34 y/o
REKRUTER
184 cm
właściciel klubu i informator policji | Emptiness
Awatar użytkownika
miał być cichy, niewidoczny, w końcu balansuje na granic między kokainą na złotych tacach i bronią ukrytą pod drogimi marynarkami, a kajdankami i odznaką przy pasku... a jednak tak bardzo rzuca się w oczy, że trudno go nie zauważyć, z tymi jego tatuażami, z tymi kolorowymi koszulami, złotymi łańcuchami na opalonym karku i... niewyparzoną gębą
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkinie
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Zamrugał dwa razy i przez moment trawił to co mu powiedziała, to głębokie gardło, może dlatego, że Madox w ogóle nie umiał świntuszyć po angielsku, zdecydowanie lepiej mu to wychodziło po hiszpańsku, lepiej to w ogóle brzmiało. W końcu dotarło do niego, ciemne tęczówki znowu odszukały jej piękne, brązowe oczy, przełknął ślinę aż grdyka mu zadrgała.
Tu już zapaliła mu się jakaś lampka, że jednak ten bar to nie jest dobry pomysł, a on może zamiast pouczać ją, że powinna rozmówców rozpraszać flirtem, to powinien powiedzieć, że ma kurwa założyć golf i być chamska. Tylko co by to dało? Przynajmniej on miałby spokojną głowę.
Chociaż drink był dobry, widział w nim potencjał... A w tym odwracaniu jego uwagi, widział go aż za dużo. Napił się jeszcze, zanim odstawił szklankę i zanim ją zgarnęła. Przez chwilę się nad tym zastanawiał, rozważał te za i przeciw, ale w końcu wypalił z tym, że nie może stać za barem. Bo może jakby flirtowała tak jak wcześniej, to by się tym jakoś tak bardzo nie przejął. Chociaż bywał zazdrosny o gorsze pierdoły, ale jednak to do czego posunęli się teraz, na to nie umiałby przymknąć oka. Chociaż wierzył, że takie teksty jednak były zarezerwowane dla niego, razem z tym głębokim gardłem, ale kurwa na akcji się nie zastanawiasz i czasem trzeba posunąć się do różnych rzeczy. Madox o tym doskonale wiedział.
- Nie skupię się, jak będziesz stała za barem, a muszę się skupić - stwierdził, ale to była prawda. Cały czas by się zastanawiał z kim on przy tym barze rozmawia, o czym, a przecież on musiał się zająć Pablo, a nie nią. Ale bardzo chciał nią, nawet teraz, może dlatego sięgnął jeszcze po tego mocnego drinka, żeby go upić, czymś się zająć, a nie fiksować znowu na tym, że mogli teraz siedzieć w Acapulco i testować to głębokie gardło, znowu.
Uśmiechnął się na jej kolejne słowa.
- Matteo do tego trochę lepiej się nosi - szarpnął tą swoją kolorową koszulę - no i gościu to prawdziwy podrywacz - pokazał jej czubek języka - dziwnie by było jakbyś się na niego rzuciła na tej imprezie - czy chciał jej zasugerować, że oboje mogli by tego nie wytrzymać? Chyba tak. Chociaż więcej w tym było jego winy, ale przecież się do tego nie przyzna.
Zresztą nieważne, postanowione, że idą razem, musiał tylko się zastanowić jako kogo ją przedstawi, żeby Pablo nie miał jakiś oporów przed gadaniem przy niej. Zamyślił się, a kiedy podsunęła mu szklankę też ją przechylił, w dwóch łykach. Powiódł za nią wzrokiem, kiedy odsunęła się od lady.
- Mnie jeszcze bardzo interesuje jedna kwestia... - rzucił opierając się plecami o wyspę i odwracając w jej kierunku - to głębokie gardło - jego spojrzenie przesunęło się po jej nagich plecach, na podłogę wraz z tą sukienką. Zaraz zerwał się z krzesła i stał przy niej, tak, że mogła poczuć na sobie, jak jego serce znowu wyrwało się do niej dziko, kiedy się nad nią pochylił, kiedy jego ciepły oddech omiótł jej kark, po którym przesunął palcami, odgarniając z niego te ciemne, piękne kudły, złożył na rozgrzanej skórze kilka pocałunków.
- W chacie do pierdolenia piżamy... - mruknął jej do ucha. Ale zanim zdążyła cokolwiek powiedzieć, a Madox zanim zdążył nawet nabrać w płuca powietrze zaciągając się jej zapachem, to usłyszeli z korytarza chrząknięcie. Noriega tylko się odwrócił zasłaniając sobą Pilar, skrzyżował ręce na piersi.
Stał przed nimi Lopez, ale i Esme, która już nie była odpierdolona, miała na sobie zwykłe jeansy i koszulkę, a nawet adidasy.
- Przeszkadzamy wam? - zapytała, a zaraz podeszła do lady i poklepała ją dłonią. Lopez położył na niej dwa pistolety, jakiś sprężynowy nóż, mały kastet, wytrych, takie rzeczy, które mogą się przydać, ale można je poupychać po kieszeniach, no i amunicja. Madox od razu zwrócił uwagę na kastet, co prawda miał dużo pierścionków, ale on lubił taką biżuterię. Bardziej niż broń.
Esme położyła też na blacie jakąś torbę z ciuchami.
- Tutaj masz uniform dla obsługi - zerknęła na Pilar.
- Nie będzie robiła na obsłudze... - wtrącił od razu Madox, a ciemne oczy jego matki zatrzymały się na jego twarzy - wejdzie ze mną, jako goście - wzruszył ramionami, a Esme się skrzywiła.
- A prochy? - zapytała i zerknęła na Lopeza. Madox też na niego spojrzał a później na Stewart.
- Ty je dosyp, albo on, przydajcie się na coś, to przecież... - i już chciał powiedzieć, że to ich dziecko, ale Esme spojrzała na niego gniewnie - wasza wielka ucieczka - dokończył - ale daj też porcję dla nas, może się przyda - nigdy nic nie wiadomo, a jak zaczną coś improwizować, to kto wie. Może nawet uda im się coś dosypać Pablo? Madox nie miał planu, zresztą czy tu można było coś zaplanować, skoro cała sytuacja zmieniała się tak dynamicznie? Ciężko.
Esme się pokrzywiła, ale w końcu położyła też na ladzie samarkę z białym proszkiem.
- Tylko pamiętaj, że najważniejsza jest Aura... - mruknęła zanim Madox go złapał. Noriega pokiwał głową. Dla niego nie była, ale przecież jego matka nie musiała tego wiedzieć.
- Dla Pablo też jest ważna... - powiedziała zerkając na Lopeza - jutro w ogóle będzie taki dzień, kiedy on będzie chciał się pokazać z jak najlepszej strony, dobry ojciec, mąż... Będzie nas pilnował - znowu spojrzała na Lopeza, a Madox wywrócił oczami. Zajebisty ojciec i mąż, w Emptiness widział jak bardzo.
- Dobra, damy sobie radę z gów… z Aurą - powiedział pewnie, no bo jakoś sobie we dwójkę dadzą? - tylko on musi z nami współpracować - podbródkiem wskazał Lopeza, a ten prychnął, skrzywił się jakoś, ale Esma zaraz oparła ozdobioną długimi paznokciami w kolorze krwistej czerwieni, dłoń na jego klacie, na białej koszuli.
- Będzie, Andres jest po naszej stronie - powiedziała, a Madox spojrzał na nią dziwnie. Andres? Nie chciał dać nic po sobie poznać, więc skinął głową, Esme kontynuowała - jutro będą zupełnie nowi ochroniarze... Ci z dzisiaj mają wolne, na imprezy są... bardziej profesjonalni, bardziej Pablo niż moi - zerknęła znowu na Lopeza - więc nie musicie się bać, że was poznają, ale trzeba na nich bardziej uważać, bo nie słuchają się nawet jego - poklepała Lopeza po ramieniu - tylko Pablo - dodała dla jasności. Madox zerknął na Pilar, w zasadzie dla nich to bez różnicy, i tak się z nimi nie zaprzyjaźnią.
- Dobra, jeszcze coś? - zerknął na matkę, bo jeśli nie to chyba mogli dać im jeszcze chwilę prywatności. Jeszcze musieli obgadać kilka rzeczy... Niestety nie kwestię głębokiego gardła.

Pilar Stewart
29 y/o
LEĆ, ADAM, LEĆ
169 cm
śledcza at toronto police service
Awatar użytkownika
Lepiej strzela niż gotuje. Do tego: agresywna, impulsywna i narwana. Niektórzy jeszcze mówią, że dzika. Ogólnie wszystko co złe, to Pilar.
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracji3 os
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Pilar nie znała dobrze Matteo. O jego istnieniu dowiedziała się zaledwie marne dwie godziny temu jeszcze w domu Esmeraldy, ale to wcale nie zmieniało faktu, że pewnie i tak chciałaby się na niego rzucić. W końcu chociaż charakter i personę może miał wykreowaną zupełnie inną niż Madox, tak przecież wciąż miał jego oczy, w których Stewart potrafiła się kompletnie zatracić. Nie wspominając już o ciele i przypadkowym dotyku, na który reagowała równie mocno. I chociaż faktycznie głebokie gardło było przeznaczone tylko i wyłącznie dla Madoxa, tak pewnie gdyby faktycznie do niej podszedł na imprezie, nie miałaby żadnych skrupułów, żeby zagrać z nim w podobną, podszytą flirtem gierkę. Im to już chyba naprawdę przychodziło aż nazbyt naturalnie.
