ODPOWIEDZ
26 y/o
Welkom in Canada
161 cm
rezydentka chirurgii Mount Sinai Hospital
Awatar użytkownika
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoe
nieobecnośćnie
wątki 18+nie
zaimkizaimki
typ narracjityp narracji
czas narracji-
postać
autor

Dante Levasseur

Od nieszczęsnego wypadku zdążyło już minąć trochę czasu. Na tyle by Dante był w stanie się pozbierać, a Ivy poukładać w swojej głowie. Sprawa z Charlie'm wydawała się być zakończona, choć dalej chwilami o nim rozmyślała. Zakończyła to, więc... wszystko powinno być w porządku, prawda? Prawda. Może dlatego pierwszy raz od dawna wzięła weekend wolny. Było już po Walentynkach, ale blondynka wzięła za punkt honoru, by wrócić do normalności wraz z Dante. Chciała pierwszy raz od dawna się nie kłócić i widzieć jedynie uśmiech na jego twarzy, zobaczyć go szczęśliwego, wrócić do tych chwil, kiedy byli tak zwyczajnie beztroscy. To na nim chciała skupić się tego wieczoru.
Pewnie dlatego stroiła się na tę noc kilka długich godzin. Od wybierania najlepszej stylizacji, po układanie włosów i makijaż. Nie wyglądała jak biedna, styrana życiem rezydentka, a kobieta idąca na randkę. Z pięknym uśmiechem, błyskiem w oku. Wyczekiwała godziny zero. Choć mieszkała z Levasseurem, czuła dziwny rodzaj ekscytacji. Chciała dać z siebie wszystko, by ten wieczór mógł dostać miano najlepszego w jej życiu. Tak całą drogę rozmawiali o pierdołach i dopiero przed samym wejściu do klubu Ivy chwyciła Dante za dłoń, by móc przyciągnąć go bliżej siebie.
Szczerze nie pamiętam, kiedy ostatnio wyszliśmy na randkę — zaczyna Ivy, by stanąć na palcach i złożyć chłopakowi krótkiego buziaka w polik, po czym uśmiecha się szeroko. Nie pamiętała już chwil, kiedy czuła ekscytację z przebywania z Dante. Każda zła chwila przykrywała te dobre wspomnienia, a ona... usilnie chciała do nich powrócić.
Wiesz, podobasz mi się taki... — rzuciła, przegryzając dolną wargę — chcesz potańczyć, napić się, czy jaki mamy plan na dziś? — zagaduje blondynka, czekając na jego plan. Nuda za bardzo doskwierała im w ostatnim czasie. Teraz nie mieli na głowie psa, którego Ivy oddała na noc do przyjaciółki. Mogli być we dwoje, a cały świat mógłby przestać dla nich istnieć.
I powiedźmy, że masz dziś dzień na tak... — zaczyna Ivy, uśmiechając się jeszcze szerzej — zgodzę się na wszystko, byle zobaczyć na twojej twarzy uśmiech — wszystko w granicach zdrowego rozsądku, ale była gotowa, by wymazać ze swojej głowy ten jeden błąd, który popełniła. Byle mogli być szczęśliwi.
25 y/o
Welkom in Canada
179 cm
zawodowo pcha się w kłopoty ale nikt mu za to nie płaci
Awatar użytkownika
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoe
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Wracanie do siebie po wypadku zdecydowanie nie było zajęciem, które Dante mógłby zaliczyć do grona swoich ulubionych. Albo w ogóle lubianych, choćby odrobinę. Największym problemem nie były nawet ograniczenia związane z poniesionymi obrażeniami – choć bezdyskusyjnie znacznie utrudniało to codzienne funkcjonowanie. Zdecydowanie większy problem stanowił w jego przypadku wymuszony odpoczynek. Śmiało można byłoby stwierdzić, że odnajdywanie się w nowej dla niego sytuacji nie wychodziło mu najlepiej i… prawdopodobnie to wszystko niespecjalnie ułatwiało odbudowywanie relacji z Ivy.
