Madox w ogóle miał wrażenie, że są w jakimś kiepskim filmie... Nie no, tak właściwie to w zajebistym, pełnym zwrotów akcji, tylko, że Noriega nie za bardzo chciał w nim grać, bo mieli się poopalać na jakiejś dzikiej meksykańskiej plaży, a nie zastanawiać się jak uprowadzą dziecko największego gangstera w Acapulco, albo w ogóle w całej Ameryce Południowej.
-
Coś... coś byśmy wymyślili - powiedziała Esmeralda, ale jej głos był już o wiele mniej pewny siebie. Chociaż Madox uznał, że to wciąż ta jej gra, że jak nie siłą, to będzie próbowała ich wziąć na litość. No i próbowała.
A Noriega zatrzymał spojrzenie na Pilar, już miał jej powiedzieć, żeby z nią nie dyskutowała, bo to nie ma sensu. Ale przecież gdyby powiedział to Stewart... też bez sensu, bo ona się go nigdy nie słuchała.
Oparł się o oparcie krzesła i nabrał powietrze w płuca krzyżując ręce na piersi.
-
Zabiłby ją... gdyby się dowiedział i jeszcze połączyłby fakty, że akurat ty rzekomo umarłaś, ciebie też by znalazł i zabił - wtrącił się tylko w ich rozmowę. A kiedy Esmeralda na niego spojrzała to wzruszył ramionami. No przecież Madox od lat infiltrował takich gangusów, wiedział jak działają, czym się kierują. A zemsta często brała górę nad czymkolwiek innym, nawet nad więzami rodzinnymi, czy kurwa jakimiś wymyślonymi, bo ona przecież nie była jego córką. Spuścił na moment głowę, bo jak on by miał w to iść, to jak najdłużej utrzymywałby, że to córka Pablo, żeby ją chronić. Ale zanim w ogóle zdążył się z nimi tym podzielić, to matka już zasugerowała, nie, ona kurwa błagała ich, żeby to oni wzięli małą. Madox tylko kręcił głową, bo niedowierzał w to co słyszy, już trzy razy był przy drzwiach balkonowych, patrzył tylko na Pilar. A ona w te spodki.
Kurwa.
Za dobrze ją znał i już nawet miał do niej podejść i ją szarpnąć, że to nie jest ich sprawa, ale wtedy Esmeralda rzuciła tym, że
to jego siostra i on chce ją tutaj zostawić.
-
Nie mam siostry - warknął i zrobił krok w kierunku Esme -
matki też nie, jak wczoraj modlił się o to, żeby ten trup nie okazał się jego matką, tak dzisiaj przyjąłby ten fakt z pocałowaniem ręki. Obejrzał się na Pilar, kiedy Esmeralda zwróciła się do niej.
-
Zostaw ją - i znowu warknął na matkę, bo przecież ona doskonale wiedziała w co celować, i o ile Madox te jej teksty miał głęboko gdzieś, w dupie konkretnie, bo co go obchodziła jakaś małolata, nawet jej nie znał, nie jego problem. To przecież znał Pilar, to wiedział, że ją to dotknie bardziej. Aż wyciągnął do niej rękę, kiedy się odwróciła, ale wtedy ona powiedziała to
dobra, zrobimy to, a Madox się cofnął, patrzył to na jedną to na drugą.
-
Popierdoliło was obie, ja wychodzę, jakbyś mnie szukała to jestem z Matteo i Guilią na basenie - rzucił do Pilar i rzeczywiście zrobił kilka kroków w kierunku wyjścia na taras. Tylko, że Stewart już zaczęła snuć plan.
-
Pilar! - syknął i zrobił kolejną rundkę po pokoju. Nawet przez myśl mu przeszło, żeby przerzucić ją sobie przez ramię i po prostu spierdalać. Ale zdawał sobie doskonale sprawę, że jak ona się nakręci, to przecież nie ma zmiłuj. Nabrał mocno powietrze w płuca, podszedł do jej krzesła i odszedł. Miotał się.
