26 y/o
ZAANGAŻOWANA FOCZKA
161 cm
rezydentka chirurgii Mount Sinai Hospital
Awatar użytkownika
Wiosna - cieplejszy wieje wiatr,
Wiosna - znów nam ubyło lat,
Wiosna, wiosna wkoło, rozkwitły bzy.
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkishe/her
typ narracjityp narracji
czas narracji-
postać
autor

Dante Levasseur

Od nieszczęsnego wypadku zdążyło już minąć trochę czasu. Na tyle by Dante był w stanie się pozbierać, a Ivy poukładać w swojej głowie. Sprawa z Charlie'm wydawała się być zakończona, choć dalej chwilami o nim rozmyślała. Zakończyła to, więc... wszystko powinno być w porządku, prawda? Prawda. Może dlatego pierwszy raz od dawna wzięła weekend wolny. Było już po Walentynkach, ale blondynka wzięła za punkt honoru, by wrócić do normalności wraz z Dante. Chciała pierwszy raz od dawna się nie kłócić i widzieć jedynie uśmiech na jego twarzy, zobaczyć go szczęśliwego, wrócić do tych chwil, kiedy byli tak zwyczajnie beztroscy. To na nim chciała skupić się tego wieczoru.
Pewnie dlatego stroiła się na tę noc kilka długich godzin. Od wybierania najlepszej stylizacji, po układanie włosów i makijaż. Nie wyglądała jak biedna, styrana życiem rezydentka, a kobieta idąca na randkę. Z pięknym uśmiechem, błyskiem w oku. Wyczekiwała godziny zero. Choć mieszkała z Levasseurem, czuła dziwny rodzaj ekscytacji. Chciała dać z siebie wszystko, by ten wieczór mógł dostać miano najlepszego w jej życiu. Tak całą drogę rozmawiali o pierdołach i dopiero przed samym wejściu do klubu Ivy chwyciła Dante za dłoń, by móc przyciągnąć go bliżej siebie.
Szczerze nie pamiętam, kiedy ostatnio wyszliśmy na randkę — zaczyna Ivy, by stanąć na palcach i złożyć chłopakowi krótkiego buziaka w polik, po czym uśmiecha się szeroko. Nie pamiętała już chwil, kiedy czuła ekscytację z przebywania z Dante. Każda zła chwila przykrywała te dobre wspomnienia, a ona... usilnie chciała do nich powrócić.
Wiesz, podobasz mi się taki... — rzuciła, przegryzając dolną wargę — chcesz potańczyć, napić się, czy jaki mamy plan na dziś? — zagaduje blondynka, czekając na jego plan. Nuda za bardzo doskwierała im w ostatnim czasie. Teraz nie mieli na głowie psa, którego Ivy oddała na noc do przyjaciółki. Mogli być we dwoje, a cały świat mógłby przestać dla nich istnieć.
I powiedźmy, że masz dziś dzień na tak... — zaczyna Ivy, uśmiechając się jeszcze szerzej — zgodzę się na wszystko, byle zobaczyć na twojej twarzy uśmiech — wszystko w granicach zdrowego rozsądku, ale była gotowa, by wymazać ze swojej głowy ten jeden błąd, który popełniła. Byle mogli być szczęśliwi.
25 y/o
Indulge in local cuisine
179 cm
zawodowo pcha się w kłopoty ale nikt mu za to nie płaci
Awatar użytkownika
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoe
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Wracanie do siebie po wypadku zdecydowanie nie było zajęciem, które Dante mógłby zaliczyć do grona swoich ulubionych. Albo w ogóle lubianych, choćby odrobinę. Największym problemem nie były nawet ograniczenia związane z poniesionymi obrażeniami – choć bezdyskusyjnie znacznie utrudniało to codzienne funkcjonowanie. Zdecydowanie większy problem stanowił w jego przypadku wymuszony odpoczynek. Śmiało można byłoby stwierdzić, że odnajdywanie się w nowej dla niego sytuacji nie wychodziło mu najlepiej i… prawdopodobnie to wszystko niespecjalnie ułatwiało odbudowywanie relacji z Ivy.
Coś było zdecydowanie nie tak jak powinno, coś być może zmieniło się bezpowrotnie i pewnie warto byłoby zastanowić się nad tym, czy była to zmiana na lepsze, czy może raczej wręcz przeciwnie. Obydwoje się starali, to nie ulegało wątpliwości. Tylko… może właśnie przez te starania tym bardziej utrudniali sobie zadanie?
Nie spodziewał się ani jej wolnego weekendu, ani propozycji wyjścia – nie takiego. Nie sposób byłoby jednak nie podzielić jej entuzjazmu. Bo ten zdecydowanie był zaraźliwy. Gdyby się nad tym zastanowić – w zasadzie jak wszystkie emocje przez nią prezentowane. Te zwykle udzielały się niejako podświadomie, jakby po prostu czas spędzony razem sprawiał, że niemal wszystkie przelewały się również na niego. Być może właśnie dlatego wszelkie ich kłótnie bywały aż tak gwałtowne i zadaniem wręcz niemożliwym było zachowanie spokoju, kiedy ona zaczynała tracić panowanie nad sobą. W tym przypadku pewnie jednak nie do końca chodziło tylko o ten zaraźliwy entuzjazm. O ile zwykłe wyjście do klubu można byłoby w jego przypadku uznać za coś absolutnie normalnego i na porządku dziennym – nawet po dłuższej, wymuszonej przerwie – to jednak wspólne wyjście do klubu było czymś, czego nie robili od… dawna. Na tyle, że chyba trudno byłoby wskazać dokładny moment, kiedy mieliby do tego okazję.
Niezbyt subtelna aluzja, że mam cię na jakieś zapraszać częściej – to zdecydowanie nie był żaden przytyk i zdecydowanie ani trochę tak nie brzmiało. Nie, kiedy zdanie wypowiadane było ze śmiechem, bez choćby śladu pretensji w głosie. – Ale jasne, tę przynajmniej rozumiem, trzeba będzie to zmienić.
Choć pewnie wciąż niewielka była na to szansa, biorąc pod uwagę fakt, jak niewielką ilością wolnego czasu dysponowała Ivy. Ale wciąż przecież było w tej wypowiedzi żartobliwej nuty niż… w zasadzie czegokolwiek innego.
Taki…? Czyli? – oczywiście, że nie mógłby powstrzymać się od lekkiego uniesienia brwi i posłania jej spojrzenia, w którym rozbawienie mieszało się z zaciekawieniem. – Myślę, że… nie mamy kompletnie żadnego planu. O to miało przecież chodzić, prawda? Nie planujemy niczego i zobaczymy jak to się skończy.
Co samo w sobie mogło brzmieć jak plan – albo na świetną zabawę i szansę na to, by rzeczywiście wreszcie spędzili trochę czasu ze sobą, albo… całkowitą katastrofę. Teraz jednak, widząc ją uśmiechniętą i z tym błyskiem w oczach, trudno byłoby w ogóle brać pod uwagę tę drugą opcję.
Splatając swoje palce z jej, wszedł z nią do klubu, gdzie zdecydowanie trzeba było już podnieść, żeby nawet mimo nachylenia się nieco bliżej jej ucha, móc przebić się ponad zbyt głośną muzykę.
I daj spokój, to nie tylko mój wieczór – choć mimo wszystko nie sposób byłoby nie uśmiechnąć się na jej słowa. W ten dość specyficzny sposób, który mógłby sugerować, że w tym przypadku mogła to być deklaracja co najmniej dość ryzykowna. – Ale nie myśl, że nie przypomnę ci jeszcze, że to powiedziałaś.
I chociaż w pierwszej kolejności skierowali się w stronę baru, nie planował wprawdzie niczego, co miałoby wykraczać bardzo poza granice rozsądku, ale… wiadomo było nie od dziś, że planowanie nie było jego mocną stroną. Mimo wszystko – to wciąż miał być ich wieczór, nie jego. Nie tylko jej zależało więc na tym, by nie skończył się efektowną kłótnią, która najpewniej całkiem skutecznie pozbawiłaby ich obydwoje dobrych nastrojów. I to zdecydowanie szybciej niż mogliby sobie tego życzyć.
A poza tym… wyglądasz naprawdę świetnie – oczywiście, że zdążył jej to powiedzieć już wcześniej, najpewniej jeszcze przed wyjściem. – I całe to świetnie zdecydowanie dalej nie oddaje tego jak faktycznie wyglądasz.
Bo faktycznie, zwłaszcza po wypowiedzeniu tego na głos nie sposób byłoby nie dojść do wniosku, że pozostawało to jakieś takie… nie do końca. Z braku lepszej alternatywy – musiało jednak wystarczyć. A ona przecież i tak powinna wiedzieć, że w jego opinii potrafiła świetnie wyglądać nawet po kilkunastogodzinnym dyżurze, tuż przed zasłużoną drzemką.

