Lubiła pracę w Emptiness. Nie dało się tam nudzić. Nie dość, że wiecznie muzyka dudniła głośno z głośników, ciągle ktoś się z kimś okładał, to jeszcze klienci zostawiali całkiem spore napiwki. A tego akurat Maya nigdy nie miała za mało, szczególnie, że wciąż nie uzbierała jeszcze nawet marnych dwudziestu procent na spłatę długu brata, nie wspominając nawet o podwyżce czynszu za odwyk matki, który musiała opłacić do jutra do północy. Innymi słowy: była w dupie. Wielkiej, czarnej, murzyńskiej dupie, z której raczej nie było już wyjścia.
Nie było to jednak nic nowego, więc standardowo starała się o tym nie myśleć i jakoś ciągnąć życie z uśmiechem. Wieczór mijał jej jak każdy inny: masa pijanych ludzi, dużo drinków na rumie i ten jeden facet, który zamówił piwo, a akurat kega się skończyła, więc to na Parker padło przyturlanie nowej.
Kręcąc nosem, przeszła na zaplecze tuż obok baru i odszukała odpowiednią beczkę. Oczywiście nawet w takiej sytuacji życie musiało kopnąć ją w dupę, bo jakiś geniusz ustawił skrzynki z alkoholem na kedze i dobre dziesięć minut zajęło jej ściągnięcie ich na ziemię. Zanotowała w głowie, by znaleźć później winnego i napluć mu do butów, ale teraz zabrała się za przepchnięcie jej przez drzwi. Cała umordowana podniosła spojrzenie i jak się szybko okazało: faceta już wcale tam nie było. Zajebiście. Był za William, który zamiast się o nią opierać jak każdy normalny człowiek, to już prawie na niej leżał, wystukując tylko sobie znany rytm (bo z pewnością nie ten, co leciał z głośników).
— Widziałeś tu takiego grubego z wąsem? — spytała poirytowana, kopiąc beczkę pod ladę tuż przy nalewaku. Rozejrzała się dookoła, jednak bezskutecznie. Facet wyparował. — Chyba poszedł. Szkoda. Chciałam mu napluć do piwa — dodała, chociaż chyba bardziej do siebie niż Patela, bo ten był już całkiem nieźle spruty.
Z tego co sama pamiętała, zrobiła mu może marne cztery drinki, ale też zdawała sobie doskonale sprawę z tego, że była to zapewne kwestia innych używek, które adwokat Madoxa lubił stosować. Nie zniechęciło ją to jednak, by zostawić na moment beczkę i pochylić się w jego kierunku na ladzie.
— Pijesz coś jeszcze? — odnalazła jego ciemne oczy, a na jej twarzy wymalował się firmowy uśmiech numer cztery. Chociaż akurat WIlla lubiła bardziej niż innych kumpli szefa, więc dla niego nie był on aż tak wymuszony.
William N. Patel