ODPOWIEDZ
31 y/o
For good luck!
184 cm
Rezydent kardiochirurgii Mount Sinai Hospital
Awatar użytkownika
Oh honey, I ain't your saviour
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkishe/her
typ narracjityp narracji
czas narracji-
postać
autor

Nocami szpital generalnie zamierał. Wyludniał się, korytarze cichły, a światła w salach gaszono, dając pacjentom odpocząć. Gdyby nie utrzymujący się w powietrzu zapach środka odkażającego, można by nawet zapomnieć, że była to placówka medyczna. No, chyba że właśnie na parking zajechała karetka, błyskając na dachu dyskoteką i wyjąc w niebogłosy. I właśnie tego wycia Rohan miał już dziś serdecznie dosyć. Światło świetlówek odbijało się w wypolerowanej posadzce, gdy pchnął ciężkie drzwi oddziału i wyszedł na korytarz. Dwanaście godzin dyżuru pogłębiło lwią zmarszczkę na jego czole. Kitel miał zmięty, włosy w nieładzie, a rękawy podwinięte - co było oznaką, że był wyjątkowo wymęczony, bo zwykle starał się prezentować nienagannie. Nawet w tak chaotycznym otoczeniu, jakim był szpital. A chaosu dziś tu nie brakowało Kilka przypadków krytycznych - i każdym należało zająć się szybko i sprawnie. Najpierw zszywał pękniętą śledzionę u chłopaka który rozbił się na motocyklu, potem walczył o życie starszej kobiety uskarżającej się na ból w piersi - okazało się że właśnie miała zawał. Kiedy nad ranem aparat EKG wreszcie przestał piszczeć alarmująco, Rohanaw pozwolił sobie na krótkie, ciężkie westchnienie. Nie triumfował. Po prostu odhaczyć kolejną bitwę.
Teraz stał przy oknie na końcu korytarza i przez chwilę patrzył na szarzejące niebo. Miasto budziło się do życia - ludzie w pośpiechu ruszali do pracy, dzieci ciągnęły za sobą plecaki. Zwyczajność. Świat, który toczył się dalej, niezależnie od dramatów rozgrywających się za murami szpitala. W szatni przebrał się w ciemny płaszcz, starannie owijając szyję szalikiem. Spojrzał w lustro - zmęczone oczy, napięta linia ust. Zdecydowanie potrzebował odpoczynku. Pomimo całej swojej pasji do medycyny, nie chciał słyszeć o żadnym medycznym przypadku aż do chwili swojego następnego dyżuru.
- Kelly. Walker. Nikogo dziś nie zabiliście, brawo - kierując sie ku wyjściu, przystanął jeszcze na moment przy dyżurce ratowników medycznych. Nawet skinął im obu głową. Słowa mogły brzmieć ironicznie lub pretensjonalnie, ale w jego przypadku była to pochwała. Szorstka bo szorstka, ale jednak pochwała. Ratownicy medyczni mieli dziś nie mniej roboty niż lekarze. Spisali się.
Rohan od razu poczuł się lepiej gdy wyszedł na chłodne, poranne powietrze i wciągnął je głęboko w płuca. Już planował zatopienie się w swojej miękkiej pościeli - nawet prysznic sobie odpuści, chociaż było to niehigieniczne. Po prostu chciał iść spać. Ruszył w kierunku swojego auta, całkowicie skupiony na tym, aby nie wywalić się na oblodzonym chodniku - stąd też nie zauważył, że na parkingu nie jest sam.

Connor Walker
Ostatnio zmieniony wt lut 17, 2026 11:14 pm przez Rohan Kim, łącznie zmieniany 1 raz.
Solhy
Pisz z sensem
26 y/o
Welkom in Canada
180 cm
Ratownik medyczny w Mount Sinai Hospital
Awatar użytkownika
911 what's your emergency?
nieobecnośćnie
wątki 18+nie
zaimkizaimki
typ narracjityp narracji
czas narracji-
postać
autor

