-
miał być cichy, niewidoczny, w końcu balansuje na granic między kokainą na złotych tacach i bronią ukrytą pod drogimi marynarkami, a kajdankami i odznaką przy pasku... a jednak tak bardzo rzuca się w oczy, że trudno go nie zauważyć, z tymi jego tatuażami, z tymi kolorowymi koszulami, złotymi łańcuchami na opalonym karku i... niewyparzoną gębą
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkinietyp narracjitrzecioosobowaczas narracjiprzeszłypostaćautor
- Ja w ogóle ich nie mam... jeszcze. Ma je Peach, bo mi zamókł telefon i ona robiła je swoim, długa historia... - tym razem on machnął ręką, bo to też nic nowego nie wnosił do ich sprawy. No nie licząc tego, że nie miał tych zdjęć na telefonie, który im oddał. Tam nie miał praktycznie nic. Bo to był kolejny nowy telefon. Ale nie ważne, mieli teraz inne problemy, jak na przykład to, że po wyjściu stąd wytatuują sobie kwiatuszka. Chociaż to nie był akurat problem, a przynajmniej nie dla Madoxa, bo on tych kwiatuszków miał kilka, w różnych miejscach, na szyi, albo na ręce.
- Dobra, ale ja wybieram wzór, coś słodkiego, żeby było śmiesznie jak się rozbierzesz... - no tak, bo kwiatuszek bardziej nie pasował jej, niż jemu... ale w zasadzie to coś w tym było. Złapał jej spojrzenie w lustrze, ale tylko na moment, bo zaraz to już zmywał te resztki krwi, z włosów, po czym wytarł je ręcznikiem. Znowu te złote litery E i róże... Jak na tej chusteczce, którą miał w kieszeni, nawet przez moment chciał do niej sięgnąć, ale jeszcze tego mu brakowało, żeby zaraz Pilar mu wyrzuciła, że on chce się naćpać w takim momencie. Obserwował Stewart, kiedy prała jego koszulę, bo w zasadzie to go to trochę urzekało, że kurwa, ona to nawet koszulę dla niego, mu, prała. Powiódł za nią spojrzeniem do kaloryfera.
- Skoro nas zaprosiła, to może dadzą coś dobrego - rzucił, chociaż nie był tego taki pewny, co w ogóle je się na kolacji u matki, która jest królową jakiejś meksykańskiej mafii? Opcje były różne, od empanady, po jakąś czarną polewkę, albo wino w czaszkach jej wrogów. Z tym ostatnim to chyba przesada, chociaż... kto ją tam wie.
- Pewnie mają, kto wykarmiłby tylu goryli? Chyba, że oni gotują, może gruby? - spojrzał na Pilar unosząc jedną brew - chociaż grubas na kucharza to trochę ryzykowne - chciał sobie zażartować, zanim jeszcze się w nią wtulił, oczywiście ignorując jej sińce, no bo... oni jakoś nigdy na to nie zwracali uwagi, na żadne rany. Chociaż zaraz osadził na jej skórze ciepły oddech, kiedy oparł o jej brzuch szorstki policzek.
- Bo my chyba za bardzo lubimy ryzyko Pilar... - mruknął, ale kiedyś już jej to mówił, dawno, dawno temu, w klubie - ja walnę jakąś głupotę, a ty zaraz w to wchodzisz, albo ty coś powiesz, a ja, że świetnie, a potem lądujemy na takiej kolacji... - już się zaczął nakręcać, ale takie były fakty. Że on by wszedł we wszystko co ona by mu powiedziała, a ona w to co on jej, nawet jeśli by wiedzieli, że idą na kolację do mafii, to pewnie tylko by się siebie nawzajem zapytali w co się ubrać.
Dopiero kiedy powiedziała o swojej matce, to drgnął pod jej palcami, chociaż jej dotyk był tak cholernie przyjemny, kojący, te paznokcie sunące po skórze.
Podniósł głowę, żeby na nią spojrzeć.
- Szukałaś jej kiedyś? - zapytał, bo w policji przecież to było... łatwiejsze.
Może nawet powiedziałby coś jeszcze, bo już nawet otworzył usta przesuwając opuszkami palców po nagiej skórze na jej biodrze i odchylając się od niej, żeby złapać jej spojrzenie, tylko, że już drzwi do pokoju się otworzyły, a w tych łazienkowych zaraz stanął Lopez.
- Długo jeszcze? Esme już czeka - warknął i obrzucił ich spojrzeniem - czekam przy drzwiach - wyszedł, ale nawet nie zamknął drzwi, nie było słychać trzaśnięcia.
Madox wstał, ale jeszcze złapał Pilar za rękę, jeszcze zatrzymał ją w miejscu.
- Te amo - wyszeptał patrząc jej w oczy. Tym razem, to on poczuł, że musi jej to powiedzieć. Bo kurwa. Naprawdę nie było wiadomo co się może wydarzyć na tej kolacji. Jeszcze raz musnął wargami jej pełne, gorące usta. A zaraz już zakładał na siebie wilgotną koszulę i zapinał guziki. Pomógł jej z zapięciem sukienki i tym razem, o dziwo, poszło mu sprawnie. Bo teraz trzeba było podejść do tego na chłodno, na spokojnie.
- Calma - jeszcze rzucił bezgłośnie, kiedy już wychodzili z tego pokoju, trzymając się za ręce. Lopez stał przy drzwiach oparty o ścianę, a za nim dwóch goryli. Świetnie, teraz będą ich prowadzać we troje. Ale trójce pewnie daliby radę... Gorzej, że ich w tym domu była cała armia.
- A co na kolację? Ty zjesz z nami? Esme cię chyba lubi... - oczywiście, że Madox zagadywał Lopeza, tylko, że ten nie odezwał się nawet słowem. Nawet mu kurwa powieka nie drgnęła na żadne z tych pytań...
- Ruchasz ją? - wypalił, nagle, idący za nimi goryle nie zrozumieli, albo nie dali nic po sobie poznać. Ale to byli ci ruscy, a Noriega nawijał po hiszpańsku. Lopez za to zrozumiał, aż kurwa za dobrze, bo odwrócił się gwałtownie, aż Madox w pierwszym odruchu szarpnął za siebie Pilar.
- Zamknij mordę... bo mnie wkurwiasz - wysyczał przez zęby i przyspieszył kroku. Madox za to obejrzał się tylko na Pilar przyciągając ją bliżej do siebie. Jakby nie ruchał to by się tak obruszył? Może i tak...
A może coś było na rzeczy?
Ale Madox się zamknął, zresztą Lopez już otworzył przed nimi drzwi tej głównej jadalni, w której Madox był wcześniej. Wszędzie róże, a na środku stół z chyba dwunastoma krzesłami. Ale tylko trzy nakrycia na samym końcu. Czyli jednak Lopez nie zje z nimi. Na środku siedziała Esme w nowej sukience, też białej... w czerwone kwiaty.
Kurwa.
Miała w tamtym pokoju kamerę? Czy to był kolejny pierdolony zbieg okoliczności.
- Wreszcie - odezwała się i zaraz poklepała miejsce po swojej prawej stronie - Madito tutaj - mieli z Pilar miejsca na przeciwko siebie. A stół był szeroki. Specjalnie, żeby nie mogli sobie dawać jakiś sygnałów, chyba, że kopniakiem licząc na to, że Esme nie zauważy. Kolacja leżała już na półmiskach. Wyglądała wybornie, kolumbijskie dania, sancocho, arepas, empanady, patacones, pandebono i te buñuelos, na które Madox tak liczył. Aż mu zaburczało w brzuchu, bo mogli siedzieć na gangsterskiej kolacji, ale... to było kolumbijskie żarcie. Nie dało się inaczej.
