoki dziewczyny, pozostając na nie ślepym. To trochę jak te reelsy o tym, że jesteś żoną milionera i wchodzisz do domu, przyłapując go na zdradzie… Tylko po to, aby zaraz wyjść, udając, że niczego nie widziałaś.
On był tą żoną.
Akceptował pewne patologie, bo mu na czymś bardzo zależało. Już nawet nie tyle co na popularności w szkole, bo to akurat Maldita bardziej na nim się wywindowała, niż on na niej; szczególnie piękna nie była – to znaczy była, według ogółu, ale to nie był jego typ urody. Zależało mu po prostu na karierze.
I niby miał wyjebane, przynajmniej cały czas taką postawę sobą reprezentował, ale jakoś wyjątkowo przyczepił się tego tematu, gdzie ona zaprzeczała wszelkim możliwym scenariuszom, gdzie oni niby coś. Chociaż bardziej go interesowało to, że to ona się na tym tak zafiksowała i bardzo manifestowała, że przecież nic absolutnie.
Jej wyjaśnienie raczej niespecjalnie go przekonało. Gdyby miało chodzić o to, że on był z kimś, to nie fiksowałaby się na tym, że ‘on’, albo że ‘oni nie mogliby w zyciu’. Tylko właśnie wokół słów, że ma dziewczynę. A nie ‘ale to ty’. Co on? Jedyny na świecie miał być w związku?
Nie odzywał się w czasie tej jej wyliczanki (bo wiedział, że jej i tak się nie przegada), ale przy punkcie drugim to przewrócił oczami. Nie przejmowało go jej zdanie, wiedział że ma je już mocno wyrobione, a średnio – a w zasadzie wcale – mu zależało na tym, aby je zmienić. Nauczył się już, że Zoe jak sobie coś wkręci, to nie było wuja ani chuja na świecie, który by zmienił jej zdanie, chyba że sama nagle by tak nie postanowiła. Żaden argument, nawet najbardziej logiczny, nie sprawiłby, że przyznałaby się do błędu. Nawet teraz – wychodziło na to, że całkowicie o nią zadbał, kiedy spiła się w trzy dupy na imprezie, na której została bez nikogo, a ona mu zaczyna mówić o tym, że ‘ma ludzkie odruchy’.
Ależ go musiała demonizować w swojej głowie. I kto tu oceniał książkę po okładce?
Nie odezwał się, a jedynie przeszedł do kuchni, aby na kawałku papieru napisać ‘cokolwiek’ i podać jej na talerzu, A tak naprawdę, żeby zrobić szybkie śniadanie, które już i tak wcześniej zaczął przyrządzać.
Zerknął jedynie w jej stronę, gdy zapytała o jej telefon, na moment się nad tym zastanawiając. Cóż, nieszczególnie się tym przejmował, kiedy wyprowadzał ją z imprezy. Raczej był zdania, że wszystko ma przy sobie, a kieszeni jej nie sprawdzał.
— Nie wiem — odpowiedział, zgodnie z prawdą. Kieszeni jej nie sprawdzał, chociaż przydreptała tutaj w jego kurtce, bo swojej nie potrafiła znaleźć wśród wszystkich innych. Nie rozmyślał nad tym, czy zostawiła urządzenie akurat tam, bo raczej nikt normalny (ona normalna akurat nie była) tego nie robił i trzymał smartfona przy dupie, zwłaszcza na imprezie w obcym miejscu.
Ale cholera ją wiedziała.
— Potrzebujesz to weź mój. — Ten akurat leżał na ławie w salonie. Nie spodziewał się, że może chodzić o jakieś nieodebrane połączenia, na które musiała odpowiedzieć na cito. On takich problemów nie miał, nikt do niego nie wydzwaniał jak nie wrócił do domu na noc.
Zoe Avery
-
I said I was smart.
I never said I had my shit together.
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkizaimkityp narracjitrzecioosobowaczas narracjiprzeszłypostaćautor
Raczej nikt, zwłaszcza z jego ofiar, się nie spodziewa, że ten sam chłopak zrobiłby coś takiego. Jak Zoe opowie Marvinowi, że Kross się nią zajął po imprezie, to pewnie zaraz oberwie na ryj jakimiś wyobrażeniami z dupy, że na pewno robili jakieś niestworzone rzeczy. Raczej nie zaakceptuje po prostu faktu, że ją u siebie przenocował i wyniósł z imprezy, kiedy już przestała ogarniać. Z imprezy, gdzie była sama, bo ktoś obrażony sobie poszedł…
Uważała więc, że Kross najwyraźniej był spoko kolegą, tylko w swoim środowisku był… no jaki był, czyli chłopakiem, który topił czyjąś głowę w kiblu i zamykał go w szafce na korytarzu dla dziwnych zasad. Tego raczej nigdy nie zrozumie i chyba nie zamierzała.