Jak cię to tak bardzo interesuje, to może ci po prostu ci pokażę? — rzuciła bezczelnie, zaglądająć na niego przez ramię. Na jej twarzy malował się delikatny uśmiech, a oczy momentalnie ściemniały. Jutro czekał ich ciężki dzień… może faktycznie mogli się pokusić o chwilę zapomnienia? O te ostatnie poł godziny rozkoszy, zanim na nowo zaczną myśleć o planie i strategii na Pablo i cały ten gnój, czyhający za rogiem.
Madox chyba pomyślał o tym samym, bo nie minęło kilka sekund, a on już stał przy niej. Czuła jego obecność za swoimi plecami; jak jego ciepły oddech otula jej nagą skórę na ramieniu, a gęsia skórką wychodzi na wierzch bez ostrzeżenia. Niewiele się zastanawiając, wypchnęła się do tyłu, wychodząc mu naprzeciw i jeszcze bardziej dociskając się do jego obłędnego ciała, podczas gdy jego szorstka dłoń już odgarniała ciemne kudły na bok, odkrywając szyję.
Jego gorące pocałunki były dokładnie tą jedną rzeczą, której właśnie potrzebowała, by nieco oczyścić umysł. By zrobić w nim odpowiednią ilość miejsca na kolejne pytania i zmartwienia. Mruknęła cicho, odchylając głowę w tył i opierając ją na jego piersi, przy okazji wyrzucajac rękę w tył i odnajdując jego udo. Przeciągneła palce w górę, odnajdując właściwe miejsce wędrówki i zacisnęła się z na nim. Już miała odpowiedzieć na jego kolejne słowa, że skoro to był domek do pieprzenia, to może również powinni go odpowiednio ochrzcić, ale wtedy usłyszała kobiecy głos w przedsionku.
Co jest kurwa?
Odwróciła się jak oparzona i wyjrzała przez ramię Noriegi, a kiedy jej oczom ukazała się pieprzona Esmeralda w towarzystwie Lopeza, Stewart jedynie wypuściła mocno powietrze z płuc, co Madox mógł doskonale czuć na własnym karku. Świetnie. Jeszcze tutaj ich brakowało.
Przewróciła oczami na pytanie, czy im przeszkadzali.
Tak — rzuciła praktycznie od razu. — Przeszkadzacie — tylko co z tego, jak Esme nic sobie z tego nie zrobiła i podeszła do wyspy w towarzystwie swojego goryla kochanka, wysypując na blat zabawki. Stewart kompletnie przejmując się tym, że paradowała właśnie w samej bieliźnie, podeszła do wyspy, biorąc do rąk jeden z pistoletów. Nawet nie słuchała o czym dyskutowali razem z Madoxem, bo już przyglądała się broni: obróciła ją w rękach, zapoznała się z ciężarem, a przy okazji sprawdziła naboje. Od razu się skrzywiła.
Czemu są tylko trzy? — warknęła, podnosząc spojrzenie i wchodząc im w słowo. Esme wyglądała na zaskoczoną, natomiast Lopez wcale. Pilar mogła przysiąc, że na jego plugawej mordzie pojawił się nawet cwany uśmiech.
Co? — spytała w końcu, sunąc czerwonymi szponami po blacie i przysuwając się bliżej. Pilar momentalnie odwróciła w jej kierunku magazynek.
Są tu tylko trzy naboje, a miejsca jest na dwanaście — nawet nie szczyciła się na przyjazny ton. Zdawała sobie sprawę, że zdziwienie Esme mogło być tylko na pokaz, chociaż kiedy podniosła wzrok na Lopeza, wyglądała faktycznie na zmieszaną. — Co wy na…
A po co ci więcej? — wtrącił się w końcu Andres (swoją drogą śmiesznie, że miał na imię tak jak Madox, pewnie jakieś przeznaczenie czy coś). — To masz mieć tylko w razie wypadku. Wątpię, że będzie ich więcej niż trzy. Na dobrą sprawę powinnaś dostać jeden — wyprostował się, dumny jak pieprzony paw, a Pilar tylko czuła jak krew w żyłach zaczyna jej pulsować. Co on kurwa myślał, że miał do czynienia z jakimiś amatorami, którzy nawet nie sprawdzą sprzętu, który dostali? Jeszcze ten ton z jakim się wypowiadał, sukcesywnie z każdym słowem wyprowadzał ją z równowagi. Do tego stopnia, że już po chwili stała tuż przed nim.
Chyba cię popierdoliło, Lopez — rzuciła ostro, wbijajac w niego mordercze spojrzenie.
Mnie? — prychnął pogardliwie i wykonał pół kroku w przód, układając ręce na pasku. — Chyba ciebie, żeby myśleć, że masz tutaj cokolwiek do gadania — pierdolony kutas. Nabrała więcej powietrza w płuca i spojrzała na niego z niedowierzaniem. Jaja sobie robił?
Jakbyś nie zauważył, to wyświadczamy wam kurewsko mocną przysługę, więc po pierwsze trochę grzeczniej, a po drugie na twoim miejscu bym uważała, bo chyba nie chcesz, żeby Pablo dowiedział się, że pieprzysz jego żonę od dobrych kilku lat? — rzadko kiedy stosowała się do manipulacji, jednak z takimi osobnikami jak Lopez chyba inaczej nie się nie dało. Poza tym, już wystarczająco bardzo ją wkurił tym, że chciał ich oszukać, a teraz jeszcze tym, jak bezczelnie się do niej uśmiechał, jakby nie widział w niej żadnego zagrożenia.
Grozisz mi? — prychnął, nachylając się w jej kierunku, a dłoń przesuwając po swoim pasku w miejsce, gdzie miał własną broń. Nim jednak zdążył cokolwiek zrobić, Pilar wbiła mu lufę od pistoletu w pierś.
A chcesz się przekonać? — stanął w bezruchu, jedynie wzrok spuszczając na wymierzoną w niego broń. A potem znowu się uśmiechnął.
Nawet go nie… — nie dokończył, bo Stewart jednym ruchem przeładowała pistolet, tym samym przywołując go do pełnej gotowości. Wystarczyło, że opsnął się jej palec.
Coś chciałeś powiedzieć? — warknęła, zaglądając mu głęboko w oczy. Uśmiech z twarzy kompletnie się mu rozmazał. Może myślał, że ma do czynienia z jakimiś amatorami? Na pewno tak myślał, szczególnie biorąc pod uwagę, jak łatwo sobie z nimi poradzili w hacjendzie. Tylko tam oni akurat mieli przewagę liczebną. Tutaj było dwa na dwa.
Dość tego!!! — głos Esmeraldy przerwał ich wymianę zdań, chociaż wcale nie wymianę spojrzeń, którą wciąż praktykowali. Każde z nich widziało, że odwrócenie wzroku byłoby szansą dla drugiej osoby i chociaż Pilar nie miała zamiaru strzelać, to nie miała zamiaru odpuszczać i dawać mu jakiejkolwiek satysfakcji. Kątem oka widziała jak Esme układa na ramieniu Lopeza swoją dłoń. — Idź do auta po naboje — powiedziała spokojnie, jednak on nawet nie drgnął. — Andres!! — dopiero jego imię w jej ustach spowodowało, że wykonał krok w tył, a potem kurwując pod nosem wyszedł z domku.

Madox A. Noriega
kasik
nudy. a tak poza tym, to używania AI, czytania mojej postaci w myślach i braku inicjatywy.
34 y/o
REKRUTER
184 cm
właściciel klubu i informator policji | Emptiness
Awatar użytkownika
miał być cichy, niewidoczny, w końcu balansuje na granic między kokainą na złotych tacach i bronią ukrytą pod drogimi marynarkami, a kajdankami i odznaką przy pasku... a jednak tak bardzo rzuca się w oczy, że trudno go nie zauważyć, z tymi jego tatuażami, z tymi kolorowymi koszulami, złotymi łańcuchami na opalonym karku i... niewyparzoną gębą
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkinie
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Oczywiście, że Madox wolałby, żeby mu pokazywała głębokie gardło, niż stać przy wyspie w towarzystwie jego matki, jej kochanka, i oglądać broń. Broń, z którą swoją drogą chcieli sobie z nimi pogrywać. On by pewnie tego nawet nie zauważył, dla niego strzelanie to była ostateczność, wystarczyła by mu pewnie ta jedna kula. On już sobie założył jakiś kastet i sprawdzał czy pasuje mu do pierścionków, nawet pasował, ale wtedy odezwała się Pilar, z tym, że są tylko trzy pociski, sięgnął po drugi pistolet i wysunął magazynek, faktycznie. Ciemne tęczówki ze Stewart przesunęły się na Esmeraldę, która też wyglądała na zdziwioną. Nawet już się miał odezwać, że jak będą ich robić w chuja, to oni też mogą ich zrobić, a jak skończą się naboje, to sobie za jakąś żywą tarczę użyć ich gówniarza. Ale ubiegł go Lopez.