Pilar Stewart
-
Lepiej strzela niż gotuje. Do tego: agresywna, impulsywna i narwana. Niektórzy jeszcze mówią, że dzika. Ogólnie wszystko co złe, to Pilar.
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkiona/jejtyp narracji3 osczas narracjiprzeszłypostaćautor
Ale to właśnie było dokładnie tak, jak mówił: lubili ryzyko. Jedno godziło się na wszystko, co proponowało drugie. Nawet jeśli to zwiastowało kłopoty. Nawet jeśi mieli skończyć na kolacji z kobietą, która mieszkała pod jednym dachem z największym meksykańskim mafiozo. A może to ona nią była? Kobiety i ich rola bardzo często bywały niedoceniane w tego typu scenariuszach, a po tym jak Esme zachowywała się wcześniej, Pilar wcale by się nie zdziwiła, gdyby to ona za wszystkim stała. Z deszczu pod rynnę. Albo to ona w ogóle powodowała ten deszcz. Bo Stewart jakoś nie chciało się wierzyć, że z Medellin uciekła bo się bała. Bo była jedynie przerażoną żoną i matką.
Chociaż Esmeralda przynajmniej zdążyła wychować swoje dziecko, nim je zostawiła. W przeciwieństwie do matki Pilar, która zaraz po porodzie wyjebała ją na wycieraczkę. Ta to dopiero uciekła bez najmniejszego wyjaśnienia. Spojrzała w dół, łapiąc ciemne spojrzenie Madoxa, gdy spytał, czy kiedykolwiek próbowała jej szukać.
— Tak, ale to nie jest takie proste — westchnęła, wciąż przyglądając mu się uważnie, podczas gdy jej dłonie głaskały jego nagą, rozgrzaną skórę. — Madox, ona mnie oddała zaraz po porodzie. I to nawet nie oddała, tylko zostawiła na wycieraczce, zawiniętą w jakieś szmaty — nie lubiła o tym mówić. Starała się nie robić tego wcale. Może dlatego spokojnie pod policzkiem mógł poczuć jak się spięła na samą myśl. — Nie ma po niej nawet imienia. Szpitale nie prowadziły jeszcze wtedy tak zaawansowanej dokumentacji medycznej. Próbowałyśmy z Hele… Infromatyczką z komendy włamać się kiedyś do szpitala, żeby wykraść dane kobiet, które rodziły w tamtym czasie, ale tego jest za dużo. I to jest dosłownie jedyny punkt zaczepienia — wzruszyła ramionami. Chciała znaleźć swoją matkę, naprawdę chciała… chociażby, żeby zapytać się jej czemu jej nie chciała, ale to wcale nie było takie proste. Nie było nic. Ani jednej, jebanej poszlaki. Mogło się nawet okazać, że nie rodziła w szpitalu w Toronto tylko gdzieś na obrzeżach, może nawet nie w szpitalu, bo taka opcja też przecież istniała. Tego po prostu nie dało się zrobić.
Chciała mu o tym powiedzieć, że to wcale nie było proste, tylko wtedy w pomieszczeniu pojawił się Lopez. Stewart aż się wzdrygnęła słysząc jego głos, a potem przewróciła oczami, kiedy kazał im się pośpieszyć. Już minęło pół godziny?
Niechętnie odsunęła się od Noriegi i poszła ubrać. Sukienka leżała idealnie. Była dopasowana w pasie i przy dekolcie, a wszystko poniżej było luźne i zwiewne. Gdyby nie szła właśnie na kolacje z mafią, można by pomyśleć, że wybierała się na miasto świetnie się bawić. Poprawiła włosy tyle ile dała radę, po czym złapała Madoxa za rękę, splatając ich palce ze sobą.
Ruszyli długim korytarzem, tuż za Lopezem, pomiedzy ruskimi gorylami. I niby mieli być calma, niby Madox sam mówił, żeby się nie wychylać, a zaraz sam wkurwiał Lopeza durnymi pytaniami. Wiedziała, że to się tak skończy, chociaż kiedy ochroniarz odwrócił się energicznie, Stewart myślała, że to już teraz poleje się krew. Całe szczęście ten tylko zacisnął dłoń w pięść i ruszył dalej. Posłała Noriedze wymowne spojrzenie, żeby się kurwa zachowywał i stosował do tego, co sam wcześniej ustalił. Co oczywiście nie zmieniało faktu, że zaraz potem uśmiechnęła się pod nosem. Oczywiście, że Lopez pieprzył Esme. A jak nie pieprzył, to na pewno się w niej kochał, ale nikt normalny nie reagował w taki sposób. Coś zdecydowanie było na rzeczy.
Jadalnia była ogromna. Ściany zdobiły przepiękne, ręcznie malowane obrazy, a na każdym obecnym w pokoju meblu leżały róże. Masa róż. Zupełnie jak te na sukience Pilar… i Esme.
Kurwa.
Gorzej chyba nie mogli wybrać.
Złapała w płuca więcej powietrze i zacisnęła mocniej palce na dłoni Madoxa. Ruszyli wzdłuż długiego stołu i chociaż mieli do pokonania może z marne dwa metry, tak Pilar miała wrażenie, że ta droga dłużyła się w nieskończoność. A to wszystko z ciemnym, wwiercającym się w nich spojrzeniem Esmeraldy. Aż chłodny dreszcze przeszedł po jej plecach.
Puściła jego dłoń dopiero, kiedy kobieta oznajmiła, że Madito miał usiąść po jej prawej. Posłała mu przelotny uśmiech, a zaraz potem obeszła stół za jej plecami i zajęła miejsce po drugiej stronie.
Stół był przepięknie zastawiony, a na nim same kolumbijskie potrawy. Pilar poznawała większość z nich z Medellin, a zapach jaki unosił się dookoła był obłędny. Przez moment naprawdę szło zapomnieć, że byli na kolacji z diabłem. Dopiero kiedy przeniosła na nią spojrzenie, wróciła na ziemię. Nie zabrała się za jedzenie. Domyśliła się, że pewnie trzeba poczekać na jakieś pozwolenie? W końcu wszystko tu miało być na jej zasadach.
— Piękna sukienka — odezwała się w końcu, nie mogąc już znieść tej nagłej, dziwnej ciszy. Do tego wymalowała uśmiech na własnej twarzy i opierając się o krzesło, przyjrzała się Esmeraldzie.
Madox A. Noriega
-
miał być cichy, niewidoczny, w końcu balansuje na granic między kokainą na złotych tacach i bronią ukrytą pod drogimi marynarkami, a kajdankami i odznaką przy pasku... a jednak tak bardzo rzuca się w oczy, że trudno go nie zauważyć, z tymi jego tatuażami, z tymi kolorowymi koszulami, złotymi łańcuchami na opalonym karku i... niewyparzoną gębą
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkinietyp narracjitrzecioosobowaczas narracjiprzeszłypostaćautor
Już miał pytać skąd w ogóle Pilar to wie, ale wyjaśniła, że od Rosy, dobra, machnął na to ręką, bo rzeczywiście nie mieli na to czasu. Ale to świadczyło tylko o jednym, że Madox musiał się trochę bardziej pilnować. Bardziej zwracać uwagę na to, kto przesiaduje w jego klubie, albo kto może tam na kogo się natknąć. Ale teraz i tak już nie mógł nic zrobić na odległość, teraz musiał się zająć Meksykiem, chociaż kiedy Pilar opowiadała o swojej matce, to on od razu zastanawiał się, co mogła zrobić w takiej sytuacji, żadnych danych, żadnych informacji. Nabrał powietrze w płuca.
