ODPOWIEDZ
26 y/o
Mark your calendar for Canada Day
161 cm
rezydentka chirurgii Mount Sinai Hospital
Awatar użytkownika
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoe
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkishe/her
typ narracjityp narracji
czas narracji-
postać
autor

Charlie Marshall

Codzienność zaczynała ją przytłaczać. Pocałunek z Charlie'm, wypadek Dante. Czy tego nie było zbyt wiele jak na jedną blondynkę, która nie miała zbyt wielu sił? O obu panach myślała zdecydowanie za często. Łapała się, że myślała zarówno o jednym, jak i drugim. Choć Marshall był jedynie rodziną jej pacjenta, ona skutecznie go unikała. Kiedy tylko były godziny odwiedzin, zgłaszała się do ochotnika do najbardziej absurdalnych czynności. Proste szycia, lewatywy, wykonywanie badań. Wszystko byle nie musieć się z nim konfrontować. Tamten pocałunek był... intensywny. Pamiętała go jeszcze na własnych wargach. Charlie był niebezpieczny i przez to musiała go unikać.
Była w trakcie długiego dyżuru. Godziny się jej rozlewały, ale na całe szczęście mogła odpocząć w pokoju rezydentów na tej zasłużonej kanapie. Jedyne co jej przeszkadzało, to krzyki dochodzące z korytarza. Niechętnie wstała, podchodząc do drzwi i delikatnie je uchylając. Czuła się prawie jak odlotowa agentka, a widok, który ujrzała, sprawił, że po jej ciele przeszedł dreszcz.
Panie Marshall, odwiedziny dawno się skończyły — mówi stanowczym tonem pielęgniarka Stephanie, lekko po czterdziestce. Ostatnio jej nerwy były mocno szargane, przez chorobę jednego z jej dzieci — nie wpuszczę Pana na oddział — już unosi bezsilnie głos i choć Ivy nie chce w żaden sposób się ujawniać, dalej wpatruję się w rozgrywającą się sytuację przed jej oczyma — nie obchodzą mnie życzenia pana ojca na temat posiłku — cokolwiek co się kryło w siatce, nie miało żadnego znaczenia. Kobieta jedynie krótko pokręciła głową, nie wiedząc, co powinna powiedzieć. Aż westchnęła teatralnie tak głośno. Jej granica została przekroczona, a Marshall doskonale zdawała sobie z tego sprawę.
Anne, zajmę się panem Marshallem — powiedziała finalnie Ivy, unosząc delikatnie kąciki ust. Na Charlesa nie mogła nawet spojrzeć. Obawiała się tego, co mogłaby zobaczyć w jego ciemnych, brązowych tęczówkach. Znów mogłyby ją zahipnotyzować i odebrać do końca resztki trzeźwości.
No oby, to jakiś pokręcony typ — mruczy Stephanie do ucha blondynki i kładzie jej rękę na ramieniu — Ivy ty to masz za dobre serce dla wszystkich — nie miała. Czuła się okropną osobą. Zdradziła własnego chłopaka, a na Charliego bała się spojrzeć. Choćby chciała przez krótki moment, znów poczuć to samo.
Panie Marshall, odwiedziny już dawno skończone — powiedziała finalnie, spoglądając gdzieś w bok. Kątem oka zauważyła zawartość jego torby i aż przeszedł przez nią nieprzyjemny dreszcz. Marshall musiał oszaleć — poza tym McDonald's dla Pana ojca? Chciałby go Pan otruć — pyta lekko skonsternowana. Znała podejście Marshalli do fastfood'ów, raczej jego ojciec nie zdecydowałby się na taki posiłek — Charlie, nie rób problemów i wyjdź... — zaczęła błagalnym tonem — ludzie tu naprawdę walczą o życie — i potrzebują świętego spokoju. Ona też go potrzebowała, nawet w pracy.
31 y/o
Welkom in Canada
188 cm
wiceprezes w Northland Power
Awatar użytkownika
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoe
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracji3 os.
