-
miał być cichy, niewidoczny, w końcu balansuje na granicy między kokainą na złotych tacach i bronią ukrytą pod drogimi marynarkami, a kajdankami i odznaką przy pasku... a jednak tak bardzo rzuca się w oczy, że trudno go nie zauważyć, z tymi jego tatuażami, z tymi kolorowymi koszulami, złotymi łańcuchami na opalonym karku i... niewyparzoną gębą
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkinietyp narracjitrzecioosobowaczas narracjiprzeszłypostaćautor
- Dobra, już, już! - zawołał Madox, a zaraz spuścił wodę w kiblu i otworzył drzwi, tylko kiedy wyszedł na korytarz to było... pusto.
Nie miał pojęcia, co tutaj się stało, ale byłby głupi gdyby tego nie wykorzystał. Modlił się tylko w duchu, żeby to jednak nie była Pilar i jej odwracanie uwagi.
Schował telefon do kieszeni i szybko ruszył korytarzem. Wracanie do holu było ryzykowne, było tam widno, przestronnie, od razu by go zauważyli. Ale ten ciemny korytarz zachęcał do zwiedzania.
Tylko, że było tyle tych drzwi, jak nadzieje się na jakiś kolejnych gangusów? Ale oni siedzieli w drugim skrzydle, tam poszło tych dwóch facetów, ciekawe gdzie był Lopez? No i przede wszystkim Marisol…
Chociaż ona akurat mogła być na piętrze.
Za jednymi z drzwi usłyszał jakieś kroki i głosy, więc odruchowo wpadł w pierwsze lepsze na przeciwko. Znalazł się w wielkiej jadali. Ogromny stół i chyba dwanaście krzeseł, na ścianach jakieś drogie obrazy w złoconych ramach, a na komodach porozstawiane bukiety róż w fikuśnych wazonach. Znowu poczuł ten zapach...
Obejrzał się, ale to tylko jedwabna chusta rzucona na oparcie krzesła, przesunął palcami po śliskim materiale. Spojrzenie utkwił w wielkim oknie, ozdobione było pergolą oplecioną pnącą różą. Podszedł do niego zadzierając głowę do góry, ciągnęła się pod sam dach.
Zajebiście.
Kolejne spojrzenie, a już zaraz wychodził na zewnątrz przez duże oszklone drzwi. Podszedł do pergoli i znowu zadarł głowę do góry, w oknie nad nią świeciło się światło. Nie myślał długo, zaraz zdjął czapkę i założył ją na rękę, bo jednak kiedy tylko dotknął sztachetek to poczuł kłujące różane kolce, małe igiełki wbijające się w skórę. Pierdolone, małe igiełki. Ale przez czapkę ich nie czuł, pod butami też nie, chociaż wspinanie się na pergolę jedną ręką szło mu mozolnie, ale w końcu zajrzał do środka wychylając się delikatnie do okna. Rzeczywiście w pokoju siedziała jakaś kobieta, w dopasowanej, jedwabnej sukience, w kolorze krwistej czerwieni, jak te róże. Po plecach spływały jej ciemne, gęste włosy, ale nie widział twarzy...
Przesunął się w bok, żeby może zobaczyć ją pod innym kątem, ale i tak nic to nie dało, a kiedy chciał się poprawić na tej drabinie, to złapał nieopatrznie drugą ręką za szczebelek, tą bez czapki, kolce róży wbiły mu się boleśnie w skórę, aż syknął. I wtedy wykonał jakiś niekontrolowany ruch, który zaowocował tym, że pergola, pod nim pękła, jeden szczebel, a Madox już nie zdążył się złapać, tylko poleciał w dół. Tym razem miał pecha.
To nie było może najgorsze lądowanie bo nie spadł na bruk, ani nawet nie na trawę, tylko na jakiś krzew, nie różę całe szczęście, ale i tak poczuł uderzenie, a przede wszystkim to narobił tyle hałasu łamiąc pod sobą gałęzie, że nawet ta kobieta wyszła na taras, żeby zobaczyć, co się tam dzieje. Madox się zerwał, bo teraz mógł ją zobaczyć, ale mignęła mu tylko znowu, a później krzyknęła po hiszpańsku, że mają w ogrodzie intruza...
Zanim jeszcze zdążył się wygrzebać, to już stało nad nim dwóch kolejnych goryli. Zupełnie innych. To ilu ich tutaj było? Może jeden z nich to Lopez?
- Sorry, pomyliłem drzwi wyjściowe... - zaczął się coś tłumaczyć, ale no jakim cudem on drzwi wyjściowe pomylił z pergolą? Oknem wychodził, jeszcze na piętrze? Zanim zdążył powiedzieć cokolwiek jeszcze, to już faceci złapali go za fraki i ciągnęli do domu. Z jednej strony to dobrze, że tam, bo przecież na to liczył, ale z drugiej... miał nie dać się złapać. Już po drodze pytali go kim jest i co tutaj kurwa robi, a Madox jak zdarta płyta powtarzał, że jest dostawcą jedzenia i tylko korzystał z kibla, ale drzwi mu się pomyliły. Nie uwierzyli mu, nawet jeden z nich go trochę poszarpał, ale Noriega mu nie oddał, ich było dwóch, ze spluwami, nie miał szans.
Wprowadzili go do holu, jeden złapał go za rękę i ją wykręcił do tyłu, a Madox się schylił, gdyby chciał to by się wyrwał, to nie był mocny, ani nawet solidny chwyt. Widać było, że facet wcale nie walczy wręcz. Pewnie od razu by mu strzelił w kolano.
- Gadaj co tu robisz, bo jak nie to ci wpierdolimy... - zagroził jeden z nich.
- Ja tylko przywiozłem jedzenie, ja nic... - zaczął Madox, ale nie dokończył, bo wtedy przyszedł jakiś trzeci facet... A zaraz się okazało, że to ten grubas, z którym rozmawiał.
- Co jest kurwa? - zapytał.
- Złapaliśmy go w ogrodzie - odpowiedział ten, który wykręcał rękę Noriegi. Przy okazji ten trzeci wspinał się po schodach i to za nim Madox powiódł spojrzeniem.
- No przywiózł ci żarcie Lopez.
- Jakie żarcie? Ja nic nie zamawiałem... - odpowiedział i teraz wykręcił mu rękę mocniej, Madox czuł, że zaraz wyskoczy mu ze stawu, ale się nie poruszył.
- Gadaj co tu robisz gnoju! Kto cię przysłał?! - tym razem ryknął na niego grubas, a przy okazji się zamachnął i walnął Noriegę prosto w zęby, Madox od razu poczuł na języku metaliczny posmak krwi. Ale jego oczy utkwione wciąż były w tarasie na piętrze...
I rzeczywiście stanęła tam ta kobieta, ale wciąż nie było widać jej twarzy, rozmawiała z mężczyzną, który do niej wszedł.
- Co jesteś kurwa jakiś niedorozwinięty?! Nie rozumiesz co się do ciebie mówi?! - grubas kontynuował, a Lopez zaśmiał się głośno.
- Ja tylko... - zaczął Madox, ale nie skończył, bo już na schodach, nad nimi zatrzymał się ten trzeci facet.
- Dobra, zamknijcie go. Esme kazała przyjść do salonu... - rzucił a sam ruszył do tego skrzydła, gdzie chyba mieli tą swoją bazę, może po resztę? Tych dwóch za to znowu pochwyciło Noriegę za fraki i pociągnęli go w przeciwnym kierunku. Wepchnęli do pierwszego pokoju i zatrzasnęli za nim drzwi, usłyszał dźwięk przekręcającego się klucza...
Pilar Stewart
-
Lepiej strzela niż gotuje. Do tego: agresywna, impulsywna i narwana. Niektórzy jeszcze mówią, że dzika. Ogólnie wszystko co złe, to Pilar.
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkiona/jejtyp narracji3 osczas narracjiprzeszłypostaćautor
Ale kiedy szło?
Wiecznie musieli improwizować. Przecież u nich wiecznie się coś wypierdalało. I chociaż Pilar została złapana praktycznie od razu, naprawdę miała nadzieję, że chociaż Madoxowi się uda dostać na górę, podczas gdy jej zostało granie słodkiej idiotki, która przyszła się tylko zabawić.
Zabawić z tymi gorylami. Ta. Ten jej pomysł miał w sobie więcej dziur niż szwajcarski ser. Tylko z drugiej strony był jednym, jaki gwarantował jej wejście do środka. W każdym innym wypadku wywaliliby ją przecież za bramę i tyle by było z wielkiej misji odnalezienia Marisol. Musiała teraz grać w tą grę. I miała zamiast.
Dlatego poszła z jednym z goryli do środka i pozwoliła zaprowadzić się do salonu. Szczęka bolała ją od uśmiechania się. Kurwa, nie pamiętała kiedy ostatni raz musiała się tak szczerzyć. Ale musiała, bo facet ciągle się jej przyglądał, podczas gdy ona rozglądała się po domu, oczywiście udając zachwycenie.
— Ale świetna chata!! — kwiczała z podekscytowana, przechodząc wzdłuż korytarza, zawieszając oko na licznych malowanych obrazach i różach w wazonie na co drugiej komodzie. Róże. Wszędzie były róże. W ogóle cały ten dom wyglądał, jakby mieszkała tu jakaś kobieta. Miał w sobie ten damski faktor — w wystroju jak i zapachu, jaki unosił się w powietrzu.
Chociaż kiedy jeden z goryli podszedł do niej bliżej, jakiś grubasek, to Pilar bardziej niż kwiaty poczuła obrzydliwą wodę kolońską pomieszaną z kiełbasą z grilla. Aż się skrzywiła.
— ¿Qué clase de muñeca es ésta? — A co to za laleczka? Spytał i zaraz stał przed Pilar, przyglądając się jej z wielkim uśmiechem. Aż się mu oczy zaświeciły. — ¿Qué pasa, bonita? — Co tam ślicznotko?