- A pytałaś w sierocińcu? - bo on by tak zrobił, bo Madox to zawsze lubił szukać czegoś u źródła, chociaż może szpitale też były dobrą opcją. Przesunął palcami po jej plecach, kiedy się spięła, zdawał sobie sprawę, że jest to dla niej trudny temat, ale jeśli nie z nim, to z kim miała o tym rozmawiać? Nawet chciał jej coś powiedzieć, że powinna jeszcze spróbować szukać w sierocińcu, bo może jednak jej matka tam coś zostawiła, przy niej, cokolwiek...
Ale wtedy do łazienki zajrzał już Lopez, ten to kurwa miał wyczucie czasu. Ale prawda jest taka, że Madox je zupełnie stracił, on przy Pilar zawsze je tracił, bo mógłby z nią siedzieć w tej łazience dziesięć godzin, kiedy jej palce sunęły po jego skórze, a on przytulał policzek do tej jej, ciepłej, gładkiej, o tej znajomej mu już doskonale fakturze.
Tym razem nie mieli nawet dodatkowych pięciu minut. Może dwie, żeby zarzucić na siebie te ciuchy, zanim ruszyli za Lopezem. Specjalnie go denerwował, specjalnie zadawał mu takie pytania, musieli mieć cokolwiek, a chyba to, że Lopez ruchał Esme, albo chociaż... darzył ją jakimiś uczuciami, czymś takim było? Mocniej zacisnął palce na ręce Pilar, bo w razie jakiejś wpadki, może mogą coś z tym zrobić? Tylko ciekawe jak sama Esme podchodziła do Lopeza, ale kiedy wyciągała mu broń spod marynarki żadne z nich nie było skrępowane, coś musiało być na rzeczy.
Madox jeszcze zerknął na Lopeza, który został przy drzwiach, w obstawie dwóch goryli, ale zaraz usiadł na tym wskazanym miejscu. Obrzucił spojrzeniem stół, ale ciemne tęczówki spoczęły na jego matce, miał się odezwać, dołożyć jeszcze do pieca pytaniem, czy Lopez nie usiądzie z nimi, ale odezwała się Pilar, Madox złapał jej spojrzenie.
Esme też odwróciła się w jej kierunku, uśmiechnęła się, miło, albo grała kurwa taką miłą. A przynajmniej tak od razu pomyślał sobie Madox.
- Twoja też jest piękna, te róże robią taki klimat... - powiedziała łagodnie, ale zaraz zwróciła się w kierunku Noriegi - Madito nie przedstawiłeś mi swojej... przyjaciółki - rzuciła z wyrzutem, ale takim delikatnym, jakby Madox popełnił jakąś gafę, drobna wpadka, którą przecież gotowa była mu wybaczyć.
- Narzeczonej - wypalił od razu, a zaraz zerknął na Stewart. Jak to miało być? - Megan, ma na imię Megan - powiedział, a Esme skinęła głową, założyła za ucho ciemne kosmyki. Ona naprawdę w tej kwiecistej sukience, wyglądała jakoś tak... sympatycznie. Zaraz się nawet takim tonem zwróciła znowu do Pilar.
- Ładnie, Megan, skąd pochodzisz? Dobrze mówisz po hiszpańsku, myślałam, że masz jakieś latynoskie korzenie - podparła łokcie na stole pochylając się w kierunku Stewart. Ale zaraz udała, na pewno udała, bo kurwa ona cały czas grała, zakłopotaną.
- Och, pewnie jesteście głodni, częstujcie się. Madito buñuelos, twoje ulubione, w cukrze z cynamonem - nawet wystawiła w jego kierunku koszyczek z tymi buñuelos, a Madox aż przełknął ślinę. Chwilę walczył z tym, żeby jej nie odmówić, ale nie umiał, no nie tego akurat. Sięgnął po dwa, które wpakował sobie do buzi, były za-je-bi-ste. Takie jak pamiętał z dzieciństwa.
- Sama robiłam - Esmeralda znowu się uśmiechnęła, a później wystawiła je w kierunku Pilar - Megan spróbuj - sama też wzięła jednego i zjadła go w dwóch gryzach. Przynajmniej wiedzieli, że nie są zatrute...
Pewnie dlatego Madox sięgnął po kolejne dwa. Esme znowu się uśmiechnęła.
- Właściwie przygotowałam je dla Pablo, ale zrobię jutro nowe, na świeżo, skoro dzisiaj mam takich wyjątkowych gości... - powiedziała jakby nigdy nic i nałożyła sobie na talerz empanady, żeby ich zachęcić. Znalazła się wzorowa gosposia.
- Jakiego Pablo? - rzucił Madox, chociaż przecież wiedział, już sobie doskonale zdawali sprawę jakiego.
- Mojego męża - powiedziała, znowu tym przemiłym tonem, a Madox aż się zakrztusił tym buñuelos, ale też zrobił to specjalnie, bo nie był ani odrobinę zaskoczony - popij sobie Madito - podsunęła mu czerwonym paznokciem kieliszek z wodą, a Madox rzeczywiście go podniósł żeby się napić. Esme w tym czasie spojrzała znowu na Pilar.
- A wy Megan kiedy zamierzacie się pobrać? Może mogę liczyć na zaproszenie? - Madox pokręcił głową, co oczywiście nie umknęło uwadze Esme, skrzywiła się i utkwiła w nim ciemne tęczówki. No ale na co ona kurwa liczyła?
Że zaproszą ją na ślub? Nieistniejący swoją drogą.
Pilar Stewart
-
Lepiej strzela niż gotuje. Do tego: agresywna, impulsywna i narwana. Niektórzy jeszcze mówią, że dzika. Ogólnie wszystko co złe, to Pilar.
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkiona/jejtyp narracji3 osczas narracjiprzeszłypostaćautor
Matka Madoxa chociaż pozostawiła po sobie ślady, nawet nie było to trudne, żeby ją tu znaleźć, ale Pilar raczej nie miała tyle szczęścia. Raczej musiała się pogodzić z tym, że nigdy nie spotka kobiety, która ją urodziła. No chyba, że wszechświat kiedyś postanowi się zlitować, jednak szczerze w to wątpiła.
Tak jak wątpiła w szczere intencje Esmeraldy względem ich dwójki. Za nic nie kupowała tego szczerego uśmiechu, który miała wymalowany na ustach odkąd tylko pojawili się w jadalni. Może jeszcze gdyby Stewart nie widziała jej wcześniej w salonie, jak bez zawahania przywaliła grubemu ani jak warczała na swoich goryli, uwierzyłaby, że Esme miała w sobie jakieś pokłady sympatii. Teraz jednak była przekonana, że to było po prostu piękne przedstawienie. W którym i oni dostali swoje role.
Skinęła grzecznie głową, gdy pochwaliła jej sukienkę. Faktycznie się jej podobał fakt, że wyglądały praktycznie identycznie? Czy może doceniła gust? Stewart nie miała zamiaru się w to wgłębiać, szczególnie że zaraz Madox został poproszony, by przedstawić jej swoją przyjaciółkę.
