-
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoenieobecnośćniewątki 18+niezaimkizaimkityp narracjityp narracjiczas narracji-postaćautor
Od nieszczęsnego wypadku zdążyło już minąć trochę czasu. Na tyle by Dante był w stanie się pozbierać, a Ivy poukładać w swojej głowie. Sprawa z Charlie'm wydawała się być zakończona, choć dalej chwilami o nim rozmyślała. Zakończyła to, więc... wszystko powinno być w porządku, prawda? Prawda. Może dlatego pierwszy raz od dawna wzięła weekend wolny. Było już po Walentynkach, ale blondynka wzięła za punkt honoru, by wrócić do normalności wraz z Dante. Chciała pierwszy raz od dawna się nie kłócić i widzieć jedynie uśmiech na jego twarzy, zobaczyć go szczęśliwego, wrócić do tych chwil, kiedy byli tak zwyczajnie beztroscy. To na nim chciała skupić się tego wieczoru.
Pewnie dlatego stroiła się na tę noc kilka długich godzin. Od wybierania najlepszej stylizacji, po układanie włosów i makijaż. Nie wyglądała jak biedna, styrana życiem rezydentka, a kobieta idąca na randkę. Z pięknym uśmiechem, błyskiem w oku. Wyczekiwała godziny zero. Choć mieszkała z Levasseurem, czuła dziwny rodzaj ekscytacji. Chciała dać z siebie wszystko, by ten wieczór mógł dostać miano najlepszego w jej życiu. Tak całą drogę rozmawiali o pierdołach i dopiero przed samym wejściu do klubu Ivy chwyciła Dante za dłoń, by móc przyciągnąć go bliżej siebie.
— Szczerze nie pamiętam, kiedy ostatnio wyszliśmy na randkę — zaczyna Ivy, by stanąć na palcach i złożyć chłopakowi krótkiego buziaka w polik, po czym uśmiecha się szeroko. Nie pamiętała już chwil, kiedy czuła ekscytację z przebywania z Dante. Każda zła chwila przykrywała te dobre wspomnienia, a ona... usilnie chciała do nich powrócić.
— Wiesz, podobasz mi się taki... — rzuciła, przegryzając dolną wargę — chcesz potańczyć, napić się, czy jaki mamy plan na dziś? — zagaduje blondynka, czekając na jego plan. Nuda za bardzo doskwierała im w ostatnim czasie. Teraz nie mieli na głowie psa, którego Ivy oddała na noc do przyjaciółki. Mogli być we dwoje, a cały świat mógłby przestać dla nich istnieć.
— I powiedźmy, że masz dziś dzień na tak... — zaczyna Ivy, uśmiechając się jeszcze szerzej — zgodzę się na wszystko, byle zobaczyć na twojej twarzy uśmiech — wszystko w granicach zdrowego rozsądku, ale była gotowa, by wymazać ze swojej głowy ten jeden błąd, który popełniła. Byle mogli być szczęśliwi.
-
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoe
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkiona/jejtyp narracjitrzecioosobowaczas narracjiprzeszłypostaćautor
Coś było zdecydowanie nie tak jak powinno, coś być może zmieniło się bezpowrotnie i pewnie warto byłoby zastanowić się nad tym, czy była to zmiana na lepsze, czy może raczej wręcz przeciwnie. Obydwoje się starali, to nie ulegało wątpliwości. Tylko… może właśnie przez te starania tym bardziej utrudniali sobie zadanie?