Coś było zdecydowanie nie tak jak powinno, coś być może zmieniło się bezpowrotnie i pewnie warto byłoby zastanowić się nad tym, czy była to zmiana na lepsze, czy może raczej wręcz przeciwnie. Obydwoje się starali, to nie ulegało wątpliwości. Tylko… może właśnie przez te starania tym bardziej utrudniali sobie zadanie?
Nie spodziewał się ani jej wolnego weekendu, ani propozycji wyjścia – nie takiego. Nie sposób byłoby jednak nie podzielić jej entuzjazmu. Bo ten zdecydowanie był zaraźliwy. Gdyby się nad tym zastanowić – w zasadzie jak wszystkie emocje przez nią prezentowane. Te zwykle udzielały się niejako podświadomie, jakby po prostu czas spędzony razem sprawiał, że niemal wszystkie przelewały się również na niego. Być może właśnie dlatego wszelkie ich kłótnie bywały aż tak gwałtowne i zadaniem wręcz niemożliwym było zachowanie spokoju, kiedy ona zaczynała tracić panowanie nad sobą. W tym przypadku pewnie jednak nie do końca chodziło tylko o ten zaraźliwy entuzjazm. O ile zwykłe wyjście do klubu można byłoby w jego przypadku uznać za coś absolutnie normalnego i na porządku dziennym – nawet po dłuższej, wymuszonej przerwie – to jednak wspólne wyjście do klubu było czymś, czego nie robili od… dawna. Na tyle, że chyba trudno byłoby wskazać dokładny moment, kiedy mieliby do tego okazję.
Niezbyt subtelna aluzja, że mam cię na jakieś zapraszać częściej – to zdecydowanie nie był żaden przytyk i zdecydowanie ani trochę tak nie brzmiało. Nie, kiedy zdanie wypowiadane było ze śmiechem, bez choćby śladu pretensji w głosie. – Ale jasne, tę przynajmniej rozumiem, trzeba będzie to zmienić.
Choć pewnie wciąż niewielka była na to szansa, biorąc pod uwagę fakt, jak niewielką ilością wolnego czasu dysponowała Ivy. Ale wciąż przecież było w tej wypowiedzi żartobliwej nuty niż… w zasadzie czegokolwiek innego.
Taki…? Czyli? – oczywiście, że nie mógłby powstrzymać się od lekkiego uniesienia brwi i posłania jej spojrzenia, w którym rozbawienie mieszało się z zaciekawieniem. – Myślę, że… nie mamy kompletnie żadnego planu. O to miało przecież chodzić, prawda? Nie planujemy niczego i zobaczymy jak to się skończy.
Co samo w sobie mogło brzmieć jak plan – albo na świetną zabawę i szansę na to, by rzeczywiście wreszcie spędzili trochę czasu ze sobą, albo… całkowitą katastrofę. Teraz jednak, widząc ją uśmiechniętą i z tym błyskiem w oczach, trudno byłoby w ogóle brać pod uwagę tę drugą opcję.
Splatając swoje palce z jej, wszedł z nią do klubu, gdzie zdecydowanie trzeba było już podnieść, żeby nawet mimo nachylenia się nieco bliżej jej ucha, móc przebić się ponad zbyt głośną muzykę.
I daj spokój, to nie tylko mój wieczór – choć mimo wszystko nie sposób byłoby nie uśmiechnąć się na jej słowa. W ten dość specyficzny sposób, który mógłby sugerować, że w tym przypadku mogła to być deklaracja co najmniej dość ryzykowna. – Ale nie myśl, że nie przypomnę ci jeszcze, że to powiedziałaś.
I chociaż w pierwszej kolejności skierowali się w stronę baru, nie planował wprawdzie niczego, co miałoby wykraczać bardzo poza granice rozsądku, ale… wiadomo było nie od dziś, że planowanie nie było jego mocną stroną. Mimo wszystko – to wciąż miał być ich wieczór, nie jego. Nie tylko jej zależało więc na tym, by nie skończył się efektowną kłótnią, która najpewniej całkiem skutecznie pozbawiłaby ich obydwoje dobrych nastrojów. I to zdecydowanie szybciej niż mogliby sobie tego życzyć.