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Panie Marshall, odwiedziny dawno się skończyły. Charles stał na środku sterylnego, szpitalnego korytarza, zaciskając dłoń na papierowej torbie, która w tym otoczeniu wyglądała niemal obscenicznie. Czuł na sobie zirytowany wzrok pielęgniarki i doskonale wiedział, co ta kobieta o nim myślała - kolejny bogaty dupek, który uważał, że zasady go nie dotyczyły. I po części miała rację, ale to nie buta go tu sprowadziła, a pewnego rodzaju... niepokój, który nie dawał mu spać od nocy w windzie. Po prostu czuł, jakby miał z Ivy niewyjaśnione sprawy i bardzo chciał je wyjaśnić. Nie mógł odeprzeć myśli, że tamten pocałunek był... błędem. Fatalnym, nieplanowanym błędem, który powinien zostać w tamtej windzie, między piętrami szpitala, a jednak palił go pod skórą za każdym razem, gdy zamykał oczy. Był intensywny w sposób, który go przerażał, bo odebrał mu to, co cenił najbardziej - samokontrolę. Charles nie robił takich rzeczy. On nie tracił głowy dla przypadkowej rezydentki w ciasnej windzie, podczas gdy jego narzeczona czekała w domu. A jednak, gdy tylko usłyszał jej głos, poczuł ten sam skurcz w żołądku, co wtedy. Odczekał, aż Stephanie odejdzie - a nawet odprowadził ją wzrokiem, bo chciał się upewnić, że zostanie z Ivy sam na sam, bez wścibskich oczu i uszu. Panie Marshall, odwiedziny już dawno skończone. Poza tym McDonald's dla Pana ojca? Chciałby go Pan otruć? Spojrzał w jej błękitne oczy i na chwilę zamarł pod wpływem jej spojrzenia, zapominając, po co tu właściwie przyszedł. Cholera. No tak. McDonald's. Nadal trzymał w ręce papierową torbę z jedzeniem. - Co? To nie dla niego - mruknął, marszcząc brwi. Przez chwilę patrzył na twarz Ivy i zauważył, że unikała jego wzroku. Szczerze? To go zabolało bardziej niż chciałby przyznać. Zrobił krok w jej stronę, ignorując dystans, który próbowała utrzymać. Czuł się głupio, stojąc tu w garniturze wartym kilka tysięcy dolarów z frytkami w ręku, ale to była jedyna wymówka, jaką był w stanie wymyślić na poczekaniu. - Wiem, że to głupie - zaczął, zniżając głos do szeptu. Opustoszały korytarz był niewiarygodnie cichy i zaczynało go to krępować. - W zasadzie wszystko, co dziś robię, jest skrajnie idiotyczne - kontynuował. - To dla ciebie. Widziałem twój grafik i pomyślałem... nie wiem właściwie, co myślałem. Chyba tylko to, że skoro ja nie potrafię przestać o tym myśleć, to ty pewnie też nie jesz - wytłumaczył się w końcu. Przeniósł wzrok na torbę, a potem znów na nią. Z zapartym tchem czekał, aż w końcu podniesie na niego te swoje jasne oczy. - Nie przyszedłem robić problemów, Ivy. Poświęć mi dziesięć minut - posłał jej błagalne spojrzenie, które wyrażało więcej niż tysiąc słów. Zacisnął wolną dłoń w kieszeni spodni, walcząc z ochotą, by po prostu chwycić ją za ramię i zmusić do konfrontacji, ale nie zrobił tego - szanował jej granice. Ta cisza między nimi, która zapadła po jego słowach, była tak gęsta, że niemal słyszał bicie własnego serca.

Ivy Harrison
isiek
wszystko jest okej
26 y/o
Mark your calendar for Canada Day
161 cm
rezydentka chirurgii Mount Sinai Hospital
Awatar użytkownika
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoe
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkishe/her
typ narracjityp narracji
czas narracji-
postać
autor

Charlie Marshall

Jakakolwiek rozmowa z Charlim wydawała się jej chodzeniem po bardzo cienkiej granicy, której nie potrafiła w żaden sposób nie przekraczać. Nie powinna unosić wzroku, nic do niego mówić. Jego ojciec niedługo by stąd wyszedł i mogliby zapomnieć o pocałunku we windzie. Zbyt wiele wydarzyło się w ostatnim okresie. Kłótnia z Dante, jego wypadek oraz tamto czerwone światło. Dalej je wspominała, a choć chciała móc o nim zapomnieć, to nie potrafiła. Oboje przecież byli w związkach, z innymi osobami, a ona kochała Dante. Naprawdę kochała. Powinna odprowadzić Marshalla to wyjścia, a zamiast tego... zainteresowała ją ta torba z McDonald'sa.
A dla kogo? — spytała, unosząc jedną brew — chyba nie stołuje się Pan w takim miejscu. Cholesterol zapycha żyły, a patrząc na rodzinne tendencje, radziłabym chronić własne serce — doskonale pamiętała, w jaki sposób wypowiadał się o restauracji pod złotymi łukami. Wcześniej w żaden sposób jej to nie denerwowało, ale teraz? Czuła się delikatnie zagubiona. Zapierał się rękoma i nogami, a jednak zmienił podejście do jedzenia. Kuło ją to. Dopiero kiedy zrobił krok, spojrzała wprost w jego ciemne, brązowe tęczówki. Aż wstrzymała oddech, a serce przez moment przestało jej bić. Całe jej ciało się spięło, gdy wyczuła woń jego perfum. Przełknęła nerwowo ślinę, czekając na jego kolejne słowa. Znów przekraczał granicę. Przecież nie powinni tego robić, ale nie potrafiła się od niego odsunąć. Choć powinna i to jeszcze bardziej ją bolało.