— Ella no habla español — Ona nie mówi po hiszpańsku, odpowiedział mu zaraz ten nabity, który ją tu przyprowadził, a grubasek tylko skinął głową. — Pero ella dijo que quería ir a la fiesta. Así que la llevé — Ale powiedziała, że chce na imprezę. No to ją wziąłem. Ciężko było jej nie przewrócić oczami, jednak spięła się w sobie na tyle, na ile mogła, uśmiechając od ucha do ucha. Szczególnie kiedy grubcio mierzył ją wzrokiem.
— Lubisz imprezować? — odezwał się po angielsku, osadzając ciemne spojrzenie na jej twarzy. — Skąd jesteś, chica?
— No w końcu, ktoś, kto umie mówić — otworzyła szerzej oczy i zwinnym ruchem wzięła tym razem grubaska pod rękę. — Ten wasz hiszpański jest mega hot, ale nic z niego nie rozumiem — machnęła głową tak mocno, że aż jej włosy przelotnie osadziły się na jego twarzy, aż musiał je sobie ściągnąć. — Ja jestem z Toronto. To w Kanadzie. Wiesz gdzie jest Kanada? Twój kolega mówił, że kręcicie tu imprezę? — znowu podskoczyła i zaraz wbiegła w głąb salonu rozglądając się dookoła, jakby naprawdę szukała całej reszty ludzi do tej mniemanej imprezki, podczas gdy tak naprawdę próbowała zapoznać się z nowym pomieszczeniem i przy okazji jakoś zlokalizować Madoxa. Tylko po tym drugim nie było nawet śladu.
Z dobrych rzeczy, goryle wydawały się łyknąć jej nową personę, bo zaraz posadzili ją na jednej z wielkich kanap i zaproponowali coś do picia. Oczywiście, że się zgodziła, chociaż za nic nie miała zamiaru tego pić. Szczególnie nie po tym, co miało miejsce z Daltonem, ale udawać przecież mogła prawda? W międzyczasie spytali się jej o imię — przedstawiła się jako Megan — a ona zaś zapytała się ich, dlaczego nie leci żadna muzyka. Najlepiej głośno, żeby
Kurwa.
Nie miała pojęcia kto, ale przecież mogła się domyślać. Jej serce momentalnie podeszło do gardła. Złapała kilka głębszych oddechów, zaciskając palce. Przez moment liczyła na to, że wszyscy pójdą to sprawdzić i zostawią ją samą, ale przecież to byłoby zbyt piękne, by było prawdziwe. I faktycznie. Jeden z nich wciąż siedział z Pilar, uśmiechając się do niej zalotnie, bo przecież po angielsku nie gadał za grosz. Nawet zaczął nucić jakąś piosenkę, chyba zamiast tej muzyki, którą miała obiecaną. Nie na długo jednak, bo zaraz główne drzwi trzasnęły, a liczny stukot butów i stęków wybrzmiał z korytarza.
A potem go usłyszała.
Jego głos, kiedy tłumaczył się, że tylko przywiózł jedzenie.
Kurwa.
Kurwa.
Kurwa.
Chciała coś zrobić. Zerwać się z miejsca i tam pobiec, dać się ponieść swojej impulsywności, tylko co by to dało? Tylko dowaliłaby im jeszcze bardziej i wtedy już na pewno byliby do odstrzału. Chociaż może…
— Tam fiesta??? — spytała nagle, zrywając się z miejsca. Pokręciła biodrami przesadnie podekscytowana i już chciała skierować się do miejsca imprezy, kiedy facet złapał ją za nadgarstek.
— No — warknął, zaciskając na niej palce. — Tu te quedas — Ty zostajesz, dodał, a Pilar naprawdę musiała spiąć się w sobie, by po pierwsze nie wyrwć mu się i nie wykręcić mu ręki, a pod drugie, żeby nie dać nic po sobie poznać, że ją to wszystko ruszyło ani że rozumie, co właśnie powiedział.
— Więc no fiesta? — wydęła usta, a facet pokiwał głową i zaraz ściągnął ją sobie na kolana. Niedobrze, bo był tak blisko, że jeszcze trochę i wyczułby, jak bardzo Pilar waliło serce. Bo to już nawet nie chodziło o udawanie czy nie, już nawet nie o to, że jej ciało zaczęło ogarniać to nieprzyjemne uczucie przerażenia pod wpływem cudzego dotyku, tylko o to, że ona bała się o Noriegę. Z salonu kompletnie nie było widać, gdzie go zabierają. I co oni kurwa teraz mieli zrobić? Jedynym plusem było to, że nie wybrzmiały jeszcze żadne strzały.
Trzeba to było traktować jako dobry znać, bo innego nie było. To był jej jedyny punkt zaczepienia.
Znowu chciała się ruszyć z miejsca, może właśnie pod pretekstem pójścia do kibla, ale wtedy nagle do zalonu weszło trzech nabitych facetów. Wśród nich był ten jeden poprzedni grubasek, natomiast kolejna dwójka nie była jej znana. I Pilar im też nie.
— ¿Qué clase de imbécil es ese? — Co to za dupa? Warknął jeden z nich, przyglądając się uważnie Pilar. — ¡Deshazte de ella, Esme llegará pronto! — Weź się jej pozbądź, bo Esme zaraz tu będzie, dodał szybko, rozsiadając się tuż obok nich na kanapie. To samo zrobiła cała reszta. W tym czasie goryl, który miał ją na kolanach, próbował wytłumaczyć im, że mogli się zaraz z nią zabawić i nim w końcu doszli do jakiegoś sensownego rozwiązania, czy wyprosić Pilar, czy ją jednak zostawić, to akurat do pomieszczenia weszła jakaś kobieta.
Madox A. Noriega
-
miał być cichy, niewidoczny, w końcu balansuje na granicy między kokainą na złotych tacach i bronią ukrytą pod drogimi marynarkami, a kajdankami i odznaką przy pasku... a jednak tak bardzo rzuca się w oczy, że trudno go nie zauważyć, z tymi jego tatuażami, z tymi kolorowymi koszulami, złotymi łańcuchami na opalonym karku i... niewyparzoną gębą
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkinietyp narracjitrzecioosobowaczas narracjiprzeszłypostaćautor
Czyli to pomieszczenie miało służyć za spiżarnię, ale też za... loch? Do przetrzymywania intruzów.
Westchnął ciężko i wyjął telefon z kieszeni, przez chwilę patrzył na wyświetlacz, chciał do niej napisać. Zadzwonić? Ale kurwa...
A jeśli tylko ją wkopie? Może była gdzieś w domu? Może się przyczaiła. Nie no nie mógł tego zrobić.
Właściwie nie wiedział co ma teraz zrobić. Kucnął opierając ręce na głowie.
No myśl Madox...
Pod drzwiami dostrzegł jakiś ruch, a potem dotarły do niego strzępki rozmowy.
- Esme kazała wszystkich zebrać w salonie...
- Myślisz, że to chodzi o niego? No przecież on jutro... - nie dowiedział się co on jutro, bo kroki już się oddaliły.
Do salony weszła szczupła brunetka, miała na sobie dopasowaną, jedwabną sukienkę, w kolorze krwistej czerwieni, idealnie podkreślała jej sylwetkę, szerokie biodra, głębokie wcięcie w talii, nie za duży, ale kształtny biust. Burza czarnych włosów spływała jej po ramionach i plecach. Twarz o delikatnych rysach zdobił nienaganny makijaż i tylko zmarszczki w kącikach ust zdradzały, że nie jest już młódką. Była piękna, urzekająca, latynoska mamacita na dziesiątkę. Nic dziwnego, że wszystkie spojrzenia od razu zawisły na jej postaci. Zwłaszcza, że jej wysokie szpilki odbijały się echem o marmurową posadzkę, a ona weszła do pomieszczenia tak pewnie, z jakimś takim ogniem, że nawet ten wielki kark, który trzymał Pilar na kolanach drgnął niespokojnie.
Dopiero kiedy brunetka podeszła bliżej, to Stewart mogła się przyjrzeć jej twarzy. Tym ciemny, czekoladowym oczom, które wyglądały jakoś tak znajomo...
- Kto to jest kurwa?! - rzuciła po hiszpańsku. Cała rozmowa toczyła się w tym języku. Oczywiście ochrona była pewna, że Pilar nic nie rozumie.
- Przyszła się tutaj... zabawić - odpowiedział grubasek, ale zaraz jeden z kumpli spojrzał na niego krzywo, jakby wiedział co się święci.
Bo brunetka tupnęła nogą i odrzuciła do tyłu czarne włosy.
- Zabawić kurwa?! - krzyknęła, a jej długi paznokieć wbił się w klatę grubego, zrobiła krok w jego kierunku - jutro ma przyjechać Pablo, a wy się tutaj zabawiacie? - zapytała patrząc po wszystkich twarzach, a później zamachnęła się i strzeliła grubaska w twarz, aż jej ręka odbiła się na jego policzku, złapał się za niego natychmiast, ale nikt nie ruszył się z miejsca. Brunetka za to minęła Pilar i podeszła do tego, który z nią przyszedł, Madox już wiedział, że to był Lopez. Ten sam, który prawie wybił mu bark.
- Wyjeb ją stąd, albo ukręć jej łeb... - rzuciła patrząc mu w oczy. Ale wtrącił się ten, który trzymał Stewart na kolanach, chyba rzeczywiście wpadła mu w oko.
- Nie mówi po hiszpańsku, to jakaś turystka... - rzucił, ale brunetka nawet się nie obejrzała, machnęła tylko ręką.
- To ją wyjeb - powiedziała i już zamierzała się odwrócić, ale Lopez znowu się odezwał.
- A ten facet z ogrodu? - zapytał. Mężczyzna, który trzymał Pilar zacisnął palce na jej nadgarstku.
- Choć - mruknął łamanym angielskim, a zaraz szarpnął ją do drzwi prowadzących do holu.
- Powiedział wam coś? - zapytała kobieta patrząc na Lopeza. Ten pokręcił głową - gdzie jest? - kontynuowała, ale zanim Lopez odpowiedział, to Pilar już została wyciągnięta do holu.
- No fiesta, no fiesta dulce, iść już, papa, szefowa demonica - próbował jej to wyjaśnić, kiedy patrzyła na niego tymi dużymi, pięknymi oczami. Była śliczna. Ale przecież nikt tutaj nie chciał podpaść szefowej, nawet on.