A poza tym… wyglądasz naprawdę świetnie – oczywiście, że zdążył jej to powiedzieć już wcześniej, najpewniej jeszcze przed wyjściem. – I całe to świetnie zdecydowanie dalej nie oddaje tego jak faktycznie wyglądasz.
Bo faktycznie, zwłaszcza po wypowiedzeniu tego na głos nie sposób byłoby nie dojść do wniosku, że pozostawało to jakieś takie… nie do końca. Z braku lepszej alternatywy – musiało jednak wystarczyć. A ona przecież i tak powinna wiedzieć, że w jego opinii potrafiła świetnie wyglądać nawet po kilkunastogodzinnym dyżurze, tuż przed zasłużoną drzemką.

Ivy Harrison
I walk alone, not because I have to, but because I choose to
gall anonim
wszystko przejdzie, w razie czego można się dogadać
26 y/o
Welkom in Canada
161 cm
rezydentka chirurgii Mount Sinai Hospital
Awatar użytkownika
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoe
nieobecnośćnie
wątki 18+nie
zaimkizaimki
typ narracjityp narracji
czas narracji-
postać
autor

Dante Levasseur

Ivy unosi delikatnie kąciki swoich ust. Podekscytowanie i celebracja tego wieczoru wydawała się być dla niej rzeczą świętą. Chciała móc wyciągnąć z niego tyle, ile tylko byłaby w stanie. Nawet przez moment nie chciała wracać myślami do windy, a sprawić... by mogło się im udać. Wierzyła w to całą sobą. Zresztą widać było to w jej błyszczących, błękitnych oczach oraz szerokim uśmiechu, który nawet przez moment nie schodził z jej twarzy.
Bo powinieneś — stwierdza niemalże od razu, ale nie było w jej słowach żadnej zgryźliwości. Jedynie prośba o więcej. To nie tak, że miała ich związek za zły. Wiele byłaby w stanie oddać Levasseurowi. Straciła dla niego głowę, choć obawiała się reakcji rodziny na niego. Wiedziała, że patrzył na nią w ten sam sposób co ona, ale... jaka rodzina przystałaby na chłopaka wpadającego w coraz to nowe problemy? — nie chcesz, żebym częściej się dla Ciebie stroiła? — dopytała z chytrym uśmiechem na twarzy, który ani przez krótki moment jej nie schodził. Chciała słyszeć częściej, że jest piękna, że on ją kocha i że jest dla niego najważniejsza. Wszystkie kłótnie wymazałaby z głowy, jeśli wiedziałaby, że jest dla niego najważniejsza. Albo chociaż ważniejsza od nudy.
Wystrojony i uśmiechnięty — odparła, przechylając głowę. Wystrojony i dobrze ubrany, zwracający uwagę tylko na nią. Tyle było dla niej wystarczające — plan jest taki, że będziemy się dobrze bawić. Tyle i aż nadto, a to w jaki sposób to inna sprawa — odpowiadała, chwytając go jeszcze mocniej za dłoń. Spojrzała kątem oka na ich splecione razem dłonie. Choć raz mogli zachowywać się jak szczęśliwe gołąbeczki, prawda?
Tak wiem, nasz wieczór — mówi niemalże automatycznie — ale to mój wieczór tylko dla Ciebie — zaraz dodaje, puszczając mu krótko oczko — mogę mieć kaca i nie przejmować się kolejnym dyżurem — imprezować, szaleć, tańczyć. Nie zatrzymywać się, kiedy pojawi się w głowie rozsądna Ivy — czy to groźba? — pyta, unosząc do góry jedną ze swoich brwi — myślisz, że przyjmę ją na poważnie? — dopytuje, a kąciki obu ust idą do góry. Co mogłaby więcej powiedzieć? Nie bała się tego. Doskonale zdawała sobie sprawę, do czego był zdolny, ale i Ivy miała swoje za uszami.