Przeszukała swoje spodnie, a potem kieszenie bluzy, gdzie urządzenie powinno się znajdować, ale go nie było. Nagle zrobiło jej się cieplej, bo jeśli straciła telefon…
Ale wtedy Georgia się podniosła z kanapy i zmieniła swoje miejsce, dzięki czemu Zoe szybko mogła odnaleźć swój wyładowany telefon. Jak długo nie było z nią kontaktu? Nie miała pojęcia, ale była pewna, że jej ojciec już zauważył, że nie ma jej w domu i zapewne nie było całą noc. I chociaż był to człowiek bardzo mocno zajęty swoją robotą, na tyle, że nie miał czasu na rodzinne obiady czy wyjścia, to odkąd stracił swoją drugą połowę, zawsze patrzył czy dzieci chociaż są w domu.
Skoro żona nigdy nie wróciła, to chociaż upewniał się, że dzieci tak.
Sięgnęła do urządzenia należącego do Krossa i z pamięci wpisała numer ojca. W duchu już słyszała opierdol i kiedy tylko telefon po drugiej stronie został odebrany, ostatni raz pomodliła się w duchu zanim się pnyrzitała z ojcem.
— U koleżanki. — Fajna koleżanka, Zoe. — Zasiedziałam się. Tak wiem… wiem… przepraszam, zasnęłam i nie słyszałam telefonu, a potem się wyładował. Nie, nic mi nie jest — powiedziała z westchnięciem, krążąc po salonie. Słuchała zdenerwowanego głosu ojca, wyczuwając w nim też jakąś dziwną ulgę, że jednak żyje i nikt jej nie porwał. Była jednak przygotowana na wykład, że powinna lepiej pilnować swojego telefonu i chociaż wcześniej dać mu znać. Przynajmniej w takich momentach wiedziała, że faktycznie zwracał na nią uwagę, nawet jak jej się wydawało, że nie. — Niedługo wrócę — dodała ciszej, z westchnięciem, a chwilę później się rozłączyła.
Opierdol zebrany, teraz weekend.
Odłożyła jego telefon na ławę, tam skąd go wzięła.
— Dzięki — powiedziała, odwracając się w jego kierunku. Przejęła od niego szybkie śniadanie i wzięła pierwszy gryz, mając wrażenie, że właśnie tego potrzebował jej żołądek do prawidłowego funkcjonowania. Całe szczęście, że nie stwierdził, że tego nie przyjmie i lepiej będzie zwrócić całą treść żołądka. — Będę mogła wziąć jeszcze prysznic? Jak ojciec wyczuje ode mnie alkohol, to mnie zabije. — Bo w końcu nie wiedział, że poszła na imprezę. Miała być u znajomej i się uczyć, a nie wychodzić pić, a potem jeszcze nocować u chłopaka. W dodatku takiego, którego nie znał.
Dobrze, że nie wiedział jak bardzo straciła godność tego wieczora.
— I w ogóle… — rozejrzała się po tym rozwalonym kocu, przygotowanym śniadaniu i nawet wodzie, która stała na stoliku, przypominając jej jak bardzo się spiła i odwodniona przez to była. — Dziękuję. Że się mną zająłeś, teraz też zajmujesz i w ogóle. — Bo równie dobrze mógł ją wyjebać za drzwi z sekundą jak się obudziła. — I wybacz, że tak… — ci odjebało? — emocjonalnie podeszłam do tego wszystkiego, ale nigdy wcześniej nie byłam w takiej sytuacji. — To znaczy, nigdy się nie spiła, nigdy nie obudziła nie pamiętając poprzedniego wieczora i nigdy nie obudziła się w domu chłopaka, który powiedział jej jeszcze, że się całowali. Wiele nowych rzeczy jednego dnia, więc trochę spanikowała.
Można powiedzieć, że kilka pierwszych razy ma już za sobą.
Evander Kross
-
I suck at apologies, so unfuck you...
or whatever.
nieobecnośćniewątki 18+niezaimkizaimkityp narracjitrzecioosobowa, ograniczonaczas narracjiprzeszłypostaćautor
I mógł się tylko domyślać, że w tym czasie Zoe wysłuchiwała całej rodzicielskiej tyrady. Było mu to znane, ale nie z takich okoliczności, jak u niej.