- Juancho, Esme już jest? - nagle z drzwi na przeciwko wyszedł kolejny facet, ten który trzymał Pilar - Juancho, skinął głową - a ty co? - dopytał ten drugi i zerknął na Pilar.
- Ja ją tylko odprowadzę do drzwi - Juancho znowu pociągnął Pilar, tym razem w kierunku drzwi wejściowych. A ten drugi zniknął w salonie.
- Eres hermoso... - jeszcze się z nią zatrzymał przy drzwiach, ale zaraz je otworzył.
Pilar Stewart
-
Lepiej strzela niż gotuje. Do tego: agresywna, impulsywna i narwana. Niektórzy jeszcze mówią, że dzika. Ogólnie wszystko co złe, to Pilar.
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkiona/jejtyp narracji3 osczas narracjiprzeszłypostaćautor
Nie wiedziała, co ze sobą zrobić. Było ich tu kurwa za dużo. Jeszcze jednego goryla powaliłaby bez problemu, dwóch może też, gdyby odpowiednio to rozegrała, ale kurwa czterech? O ile nie było ich więcej… no nie było szans. Musiała to jakoś przeczekać, znaleźć odpowiedni moment, by zadziałać albo chociaż zasiedzieć się tutaj na tyle, by ta cała Esme zeszła do salonu. W końcu to jej szukali, prawda?
Dlatego kiedy oni dyskutowali, Pilar tylko wtrącała swoje cztery groszę, żeby nie zdążyli jej stąd wywalić, chichotała i udawała, że tańczy, zagłuszając rozmowy.
I wtedy w pomieszczeniu pojawiła się ona.
Dojrzała, śliczna kobieta, w krwiście czerwonej sukience.
Cały pokój ucichł w ułamku sekundy. W tym Pilar, która od razu spoważniała. Przyglądała się uważnie Esme, nawet na sekundę nie spuszczając z jej wzroku. Emanowała od niej niesamowita pewność siebie i ogień w temperamencie, który zaraz pokazała, kiedy ryknęła głośno po hiszpańsku.
Pilar zacisnęła dłonie na niebieskiej sukience, cała się w sobie spinając, by nie dać po sobie czegokolwiek poznać — ani tego, że rozumie całą rozmowę oraz tego, że właśnie zachodziła w głowę, czy kobieta, na która właśnie intenstywnie patrzyła była matką Madoxa.
Oczy. Oczy mieli podobne. Równie ciemne i przeszywające. Niesamowicie czekoladowe. Ale przecież nie mogła wysuwać swoich wniosków na podstawie pieprzonych oczu. Szczególnie że zaraz sytuacja eskalowała i jeden z goryli dostał w twarz. Prosto w policzek. Stewart tylko zamrugała. Kim była ta kobieta i dlaczego miała tutaj aż tak wielką moc sprawczą? Kobietą Pablo? Jak możliwe było to, że to właśnie Pablo był facetem, o którego dopytywali Noriegę na komendzie? I znowu jej głowa pracowała na pełnych obrotach, próbując dowiedzieć się jak najwięcej, podczas gdy tak naprawdę mnożyły się jej tylko pytania. Zero odpowiedzi.
Drgnęła nieznacznie, gdy zaczęli dyskutować o tym, czy powinni ją wyjebać czy może po prostu pozbyć. Kurwa. Co to była jakaś Meksykańska mafia? W co oni się znowu wpakowali? Jaka była w ogóle szansa, że Marisol uciekła z Medellin, żeby tutaj władować się w dokładnie to samo gówno?
Pilar nie miała pojęcia, ale nie chciała tak tego zostawiać. Musiała coś wymyślić, żeby jej stąd nie wyjebali, kiedy już padła krótka komenda. Zza bramy będzie kompletnie bezużyteczna. Ruszyła więc ramieniem, opuszczając je nieznacznie, kiedy jej ochroniarz zaczął ściągać ją z kolan, sprawiając, że torebka została na kanapie.
Było to ryzykowne. Bardzo. Bo przecież miała tam komórkę, dokumenty i przede wszystkim jebane kluczyki do samochodu, ale na tamten moment nie miała innego pomysłu. Pozwoliła się szarpnąć za nadgarstek, chociaż kiedy zaczęli rozprawiać o facecie z ogrodu chciała to jeszcze przeciągnąć, żeby się dowiedzieć, gdzie był, dlatego jeszcze poudawała, że imprezka, coś tam krzyknęła o fieście, ale facet siłą wyciągnął ją do głównego holu.
Kurwa.
Nic jej dzisiaj nie wychodziło, a serce waliło już jak szalone. Czyżby szczęście na dobre ich opuściło? Oby nie.
Odwróciła się w stronę Juancho, kiedy tłumaczył jej, że szefowa była demonica i przez moment, kiedy on tak machał rękami, Pilar miała zamiar może szybko złapać jego broń. Wystawała mu zza paska. Może gdyby zagroziła kobiecie przy nich wszystkich, oddaliby Madoxa? Nie no kurwa, kogo ona próbowała oszukać. Odstrzeliliby ją od razu, a już na pewno nie pozwoliliby im już stąd wyjść. Ale może chociaż mogłaby się bronić, gdyby ją miała. Dłoń jej drgnęła, tylko wtedy zza drzwi wyszedł kolejny facet. Ile ich tu było? Uśmiechnęła się słodko i podbiegła bliżej, by mu się przedstawić. Ociągała to jak mogła. Nawet kiedy powiedział, że była hermosa, umieściła mu dłonie na klacie i zaczęła się do niego łasić. Tylko Juancho dobrze wiedział, że musiał ją wyrzucić. Podszedł do wielkiej klamki, a w tym czasie Pilar podskoczyła przerażona.
— Ahh, moja torebka! — rzuciła zmartwiona i spróbowała pokazać mu na migi, że zapomniała torebki. Widział przecież, że miała ją ze sobą. Musiał to łyknać. — Muszę po nią wrócić — powoli zaczęła cofać się w stronę salonu. Juancho coś tam jeszcze za nią krzyczał, ale Stewart z wielkim uśmiechem na ustach wleciała na nowo do pomieszczenia. Wszyscy faceci spojrzeli na nią zaskoczeni, a kobieta od razu zgromiła wzrokiem.
— Zapomniałam torebki — wyjaśniła ponownie, co grubasek zaraz przetłumaczył całej reszcie po hiszpańsku. — Przepraszam, nie przeszkadzajcie sobie — zachichotała i wesoło zaczęła wciskać się pomiędzy facetów na kanapę, udając, że szuka swojej własności, chociaż doskonale widziała, jak zsunęła się pod kanapę. Wszyscy przez moment milczeli, ale zaraz wrócili do rozmowy.
— Ve a buscarlo — Idzie po niego, rzuciłą w końcu kobieta, a Pilar cała się spięła.Dwóch facetów wyszło z salonu. Jeszcze trochę. Musiała przeciągać to jeszcze trochę. Przykucnęła i zaczęła wygrzebywać torbę. Powoli. — Y que alguien la saque de aquí, porque no puedo responder por mí mismo — I niech ktoś ją stąd wypierdoli, bo nie ręcze za siebie, dodała po chwili, jasno dając Stewart do zrozumienia, że jednak trzeba było jeszcze bardziej zaimprowizować albo nawet się skonfrontować.
— MAM! — złapała za pasek torebki i wyrzuciła go w górę, malując na twarzy szeroki uśmiech. Jednym ruchem zarzuciła ją sobie przez ramię i pogłaskała, pokazując jak się z tego faktu cieszyła. — To moja ulubiona. Favorita — wyjaśniła, jakby ktokolwiek miał jeszcze jakieś wątpliwości. Kilka goryli odwzajemniło jej uśmiech, jendak kobiecie wcale nie było do śmiechu. I to chyba zmotywowało grubaska, bo zerwał się z miejsca i chciał złapać Pilar za przedramię, ona natomiast odskoczyła w ostatniej chwili i podbiegła do Esme.
— Ale jesteś śliczna. Naprawdę hermoso, czy coś — zaklaskała w dłonie, spoglądając na nią z udawanym zafascynowaniem. A może nawet nie takim udawanym? Miała w sobie coś znajomego. I te oczy. Te pieprzony oczy, z których Pilar nie potrafiła ściągnąć spojrzenia. Grubas ruszył w jej stronę, a ona znowu odskoczyła, tym razem na drugi bok kobiety. — I ta sukienka, vestido… no przepiękna. Bellissima!! — nawijała jak najęta, by chociaż przeczekać momentu aż goryle przyjdą do pomieszczenia z Madoxem, tylko ich dalej nie było, a gruby już zdążył do niej doskoczyć i złapać ją za ramię. Koniec zabawy. Została więc już tylko konfrontacja. — Definitivamente causaría revuelo en Medellín — W Medellin na pewno każdy by się nią zachwycał, rzuciła już nienagannym hiszpańskim, przyglądając się jej uważnie. A reakcja na wspomnienie Medellin zdecydowanie nie była przypadkowa. Widziała to w jej oczach. A zaraz potem jej spojrzenie przeszło na identyczne oczy, które pojawiły się w salonie, przyprowadzone przez dwóch goryli.
Madox A. Noriega
-
miał być cichy, niewidoczny, w końcu balansuje na granicy między kokainą na złotych tacach i bronią ukrytą pod drogimi marynarkami, a kajdankami i odznaką przy pasku... a jednak tak bardzo rzuca się w oczy, że trudno go nie zauważyć, z tymi jego tatuażami, z tymi kolorowymi koszulami, złotymi łańcuchami na opalonym karku i... niewyparzoną gębą
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkinietyp narracjitrzecioosobowaczas narracjiprzeszłypostaćautor
Rzeczywiście brunetka od razu zgromiła wzrokiem Pilar, nabrała powietrze w płuca i może gdyby nie jej goryle, którzy ją otaczali, to kazałaby ją znowu stąd wyciągnąć? Klatka piersiowa unosiła jej się w niespokojnym oddechu.