Ivy Harrison
I walk alone, not because I have to, but because I choose to
marchew
wszystko przejdzie, w razie czego można się dogadać
26 y/o
ZAANGAŻOWANA FOCZKA
161 cm
rezydentka chirurgii Mount Sinai Hospital
Awatar użytkownika
Wiosna - cieplejszy wieje wiatr,
Wiosna - znów nam ubyło lat,
Wiosna, wiosna wkoło, rozkwitły bzy.
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkishe/her
typ narracjityp narracji
czas narracji-
postać
autor

Dante Levasseur

Ivy unosi delikatnie kąciki swoich ust. Podekscytowanie i celebracja tego wieczoru wydawała się być dla niej rzeczą świętą. Chciała móc wyciągnąć z niego tyle, ile tylko byłaby w stanie. Nawet przez moment nie chciała wracać myślami do windy, a sprawić... by mogło się im udać. Wierzyła w to całą sobą. Zresztą widać było to w jej błyszczących, błękitnych oczach oraz szerokim uśmiechu, który nawet przez moment nie schodził z jej twarzy.
Bo powinieneś — stwierdza niemalże od razu, ale nie było w jej słowach żadnej zgryźliwości. Jedynie prośba o więcej. To nie tak, że miała ich związek za zły. Wiele byłaby w stanie oddać Levasseurowi. Straciła dla niego głowę, choć obawiała się reakcji rodziny na niego. Wiedziała, że patrzył na nią w ten sam sposób co ona, ale... jaka rodzina przystałaby na chłopaka wpadającego w coraz to nowe problemy? — nie chcesz, żebym częściej się dla Ciebie stroiła? — dopytała z chytrym uśmiechem na twarzy, który ani przez krótki moment jej nie schodził. Chciała słyszeć częściej, że jest piękna, że on ją kocha i że jest dla niego najważniejsza. Wszystkie kłótnie wymazałaby z głowy, jeśli wiedziałaby, że jest dla niego najważniejsza. Albo chociaż ważniejsza od nudy.
Wystrojony i uśmiechnięty — odparła, przechylając głowę. Wystrojony i dobrze ubrany, zwracający uwagę tylko na nią. Tyle było dla niej wystarczające — plan jest taki, że będziemy się dobrze bawić. Tyle i aż nadto, a to w jaki sposób to inna sprawa — odpowiadała, chwytając go jeszcze mocniej za dłoń. Spojrzała kątem oka na ich splecione razem dłonie. Choć raz mogli zachowywać się jak szczęśliwe gołąbeczki, prawda?
Tak wiem, nasz wieczór — mówi niemalże automatycznie — ale to mój wieczór tylko dla Ciebie — zaraz dodaje, puszczając mu krótko oczko — mogę mieć kaca i nie przejmować się kolejnym dyżurem — imprezować, szaleć, tańczyć. Nie zatrzymywać się, kiedy pojawi się w głowie rozsądna Ivy — czy to groźba? — pyta, unosząc do góry jedną ze swoich brwi — myślisz, że przyjmę ją na poważnie? — dopytuje, a kąciki obu ust idą do góry. Co mogłaby więcej powiedzieć? Nie bała się tego. Doskonale zdawała sobie sprawę, do czego był zdolny, ale i Ivy miała swoje za uszami.
Dziękuję — od razu poprawia sobie jeden z niesfornych ust, a chwilę później stoją już przy barze. Na trzeźwo w klubie nikt nie byłby w stanie wytrzymać — barman, 2 cuba libre— woła od razu Ivy. Standardowy starter u nich to setka oraz piwo. Tylko że blondynka odrobinę dorosła. Zapłaciła za ich drinki, po czym jeden podsuwa w stronę chłopaka — to... za nas, prawda? — zaraz unosi własne szkło, by stuknąć się szklankami, po czym upija połowę jego zawartości na raz. Jeszcze za mało, powinna wypić więcej, choć teraz po jej głowie... chodziło coś totalnie innego.
Jezu dawno nie byłam w klubie... — zaczyna swoje narzekanie, rozglądając się po parkiecie i upijając kolejne łyki drinka. Co się robiło w klubie? Tańczyło, piło, bawiło, a ona stała, jak sims bez polecenia. Coś musiała zrobić — tu jest tak głośno — wycedza Ivy, zdając sobie powoli sprawę... że mogła być już na to za stara. Dwadzieścia sześć lat na karku, dyżur po weekendzie, a ona jedynie rozglądała się jak dziecko. Wtedy zdała sobie sprawę z jednego, nie była tu sama. Chciała móc na nowo poczuć jeszcze raz tą samą satysfakcję co kiedyś przy nimchodź tu do mnie — powiedziała głośno, przyciągając go do siebie za koszulę. Przez krótki moment wpatrywała mu się w oczy, by po krótkiej chwili musnąć jego wargi własnymi. Musiała na nowo przypomnieć sobie ich smak. Faceta, dla którego oszalała. Z miłości dla niego oszalała, skoro cały czas z nim była. Wszystko dla tych loczków, tatuaży i dotyku jego warg.
Stęskniłam się za tym — stwierdziła cicho, będąc jeszcze milimetry od jego ust. Czuła jeszcze na nich posmak drinka, ale też adrenaliny. Dante był jej wielką, niekończącą przygodą, której za żadne skarby nie chciała przerwać. Zdecydowanie bardziej fascynowały ją jego brązowe oczy i światła klubu się w nich odbijające. Świat na moment przestał istnieć, a ona chciała myśleć tylko o nim.