Kiedy pomieszczenie wypełniło słowo narzeczona, wzrok kobiety praktycznie od razu powędrował na dłonie Pilar. Oczywiście, że szukała pierścionka. Zaskoczyli ją? Możliwe, bo kiedy zobaczyła niewielkie M zdobiące palec Pilar uniosła delikatnie brwi. Stewart w tym czasie wymieniła ze swoim przyszłym mężem porozumiewawcze spojrzenie. Dobrze że dał jej ten pierścionek. Chociaż z imieniem mogli się jednak bardziej postarać.
Źle brzmiało to Megan w jego ustach. Nienaturalnie. Jakieś kompletnie pozbawione emocji, jakby wypowiadał je po raz pierwszy w życiu, nijak miało się do sposobu, w jaki układał na ustach to jej prawdziwe. Właściwie nikt nie wypowiadał go tak ładnie, jak Noriega. na ten moment jednak musiało im wystarczyć Megan. Szczególnie że zaraz mogło się okazać, że Emse doskonale wiedziała, że kłamią i tylko ich sprawdzała.
Wyprostowała się na pytanie o pochodzenie. No tak. Megan kompletnie nie pasowało do jej koloru skóry ani ciemnych
— Z bidula — rzuciła krótko, przyglądając się jej uważnie. — Zostałam oddana do sierocińca zaraz po narodzinach — jeśli chcieli być wiarygodni w swoich kłamstwach musieli ograniczyć ich produkcje, by przypadkiem się gdzieś nie wywalić. Akurat z tym Pilar wcale nie musiała kłamać, zmyślać historii całej rodziny. Dlatego też podzieliła się z Esme kawałkiem prawdy. Chociaż kolejne słowa akurat mogła zostawić dla siebie. — Także moja matka też mnie zostawiła. Z tą różnicą, że od urodzenia — wzruszyła ramionami. Obiecała Madoxowi, że będzie calma, ale to przecież nie znaczyło, że nie mogła rzucić małą złośliwością od czasu do czasu. Szczególnie, że mowa była o jej n a r z e c z o n y m. Miała prawo mieć jej za złe to, co zrobiła Madoxowi.
Uniosła brew w górę na wieść, że Esmeralda sama robiła buñuelos. Ciekawe kiedy. Czy było to przed tym jak jej goryle mierzyli do nich bronią, czy może już po tym, jak zamknęła ich w pokoju z kratami. Nie spytała jej o to. Zamiast tego poczekała aż Noriega zgarnie kilka sztuk, a po chwili sama wzięła dwa. Były zatrute? Nie były, bo Esme sama zjadła jeden, więc i Pilar spróbowała. I kurwa. Były pyszne. Co do tego akurat nie było wątpliwości.
— I jak, Megan? — dopytała po tym, jak Pilar nie wyraziła swojej opinii. — Co myślisz o moich buñuelos? Madito zawsze je uwielbiał — spojrzała na niego przelotnie z czułością, jednak zaraz wróciła uwagą do Stewart.
— Zajebiste — powinna stonować z językiem? Może i wypadało, ale Esmeralda zachichotała na jej odpowiedź, więc chyba nie było jednak takiej potrzeby.
— Mogę cię nauczyć, jak się je robi — zaproponowała, a Pilar tylko zamrugała kilkakrotnie. Kto by pomyślał, że siedzieli przy stole z tą samą kobietą, która jeszcze pół godziny temu groziła im postrzałem prosto w nogę, nieodwracalnie, żeby przypadkiem nie mogli uciec, a teraz zapatrywała się na wspólne gotowanie. Cyrk na kółkach.
— Chętnie — cyrk, w którym Pilar postanowiła wziąć udział. W końcu i tak będą się zwijać zaraz po kolacji, nie będzie czasu na naukę gotowania. Chociaż akurat Stewart przydałoby się podszkolenie. Nawet w głowie pojawiła się jej taka pojedyncza myśl, że niezależnie od tego jak pojebana była ta sytuacja, faktycznie chciałaby się nauczyć robić buñuelos dla Noriegi. Ale może nie od niej?
Spięła się, kiedy padł temat Pablo. Ciekawe czy Pablo w świetle prawa był mężem Esmeraldy czy może Marisol? W nekrologu było napisane, że była przecież działaczką Guadelupe, ale również matką i żoną. Chodziło o przeszłość w Medellin? Czy może tutaj wiodła kolejne życie? Rzuciła przelotnie spojrzeniem na Madoxa, który zaczął się dławić. Tak się nim zaaferowała, że prawie przegapiła pytanie o plany na ślub, które padło w jej kierunku.
— W Maju — rzuciła pierwszym lepszym miesiącem, jaki przyszedł jej do głowy. Był to termin wystarczająco daleki, żeby Esme znowu zapomniała o swoim dziecku, a na tyle bliski, żeby był wiarygodny. Poza tym, Stewart zawsze lubiła wiosnę. Lato też było super, ale to właśnie na wiosnę wszystko pięknie kwitło w Toronto i robiło się mniej szaro. Chociaż może… — Oczywiście, że możesz liczyć na zaproszenie. Wesele będzie w Medellin — dodała powoli, uważnie przyglądając się każdej jej reakcji. Dalej chciała przyjechać? Na pewno kurwa, szczególnie kiedy cała rodzina stamtąd chciała ją ukatrupić. Może po tym odechce się jej brać udziału w całym przedsięwzięciu. I chociaż na tym mogła zakończyć, spojrzała na Madoxa i uśmiechnęła się z udawaną ekscytacją. — Może moglibyśmy posadzić mamusie w pierwszym rzędzie pomiędzy ciotką Katheriną a wujem Diego? — rzuciła z entuzjazmem. Zdawała sobie sprawę, że stąpała po kruchym lodzie, ale to przecież ona zaczęła. Bawiła się troskliwą matkę, którą nie była, więc skoro tak chciała się bawić, to czemu by tego nie pociągnąć? Ciekawe kto pierwszy się złamie. Poza tym, Megan przecież równie dobrze mogła nie mieć pojęcia jakie stosunki miała jego matka z Medellin i mówić to kompletnie nieświadomie, prawda?
Madox A. Noriega
-
miał być cichy, niewidoczny, w końcu balansuje na granic między kokainą na złotych tacach i bronią ukrytą pod drogimi marynarkami, a kajdankami i odznaką przy pasku... a jednak tak bardzo rzuca się w oczy, że trudno go nie zauważyć, z tymi jego tatuażami, z tymi kolorowymi koszulami, złotymi łańcuchami na opalonym karku i... niewyparzoną gębą
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkinietyp narracjitrzecioosobowaczas narracjiprzeszłypostaćautor
Zaraz się o tym przekonał, kiedy Stewart w odpowiedzi na pytanie jego matki, od razu odpowiedziała zaczepką. Ciemne tęczówki spoczęły na jej twarzy, ale nawet brew mu nie drgnęła, może tylko klatka piersiowa uniósł się szybciej, kiedy nabrał w płuca powietrze. Może tylko źrenice na moment się rozszerzyły, jakby chciał na ustach ułożyć to słowo... loca, ale tego nie zrobił.
Esme patrzyła na Stewart, a jej twarz się zmieniła, smutna maska, którą przybrała sprawiła, że tym razem Madox strzelił oczami, pochylił się delikatnie nad stołem, żeby może to ukryć. Ale to był błąd, bo Esmeralda zaraz sięgnęła do niego ręką, dotknęła jego wciąż jeszcze wilgotnych włosów.
- Ale przecież ja nie zostawiłam mojego chiquito... - zaczęła, ale Madox odskoczył od niej jak oparzony, szurnął krzesłem odsuwając się.
