-
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoenieobecnośćniewątki 18+takzaimkishe/hertyp narracjityp narracjiczas narracji-postaćautor
Codzienność zaczynała ją przytłaczać. Pocałunek z Charlie'm, wypadek Dante. Czy tego nie było zbyt wiele jak na jedną blondynkę, która nie miała zbyt wielu sił? O obu panach myślała zdecydowanie za często. Łapała się, że myślała zarówno o jednym, jak i drugim. Choć Marshall był jedynie rodziną jej pacjenta, ona skutecznie go unikała. Kiedy tylko były godziny odwiedzin, zgłaszała się do ochotnika do najbardziej absurdalnych czynności. Proste szycia, lewatywy, wykonywanie badań. Wszystko byle nie musieć się z nim konfrontować. Tamten pocałunek był... intensywny. Pamiętała go jeszcze na własnych wargach. Charlie był niebezpieczny i przez to musiała go unikać.
Była w trakcie długiego dyżuru. Godziny się jej rozlewały, ale na całe szczęście mogła odpocząć w pokoju rezydentów na tej zasłużonej kanapie. Jedyne co jej przeszkadzało, to krzyki dochodzące z korytarza. Niechętnie wstała, podchodząc do drzwi i delikatnie je uchylając. Czuła się prawie jak odlotowa agentka, a widok, który ujrzała, sprawił, że po jej ciele przeszedł dreszcz.
— Panie Marshall, odwiedziny dawno się skończyły — mówi stanowczym tonem pielęgniarka Stephanie, lekko po czterdziestce. Ostatnio jej nerwy były mocno szargane, przez chorobę jednego z jej dzieci — nie wpuszczę Pana na oddział — już unosi bezsilnie głos i choć Ivy nie chce w żaden sposób się ujawniać, dalej wpatruję się w rozgrywającą się sytuację przed jej oczyma — nie obchodzą mnie życzenia pana ojca na temat posiłku — cokolwiek co się kryło w siatce, nie miało żadnego znaczenia. Kobieta jedynie krótko pokręciła głową, nie wiedząc, co powinna powiedzieć. Aż westchnęła teatralnie tak głośno. Jej granica została przekroczona, a Marshall doskonale zdawała sobie z tego sprawę.
— Anne, zajmę się panem Marshallem — powiedziała finalnie Ivy, unosząc delikatnie kąciki ust. Na Charlesa nie mogła nawet spojrzeć. Obawiała się tego, co mogłaby zobaczyć w jego ciemnych, brązowych tęczówkach. Znów mogłyby ją zahipnotyzować i odebrać do końca resztki trzeźwości.
— No oby, to jakiś pokręcony typ — mruczy Stephanie do ucha blondynki i kładzie jej rękę na ramieniu — Ivy ty to masz za dobre serce dla wszystkich — nie miała. Czuła się okropną osobą. Zdradziła własnego chłopaka, a na Charliego bała się spojrzeć. Choćby chciała przez krótki moment, znów poczuć to samo.
— Panie Marshall, odwiedziny już dawno skończone — powiedziała finalnie, spoglądając gdzieś w bok. Kątem oka zauważyła zawartość jego torby i aż przeszedł przez nią nieprzyjemny dreszcz. Marshall musiał oszaleć — poza tym McDonald's dla Pana ojca? Chciałby go Pan otruć — pyta lekko skonsternowana. Znała podejście Marshalli do fastfood'ów, raczej jego ojciec nie zdecydowałby się na taki posiłek — Charlie, nie rób problemów i wyjdź... — zaczęła błagalnym tonem — ludzie tu naprawdę walczą o życie — i potrzebują świętego spokoju. Ona też go potrzebowała, nawet w pracy.
-
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoe
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkiona/jejtyp narracji3 os.czas narracjiprzeszłypostaćautor
Ivy Harrison
-
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoenieobecnośćniewątki 18+takzaimkishe/hertyp narracjityp narracjiczas narracji-postaćautor
Jakakolwiek rozmowa z Charlim wydawała się jej chodzeniem po bardzo cienkiej granicy, której nie potrafiła w żaden sposób nie przekraczać. Nie powinna unosić wzroku, nic do niego mówić. Jego ojciec niedługo by stąd wyszedł i mogliby zapomnieć o pocałunku we windzie. Zbyt wiele wydarzyło się w ostatnim okresie. Kłótnia z Dante, jego wypadek oraz tamto czerwone światło. Dalej je wspominała, a choć chciała móc o nim zapomnieć, to nie potrafiła. Oboje przecież byli w związkach, z innymi osobami, a ona kochała Dante. Naprawdę kochała. Powinna odprowadzić Marshalla to wyjścia, a zamiast tego... zainteresowała ją ta torba z McDonald'sa.