Przez chwilę przysłuchiwał się tej wymianie zdań miedzy Pilar a Andresem... Przez głowę przemknęła mu myśl, czy dostał imię po kochanku matki? Czy ona znała go już przed Medellin? Czy oszukiwała wszystkich od samego początku? Dlaczego w tym trwała? Ze względu na niego rzeczywiście? Jego ciemne oczy przesunęły się po twarzy Esmeraldy, która zareagowała szybciej niż on. Bo Madox się po prostu zamyślił, za bardzo błądził w tych swoich myślach, gdzieś daleko stąd, nawet się nie ruszył kiedy Lopez oparł rękę na pasku. Dopiero kiedy Stewart przeładowała broń, to on wyszedł zza lady. Nie wkroczył między nich, stanął ramię w ramię z Esme, obok swojej matki.
- Ona nie żartuje i kurewsko dobrze strzela - rzucił tylko, a Esme spojrzała na niego wystraszona, jakby chciała mu dać znać, żeby coś zrobił. Ale co mógł? Wzruszył tylko ramionami. W dupie miał Lopeza. Jakby próbował się odwinąć Pilar, wtedy by reagował, dlatego się przybliżył, ale tak... mogła nawet strzelić, Madox by się tym nie przejął.
Ale przejęła się Esmeralda, która krzyknęła to dość tego, a zaraz kazała iść Lopezowi po naboje, nie, ona go o to poprosiła, stając przed nim i zaglądając mu głęboko w oczy. Przeklinał, ale poszedł. Madox odprowadził go nawet spojrzeniem, ale kiedy Esme odwróciła się w jego kierunku, to wbił w nią wzrok.
- Czemu kurwa on też ma na imię Andres? - zapytał, jakby to było najważniejsze, może nie było, może nic nie wnosiło do rozmowy, ale go to gryzło.
Esme zrobiła duże oczy, bo raczej nie spodziewała się tego pytania, ale zaraz wypuściła z płuc powietrze ze świstem i się odezwała.
- Ty masz imię... po nim - powiedziała podnosząc wzrok na Madoxa - jesteście bardzo do siebie... - nie skończyła, bo Noriega się jej wtrącił.
- Czyli jak przyjechałaś do Medellin to już go znałaś?! - warknął. Może nie było to odpowiednie miejsce, a przede wszystkim pora na takie rozmowy, ale musiał to wiedzieć.
- Przecież nie pojechałam tam z własnej woli, to twój ojciec... - znowu nie dokończyła, bo znowu Madox wbił się jej w pół słowa.
- To dlaczego tam zostałaś? - już stał tak blisko niej, że musiała zadzierać głowę, żeby na niego spojrzeć.
- Bo ty... - i znowu nie skończyła co on, bo tym razem Madox się odsunął patrząc na drzwi. Wrócił Lopez.
Mogła nie kończyć tych zdań, ale przecież on doskonale wiedział co chciała powiedzieć, bo ta jej jebana historia ze złym smokiem w tle układała się w jakąś całość. Tylko jeszcze był w niej Lopez, który czekał na nią tyle lat...
Madox się odsunął, żeby przejść się po kuchni gdzieś za plecami Stewart, Esmeralda opadła na stołek przy wyspie. Lopez od razu spojrzał na nią pytająco, ale tylko pokręciła głową. Położył na blacie naboje, całe opakowanie.
- Wystarczy? - zapytał spoglądając na Pilar, ale zaraz stanął za Esmeraldą, jak jej wierny pies.
Kurewsko wierny, skoro czekał na nią dwadzieścia lat.
Madox stanął gdzieś za plecami Pilar, ale dalej, wciąż z tymi różnymi myślami kotłującymi się w głowie. Esme przez chwilę patrzyła na swoje dłonie, na te czerwone paznokcie, ale zaraz stanęła na równe nogi, zaraz jej spojrzenie zatrzymało się na Stewart.
- Pilar pokażę ci gdzie trzymam sukienki, żebyś mogła coś wybrać na jutro... - powiedziała i skinęła na nią głową. Co z tego, że oni się za bardzo nie krępowali i już przegrzebali im połowę szafek? Ruszyła przed siebie do drzwi prowadzących do sypialni. Madox jeszcze obejrzał się na Stewart, nawet miał coś powiedzieć, że w dupie mają te sukienki pewnie, ale kiedy złapał intensywnie czekoladowe spojrzenie Pilar, to się zamknął, oparł tylko o ladę, chociaż kiedy zniknęły w sypialni, to spojrzał na Lopeza.
- Drinka? - zapytał, bo on sobie zamierzał zrobić. Andres pokiwał głową, więc Noriega zaraz zrobił dla nich po zajebistym cuba libre.
Esmeralda w tym czasie zamknęła za nimi drzwi i podeszła do ogromnej szafy, otworzyła ją przekładając w palcach różne sukienki, wyjęła jakąś czarną, dopasowaną.
- Zobacz ta jest śliczna - podała ją Pilar, ale przełożyła w palcach kolejne, wyjęła jasną - albo taka, będzie podkreślać twoją oliwkową cerę - zatrzymała się przy kolejnej, czerwonej, ale zanim ją wyjęła, to utkwiła w niej spojrzenie - wiem co o mnie myślicie Pilar... - odezwała się nawet na nią nie patrząc, ale ściągnęła wieszak z czerwoną sukienką, zacisnęła palce na materiale odwracając się do Stewart - ale dla mnie zawsze najważniejsze było dobro moich dzieci, teraz też jest, to nie tak, że chciałam uciec z Lopezem, bo nie zostawiałbym tutaj Aury, z Pablo... - pokręciła głową, a ciemne tęczówki utkwiła w pięknych oczach Pilar - jak kiedyś zostaniesz matką to to zrozumiesz Pilar, że kobieta wszystko poświęciłaby dla swoich dzieci - wyciągnęła przed siebie wieszak z sukienką i przyjrzała się jej - a co myślisz o tej? - zapytała, a później złapała lekko Pilar za przedramię, pociągnęła ją do dużego lustra i przyłożyła do niej sukienkę, a kiedy Stewart sama ją przytrzymała, to Esme, w dość czułym geście, musnęła palcami jej kark zbierając z niego te ciemne, rozmierzwione włosy, uniosła je do góry, w luźnym koku - moim zdaniem upięte, żeby było widać tą śliczną buzię - uśmiechnęła się delikatnie, łapiąc w lustrze spojrzenie Pilar.

Pilar Stewart
29 y/o
LEĆ, ADAM, LEĆ
169 cm
śledcza at toronto police service
Awatar użytkownika
Lepiej strzela niż gotuje. Do tego: agresywna, impulsywna i narwana. Niektórzy jeszcze mówią, że dzika. Ogólnie wszystko co złe, to Pilar.
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracji3 os
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Lopez mógł się pierdolić. Z całego pomieszczenia był osobą, której Pilar ufała najmniej i której faktycznie mogłaby wymierzyć kulkę w łeb. Oczywiście nie bez powodu, bo jednak Stewart nie była mordercą, ale gdyby na przykład próbował coś zrobić Noriedze? Ani sekundy by się nie zawahała. Dlatego z bronią przyciśnięta do jego ciała z pewnością wyglądała groźnie, chociaż fakt, że miała na sobie tylko bieliznę z pewnością odbierał jej nieco z powagi.
Całe szczęście nie trzeba było się przekonywać do czego mogła posunąć się Pilar, bo Andres zaraz poszedł faktycznie do samochodu i zostali w trójkę. Za ten czas Stewart sięgnęła po sukienkę, która walała się na ziemi i połowicznie na siebie zarzuciła, nawet nie fagytując się by zapiąć zamek.
Podniosła energicznie głowę, kiedy Madox zapytał Esme o Andresa. A kiedy kobieta oznajmiła, że miał imię po nim, Stewart aż złapała więcej powietrza w płuca. Kurwa. I jakoś nagle nic nie mogła poradzić na to, że przez głowę przeszła jej taka myśli, czy było jeszcze jedno dziecko, o którym Lopez nie miał pojęcia… Tak się na tym zafiksowała, że w pierwszej chwili nawet nie ogarnęła momentu, w którym Esme zaczęła coś do niej mówić.
Co? — uniosła spojrzenie, słysząc własne imię, przenosząc wzrok na wszystkich obecnych w pomieszczeniu, w tym Lopeza. Na nim akurat zatrzymała się najdłużej. I na jego ciemnych oczach. Aż kurwa zmrużyła własne i przełknęła głośniej ślinę. Miała za mało danych. Nie miała pojęcia jak długo Esme była w Medellin nim zaszła w ciąże z Madoxem. Czy było to zaraz po? Czy może jednak pierwsze minęło kilka lat? — Ah, tak, już idę — mruknęła pod nosem, widząc jak Esmeralda już czeka przy drzwiach do sypialni. Weszła do środka, przymykając drzwi i zaraz oparła się ochłodną ścianę. Naprawdę ostatnią rzeczą, jaką chciała teraz robić, było bawienie się w przyjaciółki i przeglądanie sukienek na jutro. Skoro już wiedziała gdzie są, spokojnie mogła jutro sama jakąś wybrać.