Szybko opuściła wzrok wraz z kolejnymi słowami. Wiem, że to głupie powinien zamienić na niebezpieczne. Ich rozmowa taka była. Wszystko zaczynało się zlewać. Chciała mu podziękować i odwrócić się na pięcie, ale ta torba sprawiła, że po jej ciele rozlało się ciepło. Dbał o nią, nie przyszedłby tu ukraść leków, zwyczajnie i tak po ludzku chciał o nią zadbać. Wbiła swoje spojrzenie w swoje różowe crocsy. Co miała mu powiedzieć? Powinna zachować, chociażby resztki profesjonalizmu.
Mogę Pana zapewnić, że personel medyczny umie o siebie zadbać — odparła po kilku sekundach ciszy. Bolało ją to zdanie. Tylko czy wzięcie tej torby nie byłoby cichą akceptacją tego, co się między nimi stało? Przecież był to błąd do tego taki, który nigdy nie powinien się wydarzyć. Był wielkim wiceprezesem, a kobieta, która na niego czekała, musiała mieć dobre serce.
Dziesięć minut wybrzmiewało w jej głowie, gdy zapadła cisza. Nabrała powietrza do płuc. Nie powinna, mogła odwrócić się na pięcie i tak po prostu zniknąć. Zamiast tego znów zajrzała do jego oczu, poszukując tam odpowiedzi. Co oni właściwie wyprawiali? Działał na nią jak najgorszy nałóg, powodujący całkowite zniknięcie rozsądku.
Dziesięć minut, ale nie tutaj — powiedziała finalnie Ivy, wciąż patrząc mu w oczy. Zaraz odwróciła się na pięcie i ruszyła szybkim krokiem. Gdzie mogliby porozmawiać? Kafeteria? Schowek? Kantorek? Pokój rezydentów? Wszystkie wydawały się mieć zbyt dużo minusów. Albo za mało przestrzeni, albo wścibskie oczy, których wolałaby uniknąć. Finalnie zatrzymała się na klatce schodowej, wszyscy wybierali windę. Ty mogliby pozwolić sobie na chwilę prywatności — słucham — mruknęła finalnie Ivy, przegryzając swoją dolną wargę. Nie mogła na niego spojrzeć, zwyczajnie nie mogła. Od razu przypominała sobie smak jego ust — Po co tutaj przyszedłeś, Charlie? — dodała, zakładając rękę na rękę. Sama nie wiedziała, co czuła w obecnej chwili. Serce rozdzierało się jej na milion kawałeczków.
31 y/o
Welkom in Canada
188 cm
wiceprezes w Northland Power
Awatar użytkownika
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoe
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracji3 os.
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Gdy Charles w końcu dotarł do szpitala i w końcu stanął twarzą w twarz z Ivy, wszystkie te mądre zdania, które układał sobie w głowie przez całą drogę, po prostu wyparowały. Cała ta pewność siebie pomieszana z determinacją, którą miał jeszcze w samochodzie, nagle go zawiodła. Patrzył w jasne oczy Harrison i przez ułamek sekundy przemknęło mu przez głowę, że przyjście tutaj było naprawdę fatalnym pomysłem. Czuł się głupio, czuł się nie na miejscu i przede wszystkim - było mu po prostu wstyd, że tak bardzo potrzebował ją zobaczyć, podczas gdy w domu znów czekała na niego Blair. Nagle dotarło do niego, jak absurdalnie to wszystko wyglądało. Nie był tu teraz żadnym wiceprezesem wielkiej firmy, tylko facetem, który nie umiał przestać myśleć o jednej dziewczynie i przyszedł do niej, choć ona wyraźnie chciała o nim zapomnieć. Nagle zrozumiał, że właśnie narobił sobie niezłych kłopotów i powrót do spokojnego życia u boku Blair nie będzie już taki prosty. A dla kogo? Chyba nie stołuje się pan w takim miejscu. Cholesterol zapycha żyły, a patrząc na rodzinne tendencje, radziłabym chronić własne serce. Kącik jego ust drgnął niebezpiecznie w reakcji na tę uwagę. Harrison była ostatnio jedyną osobą, która potrafiła bez ogródek wytknąć mu... wszystko, nie zważając na jego nazwisko - w słodkich, różowych crocsach, oczywiście. - Masz rację, cholesterol to ostatnia rzecz, której moje serce teraz potrzebuje - mruknął w odpowiedzi. - I tak, nienawidzę tego jedzenia. Jest tłuste, słone i smakuje jak karton - spojrzał na papierową torbę, jakby sam się dziwił, że wciąż ją trzymał. Przez chwilę milczał, czując na sobie jej badawczy wzrok. Choć sam gardził taką dietą, to właśnie ta torba była jego jedyną przepustką do dziesięciu minut w jej towarzystwie. - Wiem, że to