— Myślę, że powinnaś wziąć co najmniej dwa, żeby to w ogóle pomogło — odpowiedział, z krzywym uśmiechem na gębie, zaraz jednak dodając: — Łazienka jest na górze. — Mogła wziąć nawet kąpiel w wannie z hydromasażem. Niemniej co miał mieć przeciwko temu, że dziewczyna się u niego wykąpie? Jemu to wisiało. Ale gdyby jakimś cudem wpadła tu szturmem Maldita, to byłby przypał. Jeden wielki, a także i nie pierwszy.
Dziwnie mu było z tymi podziękowaniami. Jeszcze dziwniej z przeprosinami, bo ani jednego, ani drugiego nie uświadczył w swoim życiu zbyt często. Z tego powodu i teraz nie chciał tego słuchać, bo było to niewygodne i niekomfortowe. Nie mówiąc już o fakcie, że uważał to wszystko za niepotrzebne.
Zamiast przyjąć to, co mówiła, zwijał się w środku z każdym kolejnym słowem, zewnętrznie reagując na to wszystko najpierw wzruszeniem ramion – zbywając całość, jakby była niczym – a następnie odzywając się:
— Jako twoja koleżanka — dość znacząco zaakcentował to określenie — czuję się uprawniony do pouczenia cię. — Uniósł delikatnie brew, a zanim zdołała wnieść jakikolwiek sprzeciw, podjął dalej: — Powinnaś sobie lepiej dobierać przyjaciół, smartypants. Nawet moi przyjaciele-neandertalczycy by nikogo nie zostawili samego w takim stanie w obcym miejscu. — A przecież oni byli tylko od nabijania się i ruchania na pięterku. A przynajmniej tak pewnie twierdziła. Nie zamierzał zaprzeczać, że tego nie robili, ale przynajmniej jak trzymali się razem, tak się trzymali. Jak taka dysfunkcyjna, patologiczna rodzina, ale wciąż rodzina i wciąż pilnująca się nawzajem.
No, może z tym określeniem ich jako rodziny to była przesada. I to gruba. Ale nie zmieniało to faktu, że dbali o swoje dupy nawzajem, i to w nieseksualnym podtekście, bardziej niż Marvin zadbał o dupę Zoe.
— Jeśli nie dasz mu po mordzie jak go zobaczysz, to sam mu strzelę po pysku, ale i stracę do ciebie jakikolwiek szacunek. — Nie to, żeby jakiś wielki miał; z drugiej strony: zadbał o nią i nie chciał, aby skończyła nieświadomie w objęciach Dudley’a. Ale to nie było ściśle związane z nią – raczej nigdy nie przyklasnąłby takiej zagrywce, bo była po prostu słaba. Delikatnie mówiąc.
Tyle tylko, że tej części swojej pijackiej eskapady Zoe nie pamiętała, a on nie planował jej o tym opowiadać, aby po prostu oszczędzić dalszej traumy. I konieczności opowiadania o tym wszystkim – nic się nie stało ostatecznie, więc mógł udawać, że to zwyczajnie nie miało miejsca.
Choć to było jeszcze do przemyślenia, bo może jednak potrzebowała takiego policzka, żeby przeewaluować sobie swoją znajomość. Z drugiej strony – co go to obchodziło? A, bo przecież Zoe i tak zawsze wiedziała lepiej co zrobić i jak zrobić.
Zoe Avery
-
I said I was smart.
I never said I had my shit together.
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkizaimkityp narracjitrzecioosobowaczas narracjiprzeszłypostaćautor
Bo innych majtek to by się po niej nie spodziewała, ale może znowu ocenia po okładce.
I to nie tak, że zamierzała już go pozbawiać ubrań z szafy, ale wolała iść do domu chociaż częściowo nie pachnąć jak tamta impreza. A że sama miała w swojej szafie kilka t-shirtów, to zawsze mogła wmówić ojcu, że to jej, nie? W tych czasach męskie i damskie rzeczy niewiele się różniły od siebie.
Gorzej jak ojciec zacznie ją wąchać, a ona będzie pachnieć facetem.
Musiała jednak mu podziękować, chociaż dla samej siebie. Bo wiedziała, że to nie był przecież jego zasrany obowiązek, a ona mimo wszystko była wychowanym człowiekiem, który odczuwał wdzięczność i umiał komuś powiedzieć „dziękuję”, gdy na to zasługiwał. I potrafiła się też przyznać do błędu, kiedy ktoś jej udowodni błąd w rozumowaniu. Akurat nie miała większych problemów z wyrażaniem emocji.
Chyba, że temat schodził na matkę. W tym akurat byli podobni, chociaż o tym nie wiedzieli.