Do tego stopnia, że nie zauważyła, jak ktoś z boku dosypuje jej coś do drinka. Kiedy na moment oderwała się od Levasseura, to wypiła duszkiem całą zawartość szklanki.
25 y/o
Indulge in local cuisine
179 cm
zawodowo pcha się w kłopoty ale nikt mu za to nie płaci
Awatar użytkownika
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoe
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Zdecydowanie była dla niego najważniejsza. Nawet jeśli nie zawsze był jej to w stanie właściwie okazać, a niekiedy pewne lekkomyślne działania mogły wręcz zdawać się temu zaprzeczać. Dziś jednak to bezdyskusyjnie oni mieli być na pierwszym miejscu, niezależnie od jakichkolwiek dotychczasowych zgrzytów w ich związku – włączając w to te drobne, niemal codzienne, jak i nieco poważniejsze, nad którymi trudniej było przejść do porządku dziennego. Chociaż tym razem… skupienie całej uwagi tylko i wyłącznie na Ivy nie wydawało się być niczym trudnym – wszystko za sprawą zarówno tego radosnego nastroju, który automatycznie wywoływał odwzajemniony uśmiech, jak i tego, że niezaprzeczalnie wyglądała tak, że trudno było od niej oderwać wzrok.
W porządku, nie mam nic, co miałoby przebić ten argument – skapitulował ze śmiechem. Nawet jeśli wciąż uważał, że nie dałoby się znaleźć momentu, w którym nie wyglądałaby dobrze, to wciąż była w tym dość znacząca różnica. Bo przecież nie starała się dla kogoś, a dla niego. I chociaż pozornie mogłoby to być w zasadzie niewiele, nie dałoby się tego nie docenić.
Myślę, że doskonale wiedziałaś co robisz, zgadzając się na wszystko – wciąż w jego wypowiedzi wybrzmiewało zdecydowanie więcej rozbawienia niż czegokolwiek, co można byłoby uznać za groźbę. Tym bardziej, że rzeczywiście – Ivy znała go prawdopodobnie aż za dobrze. I chociaż pewnie mimo wszystko wciąż byłby w stanie ją zaskoczyć, i to najpewniej nie zawsze w ten pozytywny sposób, dziś nic podobnego nie mogło mieć miejsca. Przynajmniej na jeden wieczór mieli pozwolić sobie wrócić do tego, co było kiedyś i w najmniejszym nawet stopniu nie przejmować się niczym poza sobą nawzajem. Być może z nieco większą dozą rozsądku niż kiedyś, wciąż jednak całkowicie beztrosko, nie zakładając w żaden sposób, że cokolwiek mogłoby im ten wieczór popsuć.
Przytaknął na jej toast, kiedy gdzieś pośród muzyki zgubiło się ciche brzęknięcie szklanek. Z kolei upijając kilka łyków własnego drinka, nie mógłby lekko rozbawionym uniesieniem brwi zareagować na widok jej w połowie opróżnionej szklanki. Kolejne jej słowa musiały natomiast wywołać krótki śmiech – zwłaszcza w połączeniu z rozczulającym na swój sposób widokiem pięknie wystrojonej i przez moment kompletnie nieodnajdującej się w tym miejscu Ivy.
Prawie na pewno udałoby się wynegocjować ściszenie muzyki, ale nie wiem co na to inni – zażartował, tuż przed tym jak pociągnęła go w swoją stronę. A chwilę później jakakolwiek muzyka, hałas, czy nawet ludzie dookoła musiały zejść na dalszy plan. Pocałunek odwzajemnił od razu, bez zawahania – było w tym coś spokojnego, jakby na chwilę faktycznie mogli wrócić do tych dawniejszych czasów, kiedy wszystko było w jakiś sposób prostsze. Jedną ręką odruchowo objął ją w pasie, na moment przyciągając nieco bliżej siebie.
Nie tylko ty – z lekkim uśmiechem raz jeszcze musnął wargami jej usta, przez tę krótką chwilę naprawdę nie chcąc skupiać się na czymkolwiek innym, jak tylko na niej. Dopiero kiedy odsunęła się, żeby ponownie sięgnąć po szklankę i dokończyła drinka, chwilowo zawiesił spojrzenie na pustym szkle. Choć zdecydowanie któreś z nich powinno zrobić to zdecydowanie wcześniej, skoro żadne nie zauważyło co właściwie stało się, kiedy skupiali się tylko na sobie…
Ale w końcu… przecież nic miało nie psuć tego wieczoru. Więc co niby mogłoby pójść nie tak?
Wygląda na to, że potrzebujesz nowego drinka – tym razem to on podszedł bliżej baru, żeby zamówić jej nową porcję alkoholu. Wciąż jednak tylko na moment pozwolił sobie na odwrócenie od niej wzroku, zaraz powracając do niej najpierw spojrzeniem, a chwilę później również całkiem dosłownie – z jedną pełną szklanką dla niej i nieco już opróżnioną własną.
Możemy na razie poszukać jakiegoś spokojniejszego miejsca. Skoro ściszenie muzyki nie wchodzi w grę, to przynajmniej będziesz miała czas, żeby się do niej przyzwyczaić – znów nachylił się nad nią, by mimo hałasu mogła bez większego problemu usłyszeć jego słowa. Ruchem głowy wskazał natomiast w kierunku siedzeń, które rzeczywiście dawały przynajmniej odrobinę spokoju i na szczęście nie były jakoś szczególnie oblegane.