Obojętne — machnęła ręką, widząc, jak Esme pokazuje jej już kolejną pozycję z wieszaka. — Do jutra wieczór i tak zmienie zdanie z trzy razy… — spróbowała się jakoś jej pozbyć, ale kobieta nic sobie z tego nie zrobiła, wciąż wertując czerwonymi szponami po wieszakach. — Naprawdę nie musisz tego robisz — dodała już o wiele bardziej stanowczo. Kompletnie nie potrafiła jej rozgryźć. Jeszcze dwie godziny temu wymachiwała przed ich oczami bronią, celując do własnego dziecka, zamykając Pilar w jakimś pokoju tortur, a teraz jak gdyby nigdy nic pokazywała jej swoją szafę w domku, którego używała do pieprzenia się z Lopezem. Niedorzeczne.
Gdy z jej ust padło to wiem, co sobie o mnie myślicie, Pilar już miała jej powiedzieć, że gówno wiedziała. I może nawet czarno na białym nakreśliłaby jej co ona dokładnie o niej myślała, tylko że Esme na tym nie poprzestała. Mówiła dalej i to kurwa takie brednie, że Stewart na nowo czuła, jak ciśnienie w ciele podnosi się do zastraszającego poziomu. Kiedy oznajmiła, że dobro jej dzieci było dla niej najważniejsze, Pilar nie wystrzymała. To zdanie było akutentycznym zapalnikiem do całego paliwa rozlanego po pokoju.
Tak kurwa najważniejsze, że swoje pierwsze dziecko porzuciłaś, jakby nic dla ciebie nie znaczył! — krzyknęła w końcu, czując, że już dłużej nie mogła tego trzymać w sobie. Drzwi wciąż były uchylone, więc to akurat z pewnością mogli usłyszeć i w kuchni. — Oni go mogli tam zatłuc! Jaka matka kurwa robi coś takiego?! — nie umiała się już zatrzymać. Wyrzucała z siebie wszystko, co cisnęło się na język, a chciała i jeszcze więcej, tylko wtedy Esmeralda doskoczyła do drzwi i zamknęła je z hukiem, przy okazji uciszając Pilar.
Nic nie rozumiesz — powiedziała przyciszonym głosem. I może faktycznie miała rację. Może Pilar gówno rozumiała, ale przynajmniej miała dobrze funkcjonujące sumienie, które nigdy by nie pozwoliło jej na tego typu czyn. A argument, że jak będziesz matką, to zobaczysz wcale jej nie ruszył. Może nigdy nie będzie. Jak na razie patrząc na jej doświadczenia z matkami to co kolejnego było gorsze. To już wolałaby nigdy nie mieć dziecka, niż żeby musiało przechodzić przez takie piekło.
Serce wciąż waliło jej w piersi, a Esme jak gdyby nigdy nic nagle kazała jej podchodzić do lustra i przyglądać się sukienką. No pierdolnięta.
Jest okej — mruknęła, bo akurat ona wcale nie chciała, a kiedy poczuła na skórze jej palce aż się wzdrygnęła. I wcale nie w dobrym tego słowa znaczeniu. Bo Pilar na ten moment nie widziała z Esmeraldzie nic dobrego. Zanim ją poznała łudziła się, powtarzała sobie, że pewnie gdzieś tam w środku ona kochała i nie chciała zostawiać Madoxa, ale teraz? Teraz była gotowa go wykorzystać dla własnego lepszego życia. Nawet kosztem tego własnego syna.
Powiedz mi tylko jedno — zaczęła spokojnie, pozwalając czerwonym szponom unieść jej włosy ku górze i łapiąc ciemne spojrzenie w odbiciu lustra. — Lopez też jest ojcem Madoxa? — nie wykrzyczała tego. Powiedziała to morderczo spokojnie, dając jej do zrozumienia, że mógł to być sekret, który pozostałby tylko między nimi.


W kuchni zaś atmosfera była równie radosna, chociaż jak na razie przynajmniej wszystko odbywało się bez krzyków. Lopez przeszedł po kuchni, oczywiście jakby był u siebie, w dłoni trzymając szklankę zajebistego Cuba Libre. Przeczesał dłonią długie włosy, zaczesując je do tyłu, po czym oparł się o blat tuż przy lodówce. Chwile patrzył na plecy Noriegi, a zaraz spojrzenie utkwił w swoim drinku.
Wiesz, że ona chciała dla ciebie dobrze — rzucił spokojnie. Doskonale zdawał sobie sprawę, że temat był drażliwy, ale co, mieli tu kurwa przesiedzieć w ciszy kolejne dziesięć minut? Szczególnie że z pokoju przed chwilą było słychać krzyki i trzaskanie drzwiami. — Każdą decyzję, jaką wtedy podjęła, zrobiła dla ciebie.

Madox A. Noriega
kasik
nudy. a tak poza tym, to używania AI, czytania mojej postaci w myślach i braku inicjatywy.
34 y/o
REKRUTER
184 cm
właściciel klubu i informator policji | Emptiness
Awatar użytkownika
miał być cichy, niewidoczny, w końcu balansuje na granic między kokainą na złotych tacach i bronią ukrytą pod drogimi marynarkami, a kajdankami i odznaką przy pasku... a jednak tak bardzo rzuca się w oczy, że trudno go nie zauważyć, z tymi jego tatuażami, z tymi kolorowymi koszulami, złotymi łańcuchami na opalonym karku i... niewyparzoną gębą
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkinie
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Esme w zasadzie przekładała te sukienki odruchowo, zawieszała na nich spojrzenie, ale tak naprawdę jej myśli były gdzieś daleko stąd, gdzieś w Madellin, te dwadzieścia lat temu, kiedy podjęła jedną z najtrudniejszych decyzji w swoim życiu. Ale lepszego momentu by nie było, wiedziała, że ten cały ślub, który organizowali miesiącami był jej jedyną szansą. Czuła pod skórą, że będą się chcieli za to zemścić, na jej synu, za to co ona zrobiła, ale przecież... Przecież to był Madito, ich Andres, ciotki go uwielbiały, mimo wszystko, nie pozwoliły by go skrzywdzić. Ani Rosa, Rosa była śliczna, była w nim taka zakochana... skąd ona mogła wiedzieć, że to taka suka? Że zdradzi go w dzień ślubu, a rodzina się od niego odwróci myśląc, że to wszystko jego wina?
Nie wiedziała. Zresztą nie miała już wtedy odwrotu, wsadziła do więzienia swojego męża, okradła go, co miała zrobić?
Skontaktowała się z Isabell, dała jej ten bilet do Kanady, dla niego, bo przecież sama też tam na początku wylądowała. W Kanadzie, z Lopezem. Dopiero później przenieśli się do Meksyku, kiedy poznała Pablo. Nie chciała wracać do tego życia, które porzuciła w Medellin, ale znowu nie miała wyjścia. I tym razem też zrobiła to wszystko dla ukochanego. Lopez robił interesy z Pablo, zadłużył się. ale ona od razu wpadła Pablo w oko. Wykorzystała to owijając go sobie wokół palca, proponując, żeby Lopez spłacał mu dług pracując u niego.
Dwa razy w życiu chciała zrobić coś dla siebie. Wtedy kiedy opuszczała Medellin, i teraz, kiedy w końcu odważyła się uciec od Pablo. Dwa jebane razy, w całym życiu pełnym poświęceń. Przecież w Medellin nic jej nie trzymało, mogli uciec z Lopezem... Mogłaby, gdyby nie jej syn, ojciec by go nie puścił, bo to był jego dzieciak, jego jedyny spadkobierca, który kiedyś pójdzie w jego ślady. Prawie poszedł.
Teraz też gdyby nie Aura, to już opalałby się na jakiejś hiszpańskiej plaży z Andresem. Ale nie mogła jej zostawić, ona była jeszcze dzieckiem. Nie tak jak Madox.
- Nic nie rozumiesz... - powiedziała słysząc jej zarzuty. Tej dziewczyny, która tutaj z nim przyjechała. Policjantki, dla której prawie oddał życie. Ona też by dla nich oddała, dla Madito i dla Aury, ale czy to miało znaczyć, że ona już wcale nie mogła pomyśleć o sobie? Całe życie myślała o innych, całe życie za innych cierpiała. Co by się stało po ślubie Madoxa, kiedy wyprowadziłby się z Rosą, a ona zostałaby z mężem tyranem? Zajebałby ją, bo miała na niego niezbite dowody, bo groziła mu, że to zrobi, że go wyda...
Miała czekać? Pozwolić na to?
Może powinna.
Dotknęła gładkiej skóry dziewczyny, przesunęła po niej czerwonymi paznokciami, uniosła je nad jej szyją. Przecież wiedziała co się działo w Toronto, miała tam swoich ludzi, sama... tam bywała, widziała nawet Emptiness, jego. Ją. Wcześniej.