Początkowo kąciki ust jej drgnęły wyżej, kiedy zaczął mówić, ale dość prędko opadły na wspomnienie o porzuceniu przez przyjaciela. To było ostatnie co pamiętała. Że pokłóciła się z Marvinem o to, że dobrze się bawiła podczas piwnego ping-ponga z Krossem.
I proszę, gdzie to ich doprowadziło?
— Ta… to… — mruknęła, opuszczając spojrzenie, w zasadzie samej nie wiedząc jak ma na to odpowiedzieć. Nie zamierzała bronić Marvina, bo sama uważała, że to było bardzo nie fair zachowanie. Niezależnie jak był na nią zły, nie powinien był jej zostawiać samej pośród ludzi, których nie znała. Zwłaszcza, że widział ile wypiła. — Nie patrz się tak, nie sądziłam, że kiedykolwiek mnie zostawi w taki sposób — powiedziała, podnosząc wzrok na Evandera.
To był pierwszy raz, na dobrą sprawę, jak się na nim tak faktycznie zawiodła. Na najbliższym, wydawałoby się, przyjacielu, który był przy niej od pierwszego dnia jej przeprowadzki.
Westchnęła ciężej pod nosem na kolejne słowa chłopaka. To było nawet miłe. Poza tym, że straciłby do niej całkowity szacunek.
— Szanujesz mnie? — spytała, jakże zabawnie. Zaraz jednak ten uśmiech jej zniknął z twarzy, przywracając zmęczenie i przy okazji zagubienie. Cały ten poranek nie wiedziała co zrobić i jak się okazywało, teraz też nie. Gdy nie chodziło o przedmioty ścisłe czy sporty wodne, to dość łatwo się gubiła. — Pogadam z nim. Nie dam mu po mordzie, bo złamałabym sobie przy tym rękę, ale pogadam. Znaczy, opierdzielę go, ale no wiesz. Bez rękoczynów. — A i tak pewnie oberwie za to, że spędziła noc u Krossa, a potem, o ironio, będzie bronić Evandera i jego honoru przed Marvinem, który widzi w nim zło konieczne. A jak się okazywało, Król Szkoły miał o wiele więcej do zaoferowania niż głupie żarty w szkole.
Marvin nigdy by w to nie uwierzył. I też nie było co mu się dziwić.
— Dostanę tę koszulkę? — Dobra zmiana tematu, Avery.
Evander Kross
-
I suck at apologies, so unfuck you...
or whatever.
nieobecnośćniewątki 18+niezaimkizaimkityp narracjitrzecioosobowa, ograniczonaczas narracjiprzeszłypostaćautor
Nic mu jednak nie szkodziło, aby pożyczyć jej cokolwiek do ubrania, chociaż musiał przyznać, że nawet kusiło, aby kazać jej zrobić walk of shame do domu. Gdyby miała breloczek, to by już na pewno się nie zgodził i kazał jej gonić z buta pod chatę.
Jeszcze jechałby obok i śmiał się z niej. Nagrywać by może nie nagrywał, bo wystarczyłoby mu to jako wspomnienie.
Ale breloczka nie było.
— No niby taka mądra, na ludziach się zna, a tu proszę — odpowiedział. Nie można było mu odmówić pewnej satysfakcji. Bo była pierwsza do oceny jego czy jego przyjaciół, a okazywało się, że nawet na własnym przydupasie się nie poznała. Dlatego, jakkolwiek brutalnie by to nie brzmiało, nawet trochę się cieszył, że dostała po dupie od losu, a jej Rzygciuszek okazał się być zwykłym frajerem.
Trzeba było go zostawić, jak to on się zarzygiwał na evencie, a nie jeszcze stawać w jego obronie. Przynajmniej żadnego milkszejka by na nią nie wylano.
Podobno też prawdziwych przyjaciół poznawało się w biedzie, a tego co się działo poprzedniego wieczoru nie dało się określić inaczej niż, no właśnie, biedą. W tym rozdaniu, paradoksalnie, to Kross wychodził na znacznie lepszy materiał na kolegę, niż Marvin-Rzygarwin.
Miał jej jeszcze sporo do powiedzenia na temat tego zachowania i może gdyby wytoczył działo – prawie cię zgwałcono – to nie podchodziłaby do tego tak, jak na jego, lekko. Zdecydował się raczej zachować to dla siebie, może też przez wzgląd na to, by nie robić pod górę Dudley’owi. Przyjaźnić się nie przyjaźnili, ale był w grupie. I był też w drużynie, a on nie chciał rozsypywać swojego składu. Już i tak wystarczyło, że drużyna swój prime time miała za sobą po tym jak wszyscy seniorzy już skończyli szkołę. I ostał się tylko on – Evander.