Ivy Harrison
I walk alone, not because I have to, but because I choose to
marchew
wszystko przejdzie, w razie czego można się dogadać
26 y/o
ZAANGAŻOWANA FOCZKA
161 cm
rezydentka chirurgii Mount Sinai Hospital
Awatar użytkownika
Wiosna - cieplejszy wieje wiatr,
Wiosna - znów nam ubyło lat,
Wiosna, wiosna wkoło, rozkwitły bzy.
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkishe/her
typ narracjityp narracji
czas narracji-
postać
autor

Dante Levasseur

Pokręciła delikatnie głową, wywracając przy tym oczyma. Jasne, doskonale zdawała sobie sprawę z tego, z mogła mieć do czynienia. Dante potrafił ją zaskakiwać na miliony sposobów. Nie zawsze pozytywnymi, czasami mimowolnie sprawiał, że zaczynała się złościć, wręcz wkurwiać, a w innych chwilach pojawiały się na jej twarzy łez. Momentami chciała wręcz krzyczeć, że nie daje sobie z tym wszystkim rady. Tylko zawsze wracała do tych brązowych tęczówek i wiedziała, że musiała. Tak po prostu musiała bez żadnego mrugnięcia okiem. Był on dla niej oczkiem w głowie, w pewnym sensie kimś wyjątkowym, za kogo dałaby się pokroić. Dlatego celebrowała tę chwilę, chciała móc się w niej wręcz zanurzyć i odciąć się od codzienności.
Sprzedała mu delikatnego kuksańca w bok, nadymając swoje policzki. Widziała jego rozbawienie. Pewnie stara Ivy ciągnęłaby go właśnie na środek parkietu, by powywijać biodrami, uśmiechać się szeroko i dać się ponieść chwili. Za to obecna czuła się delikatnie przebodźcowana każdym elementem imprezy. Znalezienie się wśród osób, które wypiły zdecydowanie więcej od niej, lub wzięły coś czego ona nie brała. Było momentami przeciążające.
Myślę, że mogliby nie być zachwyceni z marnowania wieczoru i zostalibyśmy odstrzeleni — rzuca półserio, półżartem. Głośność nie grała tu żadnej roli. Światła błyskały mocno, ludzie krzyczeli, ocierając się nawzajem o siebie. Może to kwestia czystości i sterylności szpitalnego środowiska. Jasne, białe światło, zapach detergentu, a tu wszystko było... dzikie.
Uśmiechnęła się w trakcie pocałunku, czując jego przyciągnięcie. Aż chwyciła go mocniej za ramię. Dla takich chwil czekała na ten wieczór. Odrobina intymności bez krzyków. Zresztą dzisiaj i tak by nikt ich nie usłyszał, żadnej radości z uprzykrzania życia sąsiadom.
Mógłbyś częściej mnie kosztować, wiesz Dante? — rzuca, przegryzając jeszcze dolną wargę. Momentami mogła być ostrożniejsza. Nie poczuła żadnego dziwnego smaku. Za to wiedziała jedno. Potrzebowała cholernie alkoholu, by jej myśli delikatnie się odprężyły. Dać się ponieść muzyce, to powinno być jej nowe motto.
I faktycznie wydawał się powoli zacząć na nią działać. Uśmiech zrobił się jeszcze szerszy, a światła wydawały się mniej jej przeszkadzać.
Dziękuję mój głuptasku — rzuca Ivy, biorąc od mężczyzny drinka. Od razu staje na palcach, by dać mu krótkiego, ale za to słodkiego buziaka w prawy policzek. Nic nie mówiąc, ruszyła za nim w stronę loży. Mocno chwyciła za rękę i cały czas się w nią wpatrywała jak w najcudowniejszą rzecz na świecie.
Rozsiadła się wygodnie na kanapie, a źrenice powoli zaczęły się jej powiększać. Światła wydawały się być coraz bardziej intensywne, świat zaczął przyjemnie wirować. Chyba alkohol zaczął działać. Bez większego zastanowienia chwyciła za szklankę, upijając kilka kolejnych łyków. Zdecydowanie świat stał się przyjemniejszy. Aż przysunęła się bliżej mężczyzny i zaczęła go delikatnie trącać nosem po policzku. Zapach jego szamponu do włosów był elektryzujący i te loczki... Tak, uwielbiała te loczki.
Zadam Ci bardzo dziwne pytanie — zaczyna Ivy, a jej oczy błyszczą. Wydaje się aż nader spokojna jak na samą nią. Jakby te drinki faktycznie magicznie zadziałały — co robiłeś jak mnie nie było? — na jego policzku już wędruje jej dłoń i zaczyna go delikatnie głaskać kciukiem. Wcale nie interesowała ją impreza, bo czuła się... szczęśliwa. Tak pieruńsko szczęśliwa, że mogłaby zrobić wszystko dla niego, a wystarczyło zaledwie jedno słowo.
25 y/o
Indulge in local cuisine