nie jest wykwintna kolacja, na którą pewnie bym cię zabrał, ale McDonald's jest otwarty 24/7 i nie potrzeba w nim rezerwacji - wytłumaczył jej. - Wiem też, że personel potrafi o siebie zadbać, ale nie przyszedłem do personelu, tylko do ciebie - odparł na jej chłodne zapewnienie. Kiedy w końcu zgodziła się na te "dziesięć minut, ale nie tutaj" i ruszyła w stronę klatki schodowej, Charles szedł za nią w milczeniu. Gdy drzwi na schody zamknęły się za nimi, odłożył torbę na parapet. Zapach frytek natychmiast wypełnił małą przestrzeń. Wtedy usłyszał te słowa. Słucham. Po co tutaj przyszedłeś, Charlie? Przez dłuższą chwilę nie potrafił wykrztusić z siebie ani słowa. Stał naprzeciwko niej, czując na karku chłód klatki schodowej, i nagle poczuł się przyłapany na czymś, czego sam nie potrafił do końca nazwać. Patrzył na jej dłonie splecione na piersiach, na to, jak unikała jego wzroku... Cholera. Po co tu właściwie przyszedł? Sam nie potrafił odpowiedzieć na to pytanie. - Właściwie to sam nie wiem - wyznał w końcu, całkowicie szczerze. - To znaczy... wiedziałem, dopóki nie stanąłem przed tobą - rzucił pod nosem i przeczesał palcami włosy, robiąc przy tym mały krok w jej stronę. Znowu poczuł to samo napięcie, które całkowicie odebrało mu zdrowy rozsądek w windzie. Spojrzał na jej usta - te same, które tak uparcie próbował wymazać z pamięci, a które wciąż czuł na swoich wargach. Wszystkie logiczne argumenty o tym, że to błąd, że to nieetyczne i że w domu czekała na niego narzeczona, jakoś przestały do niego docierać. - Przyszedłem, bo ta cisza między nami mnie wykańcza. Bo za każdym razem, gdy mijasz mnie na korytarzu i uciekasz wzrokiem, wciąż czuję smak tamtego pocałunku - zaczął w końcu, po czym oparł się o ścianę, jakby potrzebował jej, żeby złapać jakąkolwiek stabilność. - Chciałem cię przeprosić i powiedzieć, że to się więcej nie powtórzy... - urwał nagle i przełknął nerwowo ślinę. To było jawne kłamstwo, nie chciał jej przepraszać, ups. - Tylko że to gówno prawda, Ivy - dodał po chwili, odpychając się od ściany i przekraczając tę niewidzialną granicę pomiędzy nimi. Nie zastanawiając się ani sekundy dłużej, ujął jej dłoń - tę, którą nerwowo zaciskała na swoim ramieniu. Jego palce oplotły jej nadgarstek, a potem powoli zsunęły się niżej, by spleść się z jej palcami. Była ciepła, a on czuł pod kciukiem, jak szybko biło jej tętno. - Wcale nie chcę cię przepraszać. Chciałbym to zrobić, bo tak byłoby łatwiej dla nas wszystkich, ale nie potrafię. Nie teraz, kiedy każda komórka mojego ciała chce to powtórzyć - wyznał. To wyznanie zawisło między nimi, ciężkie i duszne. Wykorzystał swoją przewagę wzrostu i spojrzał na nią z góry, zmuszając ją, by w końcu przestała uciekać wzrokiem i skonfrontowała się z tym, co działo się między nimi. Jego ciemne tęczówki, zazwyczaj chłodne, teraz płonęły intensywnie. Patrzył wprost w błękit jej oczu, jakby chciał tam znaleźć potwierdzenie, że nie jest w tym szaleństwie sam, po czym zacisnął dłoń na jej dłoni odrobinę mocniej, nie pozwalając jej się wycofać. Chciał odpowiedzi. Tu i teraz.

Ivy Harrison
isiek
wszystko jest okej
26 y/o
Mark your calendar for Canada Day
161 cm
rezydentka chirurgii Mount Sinai Hospital
Awatar użytkownika
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoe
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkishe/her
typ narracjityp narracji
czas narracji-
postać
autor

Charlie Marshall

Konfrontacja z Marshallem w ogóle nie przychodziła jej łatwo. Nie wiedziała, w jaki sposób powinna go traktować, a każda komórka ciała wydawała się ją zdradzać. Musiała się ukryć pod profesjonalizmem, inaczej za łatwo by przepadła. Wystarczył jedynie jego głos, by na nowo przypomniała sobie zdarzenia z windy, a ten McDonald's wcale nie ułatwiał sprawy. Jedynie bardziej ją komplikował. Wykrzywiła usta, słysząc jego słowa. Zabolały ją, a dotyczyły idiotycznego jedzenia. Co miałaby mu powiedzieć w tej chwili? Przymknęła swoje oczy, starając się poukładać sobie wszystko w głowie.