— A dla kogo? — spytała, unosząc jedną brew — chyba nie stołuje się Pan w takim miejscu. Cholesterol zapycha żyły, a patrząc na rodzinne tendencje, radziłabym chronić własne serce — doskonale pamiętała, w jaki sposób wypowiadał się o restauracji pod złotymi łukami. Wcześniej w żaden sposób jej to nie denerwowało, ale teraz? Czuła się delikatnie zagubiona. Zapierał się rękoma i nogami, a jednak zmienił podejście do jedzenia. Kuło ją to. Dopiero kiedy zrobił krok, spojrzała wprost w jego ciemne, brązowe tęczówki. Aż wstrzymała oddech, a serce przez moment przestało jej bić. Całe jej ciało się spięło, gdy wyczuła woń jego perfum. Przełknęła nerwowo ślinę, czekając na jego kolejne słowa. Znów przekraczał granicę. Przecież nie powinni tego robić, ale nie potrafiła się od niego odsunąć. Choć powinna i to jeszcze bardziej ją bolało.
Szybko opuściła wzrok wraz z kolejnymi słowami. Wiem, że to głupie powinien zamienić na niebezpieczne. Ich rozmowa taka była. Wszystko zaczynało się zlewać. Chciała mu podziękować i odwrócić się na pięcie, ale ta torba sprawiła, że po jej ciele rozlało się ciepło. Dbał o nią, nie przyszedłby tu ukraść leków, zwyczajnie i tak po ludzku chciał o nią zadbać. Wbiła swoje spojrzenie w swoje różowe crocsy. Co miała mu powiedzieć? Powinna zachować, chociażby resztki profesjonalizmu.
— Mogę Pana zapewnić, że personel medyczny umie o siebie zadbać — odparła po kilku sekundach ciszy. Bolało ją to zdanie. Tylko czy wzięcie tej torby nie byłoby cichą akceptacją tego, co się między nimi stało? Przecież był to błąd do tego taki, który nigdy nie powinien się wydarzyć. Był wielkim wiceprezesem, a kobieta, która na niego czekała, musiała mieć dobre serce.
Dziesięć minut wybrzmiewało w jej głowie, gdy zapadła cisza. Nabrała powietrza do płuc. Nie powinna, mogła odwrócić się na pięcie i tak po prostu zniknąć. Zamiast tego znów zajrzała do jego oczu, poszukując tam odpowiedzi. Co oni właściwie wyprawiali? Działał na nią jak najgorszy nałóg, powodujący całkowite zniknięcie rozsądku.
— Dziesięć minut, ale nie tutaj — powiedziała finalnie Ivy, wciąż patrząc mu w oczy. Zaraz odwróciła się na pięcie i ruszyła szybkim krokiem. Gdzie mogliby porozmawiać? Kafeteria? Schowek? Kantorek? Pokój rezydentów? Wszystkie wydawały się mieć zbyt dużo minusów. Albo za mało przestrzeni, albo wścibskie oczy, których wolałaby uniknąć. Finalnie zatrzymała się na klatce schodowej, wszyscy wybierali windę. Ty mogliby pozwolić sobie na chwilę prywatności — słucham — mruknęła finalnie Ivy, przegryzając swoją dolną wargę. Nie mogła na niego spojrzeć, zwyczajnie nie mogła. Od razu przypominała sobie smak jego ust — Po co tutaj przyszedłeś, Charlie? — dodała, zakładając rękę na rękę. Sama nie wiedziała, co czuła w obecnej chwili. Serce rozdzierało się jej na milion kawałeczków.
-
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoe
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkiona/jejtyp narracji3 os.czas narracjiprzeszłypostaćautor
Ivy Harrison
-
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoenieobecnośćniewątki 18+takzaimkishe/hertyp narracjityp narracjiczas narracji-postaćautor
Konfrontacja z Marshallem w ogóle nie przychodziła jej łatwo. Nie wiedziała, w jaki sposób powinna go traktować, a każda komórka ciała wydawała się ją zdradzać. Musiała się ukryć pod profesjonalizmem, inaczej za łatwo by przepadła. Wystarczył jedynie jego głos, by na nowo przypomniała sobie zdarzenia z windy, a ten McDonald's wcale nie ułatwiał sprawy. Jedynie bardziej ją komplikował. Wykrzywiła usta, słysząc jego słowa. Zabolały ją, a dotyczyły idiotycznego jedzenia. Co miałaby mu powiedzieć w tej chwili? Przymknęła swoje oczy, starając się poukładać sobie wszystko w głowie.