#wpisze_potem

Do Connora wciąż nie docierało to, co wydarzyło się przed świętami pod jemiołą. Uśmiechał się do samego siebie na to wspomnienie i zastanawiał się, czy to oznaczało krok do przodu, czy może tak naprawdę Camellia zrobiła to po winie, a tak naprawdę tego żałowała. Coś na pewno było na rzeczy, ponieważ gdy udawało mu się zasnąć, śnił o niej. Szczerze? Najchętniej przyjeżdżałby do niej zaraz po skończonej zmianie, lecz czasami gdy kończył nad ranem, to uważał za zły pomysł, by do niej pisać.
Oczywiście starał się koncentrować na pracy, a już szczególnie gdy dostawał wezwanie i należało czym prędzej odpalać silnik ambulansu. Biorąc pod uwagę, że panowała zima i praktycznie codziennie był mróz, to wiele wezwań dotyczyło ludzi, którzy przewracali się idąc nawet po prostej drodze. W takich okolicznościach, powinien istnieć ban na wychodzenie i ci co mogą, powinni pracować zdalnie. Mówił do samego siebie w myślach, gdy wracał z akcji. On sam niejednokrotnie prawie zaliczył spotkanie z ziemią, ponieważ nagle noga mu uciekała, ale koniec końców jakoś udawało mu się zachować równowagę - sąsiedzi mogli pomyśleć, że trenuje "łyżwiarstwo" figurowe.
Tego dnia było praktycznie tak samo - większość akcji do przewróconych osób, jedna do starszego pana, który dostała zawału i jeszcze jedna na miejsce wypadku. Walker absolutnie nie narzekał na nudę.
Po dotarciu do szpitala, marzył o gorącej kawie.
Słysząc słowa rezydenta - które mogły być różnie odebrane, postanowił mu odpowiedzieć.
- Dziękuję Panie Kim. - odpowiedział, bo uznał to za pochwałę, a biorąc pod uwagę warunki pogodowe, naprawdę łatwo było o wypadek śmiertelny. Wyprostował plecy i pokręcił głową na boki, a następnie poszedł do szpitalnej kawiarni po kawę na wynos. Podziękował za kawę i już miał iść się przebrać, gdy zauważył przez okno postać. Wszystko byłoby okej gdyby nie fakt, że zbliżała się do Kima, bawiąc się czymś w dłoni. Niestety Connor nie mógł dostrzec co to dokładnie było. Podmuchał kawę i na wszelki wypadek postanowił obserwować sytuację z bliższej odległości tj. zaczął iść w kierunku drzwi wyjściowych, by następnie otworzyć je i wyjść na zewnątrz. Coś mi tu śmierdzi. i po tej myśli, podbiegł bliżej Kima, by złapać spróbować obezwładnić nieznanego typka. Oczywiście gdy biegł, to cała kawa wylądowała na ziemi razem z kubkiem - no nic, kupi znowu.
- Panie Kim, za Panem! - krzyknął, choć miał nadzieję, że koniec końców gość będzie miał dobre zamiary a on po prostu... zaliczył falstart z ogłoszeniem alarmu.

Rohan Kim
Ostatnio zmieniony ndz lut 22, 2026 11:17 pm przez Connor Walker, łącznie zmieniany 1 raz.
31 y/o
For good luck!
184 cm
Rezydent kardiochirurgii Mount Sinai Hospital
Awatar użytkownika
Oh honey, I ain't your saviour
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkishe/her
typ narracjityp narracji
czas narracji-
postać
autor

