-
Oh honey, I ain't your saviour
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkishe/hertyp narracjityp narracjiczas narracji-postaćautor
Teraz stał przy oknie na końcu korytarza i przez chwilę patrzył na szarzejące niebo. Miasto budziło się do życia - ludzie w pośpiechu ruszali do pracy, dzieci ciągnęły za sobą plecaki. Zwyczajność. Świat, który toczył się dalej, niezależnie od dramatów rozgrywających się za murami szpitala. W szatni przebrał się w ciemny płaszcz, starannie owijając szyję szalikiem. Spojrzał w lustro - zmęczone oczy, napięta linia ust. Zdecydowanie potrzebował odpoczynku. Pomimo całej swojej pasji do medycyny, nie chciał słyszeć o żadnym medycznym przypadku aż do chwili swojego następnego dyżuru.
- Kelly. Walker. Nikogo dziś nie zabiliście, brawo - kierując sie ku wyjściu, przystanął jeszcze na moment przy dyżurce ratowników medycznych. Nawet skinął im obu głową. Słowa mogły brzmieć ironicznie lub pretensjonalnie, ale w jego przypadku była to pochwała. Szorstka bo szorstka, ale jednak pochwała. Ratownicy medyczni mieli dziś nie mniej roboty niż lekarze. Spisali się.
Rohan od razu poczuł się lepiej gdy wyszedł na chłodne, poranne powietrze i wciągnął je głęboko w płuca. Już planował zatopienie się w swojej miękkiej pościeli - nawet prysznic sobie odpuści, chociaż było to niehigieniczne. Po prostu chciał iść spać. Ruszył w kierunku swojego auta, całkowicie skupiony na tym, aby nie wywalić się na oblodzonym chodniku - stąd też nie zauważył, że na parkingu nie jest sam.
Connor Walker
-
911 what's your emergency?
nieobecnośćniewątki 18+niezaimkizaimkityp narracjityp narracjiczas narracji-postaćautor
Do Connora wciąż nie docierało to, co wydarzyło się przed świętami pod jemiołą. Uśmiechał się do samego siebie na to wspomnienie i zastanawiał się, czy to oznaczało krok do przodu, czy może tak naprawdę Camellia zrobiła to po winie, a tak naprawdę tego żałowała. Coś na pewno było na rzeczy, ponieważ gdy udawało mu się zasnąć, śnił o niej. Szczerze? Najchętniej przyjeżdżałby do niej zaraz po skończonej zmianie, lecz czasami gdy kończył nad ranem, to uważał za zły pomysł, by do niej pisać.
Oczywiście starał się koncentrować na pracy, a już szczególnie gdy dostawał wezwanie i należało czym prędzej odpalać silnik ambulansu. Biorąc pod uwagę, że panowała zima i praktycznie codziennie był mróz, to wiele wezwań dotyczyło ludzi, którzy przewracali się idąc nawet po prostej drodze. W takich okolicznościach, powinien istnieć ban na wychodzenie i ci co mogą, powinni pracować zdalnie. Mówił do samego siebie w myślach, gdy wracał z akcji. On sam niejednokrotnie prawie zaliczył spotkanie z ziemią, ponieważ nagle noga mu uciekała, ale koniec końców jakoś udawało mu się zachować równowagę - sąsiedzi mogli pomyśleć, że trenuje "łyżwiarstwo" figurowe.
Tego dnia było praktycznie tak samo - większość akcji do przewróconych osób, jedna do starszego pana, który dostała zawału i jeszcze jedna na miejsce wypadku. Walker absolutnie nie narzekał na nudę.
Po dotarciu do szpitala, marzył o gorącej kawie.
Słysząc słowa rezydenta - które mogły być różnie odebrane, postanowił mu odpowiedzieć.
- Dziękuję Panie Kim. - odpowiedział, bo uznał to za pochwałę, a biorąc pod uwagę warunki pogodowe, naprawdę łatwo było o wypadek śmiertelny. Wyprostował plecy i pokręcił głową na boki, a następnie poszedł do szpitalnej kawiarni po kawę na wynos. Podziękował za kawę i już miał iść się przebrać, gdy zauważył przez okno postać. Wszystko byłoby okej gdyby nie fakt, że zbliżała się do Kima, bawiąc się czymś w dłoni. Niestety Connor nie mógł dostrzec co to dokładnie było. Podmuchał kawę i na wszelki wypadek postanowił obserwować sytuację z bliższej odległości tj. zaczął iść w kierunku drzwi wyjściowych, by następnie otworzyć je i wyjść na zewnątrz. Coś mi tu śmierdzi. i po tej myśli, podbiegł bliżej Kima, by złapać spróbować obezwładnić nieznanego typka. Oczywiście gdy biegł, to cała kawa wylądowała na ziemi razem z kubkiem - no nic, kupi znowu.
