Dużo miał ze swojego ojca, ale dużo też z matki... Całe szczęście sporo też nauczył się od ciotek, od swoich kuzynów, bo przecież z domu rodzinnego, gdzie jego narwany ojciec i jego... przerażona? matka, walczyli ze sobą cały czas nie wyniósł nic dobrego. Chociaż teraz zastanawiał się ile w tym wszystkim było prawdy, w tym płaczu jego matki, w jej modlitwach. Czy Marisol była w jakimkolwiek stopniu tą kobietą, która teraz tutaj przed nim stała. Odwrócił się na pięcie, a wytatuowane palce szarpnęły jasne włosy.
-
Madito dlatego tu przyjechałeś? To policyjna... - zaczęła spokojnie sięgając ręką do jego ramienia. Wyszarpnął jej się od razu, ale odwrócił się w jej kierunku.
-
Nie... - warknął przerywając jej -
nie będziemy rozmawiać, póki ona nie będzie bezpieczna - wiedział, że nie powinien stawiać warunków, nie miał siły przebicia, ale wyprostował się, tak jak ona. Stali na przeciwko siebie niewzruszeni, mierzyli się jedynie tymi ciemnymi spojrzeniami. Które pierwsze się złamie?
Żadne by tego nie zrobiło, bo akurat ten pierdolony upór miał po niej. Jego ojciec też był uparty, ale w starciu z Marisol szybko kapitulował, chociaż nie było dla niego problemem posunięcie się do rękoczynów. Dla Madoxa już trochę było...
Kurwa.
Przecież zanim on spotkał na swojej drodze Pilar, to tych dobrych emocji było w nim tak mało. One siedziały gdzieś tak głęboko schowane. A później zabrał ją do Medellin i przekonał się o tym, że czasem...
Czasem nawet on był
dobry.
Esme w końcu wywróciła oczami, zrobiła krok do tyłu i usiadła na jakimś fotelu zarzucając nogę na nogę.
-
To nie ty tutaj dyktujesz warunki gusanito, ale jeśli będziesz grzecznym chłopcem, to nic jej się nie stanie... - urwała i popatrzyła po gorylach, którzy obserwowali ich w pewnej konsternacji. Nikt nie wiedział jakie łączą ich zażyłości, a Lopez patrzył na Madoxa podejrzliwie, właściwie tak, jakby chciał mu rozwalić łeb.
-
Zostawcie nas samych... - zarządziła brunetka, ale Lopez otworzył usta, wystarczyło jedno jej spojrzenie i to jak nabrała powietrze w płuca. Przywołała jeszcze do siebie gestem ręki Lopeza, sięgnęła pod jego marynarkę bez żadnego skrepowania i wyjęła jeden z pistoletów, które miał zawieszone pod spodem. Najpierw wskazała nim Madoxowi fotel na przeciwko siebie, a później oparła go sobie na kolanie.
Noriega obejrzał się przez ramię za wychodzącymi gorylami, ale usiadł na przeciwko niej. Mógł jej teraz wyrwać broń? Zdecydowanie. Przyłożyć lufę do skroni i zagrozić, że ją zabije, jeśli nie przyprowadzi mu Stewart.
Mógł.
Ale chyba chciał usłyszeć co miała mu do powiedzenia. Nie spodziewał się słów przeprosin, ani tego, że był dla niej tym
najpiękniejszym prezentem.
-
Co im powiedziałeś na posterunku? - zapytała.
-
Dlaczego ta kobieta miała twoje dokumenty? - odpowiedział pytaniem na jej pytanie.
-
Powiedzieli ci to? Dlatego, że jesteś...
-
Nie. Tak wywnioskowałem, to była zwykła identyfikacja ciała, jako... jedyna rodzina - przerwał jej od razu Madox, a ona pokiwała głową.
-
No tak... Zawsze byłeś dociekliwy Madito - znowu te ciemne tęczówki zawiesiła na jego twarzy.
-
Nie mów tak do mnie - warknął.
-
Madito?
-
Tak.
-
A jak mam mówić? Przecież jesteś moim dzieckiem, moim małym Madito...