Dziękuję — od razu poprawia sobie jeden z niesfornych ust, a chwilę później stoją już przy barze. Na trzeźwo w klubie nikt nie byłby w stanie wytrzymać — barman, 2 cuba libre— woła od razu Ivy. Standardowy starter u nich to setka oraz piwo. Tylko że blondynka odrobinę dorosła. Zapłaciła za ich drinki, po czym jeden podsuwa w stronę chłopaka — to... za nas, prawda? — zaraz unosi własne szkło, by stuknąć się szklankami, po czym upija połowę jego zawartości na raz. Jeszcze za mało, powinna wypić więcej, choć teraz po jej głowie... chodziło coś totalnie innego.
Jezu dawno nie byłam w klubie... — zaczyna swoje narzekanie, rozglądając się po parkiecie i upijając kolejne łyki drinka. Co się robiło w klubie? Tańczyło, piło, bawiło, a ona stała, jak sims bez polecenia. Coś musiała zrobić — tu jest tak głośno — wycedza Ivy, zdając sobie powoli sprawę... że mogła być już na to za stara. Dwadzieścia sześć lat na karku, dyżur po weekendzie, a ona jedynie rozglądała się jak dziecko. Wtedy zdała sobie sprawę z jednego, nie była tu sama. Chciała móc na nowo poczuć jeszcze raz tą samą satysfakcję co kiedyś przy nimchodź tu do mnie — powiedziała głośno, przyciągając go do siebie za koszulę. Przez krótki moment wpatrywała mu się w oczy, by po krótkiej chwili musnąć jego wargi własnymi. Musiała na nowo przypomnieć sobie ich smak. Faceta, dla którego oszalała. Z miłości dla niego oszalała, skoro cały czas z nim była. Wszystko dla tych loczków, tatuaży i dotyku jego warg.
Stęskniłam się za tym — stwierdziła cicho, będąc jeszcze milimetry od jego ust. Czuła jeszcze na nich posmak drinka, ale też adrenaliny. Dante był jej wielką, niekończącą przygodą, której za żadne skarby nie chciała przerwać. Zdecydowanie bardziej fascynowały ją jego brązowe oczy i światła klubu się w nich odbijające. Świat na moment przestał istnieć, a ona chciała myśleć tylko o nim.
Do tego stopnia, że nie zauważyła, jak ktoś z boku dosypuje jej coś do drinka. Kiedy na moment oderwała się od Levasseura, to wypiła duszkiem całą zawartość szklanki.
25 y/o
Welkom in Canada
179 cm
zawodowo pcha się w kłopoty ale nikt mu za to nie płaci
Awatar użytkownika
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoe
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Zdecydowanie była dla niego najważniejsza. Nawet jeśli nie zawsze był jej to w stanie właściwie okazać, a niekiedy pewne lekkomyślne działania mogły wręcz zdawać się temu zaprzeczać. Dziś jednak to bezdyskusyjnie oni mieli być na pierwszym miejscu, niezależnie od jakichkolwiek dotychczasowych zgrzytów w ich związku – włączając w to te drobne, niemal codzienne, jak i nieco poważniejsze, nad którymi trudniej było przejść do porządku dziennego. Chociaż tym razem… skupienie całej uwagi tylko i wyłącznie na Ivy nie wydawało się być niczym trudnym – wszystko za sprawą zarówno tego radosnego nastroju, który automatycznie wywoływał odwzajemniony uśmiech, jak i tego, że niezaprzeczalnie wyglądała tak, że trudno było od niej oderwać wzrok.
W porządku, nie mam nic, co miałoby przebić ten argument – skapitulował ze śmiechem. Nawet jeśli wciąż uważał, że nie dałoby się znaleźć momentu, w którym nie wyglądałaby dobrze, to wciąż była w tym dość znacząca różnica. Bo przecież nie starała się dla kogoś, a dla niego. I chociaż pozornie mogłoby to być w zasadzie niewiele, nie dałoby się tego nie docenić.