Rohan nie zaszedł wcale daleko. Jego uwaga skupiona była w całości na tym, co miał pod nogami - przez chwilę pomyślał o tym, czy nie powinien napisać oficjalnej skargi do dyrekcji szpitala, bo chodnik zostawiał wiele do życzenia w kwestii bezpieczeństwa. Przecież jako placówka medyczna, która przyjmowała teraz poszkodowanych głównie podczas upadków na lodzie, powinni świecić przykładem i zapobiegać dalszym takim wypadkom. W głowie zaczął już nawet układać treść takiego pisma, macając jeszcze w kieszeni w poszukiwaniu paczki fajek. I wtedy właśnie usłyszał za sobą wołanie.
Rohan ledwo zdążył się odwrócić, kiedy nagle poczuł przeszywający ból. Plecy mężczyzny niemal eksplodowały, odbierając mu oddech. Nie miał nawet dość powietrza, żeby krzyknąć. Runął na ziemię, w czym niestety pomógł zalegający na ziemi lód. Kolejne uderzenie spadło na jego ciało, tym razem niżej, w okolicy lędźwi. Tym razem Rohan wrzasnął. Okulary spadły mu z nosa, przez co nawet gdy spróbował odwrócić się by spojrzeć na swojego napastnika, nie widział wiele. Ubrany od stóp do głów w czerń mężczyzna wyglądał jak rozmazana plama, szczególnie że w oczach Kima zaczynały wzbierać łzy.
- Teraz nie jesteś taki kozak, co, chuju? Miło jak cię ktoś traktuje z góry? Gdy cię ktoś traktuje jak szmatę? - powietrze przeciął ochrypły głos nieznajomego. - Puszczaj mnie, skurwielu! To nie twoja sprawa! - tym razem w głosie kryła się bardziej irytacja i nie były one już skierowane do Rohana. Napastnik odwrócił się w stronę ratownika medycznego, który próbował go chwycić. Zaczęli się siłować, a nieznajomy dodatkowo zaczął wymachiwać trzymaną w ręce pałką teleskopową. To nią wcześniej zdzielił Kimowi w plecy.
Napędzany adrenaliną Rohan nie od razu pojął co się właściwie stało. Zwijając się z bólu na chodniku nie zauważył w pierwszej chwili, że napastnik zajął się kimś innym. Wokół nie było nikogo, wciąż było zbyt wcześnie, aby po terenie szpitala kręcili się ludzie. W umyśle Kima była tylko ucieczka - więc gdy z trudem udało mu się podnieść na klęczki, odsunął się o dodatkowy metr. Dopiero wtedy do głosu zaczął dochodzić rozsądek. Pomoc. Musieli wezwać pomoc. Jęcząc z bólu i krzywiąc się okrutnie (uderzenie trafiło między innymi mięśnie równoległoboczne) Rohan wydobył z kieszeni telefon. Nie było czasu na przypominanie sobie kto jest jeszcze na dyżurze w szpitalu, dlatego Kim po prostu wystukał numer 911, mając jednocześnie nadzieję, że przez zaciśnięte z bólu szczęki będzie w stanie wyksztusić dyspozytorce swój problem.

Connor Walker
Solhy
Pisz z sensem
26 y/o
Welkom in Canada
180 cm
Ratownik medyczny w Mount Sinai Hospital
Awatar użytkownika
911 what's your emergency?
nieobecnośćnie
wątki 18+nie
zaimkizaimki
typ narracjityp narracji
czas narracji-
postać
autor

