Już sobie skomponował taką ładną kanapkę, kiedy Maddie mu truła dupę, było na niej... wszystko. Bo Madox też zamierzał sobie pojeść zanim ruszą, bo na takim bankiecie dla bogaczy to nigdy nic nie wiadomo, szampan i wątróbka mogły być serwowane na przykład. Chociaż może nie w Meksyku, ale no nie wiadomo.
-
Do - kiedyś cię zajebie Madox - rzucił w odpowiedzi na jej słowa i pokazał jej czubek języka. Bo to faktycznie było takie zdanie, a on jej odpowiedział, że on ją też, bo czasami miał ochotę. Zajebać Maddie i mieć spokój. Ale nie znalazłby takiej drugiej menadżerki, która by mu ratowała dupę w tak randomowych sytuacjach, więc to tylko takie gadanie. Od razu wpakował sobie tą kanapkę do buzi, prawie pół, zapchał się nią, więc kiedy Pilar zaczęła to, że
chciała z nim przegadać jedną rzecz, to on tylko pokiwał głową i ręką nawet, żeby mówiła, bo miał pełne usta.
Tylko kurwa nic nie powiedziała, bo zaraz za plecami usłyszał to
smacznego, aż mu trochę chleba wypadło na brodę, kiedy przeklął siarczyście pod nosem, a potem to już musiał podnieść szklankę, żeby przepić i przełknąć.
-
Przeszkadzasz nam... - syknął odwracając się z krzesłem w kierunku Lopeza, ale czy on się tym przejął, nie, wcale. Pilar zresztą zaraz też zaczęła mówić o
pukaniu Esme, czyli matki Madoxa, przez Lopeza, a Noriega się skrzywił i wsadził sobie drugie pół kanapki do buzi, żeby nie musieć tego komentować. Pokręcił głową, że nic nie spalili.
-
To zwe wnoncz - rzucił z pełnymi ustami, że z zewnątrz, o to mu chodziło. Oni sobie gadali, bardzo przyjemnie zresztą, a Madox zjadł swoją kanapkę, chociaż jedną. Bo jak Lopez zaraz zainteresował się tym ich śniadaniem bardziej to zwątpił, że będą mieli szansę jeszcze coś zjeść, może dlatego zaraz złapał pomidora, dwa, i wpakował je sobie do ust, przed Lopezem nie?
-
Zafse, dlatego jezd taha calente - znowu powiedział z pełnymi ustami, zerkając na Pilar, ale przełknął, kiedy Lopez powiedział to, że
mają problem -
jaki problem? - zapytał od razu, bo tak. Oni z Pilar byli identyczni, nie lubili pierdolenia, owijania w bawełnę, krótka piłka, kawa na ławę. Taki typ, od razu przechodzili do działania, bez żadnych długich gier wstępnych. A kiedyś tak się o to rozchodziło. Jedno drugiemu zarzucało, że jak to tak bez gry wstępnej? Stare dzieje...
Słuchał Lopeza, a przy okazji sięgnął jeszcze po kawałek chleba, na który narzucił ser i go zjadł, w trzech gryzach.
-
Dobra, to dzwonię - stwierdził i złapał za telefon, jak przy Pilar nie miałby pewnie problemu z prowadzeniem tej rozmowy, bo jednak już a Maddie przy niej gadał, tak nie prze Lopezie. Strzelił oczami w jego kierunku wstając od stołu.
-
Nie wiem, poczęstuj się czy coś - klepnął go nawet w ramię, a Lopez spojrzał na niego krzywo, ale jak Madox skierował się na werandę, z -
Pablo? Amigo... - na ustach, to Lopez usiadł na jego krześle i sięgnął po chleb, żeby zrobić sobie kanapkę.
Madox nawijał, dużo. O tym, że jest w Meksyku, że mu się nudzi, Pablo zaproponował kluby, dziewczynki, kokainę na złotych tackach, ale to jutro, na spokojnie, bo dzisiaj miał urodziny córki. Madox, a właściwie Matteo od razu zaczął nawijać, że on też w Meksyku nie jest sam, z kobietą... Narzeczoną właściwie, z którą też kiedyś będzie miał dziecko, bla bla bla. Dużo gadał, głupot, jakiś rzeczy totalnie bez sensu. Aż usiadł na schodku na samym dole. Golf? Świetnie, lubimy golfa, kluby golfowe mają dobry klimat. Ale nie masz nic przeciwko? Franki prosił, żebym sprawdził, jak mają się sprawy. Dobrze się składa... To zajebiście.
Ta gadka szmatka zajęła mu prawie pół godziny, w międzyczasie pospacerował po ogródku, w samych bokserkach, bo nie zdążył się ubrać, na bosaka. Poopowiadał o tym, że on za dzieciaka też jeździł konno, nigdy tego nie robił. A potem o tym, że jak dzisiaj zabierze gdzieś narzeczoną, to jutro będzie mógł wyskoczyć do klubu, i wszyscy będą zadowoleni. Pablo musiał mu zaproponować tego golfa. Chociaż urodziny jeszcze stały pod znakiem zapytania, ale się wproszą, i tak już byli blisko.
-
Świetnie, to wyślij mi adres, do zobaczenia na miejscu... - rzucił wchodząc już z powrotem do kuchni, gdzie Lopez pewnie jadł już z piątą kanapkę. Madox się rozłączył i chciał wsunąć telefon do kieszeni spodni, ale ich nie miał... więc smartfon walnął mu na ziemię, ale nic się nie stało. Pozbierał go.
-
Dobra mamy to, ale kurwa nie wiem sam, co mu nagadałem - aż pokręcił głową, bo on się czasem skupiał na tym, co jego rozmówca chce usłyszeć do tego stopnia, że nie wszystko co tworzył na poczekaniu rejestrował, jakieś tam najważniejsze fakty -
umiecie grać w golfa? - popatrzył po ich twarzach, a później po stole, który był już prawie pusty.
Lopez pokręcił głową.
-
Esme umie - powiedział, a Madox strzelił oczami w sufit.
-
Ale nie będzie tam Esme… A może mogłaby być? - przechylił na bok głowę -
skoro ja idę z narzeczoną, to może mogłaby się wprosić? - zerknął na Pilar. Lopez wzruszył ramionami.
-
Przedstawiłeś ją jako narzeczoną? - zapytał i się skrzywił -
trzeba było powiedzieć, że to jakaś dupa do ruchania - rzucił.
-
Sam jesteś kurwa dupa do ruchania - Madox prychnął i przysunął sobie stołek, żeby na nim usiąść i sięgnąć jeszcze do tych resztek -
on nawijał cały czas o Aurze, że to takie kochane dziecko, taki dumny, to co mu miałem powiedzieć? Że przyjdę z dupą do ruchania? To powiedziałem, że przyjdę z narzeczoną, z która też chcemy mieć dziecko, proste - no dla Madox to były proste rzeczy, jak ktoś gada o dzieciach, to trzeba podzielać jego entuzjazm. Co prawda co do wizyty w klubie z panienkami, tak, żeby narzeczona nie wiedziała, też podzielał, ale to postanowił przemilczeć.
Pilar Stewart