- Panie Kim, za Panem! - krzyknął, choć miał nadzieję, że koniec końców gość będzie miał dobre zamiary a on po prostu... zaliczył falstart z ogłoszeniem alarmu.
Rohan Kim
-
Oh honey, I ain't your saviour
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkishe/hertyp narracjityp narracjiczas narracji-postaćautor
Rohan ledwo zdążył się odwrócić, kiedy nagle poczuł przeszywający ból. Plecy mężczyzny niemal eksplodowały, odbierając mu oddech. Nie miał nawet dość powietrza, żeby krzyknąć. Runął na ziemię, w czym niestety pomógł zalegający na ziemi lód. Kolejne uderzenie spadło na jego ciało, tym razem niżej, w okolicy lędźwi. Tym razem Rohan wrzasnął. Okulary spadły mu z nosa, przez co nawet gdy spróbował odwrócić się by spojrzeć na swojego napastnika, nie widział wiele. Ubrany od stóp do głów w czerń mężczyzna wyglądał jak rozmazana plama, szczególnie że w oczach Kima zaczynały wzbierać łzy.
- Teraz nie jesteś taki kozak, co, chuju? Miło jak cię ktoś traktuje z góry? Gdy cię ktoś traktuje jak szmatę? - powietrze przeciął ochrypły głos nieznajomego. - Puszczaj mnie, skurwielu! To nie twoja sprawa! - tym razem w głosie kryła się bardziej irytacja i nie były one już skierowane do Rohana. Napastnik odwrócił się w stronę ratownika medycznego, który próbował go chwycić. Zaczęli się siłować, a nieznajomy dodatkowo zaczął wymachiwać trzymaną w ręce pałką teleskopową. To nią wcześniej zdzielił Kimowi w plecy.
Napędzany adrenaliną Rohan nie od razu pojął co się właściwie stało. Zwijając się z bólu na chodniku nie zauważył w pierwszej chwili, że napastnik zajął się kimś innym. Wokół nie było nikogo, wciąż było zbyt wcześnie, aby po terenie szpitala kręcili się ludzie. W umyśle Kima była tylko ucieczka - więc gdy z trudem udało mu się podnieść na klęczki, odsunął się o dodatkowy metr. Dopiero wtedy do głosu zaczął dochodzić rozsądek. Pomoc. Musieli wezwać pomoc. Jęcząc z bólu i krzywiąc się okrutnie (uderzenie trafiło między innymi mięśnie równoległoboczne) Rohan wydobył z kieszeni telefon. Nie było czasu na przypominanie sobie kto jest jeszcze na dyżurze w szpitalu, dlatego Kim po prostu wystukał numer 911, mając jednocześnie nadzieję, że przez zaciśnięte z bólu szczęki będzie w stanie wyksztusić dyspozytorce swój problem.
Connor Walker
-
911 what's your emergency?
nieobecnośćniewątki 18+niezaimkizaimkityp narracjityp narracjiczas narracji-postaćautor
No ale Connor nie mógł zbyt długo rozmyślać nad chodnikiem, ponieważ na jego oczach rozgrywała się scena, której normalnie by się nie spodziewał. Niestety nie zdążył uchronić Rohana przed pierwszymi uderzeniami, ale naprawdę robił co mógł, by jak najszybciej dobiec do miejsca, gdzie nieznajomy okładał Kima, który nagle upadł na ziemię.
- Grzeczniej, grzeczniej. Ładnie to tak zachodzić od tyłu kogoś, hm? - spytał, próbując go obezwładnić najdłużej jak tylko mógł, lecz niestety po chwili typek dał radę się wyswobodzić i podjął próbę chwycenia, lecz to mu się nie powiodło, ponieważ Connor zdołał odskoczyć. Ostatecznie obaj zaczęli się wpierw siłować, a potem okładać - Walker poczuł ból na policzku i metaliczny posmak krwi na ustach. Chronił twarz jak mógł i czekał na odpowiedni moment, by wyprowadzić cios. Wszystko byłoby dobrze, gdyby nagle nie miał wrażenia, że zaczyna mu brakować powietrza, a samo powietrze jakby zgęstniało. Każdy wdech był płytszy od poprzedniego. W uszach zaczęło mu szumieć.