Szczerze powiedziawszy Connor także nie rozumiał, jak to możliwe, żeby chodnik przy szpitalu był praktycznie nie odśnieżony - za dodatkową zapłatą, sam weźmie łopatę i go odśnieży, bo przecież wiedział jak to robić, a poza tym, odśnieżał już wiele razy. Ciekawe, czy do tej pory nikt się na nim poważnie nie poślizgnął. Jeszcze by brakowało, by ktoś wniósł oskarżenie i szpital otrzymałby karę.
No ale Connor nie mógł zbyt długo rozmyślać nad chodnikiem, ponieważ na jego oczach rozgrywała się scena, której normalnie by się nie spodziewał. Niestety nie zdążył uchronić Rohana przed pierwszymi uderzeniami, ale naprawdę robił co mógł, by jak najszybciej dobiec do miejsca, gdzie nieznajomy okładał Kima, który nagle upadł na ziemię.
- Grzeczniej, grzeczniej. Ładnie to tak zachodzić od tyłu kogoś, hm? - spytał, próbując go obezwładnić najdłużej jak tylko mógł, lecz niestety po chwili typek dał radę się wyswobodzić i podjął próbę chwycenia, lecz to mu się nie powiodło, ponieważ Connor zdołał odskoczyć. Ostatecznie obaj zaczęli się wpierw siłować, a potem okładać - Walker poczuł ból na policzku i metaliczny posmak krwi na ustach. Chronił twarz jak mógł i czekał na odpowiedni moment, by wyprowadzić cios. Wszystko byłoby dobrze, gdyby nagle nie miał wrażenia, że zaczyna mu brakować powietrza, a samo powietrze jakby zgęstniało. Każdy wdech był płytszy od poprzedniego. W uszach zaczęło mu szumieć.
Napastnik zamachnął się ponownie. Connor uchylił się instynktownie, bo gdyby tego nie zrobił, to pięść wylądowałby na jego skroni. Nagle sięgnął do kieszeni i zacisnął palce się na kluczykach od samochodu.
Kiedy mężczyzna rzucił się na niego kolejny raz, Connor tym razem nie cofnął się. Zamiast tego wbił kluczyki w jego bok. Napastnik syknął z bólu i odruchowo się cofnął. Wykorzystując moment, Walker podszedł do mężczyzny, by złapać go za ręce tak, by były z tyłu. Chwycił jeden nadgarstek i gwałtownym ruchem pociągnął go w dół, próbując zmusić napastnika do utraty równowagi. Druga ręka szarpała się jeszcze przez chwilę, ale Connor naparł całym ciężarem ciała, popychając go w stronę ziemi. Buty znów prześlizgnęły się na oblodzonej powierzchni. O mało sam nie upadł, lecz ostatecznie zdołał utrzymać pozycję. Kolanem przycisnął mężczyznę między łopatkami, starając się unieruchomić jego ręce skrzyżowane na plecach.
- To koniec. Odpuść. - syknął przez zęby, czując, jak w klatce piersiowej narasta niepokojące pieczenie. Napastnik szarpał się jeszcze, próbując wyrwać jedną rękę, ale uchwyt Connora był wystarczająco mocny. Przynajmniej na razie. Walker czuł, jak siły go opuszczają i drżą mu ramiona.
- Panie Kim, nic Panu nie jest? - spytał, próbując zostać świadomym, choć zdawało mu się, że widział jak ze szpitala ktoś wybiega. A może to po prostu omamy?

Rohan Kim
31 y/o
For good luck!
184 cm
Rezydent kardiochirurgii Mount Sinai Hospital
Awatar użytkownika
Oh honey, I ain't your saviour
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkishe/her
typ narracjityp narracji
czas narracji-
postać
autor

Szarpaninę dziejącą się kilka metrów od niego Rohan dostrzegał tylko jako niewyraźną plamę - nawet nie próbował szukać okularów, wciąż skupiając się na uspokojeniu oddechu, opanowaniu bólu pleców i sygnale połączenia. Dyspozytor odezwał się momentalnie, pytając o sytuację i jej adres.
- Mount... Mount Sinai Hospital, parking - pierwsza próba odezwania się brzmiała dość niewyraźnie, dlatego się poprawił. - Agresywny mężczyzna... napadł mnie. Obezwładnili go, ale nadal się rzuca - nawet ze swoją wadą wzroku, Kim zdołał dostrzec, że napastnik został powalony na ziemię i przyciśnięty do gleby. To go trochę uspokoiło, ból także zaczął bardzo powoli odpuszczać. Mężczyzna spróbował usiąść i nawet mu się to udało, chociaż przypłacił to kolejnym głośnym sykiem bólu.
- Proszę się nie rozłączać. Już wysyłam patrol policji i informuję szpital. Jakie obrażenia pan odniósł? - zapytał jeszcze głos w słuchawce.
- Zdzielił mnie czymś mocno w plecy, kijem czy jakąś pałką - odparł Rohan, zerkając w stronę szpitala, bo także zauważył ruch. Nawet wczesna godzina nie oznaczała, że budynek był całkiem opustoszały. Ktoś z ochrony zawsze czuwał, a teren obsadzony był wieloma kamerami. Jedna z nich musiała uchwycić co się stało, bo na ratunek właśnie biegł im jeden z ochroniarzy. Za nimi Kim dostrzegł jeszcze jedną osobę, ubraną w biały kitel - a więc któryś z lekarzy. Sytuacja wyglądała więc na w miarę opanowaną. Rohan pozwolił sobie na głębokie westchnięcie ulgi.
- Żyję, to najważniejsze - odkrzyknął w końcu na pytania Connora. Bardziej nawet niż plecy bolała go chyba nieco urażona duma, musiał przedstawiać sobą teraz prawdziwie żałosny obrazek. Spojrzał na swoje trzęsące się dłonie i zmusił się do zaciśnięcia ich w pięść. Dopiero teraz dotarło do niego, jak ogromne miał szczęście, że napastnik nie celował w jego ręce. Jego kariera byłaby niechybnie skończona.
- Halo, jest pan tam? Patrol policji już jest w drodze, będą na miejscu za pięć minut
- Tak, tak. Dobrze - odpowiedział Kim. Ochroniarz dotarł w końcu do Connora, pomagając mu przytrzymać na ziemi szarpiącego się napastnika. Nieznajomy jednak dość szybko opadł z sił i tylko leżał na zimnej ziemi, łypiąc wściekle na pielęgniarza. Rohan spróbował się podnieść na nogi, ale ból wciąż mu nie pozwolił. Rozejrzał się więc chociaż za swoimi okularami. Zlokalizował je i założył na nos, kląc siarczyście bo jedno ze szkieł było pęknięte. - Ej, Walker. Dzięki - wysapał jeszcze.