Wiedziała o tej całej policyjnej akcji, a nawet o tym jak za nią poobijali jej syna na posterunku, za to, że się z nią związał. A teraz prawiła jej takie morały. Puściła jej włosy pozwalając czarnym kosmykom rozsypać się po ramionach i plecach. Spojrzała w te ciemne oczy, w lustrze, ale na to pytanie się cofnęła.
- A co cię to obchodzi? Już nie udawaj takiej przejętej - wywróciła tymi swoimi ślepiami - on ma ojca i rodzinę z Medellin i niech tak zostanie - cofnęła się odchodząc od lustra. Zamknęła szafę, bo chyba skończyły oglądanie sukienek. A przynajmniej Esme skończyła, chociaż nie...
Miała już ruszyć do drzwi, kiedy zatrzymała się jeszcze w pół kroku, obejrzała na dziewczynę.
- Pod lodem też mógł zginąć, w tamtym motelu też mogli go zajebać... - syknęła, bo nie wytrzymała tego. Wszyscy ją tylko wiecznie obwiniali. A to przecież Madox sam wybrał takie życie, poszedł w ślady ojca. Tak jak sam wybrał, żeby iść przez nią za tym zwyrolem.

Madox tylko zerknął w kierunku drzwi od sypialni, kiedy się zatrzasnęły, kiedy dotarły do nich te krzyki. Powinien tam iść? Wiedział, że Pilar go nie potrzebowała, ale nie chciał jej zostawiać samej z matką, żeby robiła jej wodę z mózgu.
Zawahał się i nawet może by to zrobił, ale wtedy usłyszał z plecami głos Lopeza. Odwrócił się natychmiast. Równie ciemne tęczówki co te Lopeza, wbił w niego.
- Co ty kurwa możesz wiedzieć? - syknął przez zaciśnięte zęby.
- Więcej niż ci się wydaje - odpowiedział spokojnie Lopez.
- Bo co? Bo pierdoliłeś ją przez ten cały czas, kiedy udawała przykładną matkę i żo... - Madox się uniósł, ale nie dokończył, bo znowu odezwał się Lopez.
- Była dobrą matką... - rzucił powoli.
Była dobrą matką. Naprawdę kiedyś była. Jak Madox był dzieckiem, jak nie interesowała go gangsterka, tylko pierdolony teatrzyk w ogrodzie. To Esme była wtedy naprawdę dobrą matką, śpiewała mu kołysanki, bawiła się z nim, zbierała z nim mango, gotowali razem. Dużo było tych dobrych wspomnień.
A potem on rósł, a potem on szedł w ślady ojca, od niej się odsuwając...
To była jego decyzja.
- Skończ pierdolić - warknął Madox.

Wiedział więcej niż im wszystkim się wydawało. Znał ją... całe życie. Jeszcze jako licealistkę, zapaloną na sporcie, jako dziewczynę z głową pełną marzeń, z kwiecistym wiankiem na włosach. Była loca, była hermosa, najpiękniejsza dziewczyna jaką znał, nic dziwnego, że stracił dla niej głowę.
Nie tylko on... Bo smok z Medellin też.
Zabrał ją, rozdzielił ich, a on był wtedy za słaby, żeby się temu sprzeciwić. A później pojawiło się to dziecko.
Spojrzał na Madoxa, bo gdyby nie on, to ich życie mogłoby się zupełnie inaczej ułożyć. Mogliby uciec, dawno temu, z Esme.

Pilar Stewart
29 y/o
LEĆ, ADAM, LEĆ
169 cm
śledcza at toronto police service
Awatar użytkownika
Lepiej strzela niż gotuje. Do tego: agresywna, impulsywna i narwana. Niektórzy jeszcze mówią, że dzika. Ogólnie wszystko co złe, to Pilar.
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracji3 os
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Pilar nie wiedziała, jakimi pobudkami kierowała się Esmeralda przez całe swoje życie. Nie znała ich. Bo skąd? Nie miała pojęcia jak wiele wyrzeczeń musiała przetrawić przez całe swoje życie, jak bardzo musiała odstawić własne potrzeby na bok, bo ktoś postanowił wykreować jej inną ścieżkę i plan na przyszłość. Nigdy nie była matką, nawet gdyby chciała, nie byłaby w stanie zrozumieć jej logiki.
Bo dla Pilar to było tak kurewsko proste — jeśli kogoś kochasz, to go nie porzucasz. Esme nie mogła wiedzieć, że ciotki ochronią Madoxa. Nie mogła mieć tej pewności. Wzięła to na los. Na złudną nadzieję, że wszystko będzie dobrze, chociaż tak naprawdę wystarczyła jedna pierdolona kulka w zemście od wujka Diego i byłoby po sprawie. Bo to wcale nie tak, że ona porzuciła go w normalnej rodzinie. Przecież tam roiło się od pierdolonej mafii, od ludzi z bronią, gotowych zrobić wszystko dla zemsty. By pokazać Esme, że nikt nie pozostawał bezkarny wobec swoich decyzji.
A jednak jemu się udało.
Uciekł.
Wyrwał się z tego, chociaż finalnie i tak skończył w podobnym środowisku.
Pilar nie znała całej historii. Jej wersja wydarzeń była oczywiście jednostronna, opowiedziana z perspektywy Madoxa, więc naturalnie, że trzymała jego stronę. Może gdyby Esme podzieliła się z Pilar swoimi przemyśleniami, pokazała swoją historię, pozwoliłą się poznać… może wtedy Stewart spojrzałaby na to inaczej.
Była emaptyczna, zawsze szukała w ludziach to, co najlepsze, doszukiwała się drugiego dna i przede wszystkim wierzyła, że w każdym było jakieś dobro, tylko w tym przypadku nie miała ku temu podstaw. Bo akurat czynami Esme przez cały dzień sukcesywnie pokazywała, że miała Madoxa głeboko gdzieś, że uciekła za lepszym życiem, pozostawiając go na straty, a teraz jeszcze chciała, by odwalił za nią robotę. Przecież jakby zależało jej na jego bezpieczeństwie, to puściłaby ich wolno, a przynajmniej dała jakiś wybór. Taka właśnie była perspektywa Pilar.
Przewróciła oczami, kiedy z ust kobiety padło to, że rodzinę miał w Medellin, zamiast szczerze odpowiedzieć na temat Lopeza. Chociaż co ona się spodziewała? Przecież to było oczywiste, że jej nie powie, Stewart mogła się tego spodziewać. Esme nie miała najmniejszego powodu, żeby być z nią szczera, chociaż w następnych słowach była. Aż kurwa za bardzo.
Bo słowa, które wypowiedziała, trafiły prosto w Pilar. Sprawiły, że jej mięśnie spięły się w ułamku sekundy. Sięgnęła idealnego czułego punktu, którego ona jeszcze przecież nie przepracowała. Ciągle się o to obwiniała. Ten pieprzony cień, że on mógł przez nią zginąć d w a r a z y, podczas gdy ona nie mogła nic z tym zrobić, ciągnął się za nią i był jednym z powodów, dla których łapały ją ataki paniki, to pierdolone poczucie winy.
Spojrzała na Esme, ale już nie w lustrze. Odwróciła się do niej energicznie, zaglądając w intensywnie ciemne oczy kilka milimetrów od niej. Nic jednak nie powiedziała, bo w środku wciąż trawiła jej słowa. Walczyła z narastającym gniewem w ciele przeplatanym przerażeniem, aż jej klatka piersiowa zaczęła się nierówno unosić.
Wyjdź — rzuciła oschle, czując, jak w gardle wyrasta jej wielka, kurewsko nieprzyjemna gula. Nie chciała jej tu widzieć.
To mój dom, Pilar — odpowiedziała spokojnie, jasno dając znać, że nie miała zamiaru dać za wygraną. Świetnie. Teraz chciała sie bawić w posiadanie władzy?
W takim razie ja wyjdę — rzuciła sukienką, którą wciąż trzymała pod nogi Esme i z impetem wyszła z pokoju, nawet nie fatygując się, by spojrzeć w stronę kuchni. Zamiast tego po prostu ruszyła w kierunku drzwi wyjściowych. Z wieszaka zgarnęła torebkę i kluczyki, a następnie niezdarnie nasunęła buty na nogi. W stronę Madoxa na końcu korytarza odwróciła się jedynie przelotnie.
Napisz mi, jak już ich tu nie będzie — rzuciła, a następnie trzasnęła drzwiami tak mocno, że nie zdziwiłaby się, gdyby wyjebało je z zawiasów. Szybko załadowała się do auta, by ruszyć z podjazdu zanim nawet Madox znalazłby się obok.
Jechała przed siebie, chociaż nawet nie za bardzo wiedziała gdzie. Na stacje po fajki? Tak, to wydawał się odpowiedni kierunek. Sprawdziła nerwowo w telefonie pierwszą lepszą stację i ustawiła nawigacje. Dwa kilometry. Zajebiście. Poprawiła nerwowo włosy, próbując jakoś uspokoić walące w piersi serce.