Napastnik zamachnął się ponownie. Connor uchylił się instynktownie, bo gdyby tego nie zrobił, to pięść wylądowałby na jego skroni. Nagle sięgnął do kieszeni i zacisnął palce się na kluczykach od samochodu.
Kiedy mężczyzna rzucił się na niego kolejny raz, Connor tym razem nie cofnął się. Zamiast tego wbił kluczyki w jego bok. Napastnik syknął z bólu i odruchowo się cofnął. Wykorzystując moment, Walker podszedł do mężczyzny, by złapać go za ręce tak, by były z tyłu. Chwycił jeden nadgarstek i gwałtownym ruchem pociągnął go w dół, próbując zmusić napastnika do utraty równowagi. Druga ręka szarpała się jeszcze przez chwilę, ale Connor naparł całym ciężarem ciała, popychając go w stronę ziemi. Buty znów prześlizgnęły się na oblodzonej powierzchni. O mało sam nie upadł, lecz ostatecznie zdołał utrzymać pozycję. Kolanem przycisnął mężczyznę między łopatkami, starając się unieruchomić jego ręce skrzyżowane na plecach.
- To koniec. Odpuść. - syknął przez zęby, czując, jak w klatce piersiowej narasta niepokojące pieczenie. Napastnik szarpał się jeszcze, próbując wyrwać jedną rękę, ale uchwyt Connora był wystarczająco mocny. Przynajmniej na razie. Walker czuł, jak siły go opuszczają i drżą mu ramiona.
- Panie Kim, nic Panu nie jest? - spytał, próbując zostać świadomym, choć zdawało mu się, że widział jak ze szpitala ktoś wybiega. A może to po prostu omamy?
Rohan Kim
-
Oh honey, I ain't your saviour
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkishe/hertyp narracjityp narracjiczas narracji-postaćautor
- Mount... Mount Sinai Hospital, parking - pierwsza próba odezwania się brzmiała dość niewyraźnie, dlatego się poprawił. - Agresywny mężczyzna... napadł mnie. Obezwładnili go, ale nadal się rzuca - nawet ze swoją wadą wzroku, Kim zdołał dostrzec, że napastnik został powalony na ziemię i przyciśnięty do gleby. To go trochę uspokoiło, ból także zaczął bardzo powoli odpuszczać. Mężczyzna spróbował usiąść i nawet mu się to udało, chociaż przypłacił to kolejnym głośnym sykiem bólu.
- Proszę się nie rozłączać. Już wysyłam patrol policji i informuję szpital. Jakie obrażenia pan odniósł? - zapytał jeszcze głos w słuchawce.
- Zdzielił mnie czymś mocno w plecy, kijem czy jakąś pałką - odparł Rohan, zerkając w stronę szpitala, bo także zauważył ruch. Nawet wczesna godzina nie oznaczała, że budynek był całkiem opustoszały. Ktoś z ochrony zawsze czuwał, a teren obsadzony był wieloma kamerami. Jedna z nich musiała uchwycić co się stało, bo na ratunek właśnie biegł im jeden z ochroniarzy. Za nimi Kim dostrzegł jeszcze jedną osobę, ubraną w biały kitel - a więc któryś z lekarzy. Sytuacja wyglądała więc na w miarę opanowaną. Rohan pozwolił sobie na głębokie westchnięcie ulgi.
- Żyję, to najważniejsze - odkrzyknął w końcu na pytania Connora. Bardziej nawet niż plecy bolała go chyba nieco urażona duma, musiał przedstawiać sobą teraz prawdziwie żałosny obrazek. Spojrzał na swoje trzęsące się dłonie i zmusił się do zaciśnięcia ich w pięść. Dopiero teraz dotarło do niego, jak ogromne miał szczęście, że napastnik nie celował w jego ręce. Jego kariera byłaby niechybnie skończona.
- Halo, jest pan tam? Patrol policji już jest w drodze, będą na miejscu za pięć minut
- Tak, tak. Dobrze - odpowiedział Kim. Ochroniarz dotarł w końcu do Connora, pomagając mu przytrzymać na ziemi szarpiącego się napastnika. Nieznajomy jednak dość szybko opadł z sił i tylko leżał na zimnej ziemi, łypiąc wściekle na pielęgniarza. Rohan spróbował się podnieść na nogi, ale ból wciąż mu nie pozwolił. Rozejrzał się więc chociaż za swoimi okularami. Zlokalizował je i założył na nos, kląc siarczyście bo jedno ze szkieł było pęknięte. - Ej, Walker. Dzięki - wysapał jeszcze.