-
I dlatego wpierdoliłaś mnie w ten gnój w Medellin i uciekłaś? Zajebali by mnie tam... - syknął i wyrwał się do przodu, żeby się do niej pochylić, zawisł gdzieś nad tym pistoletem, który trzymała w dłoni.
-
Nie zrobili by tego, Rosa by nie pozwoliła... - Madox aż nabrał powietrze w płuca odchylając się do tyłu na tym fotelu.
-
Rosa to dziwka - syknął przez zaciśnięte zęby.
-
Wiem, ale i tak nie pozwoliłaby zrobić ci krzywdy, ja też nie pozwoliłam, myślisz, że... ten bilet do Kanady to był przypadek? - wbił ciemne tęczówki w jej twarz. Bilet dostał od ciotki Isabell, całe życie wierzył, że to ona go tam skierowała, z daleka od tego gówna, a to... jego matka?
Zerwał się z tego fotela, żeby przejść go dookoła.
-
Kłamiesz! - krzyknął, ale Esme tylko wzruszyła ramionami. Wymyślała to na poczekaniu? Czy naprawdę miała z tym coś wspólnego? Nie miał pojęcia. Znowu przeszedł wzdłuż fotela w jedną i drugą stronę.
-
Madito ja nigdy nie chciałam dla ciebie źle - tym razem on nic nie powiedział, stanął za fotelem i oparł na nim palce. Przez chwilę patrzyli na siebie w milczeniu, ale w końcu odezwał się Madox.
-
To każ im przyprowadzić dziewczynę - syknął i wbił w nią ciemne tęczówki, a ona znów machnęła spluwą wskazując mu fotel.
-
To powiedz co powiedziałeś policji... - powiedziała spokojnie.
Godzinę. Tyle zajęło im próbowanie na sobie nawzajem różnych sztuczek, odpowiadanie pytaniem na pytanie i błądzenie w miejscu. Żadne nie chciało się złamać, ani poddać.
Tym razem zrobił to Madox.
-
Skoro ta dziewczyna tyle dla ciebie znaczy, to może powinien porozmawiać z nią Lopez... - mówiła spokojnie, a Madox się szarpnął, siedział już tak blisko niej, że to nie było wcale trudne. Wyrwał jej pistolet, ale Esme nawet nie zareagowała. Wycelował w jej ramię, ale ona pochylił się do przodu, przesunęła lufę na swoje serce.
Prosto kurwa w serce.
-
Zrobię to - warknął Madox, a ona pokiwała głową.
-
Zrób Madito… Ale przecież doskonale wiesz, że jeśli mnie zabijesz to nikt was nie obroni, zginiesz najpierw ty, a później ona... I tylko nad moim trupem ktoś zapłacze, bo po tych waszych nie zostanie żaden ślad - wciąż mówiła spokojnie. Ale Madox to wiedział. Doskonale zdawał sobie z tego sprawę. Znowu zerwał się z fotela, znowu stanął za jego oparciem, a spluwę wsunął sobie za pasek.
-
Dobrze, powiem ci wszystko, tylko ją tutaj przyprowadź...
Lopez zszedł tylko po to, żeby im zakomunikować, że mają ją wziąć na górę. Sam nie zamierzał się w to mieszać, bo Esme dała mu jasno do zrozumienia, że ma się szykować na przyjazd szefa.
Robił to, w tej swojej jasnej koszuli dopinał ostatnie rzeczy przed powrotem Pablo. Dopiero wystrzał pistoletu, który rozległ się w holu zmusił go do wyjścia. Wypadł na korytarz celując w Stewart. A ona mierzyła w grubego i Juancho na zmianę, mógł ją rozwalić, zanim ona odstrzeliłaby któregokolwiek, albo nawet jeśli by to zrobiła... Jeden z nich padłby trupem, a ona byłaby martwa. Lopez się nie pierdolił, jego palec spoczął na spuście.
Tylko wtedy z salonu wypadł Madox, a za nim Esme.
Noriega od razu wyrwał się do przodu do Pilar, zaraz stał obok niej, w pierwszej chwili oparł palce na jej dłoniach, w których ściskała broń. Ale Lopez nie opuścił spluwy, wciąż celował w Pilar. Więc Madox zaraz wyciągnął też swoją broń zza paska, wycelował w Lopeza. We dwójkę już mieli szansę...