- Co ty pierdolisz... - warknął, i chyba tyle z jego bycia calma też. Ale posadź tą narwaną dwójkę na kolacji z jakąś szefową meksykańskiej mafii, no to czego innego się tutaj spodziewać?
- Madito przecież wiesz, że twój ojciec... - znowu zaczęła, ale Madox pokręcił głową.
- Skończ... - rzucił tylko i zapadła ta chwila niezręcznej ciszy. Wtedy na ratunek przyszły im pyszne buñuelos, które miały być dla Pablo, więc Madox za jebany punkt honoru wziął sobie, żeby zjeść je wszystkie, nawet jakby miał go boleć brzuszek...
Esmeralda zachowywała się jak wzorowa pani domu, kurwa cudowna przyszła teściowa, która nawet chciała nauczyć Pilar robić buñuelos, bo przecież Madito je uwielbiał. Aż go zemdliło. Ale to na pewno nie buñuelos, których zjadł już chyba dziesięć.
- Zajebiście, po to właśnie tutaj przyjechaliśmy, żeby Megan - już miał na języku Pilar, ale mózg w porę zareagował - nauczyła się od ciebie robić buñuelos - mruknął, ale w końcu sięgnął po jakąś empanadę, żeby sobie zamknąć nią usta. Bo miał to rozegrać na spokojnie, a w nim od tego całego przedstawienia zaczynało się gotować. A już kiedy powiedziała o tym Pablo jako o swoim mężu, to miał ochotę walnąć pięścią w stół, ale w porę się powstrzymał, napił wody, jakby miała ostudzić te emocje. Nie zadziałało.
A ta gadka o ślubie jeszcze podkręcała atmosferę, spojrzał na Pilar, kiedy powiedziała to w maju. Bo dla Madoxa to był jakiś tak odległy czas, maj...
Ale Esmeralda chyba była zachwycona.
- Och to już na wiosnę - powiedziała zadowolona znowu odwracając się do Stewart, chociaż na to Medellin mina jej zrzedła. Madox za to wpakował sobie do ust kawałek empanady, i dobrze, bo prawie parsknął, a tak to tylko ją przeżuwał, długo.
- W Medellin? A dlaczego? Przecież Madito też nie jest tam mile widziany - teraz zerknęła na Noriegę. A on w końcu przełknął.
- Już nie, masz nieaktualne informacje - rzucił, ale Esmaralda postukała długimi paznokciami o kieliszek z wodą.
- Ach tak... To ten ślub Ticiano? On naprawdę ożenił się z Marie? - zapytała i teraz powiodła spojrzeniem od twarzy Madoxa do Pilar - zawsze lubiłam Diego - dodała jeszcze z uśmiechem.
Czyli jednak kurwa miała dość aktualne informacje. Madox podejrzewał, że wiedziała wszystko. A te pytania, to była tylko taka gra...
Ale on już miał dość tych gierek.
- Dobra... - rzucił a już po chwili z krzesłem znowu się podsunął do matki, zacisnąć palce na jej przegubie,
- No jak to co? Przecież to wy zaczęliście - znowu spojrzała na Pilar, a potem ciemne tęczówki utkwiła w swoim synu, przesunęła palcami po tym jego tatuażu z różą i to na nim zawiesiła spojrzenie - a ja naprawdę chciałam dowiedzieć się na jakiego wspaniałego człowieka wyrósł mój Madito, tak jak powiedziała... Pilar - Madox zabrał rękę, no tak. No tak kurwa, wiedziała wszystko. Esme odrzuciła do tyłu przez ramię burzę czarnych włosów, a później spojrzała na Stewart.
- Megan ci w ogóle nie pasuje... Mogłaś wybrać coś innego, może Rosa? Żeby mi się przypodobać, ale jedna Rosa już była, śliczna, naprawdę śliczna i bardzo wygadana - tu znowu spojrzała na Madoxa. Czyli Rosa przekazywała jej wieści z Madellin? Mogło tak być. Noriega by się wcale nie zdziwił. Rosa zawsze była blisko Ticiano i Marie, przede wszystkim Marie, z którą on przecież utrzymywał kontakt przez lata.
- Skoro jesteś taka zorientowana, to pewnie wiesz, co twoja ulubiona Rosa odjebała... - rzucił Madox. A Esme pokiwała głową, a zaraz wyprostowała się na krześle.
- Wiem, ale ja bym za to odstrzeliła Ticiano, zawsze były z nim problemy - pokręciła głową - to przez niego zacząłeś... - pochyliła się w kierunku Madoxa.
- Zamknij się - nie dał jej dokończyć, ale Esmeralda nie za bardzo się przejęła, spojrzała za to na Pilar.
- Bo takie rzeczy to zawsze jest wina mężczyzn... My po prostu jesteśmy czasem zbyt... crédulo - wzruszyła ramionami, a jej ciemne oczy spoczęły na tych Pilar, zajrzała w nie głęboko.
Pilar Stewart
-
Lepiej strzela niż gotuje. Do tego: agresywna, impulsywna i narwana. Niektórzy jeszcze mówią, że dzika. Ogólnie wszystko co złe, to Pilar.
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkiona/jejtyp narracji3 osczas narracjiprzeszłypostaćautor
Prawdziwą z pewnością nie była ta wersja, która cieszyła się ich ślubem. Pilar nie kupowała ani jednego jej słowa ekscytacji, a kiedy okazało się, że doskonale wiedziała o tym Ticiano i Marie, Stewart tylko przewróciła oczami. Oczywiście, że wiedziała. To że stamtąd uciekła, nie znaczyło, że nie miała tam swoich informatorów.
Tak samo jak jak zaraz okazało się, że swoich informatorów miała również w Toronto. I to kurewsko dobrych, bo doskonale wiedziała, że Pilar nie była żadną Megan. Wyprostowała się na dźwięk swojego swojego imienia w jej ustach, a jej spojrzenie zaraz padło na dłoń Madox zaciśniętą na przegubie matki.
A przecież miało być kurwa calma.
I co?
Pilar próbowała wyprowadzić Esmeraldę z równowagi, a wyszło na to, że z całej ich trójki pierwszy wymiękł Madox. Z drugiej strony, co mu się dziwić. Siedział właśnie przy stole z kobietą, która porzuciła go dziesięć lat temu, tylko po to, żeby wieść szczęśliwe życie jako królowa mafii. To był naprawdę dobry powód, żeby się wkurwić. Dlatego właśnie Stewart siedziała cicho. Nawet nie drgnęła, czego nie można było powiedzieć o Lopezie, który w sekundę był gotowy do działania. Dopiero kiedy jego dłoń zacisnęła sie na pasie, w którym trzymał dłoń, Pilar się wyprostowała, co oczywiście nie uszło uwadze Esme. Cóż, mogła udawać, że miała inaczej na imię, ale z pewnością nie była wstanie grać, że Madox jej nie obchodził. Chociaż kiedy Esmeralda zaraz powiedziała, że nie pasowało jej Megan i mogła sobie dać Rosa, Stewart momentalnie wywaliła oczami.
— Rosa? — prychnęła, zaglądając w ciemne, czekoladowe oczy kobiety. — Ono akurat zarezerwowane jest dla zdradzieckich zorras — dodała bezczelnie, nawet na moment nie gryząc się w język. Chociaż nazwanie Rosy dziwką było akurat komplementem i i tak grzecznym określeniem, tego co ta kobieta zrobiła. Bo to już nawet nie chodziło o to, że zdradziła Noriegę w dzień ślubu, ale że celowała do niego z broni i autentycznie chciała go zabić. Aż Pilar na moment sama się zagotowała i to nawet nie z powodu tego, co się działo, a na samo wspomnienie tamtego wieczoru. — Co ci z urody jak wnętrze zgniłe? — rzuciła jeszcze w odpowiedzi na temat tego jak przepiękna była Roska. Była śliczna, to prawda, ale to nie zmieniało faktu, że nie była warta kochania. Niczego nie była warta, co dobitnie udowodniła podczas ślubu Marie i Ticiano.