Myślę, że doskonale wiedziałaś co robisz, zgadzając się na wszystko – wciąż w jego wypowiedzi wybrzmiewało zdecydowanie więcej rozbawienia niż czegokolwiek, co można byłoby uznać za groźbę. Tym bardziej, że rzeczywiście – Ivy znała go prawdopodobnie aż za dobrze. I chociaż pewnie mimo wszystko wciąż byłby w stanie ją zaskoczyć, i to najpewniej nie zawsze w ten pozytywny sposób, dziś nic podobnego nie mogło mieć miejsca. Przynajmniej na jeden wieczór mieli pozwolić sobie wrócić do tego, co było kiedyś i w najmniejszym nawet stopniu nie przejmować się niczym poza sobą nawzajem. Być może z nieco większą dozą rozsądku niż kiedyś, wciąż jednak całkowicie beztrosko, nie zakładając w żaden sposób, że cokolwiek mogłoby im ten wieczór popsuć.
Przytaknął na jej toast, kiedy gdzieś pośród muzyki zgubiło się ciche brzęknięcie szklanek. Z kolei upijając kilka łyków własnego drinka, nie mógłby lekko rozbawionym uniesieniem brwi zareagować na widok jej w połowie opróżnionej szklanki. Kolejne jej słowa musiały natomiast wywołać krótki śmiech – zwłaszcza w połączeniu z rozczulającym na swój sposób widokiem pięknie wystrojonej i przez moment kompletnie nieodnajdującej się w tym miejscu Ivy.
Prawie na pewno udałoby się wynegocjować ściszenie muzyki, ale nie wiem co na to inni – zażartował, tuż przed tym jak pociągnęła go w swoją stronę. A chwilę później jakakolwiek muzyka, hałas, czy nawet ludzie dookoła musiały zejść na dalszy plan. Pocałunek odwzajemnił od razu, bez zawahania – było w tym coś spokojnego, jakby na chwilę faktycznie mogli wrócić do tych dawniejszych czasów, kiedy wszystko było w jakiś sposób prostsze. Jedną ręką odruchowo objął ją w pasie, na moment przyciągając nieco bliżej siebie.
Nie tylko ty – z lekkim uśmiechem raz jeszcze musnął wargami jej usta, przez tę krótką chwilę naprawdę nie chcąc skupiać się na czymkolwiek innym, jak tylko na niej. Dopiero kiedy odsunęła się, żeby ponownie sięgnąć po szklankę i dokończyła drinka, chwilowo zawiesił spojrzenie na pustym szkle. Choć zdecydowanie któreś z nich powinno zrobić to zdecydowanie wcześniej, skoro żadne nie zauważyło co właściwie stało się, kiedy skupiali się tylko na sobie…
Ale w końcu… przecież nic miało nie psuć tego wieczoru. Więc co niby mogłoby pójść nie tak?
Wygląda na to, że potrzebujesz nowego drinka – tym razem to on podszedł bliżej baru, żeby zamówić jej nową porcję alkoholu. Wciąż jednak tylko na moment pozwolił sobie na odwrócenie od niej wzroku, zaraz powracając do niej najpierw spojrzeniem, a chwilę później również całkiem dosłownie – z jedną pełną szklanką dla niej i nieco już opróżnioną własną.
Możemy na razie poszukać jakiegoś spokojniejszego miejsca. Skoro ściszenie muzyki nie wchodzi w grę, to przynajmniej będziesz miała czas, żeby się do niej przyzwyczaić – znów nachylił się nad nią, by mimo hałasu mogła bez większego problemu usłyszeć jego słowa. Ruchem głowy wskazał natomiast w kierunku siedzeń, które rzeczywiście dawały przynajmniej odrobinę spokoju i na szczęście nie były jakoś szczególnie oblegane.

Ivy Harrison
I walk alone, not because I have to, but because I choose to
gall anonim
wszystko przejdzie, w razie czego można się dogadać
26 y/o
Welkom in Canada
161 cm
rezydentka chirurgii Mount Sinai Hospital
Awatar użytkownika
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoe
nieobecnośćnie
wątki 18+nie
zaimkizaimki
typ narracjityp narracji
czas narracji-
postać
autor

Dante Levasseur

Pokręciła delikatnie głową, wywracając przy tym oczyma. Jasne, doskonale zdawała sobie sprawę z tego, z mogła mieć do czynienia. Dante potrafił ją zaskakiwać na miliony sposobów. Nie zawsze pozytywnymi, czasami mimowolnie sprawiał, że zaczynała się złościć, wręcz wkurwiać, a w innych chwilach pojawiały się na jej twarzy łez. Momentami chciała wręcz krzyczeć, że nie daje sobie z tym wszystkim rady. Tylko zawsze wracała do tych brązowych tęczówek i wiedziała, że musiała. Tak po prostu musiała bez żadnego mrugnięcia okiem. Był on dla niej oczkiem w głowie, w pewnym sensie kimś wyjątkowym, za kogo dałaby się pokroić. Dlatego celebrowała tę chwilę, chciała móc się w niej wręcz zanurzyć i odciąć się od codzienności.