179 cm
zawodowo pcha się w kłopoty ale nikt mu za to nie płaci
Awatar użytkownika
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoe
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Trudno byłoby winić ją za to chwilowe zagubienie w miejscu, które zdecydowanie już od wejścia gwarantowało stanowczo zbyt dużo bodźców. Równie łatwo jak można było do tego przywyknąć, bywając w tego typu lokacjach dostatecznie często, można było też całkowicie odzwyczaić się po dłuższej przerwie. Ale winić jej z całą pewnością nie zamierzał – było przecież coś, co w całym tym zagubieniu w pewien sposób jeszcze bardziej dodawało jej uroku. Tak samo jak kiedyś nie byłby w stanie skupić uwagi na niczym innym, jak na Ivy czującej się w podobnych miejscach jak u siebie, tak samo było z tą jej nową, bardziej odpowiedzialną i nieodnajdującą się w klubie wersją. Chociaż z całą pewnością zmieniło się wiele, to jednak tak wtedy, jak i teraz mógłby w zasadzie w ogóle się od niej nie odrywać – nawet bez wygłoszonej przez nią uwagi – kompletnie ignorując całą resztę nieistotnego otoczenia.
Uśmiechnął się, kiedy przysunęła się i trąciła jego policzek nosem. Jednocześnie objął ją ramieniem, zdecydowanie nie mając nic przeciwko temu, by została tak blisko. Tak samo, jak nie miał nic przeciwko temu, by pozwolić imprezie dziać się gdzieś obok, a swoją uwagę poświęcić tylko jej. Nie musieli przecież tańczyć, nie musieli zajmować się niczym inni, równie dobrze mogli spędzić ten wieczór właśnie tutaj, po prostu ze sobą. Właściwie… nic więcej nie było mu obecnie potrzebne.
I chociaż przez moment zdawało mu się, że coś w jej zachowaniu zdążyło się zmienić, póki co musiała to być zmiana zbyt subtelna, by nie można było wyjaśnić jej w całkiem banalny, niewzbudzający jeszcze niepokoju sposób…
Z zainteresowaniem przechylił głowę w jej stronę, kiedy się odezwała. Pytanie, które zadała, nie było jednak tym, którego mógłby się spodziewać – nawet mimo zapowiedzi, że miało być dziwne. Zdecydowanie nie miał też na nie gotowej odpowiedzi. A przynajmniej nie takiej, która miałaby okazać się jednocześnie szczera i przy okazji nie dać im mimo wszystko całkiem niezłego powodu do kłótni. W dodatku takiej, którą być może nawet udałoby się skutecznie przebić przez zbyt głośnie dźwięki muzyki.
Na pewno nic mądrego – najlepiej więc było sięgnąć po wciąż podszytą żartobliwą nutą odpowiedź. – Ale też nic, o co miałabyś się szczególnie martwić.
Chociaż druga część wypowiedzi w zasadzie niewiele już miała wspólnego z prawdą – z pewnością znalazłoby się coś, czym Ivy zdecydowanie mogłaby się zaniepokoić – nadal warto było ją dodać. Choćby po to, by powstrzymać ewentualne domysły, które mogłyby podpowiadać jej coś zupełnie przeciwnego. Nie było przecież sensu roztrząsać tego, co poszło nie do końca tak jak powinno, skoro teraz – a najlepiej w ogóle nie musieli się tym w żaden sposób przejmować.
I dzięki temu wiem przynajmniej, że w Spirit of York nikt za bardzo nie pilnuje wejścia na dach. Chociaż… to może już zdążyło się zmienić – na przykład po tym, jak już ktoś zorientował się, że kręciły się po nim osoby, które zdecydowanie nie powinny… – W każdym razie mają tam całkiem niezły widok.
Nachylił się na moment w jej stronę, by złożyć na jej wargach krótki pocałunek. Nieznacznie odsuwając się jednak w kolejnej chwili, mógł z tej niewielkiej odległości spojrzeć jej w oczy i… tym razem trudno już było tak zupełnie odsunąć od siebie myśl, że coś było nie do końca w porządku. Mimowolnie zerknął w kierunku jej szklanki, co do tej mogąc mieć jednak pewność, że nie trafiło tam nic, co nie powinno się tam znaleźć…
Wszystko w porządku…? – powrócił do niej spojrzeniem, tym razem nieco bardziej uważnym. Coś zdecydowanie zmieniło się w jej zachowaniu i o ile wcześniej można było uznać to po prostu za dobry nastrój i może nieco zbyt szybko wypitą pierwszą porcję alkoholu, to… wyraźnie rozszerzonych źrenic nie dałoby się już wytłumaczyć po prostu tym.