Opadła na krzesło, pozwalając im wymienić kilka zdań bez jej udziału, sama zachodząc w głowę, jak dużo ona tak naprawdę wiedziała. Czy wiedziała, że Pilar była z policji? Wiedziała o kontenerach? Wiedziała, że byli w Medellin? Że mieszkała u Noriegi? Czy wiedziała o Daltonie? Pytanie mnożyły się w jej głowie z zawrotną prędkością. Dopiero kiedy temat zszedł na Ticinano, a z ust Esmeraldy padło to to przez niego zacząłeś… które Madox tak nagle uciszył, Pilar zeszła na ziemie. Przyjrzała im się z boku.
— Co zaczął? — dopytała, nie potrafiąc puścić tego mimo uszu. Co takiego on mógł zacząć, żeby wypowiedzenie tego na głos wzbudziło w Noriedze tak wiele emocji? Spojrzała pierwsze na Madoxa, ale on oczywiście nie uraczył jej odpowiedzią. — Co takiego zaczął przez Ticiano? — bić się? Handlować towarem? Zabawiać się z mafią? Niby chciała wiedzieć, a jednak miała wrażenie, że nic, co powiedziałaby Esmeralda wcale by jej nie zaskoczyło. Tylko na jej kolejne słowa Pilar była jeszcze bardziej zmieszana.
— Łatwowierne w jakim sensie? Możesz jaśniej? — dopytała, ściągając brwi i przyglądając się jej uważnie. O czym ona mówiła? Rozmawiali wiecznie jakimiś niedokończonymi zdaniami i Stewart przez moment miała wrażenie, że zamiast brać czynny udział w rozmowie, to tylko się jej przygląda, w dodatku jeszcze jakby przysłuchiwała się w jej w języku, którego za nic nie rozumiała, chociaż przecież znała znaczenie każdego słowa.
— Co ty tu właściwie robisz? — spytała w końcu, chcąc ściągnąć uwagę z ich pleców i skierować ją nieco bardziej na nią. — Jesteś jakąś szefową mafii? Chyba nie powiesz nam, że te wszystkie goryle to twoi koledzy — machnęła reką, wskazując na rusków w drzwiach, a następnie jej wzrok spoczął na Lopezie. — Ewentualnie kochankowie.
Madox A. Noriega
-
miał być cichy, niewidoczny, w końcu balansuje na granic między kokainą na złotych tacach i bronią ukrytą pod drogimi marynarkami, a kajdankami i odznaką przy pasku... a jednak tak bardzo rzuca się w oczy, że trudno go nie zauważyć, z tymi jego tatuażami, z tymi kolorowymi koszulami, złotymi łańcuchami na opalonym karku i... niewyparzoną gębą
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkinietyp narracjitrzecioosobowaczas narracjiprzeszłypostaćautor
- A ty masz dobre wnętrze Pilar? - zapytała Esmeralda, kiedy Stewart tak ładnie, na pewno według Madoxa, określiła Rosę - tak dobre, że Madito się dla ciebie prawie poświęcił, a ty dla niego. Bardzo romantyczne... Ale też bardzo zgubne - pokręciła głową opadając plecami na oparcie swojego krzesła. Madox znowu wbił w nią spojrzenie, bo kurwa ona wiedziała dużo, dużo więcej niż im się wydawało, i nawet już nie zamierzała tego ukrywać.
- Było mi przykro, kiedy dowiedziałam się, że moja pierwsza wizyta w Toronto mogła być spowodowana pogrzebem mojego syna - powiedziała i spojrzała na Madoxa.
- Skończ pierdolić, jakby cię to nagle interesowało, co u mnie - warknął przez zęby i spiął się zaciskając rękę pod stołem w pięść. Robiła to specjalnie, grała na ich uczuciach, na emocjach, tych wyższych, które one przecież do siebie żywili. Bo Madox by się za nią sto razy poświęcił, niczego nigdy nie żałował.
- Cały czas mnie to interesuje... I odkąd pojawiła się Pilar, to jest gorzej Madito, przecież wiesz... - chciała ich skłócić? To na pewno jej się to nie uda. Bo według Madoxa to było w chuj lepiej. I tego nie zmieni jakieś gadanie jego matki, która tak naprawdę gówno wie o czymkolwiek, ale... denerwowała go.
- Zamknij się - warknął tylko Madox. Ale ona wcale nie zamierzała się zamknąć, bo już mówiła o Ticiano i Madox znowu to powtórzył, ale ona wywróciła oczami, a już zaraz patrzyła na Pilar, sięgnęła do niej dłonią, żeby palcami zaczepić o jej piękne, ciemne włosy.
- Oj Pilar, ty też jesteś bardzo crédulo - znowu oparła się plecami o oparcie, a Madox znowu na nią spojrzał, ale później na Stewart, bo to też robiła specjalnie. Akurat to, że on zaczął przez Ticiano schodzić na złą drogę, odsuwać się od matki, bardziej... iść śladami ojca, to nie była żadna wielka tajemnica. Chociaż Madoxowi też trudno się było do tego przyznać, bo on nigdy nie chciał się upodobnić do ojca, to był jak ojciec, w pewnym momencie, skóra z niego zdjęta.
- Nawet sobie nie zdajesz sprawy ile on ma przed tobą tajemnic - rzuciła na to pytanie Pilar, o bycie łatwowierną. Ale na to Madox wywrócił oczami.
- O jakich tajemnicach ty niby wiesz? - warknął i wbił spojrzenie znowu w matkę.
- Nie chcesz, żeby wiedziała - patrzyli tylko na siebie, te identyczne spojrzenia, żadne z nich nie chciało odpuścić.
- Chcę, ona wie wszystko - warknął Madox.
- Nie wszystko - pokręciła głową.
- To jej powiedz - musiał sprawdzić, musiał wiedzieć ile wie jego matka. Esmeralda odwróciła się do Stewart, nabrała powietrze w płuca.
- Pilar wiedziałaś, że zanim objął... - Madox się spiął, chociaż to złe słowo, on się wierzgnął i którąś z nich pod stołem kopnął, nie wiedział nawet którą, ale Esmaralda spojrzała na niego z triumfalnym uśmieszkiem. Wiedziała, wszystko wiedziała.
Kurwa.
Dużo więcej niż on się spodziewał. Nagle wpadła mu do głowy taka myśl, że ona mogła ich tu ściągnąć specjalnie, przez niego. Esmeralda się zamknęła, ale jej spojrzenie teraz utkwione było w Noriedze, dała mu jasno do zrozumienia, że jeśli będzie ją prowokował to się nie zawaha, że gotowa jest wyciągnąć wszystko co na niego miała. A miała dużo.
Nabrał powietrze w płuca i już miał zapytać czego ona tak właściwie chce, ale ubiegła go Pilar.
Madox patrzył na nią, ale się nie odezwał, za to Esmeralda obejrzała się na goryli i na Lopeza.