A jednak nie powiedział nic. Uniósł brew powątpiewająco, zaplatając ramiona na torsie. Nie znał jej za dobrze, ale średnio akurat widział „opierdzielanie” zarzygańca. I to, że zostaną z tego wyciągnięte jakiekolwiek konsekwencje. Brakowało tylko jeszcze fazy, gdzie Marvin-Zarzygarvin sobie wkręca teorię, że Kross tak naprawdę zabrał Zoe do siebie, żeby samemu ją wyruchać. Albo zmuszać do innych czynności seksualnych.
— Dostaniesz — powiedział w końcu, porzucając wcześniejszy temat. I tak nic więcej nie zrobi, a nie był nikim istotnym, aby próbować ją pouczać. Nie mówiąc już o tym, że dalej był zdania, że jej się o niczym nie dało pouczyć, bo przecież sama wszystko wiedziała lepiej. — Chodź — powiedział, by następnie wejść na piętro i przejść do swojej sypialni.
Miał wielką chatę jak na kogoś, kto przesiadywał sam. W domu był tylko on i pies.
Wyciągnął z szafy jedną ze starych koszulek, nieco mniejszych przez to. Podał wyprany materiał dziewczynie, a potem przeszedł z nią na korytarz, aby pokazać jej gdzie jest łazienka i poinstruować, gdzie znajdzie ręcznik.
Zaraz potem zostawił ją w spokoju i zszedł na dół, aby sprzątnąć po śniadaniu w oczekiwaniu na Pijącą Księżniczkę.
Zoe Avery
-
I said I was smart.
I never said I had my shit together.
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkizaimkityp narracjitrzecioosobowaczas narracjiprzeszłypostaćautor
Może nie byłoby to takie złe, i coś by w nim w końcu drgnęło.
Zaczęła żałować, że przyznała mu rację w momencie, jak zaczął się nadymać z tego powodu. Skrzyżowała ręce na piersi, przekrzywiając głowę w bok.
— Już? Lepiej ci? — spytała, czekając na moment, aż w końcu mu minie i będą mogli przejść do innych rzeczy.
Chcąc nie chcąc, wiedziała, że Marvin schrzanił po całości, bo ona, nawet jeśli byłaby na niego niewiadomo jak wściekła, to nie zostawiłaby go nigdy w obcym miejscu, wśród obcych ludzi, po tym jak wypił dużo alkoholu. Mógłby się rzucać i mówić, że on nigdzie nie idzie, bo się świetnie czuje, ale chociaż czuwałaby gdzieś dalej, mając na niego oko, by nie zrobił nic głupiego, czego mógłby żałować. I szczerze myślała, że to podziała w dwie strony, ale… no, może jej przyjaciel nie przemyślał kilku kwestii. Może teraz żałuje? Może dobijał się do jej rozładowanego telefonu?
Dowie się dopiero jak wróci do domu i go podłączy do ładowania.
Niemniej musiała przyznać, że się zawiodła na Marvinie… i pozytywnie zaskoczyła na Krossie. Tego nie było w jej bingo na ten rok.
Przeszła za nim na piętro, do pokoju, ale tylko po koszulkę. Dość instynktownie rozglądała się dookoła, kiedy mijała poszczególne przedmioty, pomieszczenia i… no całą resztę. Może nie była biedna, bo jej rodzice zarabiali naprawdę dobrze, ale to nie był ten poziom majątku. Teraz, kiedy mieli tylko ojca, to tym bardziej.
— Dzięki — powiedziała, odbierając t-shirt i skierowała się do łazienki, aby wziąć szybki prysznic, by zmyć z siebie wczorajszy paskudny wieczór, żenadę i zapach alkoholu. Nie nadużywała jego gościnności. Wysuszyła też częściowo włosy, aby nie wychodzić z mokrą głową na pizgawicę. Ubrała swoją nową koszulkę, która dalej była na nią nieco za duża, ale chociaż nie wisiała na niej jak na wieszaku.
Wzięła swoją koszulkę i zeszła po schodach do salonu, odnajdując go spojrzeniem.
— Oddam ci ją. Chociaż jest super — powiedziała, zerkając na nadruk.
Przeszła do swojego rozładowanego telefonu, aby go zabrać i po spytaniu czy ma mu w czymś pomóc, spojrzała na aktualny czas jaki mieli. Południe.