— Myślałam, że Panu smakowało — mruknęła jedynie pod nosem, odwracając jeszcze mocniej głowę. Teraz tym bardziej nie chciała na niego spojrzeć. Doskonale pamiętała, jak się nim zajadał, a na jego twarzy pojawił się wtedy uśmiech. Było dobre. Nie smakowało jak karton. Może tym dla niego była? Zwykłą pomyłką. Tłustą, brudną i bez żadnego smaku. Przecież był poważanym człowiekiem, posiadającym narzeczoną. Czego ona tak właściwie oczekiwała po spotkaniu z nim? Zacisnęła mocniej dłoń na ramieniu, próbując przywołać się do porządku. Ivy to tylko jedzenie, przecież nie mówi o Tobie, powtarza cały czas we własnej głowie.
Dopiero na jego kolejne słowa wytrzeźwiała przez moment. Przegryzła dolną wargę, nie wiedząc, co powinna powiedzieć. Wykwintna kolacja? Zabrać ją? To było dla niej za dużo. Zdecydowanie zbyt wiele jak na młodą rezydentkę. Nie powinna nigdy przekraczać z nim żadnej granicy. Jednak brnęła w to dalej.
— Panie Marshall, nie musi się pan zajmować rezydentkami — powiedziała zaskakująco chłodnym jak na siebie tonem — jeśli chce Pan dawać mi cokolwiek, to powinno to być dla każdego członka personelu. Tutaj jestem lekarką Pana ojca — przypomniała mu Ivy, choć przyszło jej to z trudem. Broniła się na tyle, ile była w stanie. To miało być krótkie spotkanie. Wyrzucenie go i wrócenie do własnych obowiązków. Jednak uległa i zaraz szła do miejsca, w którym mogli spokojnie rozmawiać.
Stała w ciszy, czekając na jego słowa. Bała się tego, co mogła usłyszeć. Liczyła, że zamkną tą znajomość. Z jej rozwinięcia nie zrodziłoby się nic dobrego. Doskonale zdawała sobie z tego sprawę. Nabrała głębokiego oddechu, a powietrze wypełniło jej płuca. Słyszała wręcz, jak jej serce galopuje wewnątrz klatki piersiowej, jakby chciało stamtąd uciec.
Wraz z wypowiadanymi przez niego słowami czuła jeszcze większe napięcie. Czuła jak jej ciało całe się napina, a każdy mięsień kurczy, przygotowując się do ucieczki. Nie wiedział i ona też nie wiedziała, do czego miała doprowadzić ta rozmowa. Mieli własne światy, własne obowiązki, a jeden błąd nie powinien ich w żaden sposób przekreślać. W domu czekał na nią Dante po wypadku, a na Charliego czekała narzeczona. Dlaczego ona dalej go słuchała? Co powinna tak właściwie mu powiedzieć. Odetchnęła z ulgą, słysząc chęć przeprosin. Tylko nie był przecież w tym sam, ona też w tym uczestniczyła, a co gorsze jej się to podobało. Wolała zamilknąć, wysłuchać go i wyjść. Pewnie by to zrobiła, gdy nie usłyszała z jego ust gówno prawda.
Dreszcz przeszedł po jej ciele, gdy tylko poczuła jego dotyk. Dalej nie oderwała wzroku od crocsów. Nie mogła, bo gdyby to zrobiła do reszty by dla niego przepadła, a przecież nie powinna. On też nie powinien tego robić. Jednak sama zacisnęła mocniej dłoń. Jej serce właśnie rozdzierało się na pół, zwłaszcza gdy... podniosła wzrok i spojrzała mu w brązowe tęczówki. Znów nie była w stanie oderwać od niego wzroku. Oddech przez moment się jej zatrzymał, a Ivy tylko krotko, nerwowo przełknęła ślinę.
— Charlie... — zaczęła łamiącym tonem. Choć chciała uczestniczyć w tym szaleństwie, to zdawała sobie sprawę, że ktoś powinien je przerwać. Wzięła głęboki oddech, by się uspokoić, ale wtedy na kilka sekund wzrok padł na jego wargi. Przypomniała sobie ich uzależniający smak. Nawet teraz chciała znów ich zasmakować, chciała zniknąć w tym szaleństwie. Zamiast tego położyła dłoń na jego torsie, odpychając go delikatnie od siebie — chcesz zranić swoją narzeczoną i mojego chłopaka? Jak ty to sobie wyobrażasz? — spytała i dała zapaść ciszy między nimi — bo choć czuję się podobnie, to... nie powinniśmy — dodała już cichszym tonem, licząc, że i on się zatrzyma. Ona nie potrafiła oderwać się od jego oczu, od zapachu perfum. Czuła się jak hipokrytka, wypowiadając takie słowa, a jednocześnie dalej trzymając mocno jego dłoń.
Chyba była najgorszą osobą na całej planecie.