- Czego was uczą w tej policji Pilar? Na co ci to wygląda? Na jakiś klub samotnych serc? - prychnęła i obejrzała się na Lopeza, zmrużyła na moment oczy. Czyli ci kochankowie, to mógł być jakiś jej słaby punkt.
- Mnie wygląda na to, że jesteś żoną Pablo, ale pokątnie pierdolisz się z Lopezem - wtrącił się Madox.
- Madito... - syknęła Esme, Lopez spojrzał na nią, rękę zacisnął mocniej na broni. A Esme się zamyśliła, pierwszy raz odkąd tu siedzieli jej twarz się zmieniła, jakby odrobinę... straciła kontrolę?
- Pablo wie? - kontynuował Madox, chociaż wiedział, że to jest ryzykowana gra. Grozić tej kobiecie. Ale chyba już nie mieli innego wyjścia. Znowu się zmieszała, znowu spojrzała na rusków, ale oni nie zdradzali żadnej emocji. Madox ich za to uwielbiał ciężko było ich rozszyfrować, ale na przykład ci z jego klubu łapali po hiszpańsku już dużo.
- Lopez wyjdźcie... - zarządziła, ale nawet się nie odwróciła.
- Esme... - zaczął Lopez, ale nie ruszył się z miejsca. A Esmeralda machnęła na niego tylko ręką.
Wyszli.
A przy stole została ich tylko trójka.
- Dlatego chciałaś upozorować swoją śmierć? Żeby z nim uciec, a winę zgonić na Pablo? - teraz mu się to połączyło.
Esmeralda znowu drgnęła, wbiła spojrzenie w swój kieliszek z wodą, a później wstała, żeby podejść do kredensu, który mieli za plecami i wyjąć z niego butelkę czegoś mocniejszego.
Chyba ją mieli?
Pilar Stewart
-
Lepiej strzela niż gotuje. Do tego: agresywna, impulsywna i narwana. Niektórzy jeszcze mówią, że dzika. Ogólnie wszystko co złe, to Pilar.
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkiona/jejtyp narracji3 osczas narracjiprzeszłypostaćautor
Chciała wierzyć, że tak. Wszystko co robiła w życiu, każdą decyzje, jaką podejmowała codziennie w pracy podczas zmian, wszystko starała się robić z połączenia serca oraz rozumu. Nigdy nie była obojętna na cudze uczucia, chociaż niekiedy ciężko jej to przychodziło. Zależało jej na tym, by wydawać dobre osądy, ale przecież też była człowiekiem, w dodatku kurewsko narwanym, więc dużo rzeczy też jej nie wyszło. Jak to się miało do jej wnętrza nie była pewna.
Esmeralda miała rację — narażanie za siebie życia było głupie. Durne nawet. Było szczytem głupoty, a jednak Pilar była przekonana, że oni zrobiliby to jeszcze setkę razy, gdyby była taka potrzeba. Wiele rzeczy w jej głowie aktualnie stało pod znakiem zapytania, ale nie to. Nie uczucie, jakie do siebie żywili, chociaż faktycznie, stali się wzajemnym słabym punktem. I Esme z powodzeniem właśnie ten punkt obrała sobie do ostrzału.
Pilar zdawała sobie sprawę, że większość tego, co mówi było stekiem bzdur, które miały ją wyprowadzić z równowagi, a jednak… a jednak widziała reakcje Madoxa. Tak nie zachowywał się ktoś, kto wiedział, że jego matka właśnie kłamie. To były reakcje obronne osoby, która nie chciała, by prawda wyszła na jaw.
— Z czym jest gorzej? — spytała, przyglądając się Esmeraldzie Łapała jej ciemne spojrzenie i uśmiech, który stawał się coraz większy i tylko rozjuszał Pilar jeszcze bardziej. — Z klubem? Z jego relacjami z półświatkiem? — nie miała zamiaru odpuszczać. Skoro i tak grali w otwarte karty i Esmeralda doskonale wiedziała, o wszystkim, co działo się w życiu Madoxa, chyba nie trzeba było więcej udawać? Mogli porozmawiać o tym jak sprawy się miały, bez zbędnego owijania w bawełnę.
Ściągnęła brwi, kiedy Esme powiedziała o tajemnicach. Pomimo dobrej reakcji Madoxa, Stewart przecież doskonale wiedziała, że miał przed nią tajemnice. Wcale nie wiedziała o nim wszystkim. Przecież ostatnio właśnie o to się sprzeczali — bo nie chciał jej czegoś powiedzieć. Bo ukrywał przed nią coś kurewsko ważnego. I wychodziło na to, że nawet jego własna matka wiedziała, co to było.
Ona.
A Pilar wciąż nie miała pojęcia.
Wyprostowała się, gdy z pełnych ust kobiety, wysmarowanych starannie czerwoną szminką zaczęły wydobywać się słowa. Słowa na które Noriega w sekundę się spiął. Nie musiała nic więcej mówić. Po jego spojrzeniu widziała, że to było właśnie to. Ta rzecz, którą załatwiał z Eliotem. I chociaż grali tu z Madoxem do jednej bramki, Pilar nie mogła odpuścić tej szansy. No kurwa po prostu nie mogła. Tym razem to ona stuknęła w stół, przerywajac ich wymianę spojrzeń.
— Powie mi ktoś, kurwa, o co chodzi? — warknęła, już nawet nie starając się zachować spokojnego tonu. Dość już miała tych tajemnic. Po jebane dziurki w nosie. Nienawidziła być jedyną osobą w pomieszczeniu, która nie wiedziała, o co chodzi. — Co zanim objął? — dopytała jeszcze tak dla jasności. Już nawet nie chciało jej się rozkminiać, rozkładać tego na czynniki pierwsze, domyślać się. Ona chciała to po prostu wiedzieć. Mieć to już z głowy. A przecież pytała się go w pokoju, czy było cokolwiek, co jego matka mogła wyciągnąć, żeby ich skłócić, a on miał czelność spojrzeć jej w oczy i powiedzieć, że nie. Kurwa. Gdyby nie byli właśnie w domu pierdolonej mafii, przy jednym stole z jego matką, już ostro by się tu kłócili.
Zamiast tego trzeba było zagryźć zęby, bo zaraz to Esmeralda znalazła się pod ostrzałem. Pierwsze zaatakowała ją Pilar insynuując romans z Lopezem, a zaraz potem Madox potwierdził to jeszcze swoimi słowami.
Czyżby znaleźli jej słaby punkt? Odkryli, co faktycznie planowała tutaj zrobić? Ukartować swoją śmierć nawet przed Pablo? Pilar aż odwróciła się na wychodzących z pomieszczenia goryli. Naprawdę mogła ufać aż takiej ilości ochrony, że żadne z nich nie sprzedałoby jej Pablo? Jej planów? Przecież tacy ludzie jak oni byli do przekupienia każdymi pieniędzmi. W co ona pogrywała? Czy faktycznie była na tyle głupia, by po prostu uciec z Lopezem?
Pilar aż prychnęła. Głośno. Akurat w momencie, gdy kobieta wstała od stołu.
— A podobno to nasza miłość jest zgubna — no kurwa nie mogła się powstrzymać. Fakt, oni byli głupi, durni nawet, kiedy nastawiali się pod broń, ale to co ona chciała tutaj odjebać? To dopiero był szczyt idiotyzmu.
Chociaż może to był jakiś sposób dla nich, na ucieczkę? Może mogli to wykorzystać, żeby jakoś się z nią dogadać, żeby wypuściła ich z tego pieprzonego więzienia i każde mogło zająć się sobą?