Ivy Harrison
I walk alone, not because I have to, but because I choose to
marchew
wszystko przejdzie, w razie czego można się dogadać
26 y/o
ZAANGAŻOWANA FOCZKA
161 cm
rezydentka chirurgii Mount Sinai Hospital
Awatar użytkownika
Wiosna - cieplejszy wieje wiatr,
Wiosna - znów nam ubyło lat,
Wiosna, wiosna wkoło, rozkwitły bzy.
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkishe/her
typ narracjityp narracji
czas narracji-
postać
autor

Dante Levasseur

Ivy naprawdę zmieniała się w trakcie trwających minut.
Źrenice powoli się powiększały, dopuszczając do siebie coraz większą ilość światła. Ah, to światło zaczęło wydawać się jej wręcz magiczne. Migoczące światła w rytm muzyki byłyby ją w stanie zafascynować do końca. Podobnie jak rytm muzyki w bit, którego zaczynała się powoli bujać. Zdecydowanie to był najlepszy wieczór, który miała od dawien dawna. Po jej ciele zaczęła rozpływać się delikatna fala ciepła, a uśmiech stawał się coraz szerszy. Wszelkie niepotrzebne myśli zniknęły, a ona czuła się tak po prostu szczęśliwa. Chociaż czy to nie była euforia?
No pooowiedz mi więcej — zaczyna niemalże od razu, bo jest cała zaciekawiona tym, co Dante ma do ukrycia. Może w normalnych warunkach spowodowałoby to kłótnię, ale teraz była nim bardziej zafascynowana niż standardowo. Przegryzła dolną wargę, a jej dłoń zaczęła błądzić po jego tatuażach. Kiedyś uwielbiała o nich słuchać oraz o historii ich wykonania. Teraz przemierzała je palcami, a kolejne słowa wytrąciły ją z transu — miałabym się przez Ciebie martwić? Co ukrywasz? — pyta bardziej figlarnie niż zwykle. Zero troski, zero zmartwień, jedynie czysta ciekawość. Zmarszczyła uroczo nosek, a skórzaną kurtkę zaczęła zsuwać ze swoich ramion. Za gorąco. To wszystko przez mężczyznę, którego miała tak blisko siebie.
Dach? — pyta, otwierając szeroko usta. Nie ze strachu typowej, zatroskanej Ivy, a z entuzjazmu — a my moglibyśmy tam pójść? Ciekawe, czy Toronto z góry wygląda pięknie — rzuca niecierpliwym tonem, przypominając małe dziecko. Oczy zaświeciły się jej z ekscytacji. Dach? Toronto nocą z milionem migoczących świateł? Przecież to musiało być cudowne, aż chciała móc to zobaczyć na własne oczy i to było jedyne, o czym była w stanie teraz myśleć — chciałabym móc to zobaczyć... — rzuca lekko zamyślona i uśmiecha się coraz szerzej. Najlepiej już, teraz, w tym momencie. Skoro światła klubu wyglądały tak przepięknie to, co dopiero światła całego miasta pogrążającego się powoli w śnie. Choć dla Ivy to miasto nigdy nie zasypiało.
I ten pocałunek... Dante nigdy nie całował tak dobrze. Aż musiała go pogłębić, bo faktura jego ust wydała się zaskakująco uzależniająca. Westchnęła niezadowolona, kiedy się od niej odsunął. Jak ona chciała i potrzebowała więcej, mocniej i intensywniej.
Jest... — zaczyna, szukając odpowiedniego słowa. Tak, znalazła je — ZAJEBIŚCIE — rzuca cała zadowolona z siebie, przysuwając się ponownie bliżej. Delikatnie przegryza jego dolną wargę, cały czas patrząc mu w oczy. Dla Ivy był to wieczór życia, przepełniała ją euforia oraz wręcz nieziemska chęć zbliżenia się z Dante. Tak jakby nic nie było jej w stanie zatrzymać w tym momencie.
Możemy pójść zatańczyć? — pyta, nie odsuwając się na moment i dłoń kładzie mu na policzku. Teraz wydał się jej jeszcze bardziej interesujący niż wcześniej — Chociaż twoja skóra jest taka mięciusia, a loczki... — zaczyna, przesuwając dłoń na włosy, którymi zaczyna się bawić opuszkami palców — ahh, te loczki — wzdycha ciężko, a jej wzrok zaraz ląduje na jego oczach — no i te oczy — to w nich się zakochała, tych ciemnych oczach, w których teraz widziała migoczące światła klubu — mogłabym w nich zatonąć, gdyby nie fakt, że są brązowe a nie niebieskie — parsknęła ze swojego żartu. Tylko nie była w stanie zatrzymać kolejnej salwy śmiechu. Nic tak bardzo jej nie rozbawiło — dawno nie czułam się tak zajebiście, naprawdę — rzuca cała w skowronkach, wyciągając dłoń w stronę drinku. Kolejna porcja tylko doda jej skrzydeł, nie? Jak po red bull'u?