— Będę spadać, nie będę ci dupy dłużej truć. — Bo na pewno miał o wiele ciekawsze rzeczy do roboty niż niańczenie pijanej koleżanki. Może spotka się ze swoją ekipą, znajomymi czy pójdzie robić coś ciekawszego niż gadanie z kujonicą z którą się nawet nie lubił. — Dzięki wielkie raz jeszcze za wszystko. Mam chyba u ciebie dług. — Możesz dać mu za to korki z chemii, Zoe. Chociaż sądząc po ostatniej propozycji, to on raczej ich nie potrzebował. Albo po prostu ich od ciebie nie chciał.
Dobrze, że to nie Salvatore, bo byś się nie wypłaciła.
Po wzięciu swoich rzeczy, przeszła do korytarza, aby zauważyć jedną, interesującą rzecz.
— Czy ja nie mam kurtki? — Poza godnością, zostawiłaś tam też swoje wierzchnie ubranie. Jak tu doszłaś bez zapalenia płuc? No cóż, możesz się domyślać Zoe kto o to zadbał. Albo nie odczuwasz skutków, bo nie pamiętasz drogi. I tego, że pizgało.
Evander Kross
-
I suck at apologies, so unfuck you...
or whatever.
nieobecnośćniewątki 18+niezaimkizaimkityp narracjitrzecioosobowa, ograniczonaczas narracjiprzeszłypostaćautor
Miał wrażenie, że wcale się na Rzygciuszka nie wydrze, ani też nie wyciągnie z tego jakiejś większej nauki. Od początku go broniła, ba – nawet skakała do gardła i jemu, na samym początku, aby obronić swojego durnowatego koleżkę.
I niby mógł triumfować, bo oto genialna dziewczyna ze szkoły wyłożyła się na czymś tak trywialnym jak relacje międzyludzkie. I jeszcze gdyby nie to, że przez cały ten czas go broniła, kiedy to Kross na niego wjeżdżał, to może nie byłoby to aż tak satysfakcjonujące, no ale…
Niemniej i tak był pewien, że znowu zobaczy dwójkę razem na korytarzu, powtarzających materiał, jak gdyby nigdy nic.
W czasie, gdy ona się ogarniała, on zdążył sprzątnąć po śniadaniu i odebrać męczący telefon od swojej ukochanej dziewczyny, która zrobiła mu wyrzut, że nie powiedział jej, że się słabiej poczuł na imprezie i zwinął do domu. O tym, że się słabiej poczuł, dowiedział się od niej, ale uznał, że to ta wymówka, którą wymyślił na poczekaniu Benson, kiedy poprosił go o krycie mu dupy.
No i to był przyjaciel, Zoe.
Przeniósł spojrzenie na nią, kiedy usłyszał, że schodzi po schodach.
— Możesz ją nawet sobie wziąć — rzucił lekkim tonem. — I tak jest na mnie za wąska już. — Zdecydowanie nie był to krój dopasowany, a ostatnim razem, kiedy próbował ją założyć, to na taki wyglądał. Koszulka swoje lata już miała, było to jego trofeum z koncertu, ale nie było już konieczności, by ją trzymać dłużej w szafie, skoro nie mógł jej nawet założyć i raczej nie będzie mógł. Bo nie chodziło o kwestię bycia grubym, a raczej bycia rozbudowanym. A nie planował raczej poddawać się srogiemu katabolizmowi w najbliższym czasie.
Nie odpowiedział nic na jej stwierdzenie, że będzie się zwijać – w końcu było to całkiem logiczne, nie mieszkała tutaj, a lepiej, aby sama na to wpadła, niż on miałby jej nagle kazać spadać. Nie powiedział też nic, gdy podziękowała mu za wszystko i uznała, że ma wobec niego dług – bo to akurat było oczywiste. Na szczęście, w odróżnieniu do pewnych osób, Kross tego typu długów wcale nie pilnował, a na pewno nie egzekwował ich spłaty w bezwzględny sposób.
Przeszedł z nią do hallu, gdzie ubrała swoje buty i… no właśnie. Wrócił do nich, niczym bumerang fakt, że nie miała swojej kurtki. Przynajmniej nie można było powiedzieć, że ją całkowicie zgubiła, bo raczej jej lokalizację znał. I była zdecydowanie inna, niż jego apartament.
— Nie potrafiłaś jej znaleźć, a ja nie wiem, jaką masz — odpowiedział, wzruszając ramionami. Nie jego wina, że nie znał jej ubrań. — Dobrze, że chociaż buty znalazłaś. Przyszłaś tu w mojej. — On wciąż pamiętał to przeszywające zimno na skórze, które czuł, gdy ślimaczym tempem, zygzakiem, pokonywali kolejne metry w stronę jego domu. — Twoja będzie pewnie u Bensona, więc po drodze możesz do niego zajrzeć.