- Zaraz mnie popierdoli... - rzuciła przesuwając po twarzy długimi palcami zakończonym czerwonymi paznokciami. W końcu jednak kazała im przyprowadzić tego faceta z ogródka, a kiedy Stewart pochyliła się do torebki pod kanapę, a połowa goryli obejrzała się patrząc na jej tyłek, Esme znowu rzuciła, że mają ją wypierdolić. Jej ciemne oczy powoli robiły się coraz bardziej czarne, a ta zmarszczka w kąciku ust drgała niebezpiecznie. Była chyba już na skraju...
Co zauważył gruby, który zaraz doskoczył do Pilar, ale ona mu uciekła i ruszyła w kierunku brunetki. Pierwszy spiął się Lopez, który zagrodził jej drogę, później następni mężczyźni, kilku z nich sięgnęło pod marynarki, ale Esme tylko podniosła rękę dając im do zrozumienia, że sama sobie poradzi.
Stała bez ruchu i tylko te ciemne oczy podążały za Pilar, nawet nie drgnęła, żaden cień nie przemknął przez jej twarz na te komplementy, nic. Była niewzruszona. Chociaż w pewnym momencie nabrała w płuca ciężko powietrze i to zmusiło grubaska do zareagowania, ale on był wolny... Szybsza była Stewart, która już była po drugiej stronie, która znowu nadawała. Esme strzeliła teatralnie oczami w sufit, znajomy gest?
Ale to już zmusiło grubego do spięcia się, pochwycił ramię Pilar, już miał ją wyprowadzić, ale kiedy ona odezwała się po hiszpańsku, to Esme znowu wystrzeliła w górę dłoń. Gruby stanął w momencie, a brunetka sięgnęła do Stewart, zacisnęła dwa palce na jej policzkach, wbijając w skórę długie, czerwone paznokcie i zmuszając ją, żeby spojrzała w jej twarz, kiedy syknęła to.
- Kim ty kurwa jesteś?! - Lopez znowu się ruszył, a gruby odruchowo chwycił Pilar mocniej - trzymaj ją... - warknęła brunetka i tym razem to już Lopez chwycił Pilar za włosy, mocno, zmuszając do tego, żeby się schyliła. Esme też się do niej pochyliła przyglądając jej twarzy.
Madox spróbował jeszcze dwa razy wyważyć drzwi, grzebał przy zamku, rozglądał się po tych regałach, ale co z tego? Jedynie co mógł zrobić, to schować do kieszeni jakiś korkociąg, który tam znalazł, ale co mu po korkociągu, kiedy tutaj wszyscy mieli spluwy. Wiedzieli jak się nimi posługiwać, broń była w odpiętych kaburach, widział to, kiedy po niego przyszli, kiedy znowu jeden z facetów warknął do niego, że ma gadać. A drugi rzucił, że Esme na pewno go do tego przekona.
Przez moment myślał o tym, że wyciągnąłby ten pistolet, złapał jednego, zagroził drugiemu, ale co by to dało? A skoro chcieli go zaprowadzić do Esme, to bez wielkiego sprzeciwu dał się im chwycić i pociągnąć w kierunku salonu.
I kiedy Esme przyglądała się twarzy Pilar, którą Lopez szarpiąc za włosy zmusił do tego, żeby skierowała na brunetkę swoje ciemne, piękne spojrzenie, wtedy dwóch kolejnych ochroniarzy wprowadziło do salonu Madoxa, też trzymali go nisko, ale Noriega wyrwał się do przodu kiedy zobaczył Pilar, szarpnął się, tak, że znowu poczuł, że zaraz ramię mu wyskoczy ze stawu. Szarpnęli go jeszcze niżej. Esme się tylko na niego obejrzała, ale nie przyglądała mu się, zajęta była teraz Pilar, która wspomniała o Medellin. Znowu czerwone paznokcie zacisnęły się na jej policzkach, kiedy oglądała jej twarz z różnych stron. A Madox znowu się szarpnął i tym razem to już dostał od drugiego ze zbirów kolanem w brzuch.
- Ja pierdolę - stęknął, a Esme przeniosła na niego spojrzenie. Gapiła się w jego oczy chwilę, trzy dzikie uderzenia serca w piersi.
To Madoxa jakby na moment stanęło, kiedy jego ciemne tęczówki spotkały jej spojrzenie.
Poznał ją, nie widział jej dziesięć lat, ale od razu ją poznał, i tym razem nie miał żadnych wątpliwości.
Ona chyba też nie miała...
- Wyprowadzić ją! Zamknijcie ją! - warknęła najpierw wskazując na Pilar - wszyscy stąd wynocha! - powiodła dookoła spojrzeniem, a później wskazała na Noriegą - on zostaje... - Madox znowu się ruszył, kiedy tylko Lopez szarpnął Pilar.
- Nie... - próbował, ale Esme pokręciła głową.
Lopez trzymał Pilar mocno, wyprowadził ją z salonu, poszedł z nimi grubasek i Juancho. Jeszcze w drzwiach mogła złapać spojrzenie Noriegi, jego usta, które ułożyły się w słowo calma.
Wyciągnęli ją do holu, a później w to drugie skrzydło.
- Czyli kurwa umiesz po hiszpańsku... - zaczął Juancho.
- Suka... - mruknął gruby, kiedy prowadzili ją już tym ciemnym korytarzem.
- Teraz to się zabawimy - dodał Juancho, ale Lopez nie odezwał się ani słowem, dopiero kiedy wylądowali w jakimś pustym pokoju, ze stołem i dwoma krzesłami w kącie, szarpnął Pilar popychając ją na ziemię.
- Macie jej nie dotykać póki Esme nie powie co z nią zrobić - oznajmił stając w drzwiach - do krzesła ją - dodał wskazując podbródkiem krzesła, a Juancho pokiwał głową, już przysuwał takie jedno krzesło, a potem szarpał Stewart za nadgarstek sadzając na nim. Gruby już sięgał po... szarą taśmę, a za chwilę kleili jej nadgarstki do podłokietników, a stopy do nóg krzesła.
Lopez stał w drzwiach obserwując ich.
Pilar Stewart
-
Lepiej strzela niż gotuje. Do tego: agresywna, impulsywna i narwana. Niektórzy jeszcze mówią, że dzika. Ogólnie wszystko co złe, to Pilar.
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkiona/jejtyp narracji3 osczas narracjiprzeszłypostaćautor
No kurwa była.
Może nie byli jak dwie krople wody, wciąż podzieloni przez wiek i miks genów, ale przecież nawet odzywki mieli te same. Kurwa nawet wywroty tymi pięknymi, ciemnymi oczami robili w ten sam sposób. Nie dało się tego zignorować. Nawet głupiec by się zorientował, że byli spokrewnieni.
Chociaż Pilar kompletnie inaczej ją sobie wyobrażała. Z jego opowieści o tym, jak tylko chodziła, płakała i modliła się całymi dniami, nie wiedzieć czemu miała przed oczami styraną życiem kobietę, która nie miała w sobie za grosz silnej woli. A tutaj? Tutaj przed nią stała definicja władzy. Doskonale wiedziała, jak sobie wszystkich podporządkować, jej polecenia były ostre, kompletnie pozbawione emocji.
A jednak — kiedy powietrze w pokoju wypełniła nazwa Medellin, coś się w niej zmieniło. Jakby na sekundę przeszłość dopadła ją we własnej głowie. Pilar widziała to w jej oczach. Nie było tam złości ani jadu, było czyste zaskoczenie i coś jeszcze… coś co spowodowało, że jej źrenice na ułamek sekundy się rozszerzyły. Trwało to dosłownie chwilę, bo zaraz już wróciła jej pierwotna twarz, a czerwone szpony zacisnęły się na drżącej szczęce Stewart.
Kim ty kurwa jesteś?
To pytanie za nic nie miało w sobie przypadku. Tak wcale nie pytałby ktoś, kto z Medellin nie miał nic wspólnego. To już nawet nie były domysły, a dowód czarno na białym, że trafili pod odpowiedni adres.
Pilar czuła, jak paznokcie wbijają jej się w skórę. Mocno. Miała wrażenie, że jeszcze trochę i zaraz przetnie się do krwi. Nie dała jednak po sobie poznać, że cokolwiek ją bolało. Chociaż kiedy Lopez szarpnął ją mocno za włosy, to syknęła, ciemne spojrzenie jednak wciąż miała wbite w kobiete.
— A ty kim kurwa jesteś? — odpowiedziała jej w końcu pytaniem na pytanie, warcząc równie ostro. Bo przecież Stewart nigdy nie umiała zachować spokoju, kiedy sytuacja tego wymagała. Szczególnie w tego typu, kiedy jej serce w piersi waliło już w zastraszającym tempie. Szarpnęła się i chociaż Lopez wciąż ją trzymał, to przysunęła się nieco bliżej twarzy brunetki. — Esmeralda czy może Marisol? — wycedziła przez zęby, walcząc z uczuciem, jakby ktoś właśnie wyrwał jej z głowy wszystkie włosy. Widziała jednak, że trafiła w jakiś jej czuły punkt. Że chociaż na kilka dłuższych chwile zagwarantowała sobie życie, bo przecież nie odstrzeiłaby jej nie wiedząc, co Pilar wie. A na ten moment nie wiedziała nic.
Chociaż kiedy goryle wprowadziły Madoxa, wiedziała już chyba wiecej. Może nawet domyśliła się, że przyszli tu razem. Może, bo Pilar za nic nie potrafiła czegokolwiek wyczytać z jej twarzy. Była kamienna. Tylko oczy wyrażały więcej, ale od tych też zaraz została odciągnięta przez Lopeza.
Przeniosła spojrzenie na Noriegę i serce momentalnie ją zabolało. Twarz miał obitą, klęczał właśnie przed własną… nie. Nawet nie chciała teraz o tym myśleć. Znowu się szarpnęła. Znowu na nic. A wtedy Esme oznajmiła, żeby ją zamknąć gdzieś na górze.
— Nie — rzuciła praktycznie równo z Madoxem i znowu się szarpnęła, kopiąc Lopeza w piszczel. Nie chciała go tu samego zostawiać. Tylko kurwa co ona jedna mogła, jak zaraz podszedł inny gorl i wymierzył jej cios prosto w brzuch. Kurewsko mocno. Pilar aż się skuliła na moment i jęknęła z bólu.