Nie spodziewał się ani jej wolnego weekendu, ani propozycji wyjścia – nie takiego. Nie sposób byłoby jednak nie podzielić jej entuzjazmu. Bo ten zdecydowanie był zaraźliwy. Gdyby się nad tym zastanowić – w zasadzie jak wszystkie emocje przez nią prezentowane. Te zwykle udzielały się niejako podświadomie, jakby po prostu czas spędzony razem sprawiał, że niemal wszystkie przelewały się również na niego. Być może właśnie dlatego wszelkie ich kłótnie bywały aż tak gwałtowne i zadaniem wręcz niemożliwym było zachowanie spokoju, kiedy ona zaczynała tracić panowanie nad sobą. W tym przypadku pewnie jednak nie do końca chodziło tylko o ten zaraźliwy entuzjazm. O ile zwykłe wyjście do klubu można byłoby w jego przypadku uznać za coś absolutnie normalnego i na porządku dziennym – nawet po dłuższej, wymuszonej przerwie – to jednak wspólne wyjście do klubu było czymś, czego nie robili od… dawna. Na tyle, że chyba trudno byłoby wskazać dokładny moment, kiedy mieliby do tego okazję.
– Niezbyt subtelna aluzja, że mam cię na jakieś zapraszać częściej – to zdecydowanie nie był żaden przytyk i zdecydowanie ani trochę tak nie brzmiało. Nie, kiedy zdanie wypowiadane było ze śmiechem, bez choćby śladu pretensji w głosie. – Ale jasne, tę przynajmniej rozumiem, trzeba będzie to zmienić.
Choć pewnie wciąż niewielka była na to szansa, biorąc pod uwagę fakt, jak niewielką ilością wolnego czasu dysponowała Ivy. Ale wciąż przecież było w tej wypowiedzi żartobliwej nuty niż… w zasadzie czegokolwiek innego.
– Taki…? Czyli? – oczywiście, że nie mógłby powstrzymać się od lekkiego uniesienia brwi i posłania jej spojrzenia, w którym rozbawienie mieszało się z zaciekawieniem. – Myślę, że… nie mamy kompletnie żadnego planu. O to miało przecież chodzić, prawda? Nie planujemy niczego i zobaczymy jak to się skończy.
Co samo w sobie mogło brzmieć jak plan – albo na świetną zabawę i szansę na to, by rzeczywiście wreszcie spędzili trochę czasu ze sobą, albo… całkowitą katastrofę. Teraz jednak, widząc ją uśmiechniętą i z tym błyskiem w oczach, trudno byłoby w ogóle brać pod uwagę tę drugą opcję.
Splatając swoje palce z jej, wszedł z nią do klubu, gdzie zdecydowanie trzeba było już podnieść, żeby nawet mimo nachylenia się nieco bliżej jej ucha, móc przebić się ponad zbyt głośną muzykę.
– I daj spokój, to nie tylko mój wieczór – choć mimo wszystko nie sposób byłoby nie uśmiechnąć się na jej słowa. W ten dość specyficzny sposób, który mógłby sugerować, że w tym przypadku mogła to być deklaracja co najmniej dość ryzykowna. – Ale nie myśl, że nie przypomnę ci jeszcze, że to powiedziałaś.
I chociaż w pierwszej kolejności skierowali się w stronę baru, nie planował wprawdzie niczego, co miałoby wykraczać bardzo poza granice rozsądku, ale… wiadomo było nie od dziś, że planowanie nie było jego mocną stroną. Mimo wszystko – to wciąż miał być ich wieczór, nie jego. Nie tylko jej zależało więc na tym, by nie skończył się efektowną kłótnią, która najpewniej całkiem skutecznie pozbawiłaby ich obydwoje dobrych nastrojów. I to zdecydowanie szybciej niż mogliby sobie tego życzyć.
– A poza tym… wyglądasz naprawdę świetnie – oczywiście, że zdążył jej to powiedzieć już wcześniej, najpewniej jeszcze przed wyjściem. – I całe to świetnie zdecydowanie dalej nie oddaje tego jak faktycznie wyglądasz.
Bo faktycznie, zwłaszcza po wypowiedzeniu tego na głos nie sposób byłoby nie dojść do wniosku, że pozostawało to jakieś takie… nie do końca. Z braku lepszej alternatywy – musiało jednak wystarczyć. A ona przecież i tak powinna wiedzieć, że w jego opinii potrafiła świetnie wyglądać nawet po kilkunastogodzinnym dyżurze, tuż przed zasłużoną drzemką.
Ivy Harrison