Connor Walker
Solhy
Pisz z sensem
26 y/o
Welkom in Canada
180 cm
Ratownik medyczny w Mount Sinai Hospital
Awatar użytkownika
911 what's your emergency?
nieobecnośćnie
wątki 18+nie
zaimkizaimki
typ narracjityp narracji
czas narracji-
postać
autor

- Nie ma za co. - odpowiedział, bo bądź co bądź wypełnił swój obowiązek, jakim było ratowanie innych. Więc uratował Rohana.
Na szczęście policja całkiem sprawnie zareagowała i dość szybko zjawiła się przed szpitalem. Walker czuł w ustach metaliczny posmak i odruchowo przejechał językiem po zębach, żeby upewnić się, że żadnego nie stracił - nie uśmiechało mu się wydawać prawie ośmiu tysięcy na implant. Twarz mu pulsowała, a dłonie wciąż drżały od adrenaliny. Słyszał, widział i czuł, więc miał wrażenie, że jest okej, choć jedyne czego potrzebował to usiąść i trochę odpocząć.
Po przyjeździe dwóch policjantów ujęło gagatka i zaraz na jego rękach można było zauważyć srebrne bransolety w postaci kajdanek, a potem zmusili go do wejścia do radiowozu. Natomiast po zamknięciu za napastnikiem tylnych drzwi, nie odjechali od razu, ponieważ musieli spisać co się wydarzyło. Jeden policjant podszedł do Rohana, a drugi do Connora. Walker bez problemu opowiedział co widział i jak wyglądała cała sytuacja z jego perspektywy. Podziękowano mu za współpracę i chwilę później, policjant wracał do auta, które stało ze świecącymi kogutami Pewnie niektórzy pacjenci oglądali tę sytuację z okien. pomyślał, podnosząc głowę i parskając, bo frekwencja w oknach była całkiem niezła.
- Mieliśmy widzów. - powiedział, kiwając głową w stronę szpitala, gdy przy rezydencie już nikogo nie było i mogli swobodnie ze sobą porozmawiać.
Connor poczuł ogromną ulgę kiedy nie dość że usłyszał, to jeszcze widział, że z Kimem było wszystko okej - choć mimo wszystko dobrze by było, by ktoś go obejrzał przed tym, jak będzie wracał do domu.
- Dobrze by było, by ktoś Pana obejrzał. - rzucił nagle Connor. - Może wróćmy na chwilę do środka. - zaproponował, wskazując palcem wskazującym drzwi wejściowe szpitala. Jasne, mógł tam pójść sam, lecz wolał jeszcze nie zostawiać Kima samego.
- W ogóle… poznał go Pan może, w sensie, wie Pan kto to był? Jakiś były pacjent? - spytał, bo raczej nikt nagle nie postanawia wpaść na pomysł zaatakowania lekarza. No chyba, że postawił złą diagnozę lub spowodował śmierć kogoś bliskiego…

Rohan Kim
ODPOWIEDZ

Wróć do „Mount Sinai Hospital”