Myślałam, że Panu smakowało — mruknęła jedynie pod nosem, odwracając jeszcze mocniej głowę. Teraz tym bardziej nie chciała na niego spojrzeć. Doskonale pamiętała, jak się nim zajadał, a na jego twarzy pojawił się wtedy uśmiech. Było dobre. Nie smakowało jak karton. Może tym dla niego była? Zwykłą pomyłką. Tłustą, brudną i bez żadnego smaku. Przecież był poważanym człowiekiem, posiadającym narzeczoną. Czego ona tak właściwie oczekiwała po spotkaniu z nim? Zacisnęła mocniej dłoń na ramieniu, próbując przywołać się do porządku. Ivy to tylko jedzenie, przecież nie mówi o Tobie, powtarza cały czas we własnej głowie.
Dopiero na jego kolejne słowa wytrzeźwiała przez moment. Przegryzła dolną wargę, nie wiedząc, co powinna powiedzieć. Wykwintna kolacja? Zabrać ją? To było dla niej za dużo. Zdecydowanie zbyt wiele jak na młodą rezydentkę. Nie powinna nigdy przekraczać z nim żadnej granicy. Jednak brnęła w to dalej.
Panie Marshall, nie musi się pan zajmować rezydentkami — powiedziała zaskakująco chłodnym jak na siebie tonem — jeśli chce Pan dawać mi cokolwiek, to powinno to być dla każdego członka personelu. Tutaj jestem lekarką Pana ojca — przypomniała mu Ivy, choć przyszło jej to z trudem. Broniła się na tyle, ile była w stanie. To miało być krótkie spotkanie. Wyrzucenie go i wrócenie do własnych obowiązków. Jednak uległa i zaraz szła do miejsca, w którym mogli spokojnie rozmawiać.
Stała w ciszy, czekając na jego słowa. Bała się tego, co mogła usłyszeć. Liczyła, że zamkną tą znajomość. Z jej rozwinięcia nie zrodziłoby się nic dobrego. Doskonale zdawała sobie z tego sprawę. Nabrała głębokiego oddechu, a powietrze wypełniło jej płuca. Słyszała wręcz, jak jej serce galopuje wewnątrz klatki piersiowej, jakby chciało stamtąd uciec.
Wraz z wypowiadanymi przez niego słowami czuła jeszcze większe napięcie. Czuła jak jej ciało całe się napina, a każdy mięsień kurczy, przygotowując się do ucieczki. Nie wiedział i ona też nie wiedziała, do czego miała doprowadzić ta rozmowa. Mieli własne światy, własne obowiązki, a jeden błąd nie powinien ich w żaden sposób przekreślać. W domu czekał na nią Dante po wypadku, a na Charliego czekała narzeczona. Dlaczego ona dalej go słuchała? Co powinna tak właściwie mu powiedzieć. Odetchnęła z ulgą, słysząc chęć przeprosin. Tylko nie był przecież w tym sam, ona też w tym uczestniczyła, a co gorsze jej się to podobało. Wolała zamilknąć, wysłuchać go i wyjść. Pewnie by to zrobiła, gdy nie usłyszała z jego ust gówno prawda.
Dreszcz przeszedł po jej ciele, gdy tylko poczuła jego dotyk. Dalej nie oderwała wzroku od crocsów. Nie mogła, bo gdyby to zrobiła do reszty by dla niego przepadła, a przecież nie powinna. On też nie powinien tego robić. Jednak sama zacisnęła mocniej dłoń. Jej serce właśnie rozdzierało się na pół, zwłaszcza gdy... podniosła wzrok i spojrzała mu w brązowe tęczówki. Znów nie była w stanie oderwać od niego wzroku. Oddech przez moment się jej zatrzymał, a Ivy tylko krotko, nerwowo przełknęła ślinę.
Charlie... — zaczęła łamiącym tonem. Choć chciała uczestniczyć w tym szaleństwie, to zdawała sobie sprawę, że ktoś powinien je przerwać. Wzięła głęboki oddech, by się uspokoić, ale wtedy na kilka sekund wzrok padł na jego wargi. Przypomniała sobie ich uzależniający smak. Nawet teraz chciała znów ich zasmakować, chciała zniknąć w tym szaleństwie. Zamiast tego położyła dłoń na jego torsie, odpychając go delikatnie od siebie — chcesz zranić swoją narzeczoną i mojego chłopaka? Jak ty to sobie wyobrażasz? — spytała i dała zapaść ciszy między nimi — bo choć czuję się podobnie, to... nie powinniśmy — dodała już cichszym tonem, licząc, że i on się zatrzyma. Ona nie potrafiła oderwać się od jego oczu, od zapachu perfum. Czuła się jak hipokrytka, wypowiadając takie słowa, a jednocześnie dalej trzymając mocno jego dłoń.
Chyba była najgorszą osobą na całej planecie.
31 y/o
Welkom in Canada
188 cm
wiceprezes w Northland Power
Awatar użytkownika
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoe
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracji3 os.