Nie mieli, bo zanim którekolwiek zdołało się zdecydować, coś zrobić, to do holu weszło już kolejnych siedmiu, może ośmiu, uzbrojonych kolesi.
Esme pokręcił głową i wyszła na przód, stanęła przed Lopezem, który automatycznie spuścił spluwę wzdłuż nogi, bez żadnego sprzeciwu.
-
Jednak proponuję, żebyśmy porozmawiali Madito… Skoro już twoja przyjaciółka do nas dołączyła - powiedziała patrząc znowu prosto w oczy Noriegi.
Madox się zawahał, ale w końcu skinął głową, w końcu opuścił broń, chociaż wszyscy, oprócz Lopeza wciąż celowali właśnie w nich.
-
Bez broni - dodała stanowczo brunetka.
-
Nie - od razu wypalił Madox.
-
Bez broni - powtórzyła i skinęła głową na Lopeza, który wystawił do nich ręce, po pistolety. Ten swój miał już w kaburze. Noriega trochę się ociągając, ale oddał broń, zerknął na Pilar, żeby też to zrobiła, mocno zacisnął palce na jej dłoni, splótł je ze swoimi. Wrócili do salonu, ale tym razem z obstawą. Tym razem oni we dwoje, na przeciwko Esme, za której plecami stało pięciu kolesi z bronią.
-
Odwołaj ich - odezwał się Madox. A Esme parsknęła śmiechem.
-
Madito, już wiemy, że twoja towarzyszka jest loca chica i co chiquito mam liczyć na to, że będziesz umiał nad nią zapanować? - znowu parsknęła i usiadła w tym fotelu co wcześniej. Skinęła głową, a zaraz jeden z goryli dostawił im trzeci fotel. Esme spojrzała na jakiś dwóch rosłych zakapiorów, których miała za plecami.
-
Ty ostayesh'sya - rzuciła do nich po rosyjsku -
reszta wypierdalać - znowu przeszła na hiszpański, ale jeszcze spojrzała na Lopeza, który zaraz ustawił się za jej fotelem. Madox wcale się nie zdziwił, że jego matka mówi w tym języku, bo już u niego w domu mówili czasem po rusku, po angielsku i po włosku, to nie tak, że uczył się tego od podstaw, kiedy przyjechał do Kanady. On po prostu sobie tam pewne rzeczy utrwalił.
-
A on? - zapytał Madox patrząc na Lopeza. Nawet na moment nie puścił dłoni Stewart, chociaż pociągnął ją w kierunku fotela, posadził ją na jednym.
-
On jest zaufany - powiedziała Esme i obejrzała się do tyłu na Lopeza. Ten nic nie zrobił, jego ciemne oczy wpatrzone były w Madoxa i Pilar -
co im powiedziałeś Madito? - zapytała spokojnie, a Madox puścił rękę Stewart, przeszedł znowu z tyłu za fotelami. Musiał jej coś powiedzieć.
-
Prawdę - wypalił w końcu -
że to nie ty - Lopez zmrużył oczy, łączył fakty? Najprawdopodobniej, przy poprzedniej rozmowie go nie było.
-
Skąd wiedziałeś? - zapytała Esme.
-
Tatuaż... - Madox przesunął palcami po swoim przedramieniu, a Esme zerknęła na ten tatuaż, który zdobił to jej.
-
Ach no tak... w policyjnych aktach nie było o nim wzmianki, ale ty wiedziałeś - mruknęła i skrzywiła się -
co im jeszcze powiedziałeś? - zapytała.
-
Nic. Przecież nic o tobie nie wiem - rzucił Madox i oparł ręce na oparciu fotela, na którym siedziała Pilar. Esme podniosła na niego wzrok.
-
Mam ci wierzyć? - zapytała mrużąc ciemne oczy.
-
Nie musisz... Tylko, wypuść nas? - musiał spróbować. Tym razem to Esme zerwała się z miejsca.
-
Ma-di-to... - wysyczała przez zęby. Przeszła się wzdłuż fotela, identycznie jak Madox. Stanęła obok Lopeza -
co ja mam z tobą zrobić chiquito...
Pilar Stewart