Potrzebowała odetchnąć. To już chyba nawet nie chodziło tylko o słowa Esmeraldy, chociaż one były zdecydowanie gwoździem do trumny, ale wszystkim, co dzisiejszego dnia się wydarzyło. To był kurwa taki rollercoaster emocjonalny, że nawet najsilniejszemu mentalnie człowiekowi by się ulało. A jej prawie ulało się przy Esme. Dlatego zamiast robić coś naprawdę głupiego, postawiła na nieinwazyjną głupotę, jaką było wyjście z domu. Złapanie nieco perspektywy. Chociaż kiedy jechała w aucie i nawet gdy już pakowała przed stacją w głowie ciągle miała słowa Esme. Może było to głupie, ale kiedy to wszystko siedziało w głowie Pilar, zepchnięte na tyły myśli, nie miało to takiej mocy, jak kiedy ktoś wypowiedział jej to na głos, patrząc prosto w oczy. Bolało ją to, co tu dużo mówić. Obwiniała się. I to nie były jedyne razy, kiedy Madox prawie przez nią zginął. Przecież on pieprzoną kulkę za nią przyjął od Ruby. Kurwa.
Weszła na stacje, rozglądając się dookoła. Ekspedientka spojrzała na nią jakoś podejrzliwie. Może dlatego, że miała rozpiętą sukienkę, źle założone buty i twarz, jakby ktoś zakatował ją mentalnie? Może. Pilar jednak nic sobie z tego nie zrobiła. Złapała paczkę chipsów, do tego dwie czekolady i kilka batonów, a przy kasie poprosiła jeszcze o papierosy i zapalniczkę, przebierając nogami. Bo może zostawienie Madoxa samego z nimi to też nie był najlepszy pomysł?

Madox A. Noriega
kasik
nudy. a tak poza tym, to używania AI, czytania mojej postaci w myślach i braku inicjatywy.
34 y/o
REKRUTER
184 cm
właściciel klubu i informator policji | Emptiness
Awatar użytkownika
miał być cichy, niewidoczny, w końcu balansuje na granic między kokainą na złotych tacach i bronią ukrytą pod drogimi marynarkami, a kajdankami i odznaką przy pasku... a jednak tak bardzo rzuca się w oczy, że trudno go nie zauważyć, z tymi jego tatuażami, z tymi kolorowymi koszulami, złotymi łańcuchami na opalonym karku i... niewyparzoną gębą
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkinie
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Esme nawet się nie poruszyła, kiedy Pilar powiedziała, że w takim razie ona wyjdzie, nie obchodziło jej to, była u siebie, powiedziała jej prawdę, stanęła w drzwiach sypialni ze spojrzeniem utkwionym w Lopezie, który też zaraz złapał jej ciemne tęczówki, który zaraz już stał przy niej.
A Madox? Oczywiście wypadł za Stewart przed dom.
- Pilar! - krzyknął za nią, ale co z tego, kiedy ona już siedziała w samochodzie, kiedy już go odpalała i wyjeżdżała z podjazdu. Mogła go tylko zobaczyć we wstecznym lusterku, na drodze. Jeszcze przez chwilę stał tam i patrzył na oddalający się samochód. Zaraz wyjął telefon i do niej zadzwonił, ale go odrzuciła. No przecież jakby mu powiedziała, że ma dość, że stąd jedzie, gdziekolwiek. Do domu. Do tej hacjendy, na drugi koniec Meksyku, albo ulicy, to by z nią poszedł. Wszędzie by za nią poszedł...
Wrócił do domu, Esme z Lopezem już zbierali się do wyjścia, ale Madox oczywiście musiał podejść do matki, sięgnął do niej żeby zacisnąć palce na jej nadgarstku, mocno.
- Co jej powiedziałaś? - warknął, bo to o to przecież musiało chodzić. Bo o co? Esmeralda sama ją tam zawołała, do tej sypialni, żeby jej nagadać. Lopez zacisnął palce na broni, którą miał za paskiem.
- Prawdę - rzuciła Esme i nawet się nie kłopotała tym, żeby odesłać Lopeza, sama się szarpnęła, ale Madox jej nie puścił, wręcz przeciwnie stanął nad nią wbijając ciemne tęczówki w jej równie ciemne oczy.
- Co to znaczy? - syknął. Bo akurat tutaj w tej całej popierdolonej sytuacji, cały czas nie było wiadomo, co jest prawdą, a co grą. To wszystko podszyte było jakimś drugim dnem, Madox to czuł. I ta jej prawda, którą powiedziała Pilar, na pewno też. Co musiała jej powiedzieć, żeby to ją tak ruszyło?
- Mów! - krzyknął zaciskając mocniej palce na jej ręce, Esme syknęła i to był chyba sygnał, który sprawił, że wkroczył Lopez, wyciągnął broń zza paska i odepchnął Madoxa, ale on się nie dał, chwycił go za koszulę, przyciągnął do siebie, Lopez przyłożył mu spluwę do krtani. Przecież nie miałby szans. Nie miał.
- Andres! - krzyknęła Esme, obaj na nią spojrzeli, ale ona już stała przy Lopezie zaciskając palce na jego ręce - Andres calma, proszę cię, błagam cię... - Madox aż nabrał powietrze w płuca. Nie poluzował uścisku, zrobił to Lopez, cofnął się obejmując Esme ramieniem, a ona stanęła miedzy nimi. Noriega i tak się szarpnął i tak odwrócił wokół własnej osi.
- Gdzie ona jest? - zapytał już dużo łagodniej, jakby jego matka miała to wiedzieć, ale nie wiedziała. Pokręciła głową.
- Nie wiem, ale wróci - powiedziała cicho. A Madox spojrzał na nią z wyrzutem.
- Skąd ty to możesz wiedzieć? - on też wiedział, że by go nie zostawiła. Że wróci do niego. Tylko coraz mniej chciał, żeby wróciła. Bo to wszystko było coraz bardziej skomplikowane, popierdolone. Matka, która tak naprawdę była przecież... dobrą matką, która robiła to wszystko dla niego, i on który sam sobie wybrał taką drogę. Zawsze sam wybierał. Nie zawsze jednak słuszną.
I wtedy może też nie? Kiedy on po tym ślubie z Rosą chciał przecież wejść w jakiejś interesy z ojcem.
Kurwa.
Byłby teraz jakimś jebanym mafiosem z Medellin, albo... po prostu byłby już martwy, gdyby to wszystko się tak nie potoczyło, gdyby jego matka nie uciekła, i on też nie musiał. Więc ta jej ucieczka... ona może też była dla niego?
- Daj mi samochód, pojadę jej poszukać - odezwał się Madox, chociaż przecież miał jej napisać jak pojadą, ale on napisał od razu, gdzie jest, co się stało, wcale mu nie odpisała.
- Madito ona wróci... ale zastanów się, może lepiej jutro będzie to wszystko... zorganizować bez niej - powiedziała spokojnie, a Madox spojrzał na nią z wyrzutem, znowu się wyrwał w jej kierunku, a ona się cofnęła, Lopez zamknął ją w swoich ramionach. W jednej ręce wciąż trzymał spluwę.
- Pomyśl o tym, twoja matka ma rację, nie umiesz przez nią myśleć logicznie - tym razem odezwał się Andres.
- Pojebało was - rzucił Madox, ale... czy nie mieli racji? Przecież on teraz już nie myślał o niczym innym, o żadnej akcji, tylko o Pilar, i o tym gdzie ona jest i co jej powiedziała jego matka. Przeszedł się po kuchni. Znowu przesunął palcami po jasnych włosach, po karku, stanął przy wyspie, ciemne tęczówki spoczęły na twarzy Esme.
- Co proponujesz? - zapytał. Ale to przecież był zły pomysł, bo mieli działać razem, mieli być ekipą.
- Pojedź z nami, załatwimy ci inną kryjówkę, a ją ktoś zgarnie, kiedy tu wróci, przytrzyma ją tutaj... A reszta według twojego planu, pójdziesz z Pablo na golfa, a później na urodziny Aury. Lopez pomoże ci ją wyprowadzić - powiedziała spokojnie Esmeralda, a Madox sięgnął po drinka, tego, którego zrobiła Pilar, tego mocnego, który stał gdzieś z boku. Wychylił go za jednym haustem. Może to był dobry pomysł? Tu byłaby bezpieczniejsza niż tam...
Ale przecież jej obiecał. Znał ją, wiedział, że nie mogłaby tu wysiedzieć. Zawiesił spojrzenie gdzieś w blacie, a Esme spokojnie czekała na odpowiedź.

Pilar Stewart
29 y/o
LEĆ, ADAM, LEĆ
169 cm
śledcza at toronto police service
Awatar użytkownika
Lepiej strzela niż gotuje. Do tego: agresywna, impulsywna i narwana. Niektórzy jeszcze mówią, że dzika. Ogólnie wszystko co złe, to Pilar.
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracji3 os
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Oczywiście, że planowała wrócić.
Przecież ona nie wyszła po to, żeby uciec i się gdzieś zaszyć, a po to, że musiała się przewietrzyć. Przecież jasno dała mu do zrozumienia i to jeszcze w prostym komunikacie, żeby napisał do niej, jak już pojadą. Zrobiła to tylko i wyłącznie dlatego, żeby powstrzymać jeszcze więcej dram i afer, żeby jakoś rozładować to budujące się w jej ciele napięcie i na przykład… nie rzucić się na Esmeraldę. Bo była tego naprawdę bliska. Już nie tylko za to, co powiedziała w pokoju, ale za wszystko, co stało się jeszcze w poprzedniej hacjendzie. Jakby kurwa nie można było po prostu wymienić uścisków z własnym synem i tyle, każde rozeszłoby się w swoją stronę, a oni mieli upragnione wakacje i upragniony święty spokój.