Nie muszą w tym brać udziału. Muszą?
Dla Esmeraldy? Nie, na pewno nie. Dla tego dziecka? Nie znali jej nawet. Ale czy to znaczy, że powinni ją tutaj zostawić? Mogliby. Matka chciała ją tutaj zostawić...
Tak jak jego, w Medellin, na pastwę losu, licząc się z tym, że będą chcieli go zajebać, za to co zrobiła. Pablo może też by chciał? Kopnął jakąś komodę, ale wazon na niej tylko zadrgał niebezpiecznie.
Esmeralda już kręciła głową.
-
Nie wie, wie, że mam syna, ale nie widział... - zaczęła, ale Madox już stał obok nich.
-
Widział... - odwrócił się do Pilar, bo chciał jej znowu proponować, żeby się stąd zawijali, ale Esmeralda wtedy zapytała.
-
Co? - i złapała go za ramię, żeby na nią spojrzał. Odwrócił się, ale zaraz po prostu stanął między nimi obiema, westchnął ciężko.
-
Pablo był w Emptiness, raz nawet siedzieliśmy razem przy stole, nie wie, że jestem twoim synem, bo podałem mu fałszywe nazwisko, w ogóle w tamtych kręgach jestem Matteo - zerknął na Pilar, no bo śmieszeni się złożyło, że on akurat udaje jakiegoś Matteo, a oni z jednym mieszkają. Bardzo zabawne.
Nie, wcale nie było im do śmiechu, bo nagle ten świetny plan Pilar miał kolejne dziury.
-
Nie wiem czy mnie pozna, ale... - akurat Madox był charakterystyczny, chociaż wtedy nie miał jasnych włosów, ale miał już te wszystkie dziary. Raczej nie poudaje w ten sposób ochroniarza, podrapał się po potylicy -
a kogo zapraszacie na te urodziny? - zapytał, a Esmeralda podniosła na niego spojrzenie, bo przez chwilę usilnie wpatrywała się w swoje dłonie.
-
Wszystkich... Jakiś przyjaciół Pablo, trochę dzieci, moje koleżanki... - zaczęła wymieniać, a Madox znowu zerknął na Pilar. W końcu jednak chwycił ją za rękę i pociągnął, nawet się nie zatrzymał kiedy Esmeralda krzyknęła za nim
Madito, kiedy wyciągał Stewart na taras, pod tą różaną pergolę, którą połamał i z której spadł. Tylko, że zamiast ją ciągnąć przez podwórze do furtki, to on ją postawił pod tymi różami, to zacisnął palce na jej ramieniu.
-
Pilar… przegadajmy to - zaczął, Esme obserwowała ich przez okno -
zadzwonię do niego i się wkręcę na tą imprezę, ale jeśli to się wypierdoli to będzie źle, kurewsko źle... - bo teraz to on ryzykował tą swoją przykrywką z Toronto przecież -
sama nie pójdziesz - ubiegł od razu jej kolejne cudowne pomysły, zerknął jeszcze ponad jej ramieniem na matkę, ale zaraz wciągał ją już głębiej pod te róże. Tak że kiedy zrobił krok w jej kierunku, to plecy Pilar zderzyły się ze ścianą.
-
Więc jeśli w to wejdziemy, to trzeba iść na całość, bez żadnych półśrodków, bo nie będzie odwrotu, nie wykręcimy się - on się nie wykręci, bo jak Pablo się dowie, że ten sam Matteo u którego w klubie się zabawiał, chce go zrobić w chuja... Jest synem jego żony... I bratem dziecka, które tak naprawdę nie jest jego dzieckiem.
Bardzo pojebane to było.
Ale czy oni przecież nie przyciągali do siebie takich pojebanych akcji? Zawsze?
Przyciągali, byli jak jakiś kurewski magnes na kłopoty.
Pilar Stewart