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Stał tam, na tej chłodnej klatce schodowej, patrząc w błękitne oczy Harrison i nagle... nagle jakby zobaczył własne odbicie w krzywym zwierciadle. Co on, do diabła, wyprawiał? Był wiceprezesem Northland Power - człowiekiem, który zawsze miał plan awaryjny i kontrolował każdy aspekt swojego życia. A teraz stał na klatce schodowej publicznego szpitala, gdzie pachniało frytkami i płynem do dezynfekcji, błagając dziewczynę w różowych crocsach, żeby zrujnowała mu życie. Cholera, przecież wszystko miało wyglądać zupełnie inaczej. Przez całą drogę do szpitala, zaciskając dłonie na kierownicy, Charles budował w głowie mur z chłodnych, logicznych argumentów. Plan był prosty. Wejść, zachować dystans, wręczyć tę nieszczęsną torbę z jedzeniem jako niezręczny, ale uprzejmy gest i wypowiedzieć wyćwiczone formułki. Chciał jej powiedzieć, że to, co stało się w windzie, było wynikiem ekstremalnego stresu i błędem, o którym oboje powinni jak najszybciej zapomnieć dla dobra wszystkich zaangażowanych. Po wszystkim miał wyjść ze szpitala z odzyskaną godnością, wrócić do Blair i zamknąć ten dziwny rozdział raz na zawsze. Tylko że wystarczyło jedno jej spojrzenie i to drżące Charlie, by cały ten misterny plan obrócił się w popiół. Gdy poczuł jej dłoń na swoim torsie, Charles przez ułamek sekundy miał nadzieję, że Ivy go przyciągnie. Jednak ten delikatny gest odepchnięcia zadziałał jak kubeł zimnej wody wylany prosto na jego rozpaloną głowę, a słowa o narzeczonej i chłopaku były jak lodowate kostki lodu, dorzucone do tego wiadra. Stał naprzeciwko niej, a myśli biegały szaleńczo w jego głowie. Nie powinniśmy. Tak właśnie powiedziała mu Ivy przed chwilą, a każde słowo, choć logiczne i słuszne, odbijało mu się w czaszce tępym, irytującym echem. Nagle pośród całego tego emocjonalnego paraliżu poczuł... coś na kształt irytacji. Całe jego życie było jedną wielką listą tego, co powinien. Powinien być godnym następcą ojca. Powinien dbać o wizerunek Northland Power. Powinien być lojalnym narzeczonym Blair, idealnym partnerem, człowiekiem sukcesu, który nie marnuje czasu na nocne wizyty w szpitalach z papierową torbą pełną śmieciowego jedzenia. Miał tego, kurwa, dość. Wypuścił głośno powietrze i posłał Ivy żywe spojrzenie. - Pieprzyć to, co powinniśmy, Ivy - wyrzucił w końcu z siebie. Chwycił jej dłoń, która spoczywała na jego piersi, i przycisnął ją mocniej do swojego serca, żeby czuła, jak wściekle biło. - Całe moje życie robię to, co powinienem i chociaż raz chcę zrobić to, na co mam ochotę. Pytasz jak to sobie wyobrażam? W ogóle. W ogóle sobie tego nie wyobrażam. Po prostu nie chcę o tym myśleć - rzekł, wpatrując się w jej zagubioną twarz. Zamiast czekać na jej reakcję, Charles zdecydował za nich oboje. Jego dłoń, która wcześniej zaciskała się na jej palcach, teraz powoli powędrowała w górę, by znaleźć się w okolicy jej łopatek. Przyciągnął ją do siebie - nie gwałtownie, ale z taką siłą i determinacją, że Ivy nie miała już dokąd uciec. Zmusił ją, by znów poczuła jego zapach i ciepło jego ciała. - Powiedz, że tego nie chcesz i więcej mnie nie zobaczysz - szepnął, a jego usta znajdowały się już zaledwie milimetry od jej warg. Czekał. Każda sekunda dłużyła się w nieskończoność, wypełniona jedynie ciężkim oddechem i biciem ich serc, które powoli zaczynały tańczyć w jednym rytmie.

Ivy Harrison
isiek
wszystko jest okej
26 y/o
Mark your calendar for Canada Day
161 cm
rezydentka chirurgii Mount Sinai Hospital
Awatar użytkownika
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoe
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkishe/her
typ narracjityp narracji
czas narracji-
postać
autor

Charlie Marshall

Nie potrafiła mu się oprzeć. Widziała własne odbicie w jego tęczówkach, czując, jak znowu w niego przepada. Nie było w tym nic racjonalnego, ani sensownego. Był przecież dla niej obcym człowiekiem. Raz odsłonili się przed sobą w Mcdonald'sie. Raz. Tyle wystarczyło, by poczuła do niego przedziwną więź emocjonalną, której nie była w stanie wytłumaczyć w żaden sposób. Przecież kochała Dante całym sercem. Mogli się kłócić, niszczyć meble, a także własne serca, ale mogli na siebie nawzajem liczyć. Cokolwiek by się stało nie zniszczyłby jej zaufania, prawda? Gówno prawda. Zrobił to, a ona w chwili słabości przepadła w ramionach Charliego. Mężczyzny, który dał jej poczucie bezpieczeństwa, którego tak bardzo potrzebowała.