Nie.
Zamiast tego mieli mafie, spiski i wieczne problemy, które mnożyły się z minuty na minutę. A to przecież był dopiero początek. To dopiero jutro miało zacząć się całe przedstawienie, nie dzisiaj. Na dzisiaj to już miał być koniec, a tu co? A tu Esmeralda na nowo wpierdoliła się z buciorami i nawet nie mogli spędzić wspólnie marnej godziny.
Irytowało ją to.
Ale jednak bardziej gryzł ją fakt, że była tak wielkim zagrożeniem dla życia Noriegi. Że to przez nią tak bardzo ucierpiał i naraził swoje życie tyle razy. Dla niej. Z czystej głupoty. Chociaż przecież wtedy w motelu, to nie była głupota. Gdyby wtedy jej nie uratował… nie, nawet nie chciała o tym myśleć. Nie teraz, nie tutaj, a już na pewno nie na pieprzonej stacji benzynowej, gdzie i tak zbierała krzywe spojrzenia, przy okazji, czując, jak zalewa ją znajomy, nieprzyjemny dreszcz przypominający atak paniki.
Wszystko dobrze? — głos ekspedientki wybrzmiał gdzieś w jej głowie, chociaż Pilar z początku za nic go nie zakodowała. Dopiero kiedy dziewczyna poruszała skanerem przed jej twarzą, sięgając po chipsy, Stewart podniosła spojrzenie.
Co? — spytała zdezorientowana, wyciągając spod pachy czekolady i batoniki. Oczywiście, że wzięła też dla Madoxa. Nawet jedne znalazła z jakimiś naklejkami. Co prawda nie były to te same, co w Kolumbii, ale były. A ona głupia pomyślała, że będzie mu miło. Z batonika kurwa.
Pytałam, czy wszystko dobrze — kobieta ponowiła pytanie, przyglądając się jej z troską.
Wszystko git — nie była skora do rozmów, jednak dziewczyna wciąż patrzyła na nią z wyczekiwaniem. Pilar zamrugała kilkakrotnie, ale ona nie odpuszczała, więc finalnie machnęła ręką. — Teściowa — wyjaśniła pokrótce, nawet nie mijając się z prawdą.
Kurwa, najgorzej — o, i to była reakcja, z którą Stewart mogła się jak najbardziej utożsamić. Najgorzej. Bo gorzej już chyba nie mogło być. Chociaż mogło, ale Pilar przecież nie miała pojęcia, co właśnie działo się w domu pod jej nieobecność i jak Esme ponownie próbowała ich ze sobą skłócić. — Najlepiej wpuszczać jednym uchem i wypuszczać drugim. Te to zawsze pierdolą farmazony. A moja to już w ogóle, odkąd przestałam jej słuchać jestem szczęśliwszym człowiekiem — święte słowa wypowiadała ta pani ze stacji benzynowej. Do tego stopnia, że Pilar dobrała papierosy i zapalniczkę, a potem jeszcze zostawiła jej solidny napiwek, dziękując za świetną radę. Chuj z tym, że nie miała nawet jej jak zastosować, bo akurat Esmeraldy musieli się słuchać. Mieli przecież tańczyć tak, jak im zagra. Byli tu na jej zasadach.
Wyszła ze stacji i od razu odpaliła jednego papierosa. Zaciągnęła się mocno, wyciągając z torebki telefon. Przejrzała nieodebrane połączenia od Madoxa i wiadomości, chociaż jej uwadze wcale nie ominął fakt, że od jakiś pięciu minut była cisza. Przestał wydzwaniać. Może i jemu Esmeralda naopowiadała, jak to Pilar była dla niego nieodpowiednia? Dopaliła fajkę, poprawiła włosy i wróciła do auta.
To przewietrzenie się wcale nie dało jej dużo, chociaż przynajmniej szalejące w piersi serce była w stanie jakoś uspokoić. Głowa jednak wciąż pozostała kompletnie zapełniona nadmiernymi myślami.
Powrót pod dom zajął jej niecałe dziesięć minut, chociaż wcale nie zatrzymała się pod chatką, a przy drodze jeden dom wcześniej. Jakby ktoś stanął na ulicy pewnie by ją zauważył. Wysiadła z samochodu, jednak zamiast skierować się do domu, po prostu wskoczyła na maskę i przysiadła się z twarzą skierowaną na niewielki lasek. Torbę z zakupami postawiła po swojej lewej stronie. Wyciągnęła sobie jednego batona, a kiedy już go zjadła, odpaliła kolejnego papierosa.
Wciąż czekała, aż Madox napisze jej, że może wracać. Nie miała zamiaru dzisiaj na kolejną konfrontację. Szczególnie, że w głowie wciąż zachodziła nad tym, co powiedziała jej Esme.

Madox A. Noriega
kasik
nudy. a tak poza tym, to używania AI, czytania mojej postaci w myślach i braku inicjatywy.
34 y/o
REKRUTER
184 cm
właściciel klubu i informator policji | Emptiness
Awatar użytkownika
miał być cichy, niewidoczny, w końcu balansuje na granic między kokainą na złotych tacach i bronią ukrytą pod drogimi marynarkami, a kajdankami i odznaką przy pasku... a jednak tak bardzo rzuca się w oczy, że trudno go nie zauważyć, z tymi jego tatuażami, z tymi kolorowymi koszulami, złotymi łańcuchami na opalonym karku i... niewyparzoną gębą
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkinie
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Myślał o tym, cały czas o tym myślał, ale nie wiedział, co ma z tym zrobić. Z jednej strony to była bezpieczna opcja, ona zostanie tutaj, w tym przytulnym domku do pieprzenia się, może zostanie z nią gruby, który przecież już wiedział, że z nią nie ma żartów. Jakiś dwóch innych goryli, bo z trzema Pilar nie miałaby szans. A on pójdzie z Pablo na golfa, wejdzie do tej jego jaskini z bronią. A później te urodzinki Aury, Lopez mu pomoże.
Prosty plan, brzmiało to dobrze.
Ale z drugiej strony, znał Stewart, ona by się tutaj o niego zamartwiała, a on o nią zresztą też zastanawiając się, czy gruby nie stwierdził, że trzeba jej oddać za ten cios prosto w jaja. Myślał by o niej i tak. Jeszcze gorzej może nawet. Tak jak teraz, kiedy nie miał jej obok. Jakby była obok, to mógłby jej zapytać o radę.
Ale przecież to oczywiste, że by mu powiedziała, że on bez niej nigdzie nie idzie. Ale ona bez niego poszła. Nawet słowem mu nie powiedziała dokąd. A mieli być ekipą, powinna mu coś powiedzieć, a nie tylko, daj znać jak ich już nie będzie.
A oni wciąż tu stali, w tej kuchni, czekając na jakąś jego odpowiedź.
Narażał ją już tym, że zabrał ją do tej hacjendy, sam powinien jechać to sprawdzić, ten adres z pocztówki, a on ją zabrał i co? I skończyło się kolejnymi siniakami, a mogło o wiele gorzej. Gdyby Esme się za nimi nie wstawiła. Albo gdyby trafili na tych bardziej profesjonalnych ochroniarzy od Pablo. Przecież oni tam jutro będą, a do tego on będzie udawał Matteo. Taki Matteo to dopiero nic nie znaczył, jeszcze mniej niż Madox, który jednak był synem Esme. Jego Pablo mógł odstrzelić bez mrugnięcia okiem, a potem jego laskę...
Przesunął palcami po twarzy.
- Mamo... nie mogę jej tutaj zostawić - chyba pierwszy raz powiedział do niej mamo, cały czas próbował bezosobowo, już nawet wolałby po imieniu, ale mamo? A jednak przecież była jego matką, przecież dziesięć lat temu, to tak się do niej zwracał. Dziesięć lat temu prosił ją o rady, rozmawiał z nią normalnie, bez tego ciągłego warczenia, bez tych wszystkich wyrzutów.
Esme odsunęła się od Lopeza, podeszła do wyspy, ale stanęła po drugiej stronie.
- Madito ty sam wiesz najlepiej co zrobić - powiedziała i chciał do niego sięgnąć, ale Madox się odsunął. Lopez za to chrząknął, bo się z tym nie zgadzał, dla niego zdecydowanie prostsza opcja to było uziemienie tu Pilar. Esmeralda obejrzała się na niego przez ramię, ale zaraz znowu odwróciła się do Madoxa.
- Madito ja tylko nie chcę, żeby to była powtórka z tej akcji w Toronto, gdzie mogłeś przez nią zginąć... - powiedziała powoli, a Noriega wbił w nią ciemne tęczówki, ściągnął do siebie brwi.
- To to jej powiedziałaś? - może Madox jednak nie był taki głupi? A może po prostu on umiał tak zagadać, że ludzie sami mu mówili to, co on chciał wiedzieć?