— Głupia suka — warknął Lopez tuż przy jej uchu i tym razem z powodzeniem szarpnął ją w stronę wyjścia. Nie miała szans z tym walczyć. Przechodząc obok Madoxa złapała spojrzenie jego pięknych, ciemnych oczu. Oczywiście bez problemu wyczytała z jego ust to calma, tylko kurwa, jak ona miała być spokojna, kiedy działy się tutaj takie rzeczy?
Jak ona kurwa nie chciała go zostawiać. Samego. Z nią.
Już wcale nie była taka pewna, że matka kochała go nad życie. Ta kobieta sprawiała wrażenie, jakby nawet dwa razy nie mrugnęła, nim władowałaby kulkę w głowę nawet swojego syna. Zdecydowanie nie była definicją matki. A już na pewno nie męczennicy, która musiała uciekać.
Słyszała słowa Juancho, jednak kompletnie ich nie słuchała. Za bardzo zakręcona była na punkcie własnych myśli i tego co zostawili w salonie. Wróciła na ziemię dopiero w momencie, w którym rzucili ją na podłogę. Pokój w którym się znajdowali zdecydowanie odstawał wystrojem od reszty domu. Były w nim dosłownie dwa krzesła i stolik, bez żadnych pięknych zdobień na ścianach czy dodatków. Wyglądał na taki, w którym nie raz już kogoś przetrzymywali.
Kiedy Juancho znalazł się tuż przy niej i chciał złapać ją za nadgarstki, praktycznie od razu mu się odwinęła. Pierwsze strąciła jego rękę, a zaraz potem przywaliła mu z pięści w… krocze. Mocno. Bo ona kurwa nie umiała być calma. Nie kiedy ktoś nią szarpał i poniewierał, szczególnie po ostatnim. Adrenalina buzowała w niej na najwyższych obrotach.
— Pierdolona suka — warknął Juan i zaraz zatoczył się do tyłu łapiąc między nogami. Pilar zerwała się z miejsca i już miała ruszyć do wyjścia, kiedy na jej drodze wyrósł Lopez. Z nim też była gotowa się bić, nawet ugięła lekko kolana, ale wtedy gruby, o którym kompletnie zapomniała, szarpnał ją za włosy. Na krótka chwilę straciła równowagę i to zaś wykorzystał Lopez, który bez zawahania przywalił jej prosto w twarz. W sekundę poczuła metaliczny smak w ustach. Zamroczyło ją, a to zaś wykorzystał Juancho, który klnąc pod nosem przycisnął ją do krzesła, podczas gdy gruby zaczął zwijać jej kończyny szarą taśmą.
Juancho już zaczął się zarzekać, czego to z nią nie zrobi i jak zaraz Pilar nie będzie tych uszkodzonych jaj naprawiać mu ustami, ale wtedy Lopez jasno dał im polecenie, że mieli jej nie dotykać. Średnio im się to spodobało, za to Pilar lekko odetchnęła. Nie miała pewności, że posłuchają szefa (?) ale to była jej jedyna nadzieja teraz. Przecież nie było opcji, żeby zerwała tą pierdoloną taśmę. Spróbowała nawet kilka razy… na marne.
— Kim ty jesteś, co? — warknął Juan, kiedy zostali już sami z grubym w pokoju. Nachylił się nad krzesłem, opierając ręce na jej zawiniętych nadgarstkach. — Skąd znasz Esme? Nie jesteś wcale żadną turystką, co suko? — nie przestawał zadawać jej pytań, chociaż Pilar sukcesywnie je wszystkie ignorowała. Nie miała zamiar wdawać się w z nim w dyskusję, a przynajmniej nie na razie. Musiała wyczekać odpowiedni moment, jeśli chciała tu cokolwiek ugrać.
W tym samym czasie Lopez już zdążył wrócić na dół. Wchodząc do salonu poprawił jeszcze marynarkę, która nieco się pomięła po tym, jak Pilar się z nimi szarpała.
Przelotnie spojrzał na Madoxa i jakoś od razu chciał mu wyjebać. Czuł z góry, że ten facet przyniesie kłopoty, jeszcze większe niż za suka na górze. Powstrzymał się jednak przed wszelkimi rękoczynami i skierował się w kierunku Esme.
— Jest na górze — rzucił sucho, jakby zdawał raport jakiemuś generałowi. — Złamała Juancho jaja, ale sytuacja już opanowana — oznajmił, przy okazji unosząc dłoń i ścierając niewielką ilość krwi z knykci. Zrobił to jeszcze na tyle bezczelnie, by nie uszło to uwadze Madoxowi. — Czekamy na dalsze polecenia. Chociaż jak dla mnie trzeba ją po prostu odstrzelić.
Madox A. Noriega
-
miał być cichy, niewidoczny, w końcu balansuje na granicy między kokainą na złotych tacach i bronią ukrytą pod drogimi marynarkami, a kajdankami i odznaką przy pasku... a jednak tak bardzo rzuca się w oczy, że trudno go nie zauważyć, z tymi jego tatuażami, z tymi kolorowymi koszulami, złotymi łańcuchami na opalonym karku i... niewyparzoną gębą
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkinietyp narracjitrzecioosobowaczas narracjiprzeszłypostaćautor
W pierdolonym Medellin, o którym się tak usilnie starała zapomnieć, zostawić gdzieś za plecami. A teraz kiedy spojrzała na Madox, to te wspomnienia do niej wróciły. Twarz się zmieniła, chociaż widać było, że próbowała z tym walczyć.
Tak jak oni oboje z tymi gorylami, kiedy znowu się szarpali. I kiedy Pilar kopnęła Lopeza, to Madox też się odpalił, walnął tego gościa, który go trzymał łokciem w brzuch i wyrwał się do przodu, ale co z tego, jak zaraz złapało go dwóch kolesi, a jeden walnął go kolbą pistoletu prosto w skroń, aż na moment go zamroczyło, mieli już w rękach broń, może nawet jeden z nich by strzelił, bo celował idealnie w udo Madoxa, z drugi gdzieś w ramię Stewart, tylko Esme pokręciła głową.
Oni się tutaj nie mieli zamiaru z nimi pierdolić, stąd to calma, którym jeszcze chciał ją uspokoić Madox. On też liczył na to, że ich nie sprzątną zanim się nie dowiedzą, co tutaj robią. Bo jednak na to, że mamusia go przyjmie z otwartymi ramionami chyba przestał.
Chociaż kiedy wyprowadzili z pokoju Pilar, to Esme przyglądała mu się długo, on jej też, oparła długie, czerwone paznokcie na jego twarzy, a Madox się szarpnął, wyrwał z jej uścisku.
- Chiquito po co te nerwy? - mruknęła prostując się.
- Zostaw ją, ona nic nie wie... - Madox znowu próbował się szarpnąć, ale to zaowocowało tym, że trzymający go facet pchnął go z powrotem na podłogę, tak, że rzeczywiście klęczał... przed swoją matką. Nisko.
- A ty wiesz gusanito? - znowu na niego spojrzała, znowu pochylała się do niego, te ciemne oczy wbijając w jego twarz.
- Wystarczająco dużo... - gówno wiedział. Tyle tylko, że jego matka żyje, i wcale nie jest przykładną obywatelką Gauadalupe, za którą chciała się podawać - byłem na komendzie, w twojej sprawie, mówi ci to coś? - rzucił, a Esme, która odsunęła się od niego oglądając swoje paznokcie nagle zrobiła minę, jakby dostała w twarz. Nie wiedziała. A do tego ją to ruszyło. Spoważniała w jednej chwili, nabrała powietrze w płuca, a zaraz znowu znalazła się przy Madoxie, a jej goryl mocniej wykręcał mu rękę, kurewsko mocno.
- Po co? - syknęła. Ale tym razem Madox pokręcił głową.
- Wypuść ją... - spróbował jeszcze raz, ale wtedy do pomieszczenia wszedł Lopez, i chociaż Madox zamarł, bo czuł, że jeszcze jeden ruch, a po prostu tamten gość wybije mu bark, to kiedy zobaczył tą krew na jego ręce i usłyszał co zrobiła Pilar, to znowu się szarpnął. W jednej chwili leżał na podłodze i przyciskało go do ziemi dwóch facetów, a on się szarpał, do tego stopnia, że Lopez zamachnął się i go kopnął w bok.
- Dość! - krzyknęła Esme. Madox jeszcze chwilę się poszarpał, ale nie miał szans się ruszyć, a do tego Lopez też wciąż stał nad nim. Kobieta też do niego podeszła, widział jej pierdolone szpilki, które zatrzymały się tuż obok jego twarzy, bo jeden z kolesi przyciskał jego głowę do podłogi, policzek do tej zimnej posadzki.
Kucnęła przy nim i schyliła się tak, żeby złapać jego ciemne spojrzenie.
- I po co ci to było Madito…? Nie mógłbyś być grzecznym chłopcem? - zapytała, a Madox znowu się szarpnął i znowu docisnęli go do ziemi mocniej - puśćcie go - zarządziła wstając. Goryle popatrzyli po sobie, a Lopez pokręcił głową, że mają tego nie robić.
- Puśćcie go! - ryknęła brunetka. Cofnął się nawet Lopez i dwóch trzymających Madoxa goryli też poluzowało swój uściski, powoli. Noriega za to zerwał się gwałtownie, aż Lopez się poruszył, ale Esme znowu podniosła rękę. I za tą właśnie dłoń chwycił ją Madox, mocno zacisnął palce na jej przegubie i pociągnął ją do siebie. Serce waliło mu w piersi jak szalone, ciemne tęczówki wpatrzone były w jej równie ciemne oczy. Zamachnął się, jakby chciał ją uderzyć, Lopez znowu się poruszył.
- Jak ojciec... identyczny jak ojciec - mruknęła Esme i to wystarczyło, żeby Madox ją puścił, odskoczył od niej jak oparzony. Bo on całe życie walczył z tym, żeby nie być jak jego ojciec. Był. Kurewsko był... Ale nie chciał tego. Cofnął się o krok.