Nawet teraz kiedy czuła napiętą atmosferę. Powietrze wydawało się niezwykle ciężkie, a każdy oddech sprawiał jej trudność. Nie chciała się z nim konfrontować. Bała się jego spojrzenia, ale też słów, które mogłaby usłyszeć. Cokolwiek by powiedział, mogłoby to ją zaboleć. Wejście w to głębiej? Złamałaby wszystkie granicę oraz własną moralność. Z drugiej strony zapomnienie o tej sytuacji rozdzierało jej serce na pół. Tylko że granica między powinnością a uczuciami była bardzo cienka, a zmniejszała się wraz z jego bliskością. Sprawiał, że traciła resztki rozsądku.
Charlie... — zaczęła łamiącym się głosem, czując jeszcze mocniej na dłoni bicie jego serca. Zmarszczyła delikatnie brwi, a strach wydawał się ją paraliżować. Choć mogła to być też jego bliskość. Przegryzła dolną wargę, a jego słowa odbijały się w jej głowie. Zrobić raz na, co miał ochotę? Tylko czy ona powinna w tym uczestniczyć? Przyciągał ją. Był jak pierdolony magnes, kiedy tylko był w pobliżu, a ona nie wyobrażała sobie dyżuru bez jego ojca. Bez chociażby jednego, ukradkowego spojrzenia, którym by go obdarzyła. Ciepło powoli rozchodziło się jej po ciele. Zwłaszcza gdy na nowo wyczuła intensywną woń jego perfum za milion alpak. Kiedy bliskość jego ciała stała się uzależniająca, a jego wargi były znów na wyciągnięcie tych jej. Chciała móc sprawdzić, czy dalej smakują tak samo dobrze. Tylko wtedy te ostatnie resztki rozsądku wzięły nad nią górę.
Przestań Charlie... — rzuciła, odsuwając się na krok — chcę, ale nie chcę — powiedziała cała zmieszana, odwracając głowę w inną stronę. Nie mogła pozwolić samej sobie na błądzenie w jego oczach, ani na bliskość. Choć dalej miała dłoń przy jego sercu, ktoś musiał zachować się odpowiedzialnie. Jak nie wielki wiceprezes korporacji, to rezydentka pierwszego roku, która bała się konsekwencji. Ostatnio zbyt mocno ich zasmakowała, by pozwolić na kolejne przekroczenie granicy.
Masz swoje życie, swoje obowiązki i relacje — czuła, jak ciało zaczyna powoli jej drżeć. Zdradzała samą siebie, bo choć każda komórka chciała go smakować jego ust i czuć jego bliskość, to wiedziała, że nie powinna. Tak po prostu i po ludzku nie powinna — nie potrafiłabym z tym żyć, że Ci to zniszczyłam i że niszczę moje życie — wyrzuty sumienia wzięły nad nią górę. Wszystko wydawało się ulewać, a strach znów zaczął brać nad nią górę. Nie mogła pozwolić na kolejny pocałunek, zdradziłaby wtedy samą siebie.
To był błąd, a my... — i pierwszy raz na nowo zdobyła się, by spojrzeć mu w oczy. W tych jej błękitnych oczach zaczynały pojawiać się łzy — nie powinniśmy się już widzieć, jeśli chcemy żyć tak jak wcześniej — stwierdziła, pociągając krótko nosem — mój chłopak miał wypadek. Kim bym była, pozwalając na coś takiego, Charlie? — kim staliby się oboje? To był tylko McDonald's, tylko winda. Nie łączyło ich nic, poza chemią, której nie chcieli odebrać sobie nawzajem.
31 y/o
Welkom in Canada
188 cm
wiceprezes w Northland Power
Awatar użytkownika
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoe
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracji3 os.