Connor Walker
-
911 what's your emergency?
nieobecnośćniewątki 18+niezaimkizaimkityp narracjityp narracjiczas narracji-postaćautor
Na szczęście policja całkiem sprawnie zareagowała i dość szybko zjawiła się przed szpitalem. Walker czuł w ustach metaliczny posmak i odruchowo przejechał językiem po zębach, żeby upewnić się, że żadnego nie stracił - nie uśmiechało mu się wydawać prawie ośmiu tysięcy na implant. Twarz mu pulsowała, a dłonie wciąż drżały od adrenaliny. Słyszał, widział i czuł, więc miał wrażenie, że jest okej, choć jedyne czego potrzebował to usiąść i trochę odpocząć.
Po przyjeździe dwóch policjantów ujęło gagatka i zaraz na jego rękach można było zauważyć srebrne bransolety w postaci kajdanek, a potem zmusili go do wejścia do radiowozu. Natomiast po zamknięciu za napastnikiem tylnych drzwi, nie odjechali od razu, ponieważ musieli spisać co się wydarzyło. Jeden policjant podszedł do Rohana, a drugi do Connora. Walker bez problemu opowiedział co widział i jak wyglądała cała sytuacja z jego perspektywy. Podziękowano mu za współpracę i chwilę później, policjant wracał do auta, które stało ze świecącymi kogutami Pewnie niektórzy pacjenci oglądali tę sytuację z okien. pomyślał, podnosząc głowę i parskając, bo frekwencja w oknach była całkiem niezła.
- Mieliśmy widzów. - powiedział, kiwając głową w stronę szpitala, gdy przy rezydencie już nikogo nie było i mogli swobodnie ze sobą porozmawiać.
Connor poczuł ogromną ulgę kiedy nie dość że usłyszał, to jeszcze widział, że z Kimem było wszystko okej - choć mimo wszystko dobrze by było, by ktoś go obejrzał przed tym, jak będzie wracał do domu.
- Dobrze by było, by ktoś Pana obejrzał. - rzucił nagle Connor. - Może wróćmy na chwilę do środka. - zaproponował, wskazując palcem wskazującym drzwi wejściowe szpitala. Jasne, mógł tam pójść sam, lecz wolał jeszcze nie zostawiać Kima samego.
- W ogóle… poznał go Pan może, w sensie, wie Pan kto to był? Jakiś były pacjent? - spytał, bo raczej nikt nagle nie postanawia wpaść na pomysł zaatakowania lekarza. No chyba, że postawił złą diagnozę lub spowodował śmierć kogoś bliskiego…
Rohan Kim
-
Oh honey, I ain't your saviour
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkishe/hertyp narracjityp narracjiczas narracji-postaćautor
- Przynajmniej mieli niezłe show - zauważył cierpko. Szkoda tylko że on robił za jednego z głównych aktorów. Lubił atencję, ale nie dokładnie taką. Na uwagę Walkera, Rohan skinął głową. - Farell zaraz mnie weźmie w obroty. Cholera wie czy dziś mnie stąd wypuści - odpowiedział nieco ponuro, mając na myśli lekarza, który wybiegł ze szpitala zaraz za ochroniarzem. Obecnie także składał on zeznania, chociaż widział praktycznie nic. Z daleka mężczyzna dał znać aby Walker zabrał poszkodowanego do środa. Rohan mógł tylko w posępnej ciszy dać się przewieźć do budynku.
- Nie pacjent. Bliski pacjentki, która była operowana u nas z tydzień temu - odpowiedział, zerkając jeszcze raz przez ramię na radiowóz. W pierwszej chwili go nie poznał, za dużo adrenaliny, no i stracił na dłuższą chwilę okulary. Ale kiedy w końcu je odzyskał, mógł przyjrzeć się napastnikowi i to, w połączeniu z jego słowami, dało Rohanowi podpowiedź z kim ma do czynienia. - Starsza kobieta, nie przeżyła. Przypadek był beznadziejny, odradzałem zabieg, ale się uparli. W sumie to on się uparł i ją namówił.