- Nie będziesz gadać, to Esme każe ci rozpierdolić łeb, może już kazała Lopezowi to zrobić... więc lepiej mów! - Juancho, który jeszcze przed chwilą tak czule głaskał włosy Pilar mówiąc jaka jest piękna, teraz jedną ręką wciąż trzymał się za jaja, a drugą dociskał jej palce do podłokietnika, mocno. Gruby stał pod ścianą i zerkał na drzwi.
- Zaraz będziesz śpiewać suko - Juancho wyprostował się i spod szerokiej marynarki wyjął pistolet. Przystawił jej do policzka zimną lufę, przesunął nią po nim.
- Mów, bo ci kurwa przestrzelę kolano, Esme i tak nie będziesz potrzebna z obiema sprawnymi nogami - rzucił wbijając chłodną lufę w jej ciepłą, gładką skórę. Gruby nawet nie ruszył się z miejsca, tylko zerknął w ich kierunku. A Junacho za to przesunął pistoletem po jej policzku, żuchwie, na szyję i dekolt.
- Albo kurwa ramię - tym razem pistoletem dźgnął ją w ramię, mocno. Zaraz jednak przesunął bronią po jej udzie podwijając niebieska sukienkę.
- Albo udo... - podsunął spluwę wyżej. Dopiero teraz gruby się zbliżył.
- Zostaw ją... nie widziałeś Esme? - rzucił grubasek i odciągnął Juancho na bok.
- Czego kurwa? - zapytał Juan pakując sobie broń za pasek. Niby szeptali, ale kurwa pokój był pusty, było ich słychać.
- No ten chłopak... - zaczął gruby, ale zaraz wykręcił oczami w kierunku Stewart.
- Myślisz, że to on? - Juancho starał się mówić naprawdę cichutko, grubas uciszył go jeszcze gestem ręki.
- Pablo się wkurwi... - powiedział prawie bez głośnie, ale i tak stali do Pilar bokiem, mogła nawet czytać z ruchu ich warg - poczekajmy na Lopeza - rzucił w końcu i odsunął sobie krzesło usiadł na nim. Na drugim usiadł Juancho.
Czekali...
Czekali prawie jebaną godzinę zanim do pokoju nie wszedł Lopez. Nie miał marynarki na białej luźnej koszuli, na której odznaczał się złoty krzyż wiszący na łańcuszku na jego szyi, miał czarną kaburę i dwa pistolety. Nawet się już z tym nie krył. Trochę krwi na mankiecie, które sobie podwinął przed łokcie.
- Dobra kurwa, bierzcie ją - rzucił. A mężczyźni popatrzyli po sobie.
- Z krzesłem? - zapytał gruby.
- Jak chcecie, ale niech nie próbuje sztuczek, bo Esme kazała jej nie ruszać - Juancho spojrzał na grubego i chyba odetchnął z ulgą, że jednak nie dał się bardziej ponieść.
Pilar Stewart
-
Lepiej strzela niż gotuje. Do tego: agresywna, impulsywna i narwana. Niektórzy jeszcze mówią, że dzika. Ogólnie wszystko co złe, to Pilar.
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkiona/jejtyp narracji3 osczas narracjiprzeszłypostaćautor
Pierdolonego krzesła, z którego za nic nie mogła się uwolnić.
Wiła się i szarpała, ale to i tak nic nie dało, a tylko rozjuszało Juancho jeszcze bardziej. Nawet dwa razy strzelił jej po twarzy, już do reszty rozcinając policzek. Chociaż ten ból i tak był niczym w porównaniu do przerażenia, jakie czuła w związku z Noriegą. Nie miała pojęcia, co działo się na dole i to doprowadzało ją do szału. Widziała przecież jak goryle celowali mu prosto w głowę. Może dlatego nie wchodziła w konwersację z Juanchem? Bo chciała nasłuchiwać, czy zza drzwi nie dochodzą pierdolone strzały.
Tylko Juan wcale nie odpuszczał. Dalej się na nią wydzierał, a zaraz potem jeszcze wodził pistoletem po jej ciele. Jak to się kurwa stało, że po raz kolejny w przeciągu ostatnich dwóch tygodni Pilar skończyła obezwładniona i obmacywana przez innego mężczyznę? Jej ciało nie znosiło tego najlepiej. Drżało całe, a kolejny atak paniki czaił się gdzieś pod jej skórą. Gromadził się i uwierał. Jedyne, co trzymało ją w ryzach to myśl, że Madox wciąż był na dole.
Czy mógł tam coś ugrać? W to akurat wątpiła, chociaż przecież potrafił być przekonujący, potrafił zagadać swojego przeciwnika, jakoś wyjść z tarapatów cało… tylko kurwa chyba nie wtedy, kiedy dookoła miał pięciu goryli z bronią skierowaną prosto w jego głowę. Pilar miała jedną lufę przy głowie, a i tak nie miała co z tym zrobić.
Tak jak wcześniej miała z szarą taśmą same dobre wspomnienia, tak teraz szczerze jej nienawidziła. Nic się nie stało z tym zrobić. Próbowała jakoś poluźnić te uchwyty, wyciągnąć ręce — na nic. To już nawet kajdanki byłyby lepsze. Wystarczyłoby złamać sobie palec i jakoś by poszło, a tutaj? Tutaj mogła się jedynie szarpać. A nawet tego nie mogła za bardzo, bo z każdym mocnym szarpnięciem, Juancho szarpał ją za włosy lub dociskał chłodną broń do jej nagiej skóry.
Nie miała pojęcia ile czekali, aż coś się zadzieje.
Pół godziny?
Godzinę?
Może dwie?
Ten czas dłużył się jej niemiłosiernie, a fakt, że w pokoju nie było żadnego zegara, żadnego punktu zaczepienia sprawiał, że autentycznie ją tam prawie pojebało.
Myślała już o wszystkim: o Esmeraldzie, tym kim mogła naprawdę być, o jej ucieczce z Medellin, o tym dlaczego okradła własną rodzinę, czy zrobiła to z faktycznej potrzeby czy może z czystej zemsty. Potem myślała o Pablo i tym kim mógł być, skoro wszyscy się go bali. Czy był jakimś szefem mafii? Mężem Esmeraldy? A może Marisol? Dlaczego było tutaj tak wielu ochroniarzy? Co oni tu robili? W tej całej scenerii wciąż było więcej niewiadomych niż odpowiedzi. I chyba to w tym wszystkim było najgorsze — ta pierdolona niewiedza co do tego co tu się działo i co działo się na dole. Bo strzałów dalej nie słyszała. Było cicho. Dziwnie za cicho.
W pewnym momencie nawet próbowała podpytać Juancho i grubego o coś więcej, jakoś ich podejść, ale byli nie do zdarcia, a ona irytująca do tego stopnia, że w końcu i usta zakleili jej tą pierdoloną szarą taśmą. Była dosłownie uprowadzona i naprawdę bliska mentalnej kapitulacji. Ciężko jej było w głowie.
Dlatego kiedy w pokoju nagle pojawił się Lopez, Pilar aż zerwała się z miejsca. Podskoczyła tyłkiem i już chciała zacząć się szarpać, jednak w ostatniej chwili spięła się w sobie. Jak chciała tutaj cokolwiek ugrać, to teraz była jej szansa. Musiała to tylko dobrze rozegrać.
— To co, bierzemy ją z krzesłem? — spytał Juancho, mrugając durnie i patrząc na grubasa, który tylko podrapał się po głowie. — Lopez powiedział, że mamy ją przyprowadzić na dół… ale przecież po schodach się będzie źle tak szło. Jaja mnie bolą — zajrzał jeszcze w stronę drzwi, ale Lopeza już tam nie było. Musiał wrócić na dół, nawet na nich nie czekając.
— Nie wiem, kurwa — odpowiedział grubcio i spojrzał na Pilar. — Ona jest trochę pierdolnięta — dodał, a Stewart tylko przewróciła oczami. Gdzieś już to słyszała… Może nawet by im coś odpowiedziała, ale przecież miała zaklejone usta.
Juancho jakby czytał jej w myślach odwrócił się nagle w jej kierunku i zerwał bez ostrzeżenia taśmę, sprawiając, że spomiędzy ust Pilar wyrwało się głośne syknięcie.
— Będziesz się zachowywać, suko? — nachylił się do jej twarzy, przy okazji przykładając pistolet do głowy, zaglądając w ciemne oczy.
— Tak — odpowiedziała praktycznie od razu, walączac z walącym w piersi sercem. — Po prostu weźcie mnie na dół — poprosiła grzecznie. Juan wymienił spojrzenia z grubym, a po chwili zaczęli ją odwiązywać, dochodząc do wniosku, że faktycznie nie na rękę było im znoszenie całego krzesła po schodach.
Pilar ani drgnęła. Czekała grzecznie aż szara taśma zniknie z jej ciała, krzywiąc się tylko, kiedy klej szarpał za skórę, ujawniając czerwone ślady. Wstała na nogi, gdy już była w stanie. Były trochę zastane, ale nawet nie dali jej szansy na jakiekolwiek rozprostowanie, bo Juan już popychał ją w stronę wyjścia.
Miała jedną szansę. Nie miała pojęcia, co zastanie na dole i nie miała zamiaru ryzykować. Musiała spróbować coś zrobić. Twarz cała ją bolała, pulsowała obrzydliwie. Czuła jak krew na jej policzku, która wcześniej spływała ciurkiem, teraz była zaschnięta aż do samej szyi.
— Szybciej — rzucił ten grubszy i znowu szturchnął ją za ramię w stronę schodów. Nawet się za nim nie odwróciła, tylko ruszyła schodami. Czuła w pasie pistolet, który Juan przyciskał do jej pleców oraz dłoń grubego, którą zaciskał na jej ramieniu.
Jeden ruch.
Dosłownie jeden zły ruch mógł ją kosztować życie.
Może nie powinna tego robić. Może powinna dać się po prostu poprowadzić do salonu, ale przecież musiała zaryzykować. To była kurwa Pilar, ona była zbyt waleczna, by pozostać bierną.