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Słowa Ivy były bolesne, bo... były prawdziwe i obnażyły jego egoizm. Charles poczuł, jak magnetyczne przyciąganie, które do tej pory pchało go w jej stronę z siłą huraganu, nagle zderzyło się z murem jej przyzwoitości. Przez chwilę wciąż czuł ciepło jej dłoni na swoim sercu, które teraz, paradoksalnie, zaczęło bić jeszcze szybciej, jakby próbowało przebić się przez żebra wprost do niej, mimo że ona właśnie go odrzuciła. Czuł do niej absurdalne, irracjonalne przyciąganie, którego nie rozumiał i nie potrafił zamknąć w żadnych ramach. Był przekonany, że to nie była tylko chemia, tylko dziwna więź emocjonalna, która pojawiła się przy stoliku w tanim fast foodzie i utrwaliła w czerwonym świetle zepsutej windy. Widział w jej oczach, że ona czuła to samo, że ona też przepadła w tym całym szaleństwie, ale widział też coś, co go skutecznie otrzeźwiło - jej moralny kompas, który w przeciwieństwie do jego własnego, wciąż działał bez zarzutu. To był błąd. Te trzy słowa huczały w jego głowie, gdy opuścił dłonie, odsunął się dwa kroki w tył i pozwolił, by chłód klatki schodowej natychmiast wypełnił przestrzeń między nimi. - Masz rację - powiedział, a jego głos nie drżał już ani trochę. Odzyskał tę specyficzną, męską pewność siebie, która nie polegała już na braniu tego, co chciał, ale na wiedzy, kiedy należało odejść. Poprawił mankiet koszuli, co było instynktownym gestem powrotu do roli "pana Marshalla", ale jego spojrzenie wciąż było utkwione w jej załzawionych oczach. Mimo że odrzuciła jego propozycję i rozerwała jego serce na strzępy, czuł instynktowną chęć otarcia jej łez. Pragnienie, by wyciągnąć dłoń i kciukiem otrzeć słony ślad z jej policzka, było niemal bolesne, ale Charles zdusił je w zarodku. Nawet on wiedział, kiedy dotyk przestawał być ukojeniem, a stawał się kolejnym ciężarem. Skoro Ivy walczyła o swoją moralność, on nie miał prawa jej w tym przeszkadzać - nie teraz, gdy widział, jak wiele ją to kosztowało. I wtedy dotarło do niego coś jeszcze. Przez cały ten czas, od momentu w windzie, przez jazdę do szpitala, aż po tę chwilę na schodach, ani razu nie dopuścił do siebie myśli, że Ivy Harrison mogłaby do kogoś należeć. W jego egoistycznym świecie byli tylko oni - ona i on. Teraz jednak rzeczywistość uderzyła w niego z całą mocą. Ivy miała kogoś, o kogo się bała, kogo kochała i - co zabolało go najbardziej - kogo właśnie wybrała zamiast niego. Poczuł nagłe, piekące ukłucie w klatce piersiowej. Czy to była... zazdrość? Charles Marshall, człowiek, który miał wszystko, poczuł nienawiść do faceta, którego nawet nie znał, tylko dlatego, że ten ranny facet był dla Ivy... ważniejszy niż on? Hm... być może. - Masz rację - powtórzył. - Zupełnie zapomniałem, że w twoim życiu jest ktoś, kto ma do ciebie większe prawo niż ja - rzekł. - Wróć do niego. Mam nadzieję, że jest tego wart - dodał. Odsunął się, a dystans, który ich dzielił, nagle wydał mu się przepaścią nie do pokonania. Uniósł nieco podbródek, odzyskując swoją maskę pewnego siebie prezesa, choć w środku wciąż czuł ten irytujący, zazdrosny skurcz. Spojrzał na nią ostatni raz, tym razem zimno, niemal obco, jakby próbował wymazać z pamięci ciepło jej dłoni na swoim sercu. Głową skinął w stronę torby z jedzeniem, którą postawił na parapecie. - Smacznego - rzucił na odchodne. Po tych słowach odwrócił się i ruszył do wyjścia, nie oglądając się za siebie. Powoli narastała w nim złość. Na Ivy, na tego faceta i przede wszystkim na samego siebie, że taki lekkomyślny pomysł w ogóle wpadł mu do głowy. Urażona duma paliła go pod mostkiem. Charles Marshall nie przegrywał. Nie był opcją rezerwową ani tym "drugim", który musiał ustąpić miejsca rannemu chłopakowi. Dopiero gdy wyszedł na chłodne, nocne powietrze i pilotem otworzył drzwi swojego samochodu, uderzyła go kolejna fala autorefleksji. Usiadł za kierownicą, ale nie odpalił silnika. W kabinie panowała absolutna cisza, przerywana jedynie jego ciężkim oddechem. "Kurwa" - pomyślał, zaciskając dłonie na skórzanej kierownicy tak mocno, że zbielały mu kłykcie. Dotarło do niego, że przez cały pobyt w szpitalu ani razu nie pomyślał o Blair. O kobiecie, która czekała na niego w domu, z którą dzielił życie, plany i zaraz będzie dzielił również nazwisko. Blair przestała istnieć w jego głowie w momencie, gdy Ivy wypowiedziała jego imię swoim drżącym głosem. Był beznadziejny. Ivy wybrała lojalność wobec swojego chłopaka, mimo że go pragnęła. A on? On o swojej narzeczonej po prostu... zapomniał. Odpalił silnik z głośnym rykiem i gwałtownie wyjechał z parkingu, zostawiając za sobą szpital, Ivy i resztki swojego dobrego mniemania o sobie. Musiał wrócić do domu, do Blair, i udawać, że wciąż jest tym samym Charlesem, którym był, zanim jego ojciec trafił do szpitala.

ztx2

Ivy Harrison
isiek
wszystko jest okej
ODPOWIEDZ

Wróć do „Mount Sinai Hospital”