Sprzedała mu delikatnego kuksańca w bok, nadymając swoje policzki. Widziała jego rozbawienie. Pewnie stara Ivy ciągnęłaby go właśnie na środek parkietu, by powywijać biodrami, uśmiechać się szeroko i dać się ponieść chwili. Za to obecna czuła się delikatnie przebodźcowana każdym elementem imprezy. Znalezienie się wśród osób, które wypiły zdecydowanie więcej od niej, lub wzięły coś czego ona nie brała. Było momentami przeciążające.
Myślę, że mogliby nie być zachwyceni z marnowania wieczoru i zostalibyśmy odstrzeleni — rzuca półserio, półżartem. Głośność nie grała tu żadnej roli. Światła błyskały mocno, ludzie krzyczeli, ocierając się nawzajem o siebie. Może to kwestia czystości i sterylności szpitalnego środowiska. Jasne, białe światło, zapach detergentu, a tu wszystko było... dzikie.
Uśmiechnęła się w trakcie pocałunku, czując jego przyciągnięcie. Aż chwyciła go mocniej za ramię. Dla takich chwil czekała na ten wieczór. Odrobina intymności bez krzyków. Zresztą dzisiaj i tak by nikt ich nie usłyszał, żadnej radości z uprzykrzania życia sąsiadom.
Mógłbyś częściej mnie kosztować, wiesz Dante? — rzuca, przegryzając jeszcze dolną wargę. Momentami mogła być ostrożniejsza. Nie poczuła żadnego dziwnego smaku. Za to wiedziała jedno. Potrzebowała cholernie alkoholu, by jej myśli delikatnie się odprężyły. Dać się ponieść muzyce, to powinno być jej nowe motto.
I faktycznie wydawał się powoli zacząć na nią działać. Uśmiech zrobił się jeszcze szerszy, a światła wydawały się mniej jej przeszkadzać.
Dziękuję mój głuptasku — rzuca Ivy, biorąc od mężczyzny drinka. Od razu staje na palcach, by dać mu krótkiego, ale za to słodkiego buziaka w prawy policzek. Nic nie mówiąc, ruszyła za nim w stronę loży. Mocno chwyciła za rękę i cały czas się w nią wpatrywała jak w najcudowniejszą rzecz na świecie.
Rozsiadła się wygodnie na kanapie, a źrenice powoli zaczęły się jej powiększać. Światła wydawały się być coraz bardziej intensywne, świat zaczął przyjemnie wirować. Chyba alkohol zaczął działać. Bez większego zastanowienia chwyciła za szklankę, upijając kilka kolejnych łyków. Zdecydowanie świat stał się przyjemniejszy. Aż przysunęła się bliżej mężczyzny i zaczęła go delikatnie trącać nosem po policzku. Zapach jego szamponu do włosów był elektryzujący i te loczki... Tak, uwielbiała te loczki.
Zadam Ci bardzo dziwne pytanie — zaczyna Ivy, a jej oczy błyszczą. Wydaje się aż nader spokojna jak na samą nią. Jakby te drinki faktycznie magicznie zadziałały — co robiłeś jak mnie nie było? — na jego policzku już wędruje jej dłoń i zaczyna go delikatnie głaskać kciukiem. Wcale nie interesowała ją impreza, bo czuła się... szczęśliwa. Tak pieruńsko szczęśliwa, że mogłaby zrobić wszystko dla niego, a wystarczyło zaledwie jedno słowo.
ODPOWIEDZ

Wróć do „The Shop”