Milczała przez moment. Przeczekała moment, w którym Esmeralda wróciła z rumem i zalała wolne szkło czystym alkoholem, po czym swoje wyzerowała praktycznie od razu. Pilar przysunęła swoje pod samą końcówkę stołu, jednak nie podniosła. Przejechała po chłodnym szkle palcami, wbijając w nie spojrzenie.
— Pomożemy ci — odezwała się w końcu. Jej ton był spokojny, opanowany, za nic nie przypominał poprzedniego krzyku. Podniosła spojrzenie na Noriegę. — Madox jest w kontakcie ze śledczymi. Może zadzwonić, przypomnieć sobie nagle jakieś fakty, powiedzieć, że faktycznie ta kobieta była jego matką. Może nawet nagle znalazłby jakieś dowody obciążające Pablo? — mogli to przecież zrobić. Ograć to tak, żeby jednak Esperadla mogła spokojnie uciec, ale… no właśnie. Było ale i właśnie na to ale Pilar przeniosła spojrzenie na Esmeraldę. — Ale puszczasz nas stąd wolno — stąpali po cienkim lodzie, to fakt, ale przecież trzeba było spróbować dojść do jakiegoś porozumienia. Postawić jakieś warunki, by w ogóle rozpocząć negocjacje.
Madox A. Noriega
-
miał być cichy, niewidoczny, w końcu balansuje na granic między kokainą na złotych tacach i bronią ukrytą pod drogimi marynarkami, a kajdankami i odznaką przy pasku... a jednak tak bardzo rzuca się w oczy, że trudno go nie zauważyć, z tymi jego tatuażami, z tymi kolorowymi koszulami, złotymi łańcuchami na opalonym karku i... niewyparzoną gębą
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkinietyp narracjitrzecioosobowaczas narracjiprzeszłypostaćautor
- Z półświatkiem też - Madox tylko uniósł brew, bo to akurat znaczyło jedno, że z policją również. I to akurat była prawda, taka prawda, którą Pilar znała. Dużo wiedziała, naprawdę. Tylko tej jednej rzeczy, którą jak się okazało wiedziała Esmeralda. Ale może blefowała? Może ona też miała tylko jakieś marne poszlaki, które kręciły się wokół tych jego wizyt na komisariacie? Przecież tak naprawdę nikt nie wiedział o czym oni z Eliotem rozmawiali. Nikt oprócz ich dwóch.
Na to uderzenie Stewart o stół, oboje na nią spojrzeli, tylko tym razem pierwszy był Madox, chociaż Esmeralda już nabrała powietrze w płuca.
- Klub, zanim objąłem Emptiness - powiedział spokojnie i to też była prawda. Esme nic nie powiedziała, popatrzyła tylko na niego, ale Madox już też nie kontynuował tematu. Kurwa. Tego też jej nie powinien wcale mówić, ale nie chciał, żeby ciągle wszystko wyciągała jego matka. No bo przecież on zazwyczaj był z Pilar kompletnie szczery. Chciał być. I z tą jedną rzeczą też by chciał, tylko nie mógł...
Mogli za to wykorzystać ten czuły punkt Esme, który odkryli, i zrobili to, razem. Wykorzystali okazję do cna, bo Esme w końcu nawet pogoniła goryli, Lopeza też. Chociaż ten jeszcze się obejrzał przez ramię wychodząc z pokoju. Madox rzucił spojrzeniem na drzwi, kiedy się za nimi zamknęły. A potem jego ciemne tęczówki odszukały na moment piękne, brązowe oczy Pilar, kiedy to powiedziała a podobno to nasza miłość jest zgubna, bo była, kurewsko, ale nawet jeśli miałaby go zaprowadzić w gorsze miejsce niż dom Pablo Gonzalesa i kolacja z jego matką, na samo dno piekła chociażby, to nie wymieniłby jej na nic innego.
A jeśli jego matka gotowa była poświęcić to wszystko, całe życie, które tutaj wiodła jako królowa przemytu bronią, w imię miłość, kolejnej ucieczki, to może... ona też naprawdę kochała?
Nie powinien tego analizować, ale to robił. Zastanawiał się nad tym, a kiedy Esme postawiła na stole butelkę rumu, to Madox od razu dopił swoją wodę i podstawił kieliszek. Zdecydowanie potrzebował teraz jakiegoś alkoholu. Bo chociaż sytuacja się trochę rozjaśniła, połączyli jakieś kropki, to wciąż nie wiedzieli jaka jest ich rola w tym wszystkim. Podniósł szklankę i upił kilka sporych łyków, rum przyjemnie rozlał się po gardle, a zaraz kurwa spłynął mu po brodzie na tą poplamioną, ale już zapraną koszulę, bo no to Pilar pomożemy ci aż parsknął.
- Nie... - rzucił od razu wycierając usta wierzchem dłoni - Pilar - chciał ją powstrzymać, ale z drugiej strony... Może to była jedyna szansa, żeby ich puściła? Ale co z Pablo? Przecież jak on się dowie o ich udziale... Ale on rzeczywiście mógł obciążyć Pablo. Zerwał się z miejsca, żeby przejść się kilka kroków w jedną i drugą stronę, ale finalnie to podszedł do Pilar, oparł rękę na jej ramieniu.
- Zrobię to - no bo to też wcale nie było proste, jakiś amator by na pewno tego nie zagrał, ale Madox? Z tym swoim talentem aktorskim, przecież mógł.
- Jeśli nas stąd puścisz - powtórzył po Pilar. Dobra, już zabrnęli do takiego momentu, że musieli się tego trzymać. Stawiać ich wolność jako ten jedyny, słuszny warunek.
Esmeralda się zamyśliła.
- A co z Aurą? - zapytała i spojrzała w górę na Madoxa, ale przecież on kompletnie nie miał pojęcia o czym ona mówi. A kiedy Pilar na niego spojrzała, wzruszył ramionami.
- Z kim? - zapytał i tym razem odsunął sobie krzesło obok Stewart, Esme się skrzywiła, ale Noriega miał to w dupie. Skoro już przestali bawić się w jakieś gierki, to mógł sobie sam wybrać miejsce, zdecydowanie wolał to.
- Z twoją siostrą - powiedziała powoli Esmeralda.
- Co kurwa? - od razu wyrwało się Madoxowi. No bo przecież on nie zdawał sobie sprawy z tego, że ma jakąś siostrę. Dziesięć lat temu nie miał. Przesunął palcami po twarzy - ile ma lat? - dopytał.
- Siedem - odpowiedziała od razu Esmeralda.
- I jej ojcem jest... - chciał zapytać czy Pablo, bo to by było logiczne.
- Lopez.
- Co kurwa? - znowu mu się wyrwało, oparł się o krzesło odchylając głowę do tyłu. To jej romans z Lopezem trwał już tyle czasu? I w ogóle co? Miał siostrę? Sięgnął po szklankę, na której Pilar opierała palce, żeby ją też przechylić. Bo tego to się na pewno nie spodziewał.
- Gdzie ona jest? - musiał o to zapytać, bo przecież może ona ich znowu oszukiwała? Wcale by się nie zdziwił, ale Esme odpowiedziała zaraz, bez żadnego zastanowienia.
- Na zawodach jeździeckich z Pablo, to jego oczko w głowie, jutro mają wrócić i... jutro ma być bankiet z okazji jej siódmych urodzin - wyjaśniła i dolała sobie jeszcze rumu. No świetnie tego im brakowało, jakiegoś jebanego bankietu z okazji siódmych urodzin jego siostry. Oczka w głowie Pablo.
Pilar Stewart