Dlatego kiedy byli w połowie schodów, w końcu się zdecydowała. Złapała w płuca więcej powietrza, a potem wszystko potoczyło się w zastraszająco szybkim tempie: jednym ruchem odwróciła się w stronę Juancho ujmując jego broń i kierując ją do góry, podczas gdy nogę wystawiła w bok, podkładając ją grubemu, który zaraz stoczył się na sam dół. Jego upadek natomiast zagłuszył wystrzał z pistoletu. Nie było wiadomo czy Juan nacisnął to przez przypadek czy celowo, jednak tylko ich dwójka wiedziała, że strzał trafił w sufit.
Zapiszczało jej w uszach, ale to wcale nie przeszkodziło jej, żeby wymierzyć kopniaka prosto w jego już bolące miejsce między nogami, zwinął się w ułamku sekundy i to właśnie wtedy Pilar wyrwała mu broń.
Zbiegła po schodach, przyklejając się do ściany, tak żeby mogła mierzyć w nich obu na zmianę, a zaraz potem jeszcze w Lopeza, który przybiegł sprawdzić, co się stało.
— Gdzie on jest? — ryknęła głośno, oddychając ciężko. — Pytam się kurwa gdzie on jest?! — równie dobrze mógł wciąż być w salonie, ale przecież Stewart nie miała zamiaru ryzykować. Była gotowa ich tu wszystkich rozpierdolić, byleby dostać się do Madoxa.
Madox A. Noriega
-
miał być cichy, niewidoczny, w końcu balansuje na granicy między kokainą na złotych tacach i bronią ukrytą pod drogimi marynarkami, a kajdankami i odznaką przy pasku... a jednak tak bardzo rzuca się w oczy, że trudno go nie zauważyć, z tymi jego tatuażami, z tymi kolorowymi koszulami, złotymi łańcuchami na opalonym karku i... niewyparzoną gębą
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkinietyp narracjitrzecioosobowaczas narracjiprzeszłypostaćautor
- Madito dlatego tu przyjechałeś? To policyjna... - zaczęła spokojnie sięgając ręką do jego ramienia. Wyszarpnął jej się od razu, ale odwrócił się w jej kierunku.
- Nie... - warknął przerywając jej - nie będziemy rozmawiać, póki ona nie będzie bezpieczna - wiedział, że nie powinien stawiać warunków, nie miał siły przebicia, ale wyprostował się, tak jak ona. Stali na przeciwko siebie niewzruszeni, mierzyli się jedynie tymi ciemnymi spojrzeniami. Które pierwsze się złamie?
Żadne by tego nie zrobiło, bo akurat ten pierdolony upór miał po niej. Jego ojciec też był uparty, ale w starciu z Marisol szybko kapitulował, chociaż nie było dla niego problemem posunięcie się do rękoczynów. Dla Madoxa już trochę było...
Kurwa.
Przecież zanim on spotkał na swojej drodze Pilar, to tych dobrych emocji było w nim tak mało. One siedziały gdzieś tak głęboko schowane. A później zabrał ją do Medellin i przekonał się o tym, że czasem...
Czasem nawet on był dobry.
Esme w końcu wywróciła oczami, zrobiła krok do tyłu i usiadła na jakimś fotelu zarzucając nogę na nogę.
- To nie ty tutaj dyktujesz warunki gusanito, ale jeśli będziesz grzecznym chłopcem, to nic jej się nie stanie... - urwała i popatrzyła po gorylach, którzy obserwowali ich w pewnej konsternacji. Nikt nie wiedział jakie łączą ich zażyłości, a Lopez patrzył na Madoxa podejrzliwie, właściwie tak, jakby chciał mu rozwalić łeb.
- Zostawcie nas samych... - zarządziła brunetka, ale Lopez otworzył usta, wystarczyło jedno jej spojrzenie i to jak nabrała powietrze w płuca. Przywołała jeszcze do siebie gestem ręki Lopeza, sięgnęła pod jego marynarkę bez żadnego skrepowania i wyjęła jeden z pistoletów, które miał zawieszone pod spodem. Najpierw wskazała nim Madoxowi fotel na przeciwko siebie, a później oparła go sobie na kolanie.
Noriega obejrzał się przez ramię za wychodzącymi gorylami, ale usiadł na przeciwko niej. Mógł jej teraz wyrwać broń? Zdecydowanie. Przyłożyć lufę do skroni i zagrozić, że ją zabije, jeśli nie przyprowadzi mu Stewart.
Mógł.
Ale chyba chciał usłyszeć co miała mu do powiedzenia. Nie spodziewał się słów przeprosin, ani tego, że był dla niej tym najpiękniejszym prezentem.
- Co im powiedziałeś na posterunku? - zapytała.
- Dlaczego ta kobieta miała twoje dokumenty? - odpowiedział pytaniem na jej pytanie.
- Powiedzieli ci to? Dlatego, że jesteś...
- Nie. Tak wywnioskowałem, to była zwykła identyfikacja ciała, jako... jedyna rodzina - przerwał jej od razu Madox, a ona pokiwała głową.
- No tak... Zawsze byłeś dociekliwy Madito - znowu te ciemne tęczówki zawiesiła na jego twarzy.
- Nie mów tak do mnie - warknął.
- Madito?
- Tak.
- A jak mam mówić? Przecież jesteś moim dzieckiem, moim małym Madito...
- I dlatego wpierdoliłaś mnie w ten gnój w Medellin i uciekłaś? Zajebali by mnie tam... - syknął i wyrwał się do przodu, żeby się do niej pochylić, zawisł gdzieś nad tym pistoletem, który trzymała w dłoni.
- Nie zrobili by tego, Rosa by nie pozwoliła... - Madox aż nabrał powietrze w płuca odchylając się do tyłu na tym fotelu.
- Rosa to dziwka - syknął przez zaciśnięte zęby.
- Wiem, ale i tak nie pozwoliłaby zrobić ci krzywdy, ja też nie pozwoliłam, myślisz, że... ten bilet do Kanady to był przypadek? - wbił ciemne tęczówki w jej twarz. Bilet dostał od ciotki Isabell, całe życie wierzył, że to ona go tam skierowała, z daleka od tego gówna, a to... jego matka?
Zerwał się z tego fotela, żeby przejść go dookoła.
- Kłamiesz! - krzyknął, ale Esme tylko wzruszyła ramionami. Wymyślała to na poczekaniu? Czy naprawdę miała z tym coś wspólnego? Nie miał pojęcia. Znowu przeszedł wzdłuż fotela w jedną i drugą stronę.
- Madito ja nigdy nie chciałam dla ciebie źle - tym razem on nic nie powiedział, stanął za fotelem i oparł na nim palce. Przez chwilę patrzyli na siebie w milczeniu, ale w końcu odezwał się Madox.
- To każ im przyprowadzić dziewczynę - syknął i wbił w nią ciemne tęczówki, a ona znów machnęła spluwą wskazując mu fotel.
- To powiedz co powiedziałeś policji... - powiedziała spokojnie.
Godzinę. Tyle zajęło im próbowanie na sobie nawzajem różnych sztuczek, odpowiadanie pytaniem na pytanie i błądzenie w miejscu. Żadne nie chciało się złamać, ani poddać.
Tym razem zrobił to Madox.
- Skoro ta dziewczyna tyle dla ciebie znaczy, to może powinien porozmawiać z nią Lopez... - mówiła spokojnie, a Madox się szarpnął, siedział już tak blisko niej, że to nie było wcale trudne. Wyrwał jej pistolet, ale Esme nawet nie zareagowała. Wycelował w jej ramię, ale ona pochylił się do przodu, przesunęła lufę na swoje serce. Prosto kurwa w serce.
- Zrobię to - warknął Madox, a ona pokiwała głową.
- Zrób Madito… Ale przecież doskonale wiesz, że jeśli mnie zabijesz to nikt was nie obroni, zginiesz najpierw ty, a później ona... I tylko nad moim trupem ktoś zapłacze, bo po tych waszych nie zostanie żaden ślad - wciąż mówiła spokojnie. Ale Madox to wiedział. Doskonale zdawał sobie z tego sprawę. Znowu zerwał się z fotela, znowu stanął za jego oparciem, a spluwę wsunął sobie za pasek.
- Dobrze, powiem ci wszystko, tylko ją tutaj przyprowadź...
Lopez zszedł tylko po to, żeby im zakomunikować, że mają ją wziąć na górę. Sam nie zamierzał się w to mieszać, bo Esme dała mu jasno do zrozumienia, że ma się szykować na przyjazd szefa.
Robił to, w tej swojej jasnej koszuli dopinał ostatnie rzeczy przed powrotem Pablo. Dopiero wystrzał pistoletu, który rozległ się w holu zmusił go do wyjścia. Wypadł na korytarz celując w Stewart. A ona mierzyła w grubego i Juancho na zmianę, mógł ją rozwalić, zanim ona odstrzeliłaby któregokolwiek, albo nawet jeśli by to zrobiła... Jeden z nich padłby trupem, a ona byłaby martwa. Lopez się nie pierdolił, jego palec spoczął na spuście.
Tylko wtedy z salonu wypadł Madox, a za nim Esme.
Noriega od razu wyrwał się do przodu do Pilar, zaraz stał obok niej, w pierwszej chwili oparł palce na jej dłoniach, w których ściskała broń. Ale Lopez nie opuścił spluwy, wciąż celował w Pilar. Więc Madox zaraz wyciągnął też swoją broń zza paska, wycelował w Lopeza. We dwójkę już mieli szansę...
Nie mieli, bo zanim którekolwiek zdołało się zdecydować, coś zrobić, to do holu weszło już kolejnych siedmiu, może ośmiu, uzbrojonych kolesi.
Esme pokręcił głową i wyszła na przód, stanęła przed Lopezem, który automatycznie spuścił spluwę wzdłuż nogi, bez żadnego sprzeciwu.
- Jednak proponuję, żebyśmy porozmawiali Madito… Skoro już twoja przyjaciółka do nas dołączyła - powiedziała patrząc znowu prosto w oczy Noriegi.
Madox się zawahał, ale w końcu skinął głową, w końcu opuścił broń, chociaż wszyscy, oprócz Lopeza wciąż celowali właśnie w nich.
- Bez broni - dodała stanowczo brunetka.