Rohan zwykle podejmował się takich przypadków, lubił wyzwanie, kiedy wszyscy inni rozkładali bezradnie ręce, on szukał sposobów na rozwiązanie problemu niestandardowymi metodami. Ale ta sytuacja była naprawdę nie do odratowania, serce było tylko jednym z wielu problemów zmarłej.
- Nie najlepiej zniósł wieść o jej zgonie. To była chyba jego matka albo babka. Próbowałem być... wyrozumiały, ale kiedy zaczął grozić że pozwie szpital i nas wszystkich zajebie, mogłem być nieco... niemiły. - jakby to była jakaś nowość. Rohan dla mało kogo był miły - nawet pacjenci nie mieli z nim łatwo, a co dopiero jakiś furiat, grożący całemu szpitalowi. Facetowi na pewno potrzebna była terapia, ale jakoś Kim nie wierzył w to, aby kiedykolwiek się na nią zapisał.
Connor Walker
-
911 what's your emergency?
nieobecnośćniewątki 18+niezaimkizaimkityp narracjityp narracjiczas narracji-postaćautor
- Ciekawe, na ilu telefonach jesteśmy. - naprawdę go to ciekawiło, przesunął spojrzeniem po oknach, które znajdowały się na wyższym poziomie. Kilka osób wciąż trzymało telefony uniesione nieco za wysoko, jakby zapomniało, że nagrywanie już dawno straciło sens. Inni już zdążyli się ulotnić.
- Myslę… że zaleci spędzenie nocy w szpitalu. Tak na zaś. - stwierdził Walker, choć nie wiedział, czy jakiekolwiek skutki po uderzeniu jeszcze później wystąpią, ale lepiej było dmuchać na zimne.
- Och… - domyślił się, że pacjentka nie przeżyła, a zaraz potem otrzymał potwierdzenie wraz z wyjaśnieniem całej sytuacji. Nie rozumiał, dlaczego gość się upierał, skoro poinformowano go o tym, jak operacja może się zakończyć.
- I rozumiem, że obwinia Ciebie i dlatego się tutaj dziś pojawił… - dodał zaraz, a kilka sekund później spojrzał z wielkimi oczami na Kima.
- Czy on był już tutaj wcześniej, w sensie, czy był tu jeszcze po operacji? - spytał, bo zastanawiało go, czy Rohan był przez gościa obserwowany albo nawet stalkowany.
- Skoro ją namówił, to jedyną osobą, do której powinien mieć pretensje, jest on sam. Ech… - westchnął, przeczesując dłonią włosy. Ach… czyli prawdopodobnie nie tylko o śmierć tu chodziło.
- Mhm… nieco…- powiedział, unosząc obie dłonie na wysokość ramion i zginając palce wskazujące oraz środkowe w momencie wypowiadania nieco
- No, ale już mniejsza. Miejmy nadzieję, że nie ucieknie policjantom ani nie naśle jakiegoś swojego przyjaciela. - bo gdy ktoś był wk wkurwiony człowiek, mógł posunąć się do różnych rzeczy. A jak miał pieniądze, to już w ogóle…
Rohan Kim
-
Oh honey, I ain't your saviour
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkishe/hertyp narracjityp narracjiczas narracji-postaćautor
Rohan westchnął tylko głośno. Sięgając po własną wiedzę medyczną, mógł wstępnie określić że na pewno doznał poważnego obtłuczenia mięśni, a skórę przez następne tygodnie będzie miał fioletową od krwiaka. Miał pewne trudności z nabieraniem powietrza, ale to mógł być po prostu ból promieniujący z miejsca uderzenia... albo pęknięte żebra. Kim modlił się, aby prześwietlenie, które z pewnością zleci Farell niczego nie wykazało. Całe szczęście, że napastnik był na tyle głupi, aby nie celować w głowę. Uderzenie taką pałką teleskopową mogłoby go przyprawić o wstrząśnienie mózgu, pęknięcie czaszki, albo nawet zabić na miejscu. Gdyby furiat jednak chciał naprawdę zajść Rohanowi za skórę i zamienić jego życie w piekło, powinien celować w dłonie. Bez sprawnych dłoni chirurg stawał się absolutnie bezużyteczny.
- Ludzie w rozpaczy nie myślą trzeźwo - odpowiedział po prostu. Nie trzeba było być psychiatrą, aby dostrzec, że facet ewidentnie za bardzo polegał na swojej matce. Nie była to zdrowa relacja, więc i jej finał był raczej tragiczny. Mężczyzna nie dopuszczał do siebie myśli o tym, że operacja może się nie powieść, że jego rodzicielki może nagle zabraknąć. A gdy wydarzyło się najgorsze, całkiem mu odwaliło.