-
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoe
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkiona/jejtyp narracji3 os.czas narracjiprzeszłypostaćautor
Ivy Harrison
-
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoenieobecnośćniewątki 18+takzaimkishe/hertyp narracjityp narracjiczas narracji-postaćautor
Nie potrafiła mu się oprzeć. Widziała własne odbicie w jego tęczówkach, czując, jak znowu w niego przepada. Nie było w tym nic racjonalnego, ani sensownego. Był przecież dla niej obcym człowiekiem. Raz odsłonili się przed sobą w Mcdonald'sie. Raz. Tyle wystarczyło, by poczuła do niego przedziwną więź emocjonalną, której nie była w stanie wytłumaczyć w żaden sposób. Przecież kochała Dante całym sercem. Mogli się kłócić, niszczyć meble, a także własne serca, ale mogli na siebie nawzajem liczyć. Cokolwiek by się stało nie zniszczyłby jej zaufania, prawda? Gówno prawda. Zrobił to, a ona w chwili słabości przepadła w ramionach Charliego. Mężczyzny, który dał jej poczucie bezpieczeństwa, którego tak bardzo potrzebowała.
Nawet teraz kiedy czuła napiętą atmosferę. Powietrze wydawało się niezwykle ciężkie, a każdy oddech sprawiał jej trudność. Nie chciała się z nim konfrontować. Bała się jego spojrzenia, ale też słów, które mogłaby usłyszeć. Cokolwiek by powiedział, mogłoby to ją zaboleć. Wejście w to głębiej? Złamałaby wszystkie granicę oraz własną moralność. Z drugiej strony zapomnienie o tej sytuacji rozdzierało jej serce na pół. Tylko że granica między powinnością a uczuciami była bardzo cienka, a zmniejszała się wraz z jego bliskością. Sprawiał, że traciła resztki rozsądku.
— Charlie... — zaczęła łamiącym się głosem, czując jeszcze mocniej na dłoni bicie jego serca. Zmarszczyła delikatnie brwi, a strach wydawał się ją paraliżować. Choć mogła to być też jego bliskość. Przegryzła dolną wargę, a jego słowa odbijały się w jej głowie. Zrobić raz na, co miał ochotę? Tylko czy ona powinna w tym uczestniczyć? Przyciągał ją. Był jak pierdolony magnes, kiedy tylko był w pobliżu, a ona nie wyobrażała sobie dyżuru bez jego ojca. Bez chociażby jednego, ukradkowego spojrzenia, którym by go obdarzyła. Ciepło powoli rozchodziło się jej po ciele. Zwłaszcza gdy na nowo wyczuła intensywną woń jego perfum za milion alpak. Kiedy bliskość jego ciała stała się uzależniająca, a jego wargi były znów na wyciągnięcie tych jej. Chciała móc sprawdzić, czy dalej smakują tak samo dobrze. Tylko wtedy te ostatnie resztki rozsądku wzięły nad nią górę.
— Przestań Charlie... — rzuciła, odsuwając się na krok — chcę, ale nie chcę — powiedziała cała zmieszana, odwracając głowę w inną stronę. Nie mogła pozwolić samej sobie na błądzenie w jego oczach, ani na bliskość. Choć dalej miała dłoń przy jego sercu, ktoś musiał zachować się odpowiedzialnie. Jak nie wielki wiceprezes korporacji, to rezydentka pierwszego roku, która bała się konsekwencji. Ostatnio zbyt mocno ich zasmakowała, by pozwolić na kolejne przekroczenie granicy.
— Masz swoje życie, swoje obowiązki i relacje — czuła, jak ciało zaczyna powoli jej drżeć. Zdradzała samą siebie, bo choć każda komórka chciała go smakować jego ust i czuć jego bliskość, to wiedziała, że nie powinna. Tak po prostu i po ludzku nie powinna — nie potrafiłabym z tym żyć, że Ci to zniszczyłam i że niszczę moje życie — wyrzuty sumienia wzięły nad nią górę. Wszystko wydawało się ulewać, a strach znów zaczął brać nad nią górę. Nie mogła pozwolić na kolejny pocałunek, zdradziłaby wtedy samą siebie.
— To był błąd, a my... — i pierwszy raz na nowo zdobyła się, by spojrzeć mu w oczy. W tych jej błękitnych oczach zaczynały pojawiać się łzy — nie powinniśmy się już widzieć, jeśli chcemy żyć tak jak wcześniej — stwierdziła, pociągając krótko nosem — mój chłopak miał wypadek. Kim bym była, pozwalając na coś takiego, Charlie? — kim staliby się oboje? To był tylko McDonald's, tylko winda. Nie łączyło ich nic, poza chemią, której nie chcieli odebrać sobie nawzajem.
-
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoe
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkiona/jejtyp narracji3 os.czas narracjiprzeszłypostaćautor
ztx2
Ivy Harrison