Zdawała sobie sprawę z tego, że Esmeralda będzie chciała jej wcisnąć kit. Że zrobi wszystko, żeby zmanipulować prawdę tak, żeby wzbudzić w Pilar jakiś żal i ustawić sobie ich tak, żeby zaczęli dawać jej informacje, które potrzebowała. Tylko pytanie co ona właściwie chciała? Skoro miała swoich informatorów w Toronto, raczej Madox a tym bardziej Pilar nie mieli w swoich głowach nic, co ona autentycznie by potrzebowała. Może faktycznie chciała spędzić z nim trochę czasu? Podskórnie wiedziała, że nie, ale jej serce nie potrafiło nie położyć na stole również tej opcji. Chciała wierzyć — pewnie złudnie — że gdzieś w środku ona wciąż była
matką. Kobietą, która kiedyś kochała swoje dziecko i chciałą dla niego dobrego życia.
Skinęła przed Madoxem głową, dając znać, że rozumie, ale wcale nie zamierzała odpuszczać. Jeśli nadarzy się okazja i tak będzie mówić, co myśli, szczególnie jeśli będzie się to tyczyć Madoxa. Własnej matki nie miała, ale przecież Esme spędziła z nim dwadzieścia lat, kurwa wychowała go, niemożliwym było, że nie miała w sobie ani krzty tej matczynej miłości. A może po prostu Pilar była taka naiwna.
Podniosła na niego spojrzenie, zaglądając doskonale znajome sobie ciemne oczy.
—
Calma — powtórzyła po nim. —
Wiadomo. Przecież ja zawsze jestem calma — może to nie był odpowiedni czas na żarty, ale co jeszcze miała mu powiedzieć? No postara się. Nie mogła mu obiecać, że nagle będzie się zachowywać jak posłuszny pies, bo ona była na tyle narwana, że czasami najzwyczajniej w świecie po prostu nad sobą nie panowała. Te rzeczy i pewne zachowania wychodziły z niej nim mózg zdążył wydać jakiekolwiek polecenie do ciała. To się po prostu działo. Jednak dla niego i dla dobra sprawy, była gotowa spuścić z tonu.
—
Ale co to znaczy, że ona to Esmeralda? — nie odpuszczała. —
To kim jest Marisol? Przez cały czas miała po prostu dwie tożsamości? Pierdolone rozdwojenie jaźni do tego stopnia, że mówiła osobie w trzeciej osobie przy Rosie, jak wspominała Esmeraldę? Nie mów mi, że nie widzisz, że coś tu się nie zgadza — bo to nie miało sensu. A jeszcze większego sensu nie miała, że chciała upozorować własną śmierć. Zazwyczaj ludzie robili tak, kiedy przed kimś uciekali i chcieli zniknąć, tylko ona wcale nie uciekła. Wciąż mieszkała w tym samym domu. I jak to w ogóle było możliwe, że policja tego nie wyhaczyła? Dwójka Montoyów prowadziła śledztwo i nawet nie wybrali się do tej pieprzonej hacjendy? Nie postawili nikogo przed domem? Aż Stewart pokręciła głową na tą pieprzoną amatorkę. Dopiero kolejne słowa Noriegi wyrwały ją z zamyślenia.
—
Jutro przyjeżdża Pablo — wtrąciła mu się, kiedy powiedział, że nie wie, co dzieje się jutro. —
Ten… ten któremu złamałam jaja powiedział do grubego, że jutro przyjeżdża Pablo. Mówili jeszcze coś… — zacisnęła oczy i odchyliła głowę do tyłu, próbując sobie przypomnieć ich rozmowę z pomieszczenia, kiedy gruby odciągnął Juancho na bok. Była wtedy tak zaaferowana Madoxem, że słuchała ich połowicznie, ale przecież mówili coś o nim. Westchnęła głośno. —
Gruby pytał się drugiego, czy myśli, że ty to ktoś, nie wiem kto, a tamten powiedział, że Pablo się wkurwi. Tylko tyle — skrzywiła się, bo nie była pewna, czy to finalnie cokolwiek wyjaśniło. Raczej nie. Bo przecież mogli mówić o kimkolwiek. Szczególnie że Madox nie znał podobno Pablo, wiec… z jakiego przypadku miało go wkurwić cokolwiek z nim związanego? No chyba, że Noriega znowu ukrywał coś przed Pilar o czym nie miała pojęcia.
—
Zapytam to tylko raz i oczekuje szczerej odpowiedzi — musiała to zrobić. Nie miała zamiaru znowu być wzięta z zaskoczenia. Uniosła na niego spojrzenie. —
Masz coś wspólnego z Gonzalesem? — bo jeśli miał, to był moment, w którym powinien jej powiedzieć. Wyjaśnić. Nie miała zamiaru dowiadywać się tego przy stole od Esme albo co gorsza jeszcze później, jak już wszystko się wyjebie. Była po jego stronie i nie zamierzała go oceniać, nawet jeśli brał udział w jakimś pieprzonym handlu bronią, ale chciała wiedzieć. Już i tak przymykała oko na to co robił w piwnicy w Emptiness. Nigdy go za to nie oceniała.