25 y/o
Indulge in local cuisine
179 cm
zawodowo pcha się w kłopoty ale nikt mu za to nie płaci
Awatar użytkownika
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoe
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Z każdą kolejną chwilą znacznie trudniej było ignorować fakt, że coś było bardzo mocno nie tak. Dłoń błądząca po jego skórze z całą pewnością mogłaby dawać przyjemne odczucia – gdyby nie coraz bardziej rozproszone spojrzenie Ivy, jej nienaturalnie powiększone źrenice i to, że zdecydowanie zachowywała się jak nie ona. Jasne, to nie tak, że nie znał jej takiej w ogóle. A jednak mimo, że całkiem łatwo można byłoby zauważyć teraz jej dawną wersję siebie, różnica wciąż zostawała zbyt znacząca, by można było ją zignorować – teraz nie doprowadzała się do tego stanu przez własną decyzję.
I to pewnie powinien być wystarczający powód, by uznać, że pora była wracać do domu.
Pójdziemy. Kiedyś… – nie do końca był w stanie skupić się na jej słowach, tym bardziej na własnej odpowiedzi. Raz jeszcze mimowolnie spojrzał w kierunku ustawionych na stoliku szklanek, zawieszając na nich wzrok na dłużej – do czasu, gdy znalazła się znów dość blisko, by całą jego uwagę skupić na sobie.
Ivy…powinien powiedzieć jej, że lepiej będzie, jeśli już stąd wyjdą. A jednak przez moment byłby w stanie uwierzyć, że rzeczywiście wszystko było zajebiście. Mógłby w to uwierzyć bez jakiegokolwiek sprzeciwu, czując delikatne ugryzienie na swojej wardze i zamieniając tę krótką chwilę w kolejny pocałunek. Dłuższy, intensywniejszy, jakby faktycznie dał się przekonać, że nie stanie się absolutnie nic złego, jeżeli zostaną tu jeszcze trochę. Przecież mógłby mieć na nią oko i pozwolić na to, by swój obecny stan wykorzystała na zabawę – taniec, o który poprosiła chwilę później, trochę zapomnienia i… po prostu jeszcze nieco czasu spędzonego w klubie. Gdyby był odpowiednio blisko, mógłby przecież dopilnować, żeby nie zrobiła niczego głupiego – o ironio, całkowicie odwracając role pomiędzy nimi – a po prostu dała się ponieść zabawie.
Ukłucie niepokoju pojawiło się jednak ponownie – mocniejsze z każdym kolejnym jej słowem. Mimo palców bawiących się jego włosami, mimo jej śmiechu i mimo kolejnego zapewnienia, że czuła się zajebiście. Normalnie powinien zawtórować jej śmiechem, bez zastanowienia ruszyć z nią w kierunku parkietu, dać się ponieść i nawet nie myśleć o tym, że coś miałoby pójść nie tak. Tymczasem nie był w stanie zrobić nie tylko tego, ale nawet w żaden sposób odpowiedzieć na jej kolejne słowa.
Wszelkie wątpliwości ulotniły się w momencie, kiedy zauważył, że próbowała ponownie sięgnąć po swoją szklankę. Nie zastanawiając się, po prostu wychylił się lekko na swoim miejscu, odsuwając szkło nieco dalej poza jej zasięg i sięgając następnie po tę jej wyciągniętą dłoń.
Chodź, przyda ci się trochę świeżego powietrza… – to miał być ich wieczór, bez jakichkolwiek kłótni, zmartwień, poniekąd także odpowiedzialności. I chociaż przez moment może nawet rzeczywiście byłby skłonny uwierzyć, że wciąż mogło to tak wyglądać… chyba jednak warto było przynajmniej ten jeden raz podjąć właściwą decyzję.
Podniósł się z miejsca, lekko pociągając ją za sobą. Nie przypominał sobie wprawdzie, żeby kiedykolwiek wcześniej zdarzyło mu się wcielać w rolę tego, który kończył zabawę i wyprowadzał z klubu kogoś, kto zdecydowanie tego potrzebował, ale… widocznie kiedyś musiał zdarzyć się ten pierwszy raz. Tym bardziej, że w tym momencie rzeczywiście jedynym rozsądnym wyjściem zdawało się być wyprowadzenie jej stąd i znalezienie transportu do domu.
Wiem, że jest zajebiście, ale zabijesz mnie jutro, jeżeli teraz cię stąd nie zabiorę – mimo wszystko uśmiechnął się na moment, naciągając kurtkę ponownie na jej ramiona. Jakoś nie sądził, by miała o tym sama pamiętać, kiedy już wyjdą na zewnątrz.