Esme się skrzywiła, a Madox odepchnął się od lady.
- No pewnie, że to... Możecie już iść, odezwę się jutro, jeżeli Pilar nie zadecyduje, że wracamy do domu - akurat to ostatnie zdanie to była czysta abstrakcja, bo i tak nie pozwolili by im wrócić, ale musiał jakoś postawić sprawę jasno, że tak jak to u nich było, dosłownie, gdzie ostatnie zdanie nad Lopezem miała Esme. Tak, u nich miała je Pilar. Chuj, że Madox by się z nią pewnie kłócił, albo szarpał nawet, gdyby nie znaleźli porozumienia, czegoś po środku. Ale oni wcale nie musieli tego wiedzieć...
A zresztą, czy on tak naprawdę wiele razy już się nie ugiął? I zrobiłby to kolejne sto razy, żeby tylko już się nie kłócili.
- Madito... - zaczęła jeszcze Esmeralda, ale tym razem to Lopez oparł jej dłoń na ramieniu, a ona mu uległa. Wyszli z domu, skierowali się do swojego samochodu, ale żadne z nich nawet nie zwróciło uwagi na auto Pilar, po prostu odjechali.
A Madox?
On jeszcze przez chwilę miotał się po domu, jeszcze nad tym zastanawiał, bo może coś w tym było, że on jej nie powinien jutro znowu narażać. Ale co teraz miał zrobić?
W końcu wyszedł przed dom, ale tylnym wyjściem, na werandę, usiadł na schodkach, musiał się przewietrzyć.
Wyciągnął telefon i znowu wybrał jej numer i tym razem to już czekał do skutku, aż odbierze.
- Pilar… pojechali - odezwał się najpierw, ale zanim zdążyła cokolwiek odpowiedzieć, to on już znowu nawijał - wiem co ci powiedziała matka, ale ona gówno wie, ona to wszystko robi, żeby nas skłócić... - urwał na moment. Bo w zasadzie to sam już nie wiedział, co kieruje jego matką, czego ona oczekuje, czego od nich chce - gdzie jesteś? - zapytał zaraz i wstał, podniósł się ze schodków, żeby przejść się po werandzie w tą i z powrotem. Potknął się o jakąś wystającą deskę, raz, i drugi. Kurwa prawie się o nią wyjebał.
Zatrzymał się w miejscu i przykucnął, telefon przy uchu przytrzymał ramieniem.
- Co jest kur... - mruknął, bardziej do siebie niż do słuchawki, ale komórka zsunęła mu się po szyi i po klacie, upadła na ziemię, bo Madox akurat wsuwał palce pod te wystające deski, pod którymi ktoś ewidentnie zrobił sobie skrytkę. Znowu.

Pilar Stewart
29 y/o
LEĆ, ADAM, LEĆ
169 cm
śledcza at toronto police service
Awatar użytkownika
Lepiej strzela niż gotuje. Do tego: agresywna, impulsywna i narwana. Niektórzy jeszcze mówią, że dzika. Ogólnie wszystko co złe, to Pilar.
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracji3 os
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Siedziała na samochodzie, przyglądając się… właściwie to niczemu. Drzewom, które bujały się w rytm nadawany przez wiatr. Nic specjalnego. Było ciemno, dlatego nawet nie widziała nic poza wielkimi, poruszającymi się cieniami.
Siedziała i myślała.
Zastanawiała się nad tym wszystkim, co się dzisiaj stało, nad tym co powinni zrobić, a przede wszystkim, nad tym wszystkim co stało się w Toronto. Z Daltonem. Bo może i Madox wcale nie miał jej niczego za złe, nigdy przecież nie miał, ale ona zaczynała mieć coraz bardziej.
Obwiniała się.
Kurwa od samego początku się za to obwiniała, a jednak wcześniej sukcesywnie spychała te przeklęte myśli w czeluści umysłu. A dzisiaj Esmeralda mniej lub bardziej świadomie je z niej wyciągnęła. Wyszarpała bezpowrotnie i jakimś cudem Pilar już wcale nie potrafiła się ich pozbyć. WWiercały się w jej w głowę. Boleśnie. Przed oczami widziała te pierdolone sceny z motelu, kiedy nie mogła się ruszyć, kiedy w żaden sposób nie mogła mu pomóc, a on prawie zarobił przez nią kulkę. I to wcale nie taką w pasek, a w jebaną głowę. Bezpowrotnie. Bo tego już nie dałoby się po prosty wyciągnąć jak wtedy w Emptiness. To samo było z lodem. Gdyby przecież ratownicy medyczni nie przyjechali na czas… Kurwa.
Zaciągnęła się mocniej papierosem, a jej tok mysli przerwał nagły stukot na werandzie. Spojrzała w stronę domu, a jej oczom ukazała się Esmeralda w towarzystwie Lopeza. Wychodzili.
Pilar nawet nie drgnęła. Obserwowała ich z maski samochodu, wciąż paląc papierosa. Nie widzieli jej, za to ona widziała, jak Lopez intensywnie wymachiwał rękami i coś jej tłumaczył. Nie słyszała co, jedynie pojedyncze słowa dochodziły do niej z tej odległości jak to głupota, nie można im ufać, wypierdoli się i kocham cię. A po tym ostatnim Lopez przyciągnął Esme do siebie i złożył na jej ustach mocny, agresywny pocałunek. Taki pocałunek, jaki dzielili są sobą ludzie jedynie w skrajnych emocjach, z typu tych, które zapierały dech w piersi i wykradały wszelkie pokłady powietrza. Ich uczucie było szczere. Widziała to. A więc chociaż w tej jednej rzeczy ich nie kłamali. Faktycznie chcieli razem uciec.
Stewart odprowadziła ich wzrokiem aż do czarnego samochodu, a potem tylko obserwowała, jak odjeżdżają w przeciwnym kierunku niż do tego, gdzie ona siedziała. Jeszcze chwilę spoglądała w miejsce, w którym chwile temu stali, jednak z zamyślenia wyrwał ją telefon. Raz. I jeszcze raz. Wyciągnęła go z torebki i odebrała.
Wiem — odpowiedziała krótko, kiedy oznajmił jej, że pojechali. Przynajmniej wiedziała, że Madox zrobił to, o co go prosiła i od razu zadzwonił. — Jestem przed domem — tylko tyle odpowiedziała na to wszystko, co jej powiedział. Wiedział, co powiedziała Esme. Nie chciała, żeby wiedział, bo nie chciała, żeby kiedykolwiek spojrzał na nią jak na źródło swoich problemów. Jak na kogoś przez kogo kiedyś będzie musiał przypłacić to uczucie życiem. Nie chciała tego.
Zaraz będ… — nie dokończyła, bo wtedy usłyszała w słuchawce co jest kurwa, a potem huk. — Madox? — odstawiła słuchawkę od ucha, żeby sprawdzić, czy połączenie wciąż trwało. Trwało, ale już wcale go nie słyszała. — Madox, kurwa! — krzyknęła już o wiele głośniej, w tym samym czasie zeskakując z maski. Jednym ruchem zgarnęła reklamówkę z jedzeniem i fajkami do ręki, a potem tylko zabezpieczyła auto i pobiegła do domu.
Do środka wpadła jak oparzona. Nawet butów nie zdjęła, tylko zaczęła biegać po domu jak pojebana. Nigdzie go nie było. Sprawdziła sypialnie, łazienkę, salon a kuchnię to chyba z trzy razy. Serce dosłownie podeszło jej do gardła i już miała znowu krzyczeć jego imię, kiedy zauważył otwarte drzwi na taras.
Kurwa mać — ruszyła w tamtym kierunku, a kiedy zobaczyła go na trawie, grzebiącego w ziemi, to aż przysiadła na schodku. — Ja pierdole, estupido, myślałam, że coś ci się stało — mało tu było wariatów? Odkąd tu przyjechali to samych niepoczytalnych spotykali na swojej drodze, szczególnie że Lopez i Esme dopiero co wyszli. Jej wyobraźnia już działała na najwyższych obrotach, ale całe szczęście był cały.
Co ty właściwie robisz? — spytała w końcu, przyglądając mu się uważnie. Światło dawała jedynie niewielka lampa na ścianie, dlatego z początku Pilar myślała, że on najzwyczajniej w świecie grzebie w ziemi. Dopiero kiedy zostawiła zakupy i podeszła bliżej zobaczyła, że tak naprawdę trzyma kawałek drewna. — Coś tam jest? — uklękneła tuż przed nim, od razu łapiąc za telefon i włączyła latarkę, by mu odpowiednio poświecić, w myślach zadając sobie tylko jedno pytanie: co znowu kurwa?. Tylko na pierwszy rzut oka to nie była żadna kurwa, a zdjęcia. Zdjęcia przedstawiające małego chłopaka. Dużo zdjęć. W różnych okolicznościach i wieku. — To ty? — spytała cicho, nachylając się bliżej. Pod zdjęciami było chyba coś jeszcze.

Madox A. Noriega
kasik
nudy. a tak poza tym, to używania AI, czytania mojej postaci w myślach i braku inicjatywy.
ODPOWIEDZ

Wróć do „⋆ Po Świecie”