Obserwowała uważnie, jak zajął miejsce tuż obok niej i zaczął rozprawiać o tym, że mogą wiedzieć, że Pilar u niego mieszkała. Zastanawiała się, czy wiedzieli też o Daltonie. W sumie wystarczyło mieć jednego kreta na komisariacie i tak naprawdę Esme mogła wiedzieć o wiele więcej, niż się im wydawało. Ale może nie było to aż na taką skalę.
Uniosła wysoko brew, kiedy Noriega zaczął ściągać z palca pierścionek, by już po chwili wcisnąć go na jej palec.
—
Tak właśnie mi się oświadczasz? — prychnęła żałośnie i pokręciła głową. —
Mało oryginalnie — bo przecież wszyscy oświadczali się sobie w zamkniętym na cztery spusty pokoju pierdolonej meksykańskiej mafii, zaraz przed tym, jak mieli iść na kolacje z przyszłą teściową, która była pierdolnięta. Faktycznie
mało oryginalnie. Podniosła dłoń do twarzy, przyglądając się uważnie startemu pierścionkowi, który teraz zdobił jej palec. Był luźny, jednak nie tyle, by spaść. Przewróciła oczami na wspomnienie o Rosie.
—
Świetnie, czyli teraz będę Rosą dwa zero — cmoknęła i opadła plecami na łóżko, wtapiając się w
nawet wygodny materac. Spojrzenie wbiła w sufit i już chciała pytać, czy zdradzić też go powinna zaraz przed, ale w ostatniej chwili ugryzła się w język. —
Pierwsze spotkanie z teściową, a już kilka razy prawie miałam wyładowaną kulkę w łeb — rzuciła, wplatając palce we włosy i przymykając na moment oczy. Wciąż nie mogła uwierzyć w to, jak bardzo pomyliła się względem matki Noriegi. Jak głupio myślała, że znajdą ją w jakimś biednym domu, gdzie wiedzie spokojne, ciche życie.
Idiotka.
—
Ochrona mi się podoba — odezwała się po chwili, kiedy Noriega ustawiał jej historię życia, którą Esmeralda mogła w jednej sekundzie wyśmiać, znając całą prawdę. —
Pewnie obstawiam jakieś zajebiste koncerty — to już sobie dodała, tak, żeby dodać nieco koloru tej historii. Im więcej szczegółów tym lepiej. Chociaż kiedy Madox oznajmił, że po prostu miała jej mówić wszystko, co chciała usłyszeć Stewart przewróciła oczami.
—
Czyli po prostu mamy tańczyć tak jak nam zagra i liczyć, że tym ją udobrychamy? To jest nasz plan? — podniosła głowę, żeby na niego spojrzeć. Ale chyba dokładnie tak, taki był plan. Bo lepszego nie mieli. Ba, żadnego innego nie mieli. Musieli odegrać przedstawienie, a skoro tak… —
Dobrze więc — zerwała się z miejsca, wstając z łóżka. Szybko przetarła twarz dłońmi, jakby chciała tym gestem przywołać się do porządku i założyć jakąś maskę. —
W takim razie trzeba się ogarnąć na tą kolacje — spojrzałą w dół na swoją sukienke. Była cała postrzępiona, a do tego w krwi, której kolor zmienił się z czerwonego na bordowy. —
Może są tu jakieś ciuchy… — odwróciła się na pięcie i zaraz to ona grzebała w szafkach. Nie było tam za dużo, jakieś pierdoły. Dopiero w wielkiej drewnianej, tuż przy drzwiach do łazienki znajdowało się kilka sukienek. Przejrzała je na szybko. Rozmiar wydawał się raczej okej.
—
Czarna? — chwyciłą pierwszą, dłuższą, prawie do kostek z odsłoniętymi ramionami i przystawiła do ciała, prezentując się Noriedze, po czym ściągnęła z wieszaka kolejną. —
Czy czerwona? — była mniej dopasowana, bardziej zwiewna, szczególnie od pasa w dół. —
No chyba, że ta — ostatnią do której się dorwała była biała w czerwone róże. Ją również przystawiła do brody i spojrzała na Madoxa. Sytuacja wcale nie była ciekawa, ale skoro mieli tutaj jakąś rolę do odegrania, to nie pozostało im nic innego, jak to po prostu zrobić. Nawet jeśli woleliby wylegiwać się nad basenem w willi z widokiem na całe Acapulco.
Madox A. Noriega