Ivy Harrison
I walk alone, not because I have to, but because I choose to
marchew
wszystko przejdzie, w razie czego można się dogadać
26 y/o
ZAANGAŻOWANA FOCZKA
161 cm
rezydentka chirurgii Mount Sinai Hospital
Awatar użytkownika
Wiosna - cieplejszy wieje wiatr,
Wiosna - znów nam ubyło lat,
Wiosna, wiosna wkoło, rozkwitły bzy.
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkishe/her
typ narracjityp narracji
czas narracji-
postać
autor

Dante Levasseur

Tylko Ivy nie chciała żadnego kiedyś. Była w najlepszym nastroju, jaki tylko mogła osiągnąć. Oczy się jej błyszczały jeszcze krótki moment, bo odmowa sprawiła, że jej usta ułożyły się w podkówkę. Smutną podkówkę. Wyglądała na bardzo niezadowoloną przez odrzucenie prośby. Można było się jej dziwić? Czuła rytm muzyki, światła błyszczały, a ona tak po prostu i zwyczajnie... chciała się bawić, jakby zapomniała, jak się nazywa.
Teraz... — mruczy obok jego ucha — prooszę — zaraz wywala swoją dolną wargę do przodu, wyglądając jak głodny szczeniaczek, proszący o jedzenie. To zdecydowanie nie była standardowa Ivy. Normalnie szybko przyjęłaby odmowę, a teraz aż pociągnęła go na koszulę, by namówić go na odrobinę szaleństwa. Chciała móc odpalić sobie wrotki i jeździć bez założonego kasku. Tak po prostu i po ludzku. Jeśli Dante jej tego nie da... to da to z pewnością ktoś inny.
Miała wrażenie, że Dante nie całował tak dobrze. Jego wargi miały fakturę, którą chciała poznawać cały czas na nowo, a smak drinka, zostawiony na nich, przyciągał ją jeszcze bardziej. Aż jej myśli zawędrowały w stronę klubowej toalety. Mogliby tam intensywniej zbadać fakturę własnych ciał. Tu była nim zafascynowana. Jego loczkami, oczami, tatuażami, a mogłaby być jeszcze bardziej, poznając na nowo inne części ciała. Choć miała wrażenie, że zna go jak kieszeń własnych spodni. Nic nie byłoby ją w stanie zaskoczyć, a jednak... wydawał się być jeszcze czarujący niż wcześniej.
Czemu nie mogę się napić? — pyta Ivy, nadymając dość mocno swoje policzki. Przecież to byłby dopiero drugi drink. Nie wypiła praktycznie nic, a miała dobry nastrój. Po drugim zostałaby prawdziwą, radosną torpedą, która byłaby nie do zatrzymania.
Ale ja nie chcę na dwór — wyrzuca niemalże od razu, marszcząc brwi. Na dworze było zimno, nie było też dachu, z którego mogłaby oglądać gwiazdy, a na pewno nie było muzyki, alkoholu i klubowych, różnokolorowych świateł — nie możemy chociaż potańczyć? — dopytuje wręcz błagalnie Ivy, ciągnąc go za dłoń — poza tym to nie ty mi mówiłeś, że powinnam wyluzować? — z jej tonu wybrzmiewa wyrzut. Faktycznie go miała. To miał być ich wieczór, ich impreza. Za to Dante zamiast wyluzować zakłada jej skórzaną kurtkę. Miała go dosyć. Nie po to przyszli, żeby się nie bawić. Tego wieczoru wszystkie emocje czuła mocniej, intensywniej.
I wtedy zaczęła wyglądać, jakby ktoś właśnie zapalił jej żarówkę nad głową.
Jezu Dante — piszczy Harrison, słysząc jakąś klubową muzykę — uwielbiam tę piosenkę — pewnie nie raz, nie dwa do niej tańczyli. W tym jednym momencie życie wydawało się być dużo prostsze — idziemy bez gadania na parkiet — i nawet nie prosi go o pozwolenie, bo zaraz jest przy schodach prowadzących na dół — no chodź, sztywniaku — krzyczy do niego, a zaraz niezdarnie schodzi po schodach. Trochę bujało się już w jej głowie, ale da radę... Musi!
No i spierniczyła się z połowy schodów na dół.
25 y/o
Indulge in local cuisine
179 cm
zawodowo pcha się w kłopoty ale nikt mu za to nie płaci
Awatar użytkownika
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoe
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

W normalnej sytuacji pewnie bez większego namysłu zgodziłby się wejść z nią na jakikolwiek, dowolnie wybrany dach. Tyle, że w normalnej sytuacji Ivy najpewniej wcale nie prosiłaby o łażenie po żadnych dachach, a on nie musiałby ignorować ani jej prośby, ani tego błagalnego spojrzenia, któremu mimo wszystko wciąż dość trudno było się oprzeć. Nawet on musiał sobie jednak zdawać sprawę z tego, że aktualnie przystanie na jej prośbę byłoby chyba najgorszym możliwym pomysłem, więc… nie pozostawało mu nic innego, jak rzeczywiście posłuchać tego pokaleczonego zdrowego rozsądku, który najwyraźniej od czasu do czasu potrafił się u niego dobić do głosu.
Na razie raczej ci wystarczy – żadne sensowne argumenty i tak nie miały w tej sytuacji zastosowania, nie było większych szans na to, by jakikolwiek miał faktycznie do niej dotrzeć. Tak samo więc jak nie widział sensu tłumaczenia jej dlaczego powinna już odpuścić sobie drinka, tak też nie zamierzał zwracać zbytniej uwagi na jej protesty w kwestii wychodzenia na zewnątrz. Właściwie… niczego innego przecież się nie spodziewał. Sam zareagowałby dokładnie tak samo, gdyby znajdował się w podobnym do niej stanie, a ktoś usiłowałby wmówić mu, że to był odpowiedni moment na zakończenie zabawy.
I oczywiście musiałaś sobie o tym przypomnieć akurat teraz… – mruknął chyba nawet bardziej do siebie niż do niej, przez moment jednak mimo wszystko znów będąc skłonnym rozważyć, czy faktycznie przynajmniej na chwilę nie mógłby pozwolić jej się wyluzować. Chwila na parkiecie nie mogła przecież skończyć się jakoś dramatycznie, nie musiała nawet trwać jakoś bardzo długo…
Zresztą, po jej wybuchu entuzjazmu na dźwięk wybrzmiewającej właśnie muzyki, chyba nawet rzeczywiście mógłby na to przystać. Tylko na chwilę, nic złego nie mogło się stać. Tylko, że…
Kurwa… – nie dałoby się inaczej podsumować momentu, w którym Ivy w jednej chwili znalazła się na schodach. Tym bardziej przyglądając się przez chwilę jej niepewnym ruchom, zanim zdecydował się ruszyć za nią. Za późno.
Ivy! – oczywiście, że sam krzyk nie mógł jej już zatrzymać, jednak wyrwał się samoistnie. Zaraz zresztą Dante zbiegł po schodach, zatrzymując się dopiero przy niej i od razu kucając, by upewnić się, że nie uszkodziła się jakoś poważnie.
Jesteś cała? – ostatnie, czego mogliby w tym momencie potrzebować to konieczność wzywania karetki dlatego, że naćpana Ivy zleciała ze schodów w klubie… – Możesz się podnieść?
Ostrożnie objął ją póki co wciąż mniej sprawną ręką w pasie, drugą podając jej, by rzeczywiście spróbowała pozbierać się z jego pomocą. Jeżeli do tej pory miał jakieś złudzenia co do tego, że miałby być w stanie ją jakkolwiek przypilnować, to prawdopodobnie nie potrzebował już żadnego lepszego dowodu, że nie było na to najmniejszych szans. Wniosek pozostawał więc jeden – jeśli tylko była w stanie się podnieść, musiał ją stąd wyprowadzić. Niezależnie od tego, jak bardzo ten pomysł miałby się jej nie podobać – zwłaszcza, że nietrudno było się domyślić, że trzeźwej Ivy najpewniej dużo bardziej nie spodobałby się pomysł pozostania w klubie w tym stanie…

Ivy Harrison
I walk alone, not because I have to, but because I choose to
marchew
wszystko przejdzie, w razie czego można się dogadać
ODPOWIEDZ

Wróć do „The Shop”