- Nie - od razu wypalił Madox.
- Bez broni - powtórzyła i skinęła głową na Lopeza, który wystawił do nich ręce, po pistolety. Ten swój miał już w kaburze. Noriega trochę się ociągając, ale oddał broń, zerknął na Pilar, żeby też to zrobiła, mocno zacisnął palce na jej dłoni, splótł je ze swoimi. Wrócili do salonu, ale tym razem z obstawą. Tym razem oni we dwoje, na przeciwko Esme, za której plecami stało pięciu kolesi z bronią.
- Odwołaj ich - odezwał się Madox. A Esme parsknęła śmiechem.
- Madito, już wiemy, że twoja towarzyszka jest loca chica i co chiquito mam liczyć na to, że będziesz umiał nad nią zapanować? - znowu parsknęła i usiadła w tym fotelu co wcześniej. Skinęła głową, a zaraz jeden z goryli dostawił im trzeci fotel. Esme spojrzała na jakiś dwóch rosłych zakapiorów, których miała za plecami.
- Ty ostayesh'sya - rzuciła do nich po rosyjsku - reszta wypierdalać - znowu przeszła na hiszpański, ale jeszcze spojrzała na Lopeza, który zaraz ustawił się za jej fotelem. Madox wcale się nie zdziwił, że jego matka mówi w tym języku, bo już u niego w domu mówili czasem po rusku, po angielsku i po włosku, to nie tak, że uczył się tego od podstaw, kiedy przyjechał do Kanady. On po prostu sobie tam pewne rzeczy utrwalił.
- A on? - zapytał Madox patrząc na Lopeza. Nawet na moment nie puścił dłoni Stewart, chociaż pociągnął ją w kierunku fotela, posadził ją na jednym.
- On jest zaufany - powiedziała Esme i obejrzała się do tyłu na Lopeza. Ten nic nie zrobił, jego ciemne oczy wpatrzone były w Madoxa i Pilar - co im powiedziałeś Madito? - zapytała spokojnie, a Madox puścił rękę Stewart, przeszedł znowu z tyłu za fotelami. Musiał jej coś powiedzieć.
- Prawdę - wypalił w końcu - że to nie ty - Lopez zmrużył oczy, łączył fakty? Najprawdopodobniej, przy poprzedniej rozmowie go nie było.
- Skąd wiedziałeś? - zapytała Esme.
- Tatuaż... - Madox przesunął palcami po swoim przedramieniu, a Esme zerknęła na ten tatuaż, który zdobił to jej.
- Ach no tak... w policyjnych aktach nie było o nim wzmianki, ale ty wiedziałeś - mruknęła i skrzywiła się - co im jeszcze powiedziałeś? - zapytała.
- Nic. Przecież nic o tobie nie wiem - rzucił Madox i oparł ręce na oparciu fotela, na którym siedziała Pilar. Esme podniosła na niego wzrok.
- Mam ci wierzyć? - zapytała mrużąc ciemne oczy.
- Nie musisz... Tylko, wypuść nas? - musiał spróbować. Tym razem to Esme zerwała się z miejsca.
- Ma-di-to... - wysyczała przez zęby. Przeszła się wzdłuż fotela, identycznie jak Madox. Stanęła obok Lopeza - co ja mam z tobą zrobić chiquito...
Pilar Stewart
-
Lepiej strzela niż gotuje. Do tego: agresywna, impulsywna i narwana. Niektórzy jeszcze mówią, że dzika. Ogólnie wszystko co złe, to Pilar.
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkiona/jejtyp narracji3 osczas narracjiprzeszłypostaćautor
że kurwa ta impulsywna decyzja, którą podjęła, była po prostu durna.
Przecież oni mieli tutaj od zajebania goryli, w dodatku każdy z nich miał jedną spluwę jak nie dwie. A jednak — Pilar była na tyle głupia, żeby spróbować. Spróbować ich jakoś przechytrzyć i chociaż bez problemu udało się jej to z Juancho oraz grubasem, tak Lopez wparował do holu już zdecydowanie bardziej przygotowany.
Mierzył prosto w nią. Jak się zaraz okazało Juan ze schodów również, bo pierdolony miał kolejną broń schowaną za paskiem spodni. Dwa na jednego. Nie miała szans. Nawet gdyby któregoś odstrzeliła, ten drugi oddałby jej szybciej niż zdążyłaby się odwrócić.
Chociaż Lopez wyglądął, jakby nawet chciał zaryzykować. Poświęcić jednego z własnych ludzi na rzecz tego, by strzelić w Pilar i żeby przestała sprawiać kłopoty. Widziała to w jego oczach, ten brak zawahania i jak położył palec na spuście. Ona też to zrobiła. W jednej sekundzie podjęła decyzję, że jeśli on się odważy, ona również. Bez najmniejszego zawahania.
Tylko wtedy do środka wpadł Madox.
Pilar chociaż trzymała pistolet w dłoni od razu przekręciła głowę. Spojrzała na niego. Na tą kurwa piękną twarz i ciemne oczy, podczas gdy jej serce wręcz wyrwało się do przodu. Boleśnie. Zabolało bardziej niż te wszystkie rany, które teraz zdobiły jej policzki wraz z zaschniętą krwią. Westchnęła z ulgą widząc go w jednym kawałku. Kurwa. Jak dobrze było go widzieć.
Kiedy stanął obok i wymierzył w Lopeza, Pilar od razu poprawiła ustawienie własnej broni i ponownie skupiła się na celu. Nawet nie zastanawiała się, skąd miał broń, ale skoro właśnie mierzył nią w jednego z ludzi Esme, chyba nie do końca się dogadali.
Słuchała uważnie ich wymiany zdań, a kiedy kobieta stanęła pośrodku zamieszania, to właśnie w nią wbiła ciemne spojrzenie. Nie tylko spojrzenie, bo i lufę skierowała jej kierunku. Nie miała zamiaru strzelać, ale jeśli którykolwiek z tych pieprzonych goryli chociaż spróbowałby postrzelić Madoxa, ona ustrzeliłaby ją. Bez mrugnięcia okiem. Tylko zaraz okazało się, że jednak impreza przenosi się do salonu, a oni mieli oddać broń. Spojrzała na Noriegę jak podchodzi do Lopeza i oddaje mu broń. Stewart przez moment się wahała, nie była przekonana do tego wyjścia, ale z drugiej strony wiedziała, że jeśli tego nie zrobi, będzie jeszcze gorzej.
Oddała broń i dała się poprowadzić do salonu, zaciskając mocno palce na sztorskiej, tak dobrze już znajomej sobie dłoni. Nie chciała puszczać go nawet na moment, jakby bała sie, że zaraz znowu go gdzieś zabiorą.
Przewróciła oczami słysząc, jak Esme nazywa ją loca chica. Kurwa, oni byli bardziej do siebie podobni niż im samym się wydawało…
Usiadła na jednym z foteli i również założyła nogę na nogę. Chociaż Pilar wcale nie wyglądała przy tym tak dobrze jak ona. Jej niebieska sukienka była podarta od szarpaniny, miała na sobie ślady brudnej podłogi jak i krwi, która spłynęła po jej twarzy prosto na delokt. Włosy też miała całe zmierzwione, odstawały na wszystkie strony po tym, jak ją za nie szarpali. W porównaniu do Esmeraldy, klasy nie miała za grosz.
Wcale się tym jednak nie przejmowała, bo już w pełni skupiała się na rozmowie, którą toczyli. Nie patrzyła na Madoxa. Całą jej uwagę ściągała kobieta w czerwonej sukience. Próbowała ją rozgryźć. Dowiedzieć się, co siedziało w jej głowie i jaki naprawdę miała stosunek do Madoxa.
Było coś specyficznego w sposobie, w jaki zdrobniała jego imię. Wypowiadała to inaczej niż wszystkie inne słowa. Jasne, można to było zwalić na kwestię akcentu, ale Pilar miała wrażenie, że chodzi o coś zupełnie innego. Była w tym pewnego rodzaju nostalgią, którą próbowała ukryć pod kamienną twarzą.
Nie odzywała się. Wiedziała, że nie powinna. Że to nie było jej miejsce do prowadzenia dyskusji. Ona była tutaj tylko i wyłącznie jako plus jeden Madoxa, zupełnie jak te goryle za jej plecami, z tą różnicą, że Pilar wcale nie miała jak go obronić, a oni mieli wszystko, by w jednej chwili odstrzelić mu łeb.
Naprawdę się starała nie wtrącać. Skupiać na tym, by jedynie zaciskać pięści i wbijać sobie paznokcie w skórę, by jakoś rozładować napięcie, ale kiedy Esme wyrzuciła z siebie to co ja mam z tobą zrobić, to już nie wytrzymała. Wyprostowała się nerwowo.
— Może chociaż raz kurwa być matką, którą przestałaś być już dawno temu? — warknęła, unosząc głos. Goryl na fotelu od razu wymienił spojrzenia z Lopezem, a ten zaś otworzył szeroko oczy, jakby kropki w jego głowie w końcu się połaczyły. Doszedł do jakiś wniosków? Cóż Pilar nie znała odpowiedzi na to pytanie, bo sama gromiła się teraz na spojrzenia z Esmeraldą. — Może zamiast zadawać durne pytania, zainteresowałabyś się co u niego? — kontynuowała. Chciała nawet wstać i ruszyć w jej kierunku, ale z chwilą kiedy drgnęła, goryl na fotelu obok zaraz sięgnął do paska, więc zamiast wstać, jedynie pochyliła się do przodu. — Spróbowała się chociaż kurwa dowiedzieć na jak świetnego człowieka wyrósł, zamiast zastanawiać się czy władować mu kulkę w łeb— nie dbała już o to czy powinna cokolwiek mówić. Pewnie nie powinna, ale kurwa nie mogła już tego słuchać. Tej wymiany pytań, która prowadziła do nikąd. Prowadzili konwersacje jakby byli największymi wrogami, a nie rodziną i Pilar najzwyczajniej w świecie nie potrafiła już tego znieść. Chciała tknąć coś w Esmeraldzie. Chociaż minimalnie ją poruszyć. Żeby poczuła cokolwiek.
Madox A. Noriega