Ciekawe czy ich gospodarz był na nogach. Zakładał, że tak – w końcu musiał ogarnąć cały dom przed dzisiejszym powrotem swoich starych.
— Albo czekaj, podrzucę cię. I tak miałem mu pomóc ogarnąć tamten syf.
Tak zakładał jego plan, zanim nie zmieniła go konieczność odprowadzenia pijanej koleżanki do domu. Miał nocować u przyjaciela, a razem wspólnie doprowadzić chatę do stanu używalności, który nie krzyczał od razu na wejściu, że ma za sobą ciężki melanż dla nastolatków.
Zoe Avery
-
I said I was smart.
I never said I had my shit together.
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkizaimkityp narracjitrzecioosobowaczas narracjiprzeszłypostaćautor
— Serio? — spytała, zerkając po swojej nowej koszulce, która zdecydowanie wpadła w jej gust. Może i była męska, ale ona miała trochę rzeczy typowo męskich w swojej szafie. I to nie czyichś, tylko sama takie kupowała. Była trochę nerdem, więc w domu siedziała tylko w tego typu ubraniach, zwłaszcza jak nie musiała nigdzie wychodzić, a kolejne godziny miała spędzić przy książkach czy jakimś anime.
Pociągające w chuj, Zoe. Na pewno musisz wyglądać seksownie.
Nie spodziewała się, że zgubiła kurtkę. Znaczy, miała wielką nadzieję, że gdzieś była i mimo wszystko ją odzyska, ale zaskoczyło ją to, że nie miała wierzchniego ubrania. Musiała jakoś wrócić, prawda? Dobrze, że majtki miała, bo kurtka w tym wszystkim nie była aż taka zła.
Brew jej jednak podeszła wyżej, kiedy Kross przyznał, że przyszła tutaj w jego kurtce, bo wychodziło na to, że jako dobry kolega, oddał jej swoją. Znowu. W lesie zrobił to samo, zanim Maldita nie wyrwała ubrania z jej rąk. A w zasadzie prawie ciała, bo była gotowa wyszarpać to razem z Zoe.
— A ty szedłeś bez? W tą pizgawicę? — No chyba, że ukradł kurtkę komuś innemu, ale zgadywała, że to nie tak wyglądało. Mogli co prawda wziąć jakąś taksówkę, co skróciłoby dystans między jednym domem, a drugim i chyba wolała to uznać za pewnik. Czemu w końcu mieliby nie wziąć jakiegoś Ubera, nie? Może dlatego, że byś się pewnie w nim zrzygała Zoe, nie mówiąc o tym, że wystrzeliłaś przed siebie swoim slalomem, nie wiedząc gdzie idziesz.
Całe szczęście, że tego nie pamiętała.
— Będę cię mieć na sumieniu jeśli będziesz chory. — I kolejny dług. Zaraz się z nich nie wypłaci. Ale ludzkie odruchy miała, tak samo jak poczucie wdzięczności, bo im dalej brnęła w szczegóły, tym bardziej się okazywało, że Evander naprawdę porządnie się nią zajął. Jak… naprawdę dobry kolega. Taki, którym powinien być Marvin.
Chyba będzie miała nad czym myśleć jak już wróci do domu.
Przytaknęła na jego słowa o Bensonie, dodając kolejny przystanek do listy podczas powrotu. Już miała się zbierać, kiedy padła propozycja podwózki. A tej nie zamierzała odmawiać, zwłaszcza, że dalej nie było na tyle ciepło na zewnątrz, aby łazić bez kurtki.
— O, okay — rzuciła i przykucnęła do Georgii, która podeszła, gdy Evander zaczął się zbierać i sam ubierać, aby pomóc koledze.
Głaskała rudą suczkę, która chyba miała nadzieję, że zabiorą ją ze sobą, ale kiedy doszło do niej, że nigdzie nie idzie, usiadła zawiedziona. Zoe wyprostowała się, gdy Kross był gotowy i ostatni raz pogłaskała psa, zanim wyszli do jego auta.
Wsiadła od strony pasażera, zapinając pasy.
— Ktoś jeszcze mu pomaga czy tylko ty? — spytała, bo w zasadzie miłym gestem było to, że ktoś pomaga ogarniać chatę po imprezie. Zwłaszcza, że z tego co pamiętała, to było mnóstwo ludzi. I cała masa śmieci, butelek i dowodów na to, że działy się rzeczy.