- Nic mi na ten temat nie wiadomo - ochrona mu o niczym takim nie doniosła. Gdyby Kim miał obstawiać, uznałby że facet prawdopodobnie załatwiał przez tych kilka ostatnich dni sprawy związane z pogrzebem. A kiedy już złożył matkę do ziemi, nie było nikogo, kto by powstrzymał go przed próbą ukarania tego, który - w jego opinii - był winny całej tej tragedii.
Rohan tylko machnął ręką, uznając że nie ma już do dodania nic więcej na ten temat. Kobieta umarłaby tak czy inaczej, była zwyczajnie zbyt chora. Operacja po prostu to przyspieszyła - i przynajmniej zapewniła jej bezbolesne odejście, bo wszystko działo się pod narkozą. Kim posłał jeszcze tylko jedno, zirytowane spojrzenie Connorowi. Nie zamierzał jakoś diametralnie zmieniać swojego podejścia do pacjentów. Wytykał im każdą debilną decyzję, która miała wpływ na ich zdrowie, czy im się to podobało czy nie. Jeden ekstremalny przypadek człowieka ewidentnie chorego psychicznie nie miał tego zmienić. Niemniej, Rohan na pewno przez pewien czas będzie się czujnie oglądać za ramię. No i już się cieszył na to przymusowe wolne, bo przecież szpital nie pozwoli mu pracować po takim ataku przez co najmniej dwa tygodnie, każąc wypocząć i porządnie się wykurować.
- W każdym razie - odchrząknął Rohan, zerkając z pewnym zniecierpliwieniem na drzwi wejściowe szpitala. Zastanawiał sie kiedy Farell wróci i raczy się nim zająć. - Gdybyś czegoś potrzebował, przysługi, pieniędzy, rekomendacji... nie krępuj się. - nie lubił mieć długów, a w tym momencie miał takowy u Walkera. Gdyby nie jego interwencja, kto wie, może furiat zdzieliłby go jeszcze kilka razy, powodując dużo, dużo poważniejsze obrażenia.
Connor Walker
-
911 what's your emergency?
nieobecnośćniewątki 18+niezaimkizaimkityp narracjityp narracjiczas narracji-postaćautor
- Fakt. - zgodził się, lekko kiwając głową. - W strachu też nie. - dodał jeszcze od siebie, bo nieraz słyszał, co ludzie, których ratował, próbowali robić, choć on im stanowczo zakazywał; np. kazał siedzieć nieruchomo, a ktoś za wszelką cenę się ruszał, co powodowało powiększenie rany A potem weź to zaszywaj albo tamuj...
- A, to dobrze. Znaczy, oby faktycznie tak było. - stwierdził, bo to, że ochroniarz go nie widział, to wcale nie oznaczało, że mogło go nie być, tj. że gość nie odwiedził szpitala, bo wystarczyło dobre przebranie, no ale skoro już siedział w kajdankach, to istniała szansa, że będzie już spokojniej - chociaż w głowie Connora jeszcze kilka scenariuszy zaczęło się tworzyć, bo jeżeli ktoś pragnął zemsty, to często za wszelką cenę.
Walker skinął głową, by dać znać, iż rozumie i nie planuje kontynuować już tematu z gościem i operacją, między innymi dlatego, że Kim też aktualnie zasługiwał na odpoczynek. Musiał się zregenerować po tym uderzeniu, przed którym Connor nie zdążył go ochronić.
Spojrzał uważnie na Kima, zastanawiając się przez sekundę, co będzie chciał powiedzieć; a kiedy do jego uszu dotarło, na co mógł liczyć w ramach wdzięczności, uważał, że to bardzo miłe.
- Ja... dziękuję. Będę o tym pamiętał. - aczkolwiek czy z czegokolwiek kiedyś skorzysta? Możliwe, lecz w tamtej chwili raczej niczego nie planował. W jego twarzy można było dostrzec wdzięczność i normalnie pewnie klepnął by Rohana w ramię, lecz aktualnie sobie to odpuścił.
- Naprawdę cieszę się, że nic poważniejszego się nie stało. - dodał jeszcze.
- Przynieść panu wody? - spytał, bo jemu w sumie powoli zaczynało się chcieć pić. A woda raczej im nie zaszkodzi.
Rohan Kim