Evander Kross
-
I suck at apologies, so unfuck you...
or whatever.
nieobecnośćniewątki 18+niezaimkizaimkityp narracjitrzecioosobowa, ograniczonaczas narracjiprzeszłypostaćautor
Zbył więc dziewczynę brakiem słowa i samym podrzuceniem barkami. Choć równie dobrze można było właśnie to zinterpretować jako odpowiedź. Los koszulki był mu obojętny.
W podobny też sposób zareagował na jej pytanie odnośnie jego wczorajszego powrotu do domu. Było mu zimno, fakt, ale uznał to jako coś, co już było i nie należało się nad tym rozdrabniać czy do tego wracać. Temu też nie odpowiedział na jej pytanie, a jedynie spojrzał na nią z ukosa.
Za to więcej emocji okazał przy jej stwierdzeniu, że będzie miała u niego długo, bo… przewrócił oczami. W milczeniu, fakt, ale wyraźnie strzelił spojrzeniem, zaraz też kręcąc przy tym, ledwo zauważalnie, głową.
Przecież nie umierał, nie? Dlaczego miałaby mieć go na sumieniu? Będzie chory to będzie, dla niego nawet lepiej, bo dostanie zwolnienie z lekcji. Trochę gorzej, że jeśli faktycznie go położy jakieś przeziębienie lub coś gorszego, to nici z treningów, a tych przecież nie lubił opuszczać.
Wciągnął na siebie inną kurtkę, założył buty, a potem wziął kluczyki z szafki przy wejściu, aby pożegnać się z Georgią. Kazał się jej zachowywać i obiecał, że wieczorem, jak będzie grzeczna, zamówią sushi. To był ten typ człowieka, co nie siedział w zwierzęcej dietetyce i uważał, że wszystko było nie tylko dla ludzi, ale także dla psów. No, może poza czekoladą. Aż tak głupi nie był!
— Tylko ja, jeśli nie liczymy Rzygciuszka, który wczoraj ponoć przez większość imprezy chodził i zbierał puste kubki po drinkach. — Ciul go jeden wiedział dlaczego, ale większość stwierdziła, że był po prostu dziwny i miał jobla na punkcie jakiejś ekologii czy innego porządku, dlatego zamiast się bawić zachowywał się jak dziwak. Z tą poprawką na to, że on przecież od zawsze był dziwakiem. I nikt go nie lubił przez to.
Raczej poprawnego chłopaka ze zwyczajną pasją do mrówek czy innych modliszek w nim nie widział.
Uruchomił samochód i wyjechał z podziemnego garażu, aby wyjechać na drogę publiczną, włączając się do ruchu. Do Bensona daleko nie miał, ale jednak wolał przejechać dystans autem. Bo to było znacznie wygodniejsze. Zwłaszcza w trakcie zimowej pizgawicy.
Nim się obejrzeli, dotarli pod znajomy już płot niewielkiego domu jednorodzinnego, który zajmował przyjaciel Krossa wraz z rodzicami. Evander zaparkował pojazd, a następnie wysiadł razem z Zoe, aby przejść z nią do domofonu. Po kilku kolejnych chwilach stali już w drzwiach, które otworzył im gospodarz.
— Siema, stary. Myślałem, że jednak nie przyjdziesz, biorąc pod uwagę, że wychodziłeś w towarzy- — urwał wypowiedź, którą zaczął wraz z otwarciem drzwi, kiedy dostrzegł Zoe. — No cześć, Zoe.
— Znacie się?
— No, pewnie. Chodzimy razem na dodatkowe zajęcia z fizyki — odpowiedział chłopak. Chociaż ciężko to nazwać znajomością, bo raczej na zajęciach nie gadali. Ale najwyraźniej wiedział, kim była i jak się nazywała. No i skąd ją kojarzył.
Kross zerknął kątem oka na Zoe, potem wrócił spojrzeniem do Bensona, przekraczając próg za tą pierwszą.
— Prawdziwe pytanie brzmi: skąd wy się znacie. Myślałem, że nocna eskapada na biwaku to była jednorazówka, a tu proszę! Wychodzicie razem z imprezy. — Jego ton był dość wymownie zaczepny, jak gdyby właśnie coś insynuował. Możliwe, że całkiem podobnego do tego, o co Maldita była obrażona cały kolejny tydzień. — To dlatego miałem cię kryć, Krossowski.
Szturchnął przy tym blondynkę ramieniem.
Evander uniósł lekko brew.
— O tak, totalnie. Zabrałem Smartypants do siebie na caaaałą noc. Szkoda tylko, że niewiele z niej pamięta, co?
Zoe Avery