Może tak naprawdę nie przemyślał sprawy z tym bandażem, bo rzeczywiście jak on sobie na to założy te swoje pierścionki, albo tan ładny kastet, który dostał od Esme i Lopeza? Tu już nie chodziło o grę, ale taka zawinięta, bardzo ładnie swoją drogą, ręka jednak ograniczała pewne ruchy. Słuchał Pilar i przez chwilę ważył w głowie wszystkie za i przeciw, a były różne. Za było to, że nie będzie musiał robić z siebie błazna na tym polu golfowym, posiedzi sobie w melexie i popatrzy jak Pilar się wypina. Słuszna opcja za.
Przeciw było to, że on nawet w taką łapę dobrze nie złapie borni, a Lopez mu owinął prawą...
-
A ty sobie zdajesz sprawę, że to był świetny pomysł, póki tutaj nie przyszłaś... - no bo był, zanim Pilar mu go nie wyperswadowała to Madox był pod ogromnym wrażeniem Lopeza, że ten to ma łeb. Okazało się, że oni to byli siebie warci z tymi genialnymi pomysłami. Dobrze, że Lopez miał Esme, a Madox Pilar…
Która kiedyś pewnie nie tylko podzieli się z nim dobrą radą, ale też zrobi mu krzywdę, stęknął prosto w jej ucho, kiedy go uderzyła, akurat tam...
-
Vengo a ti con mi corazón en la mano, y tú... -
ja do ciebie z sercem na dłoni, a ty..., mruknął jej do ucha z wyrzutem, bo on jej chciał pokazać jakiś ruch, żeby miała jako takie pojęcia o tym golfie, no to chyba miło z jego strony? Tylko, że zamiast się czegoś nauczyć, to wywalili wazon, ale to akurat było bardzo w ich stylu. A to, że Madox nie zamierzał tego teraz sprzątać też w sumie, cały on. Poszedł się za to szykować... I to już w ogóle nie wyglądało jak Madox Noriega, bo to jasne wdzianko kontrastowało z jego ciemnymi tatuażami aż zanadto. Chociaż to może nawet nie chodzi o kolor... a o ten vibe kelnera? Jakiegoś grzecznego kolesia.
-
Proszę cię... - pokręcił głową, bo wiedział jak wygląda, no ale trzeba było się wcielić w rolę, tak?
Przez chwilę zastanawiał się jak on ma tutaj gdzieś schować broń, ale nie było opcji, wziął tylko kastet i jakąś żyłkę, która wsadził do tylnej kieszeni ślicznych, bielutkich spodenek. Oczywiście jeszcze ten telefon z sypialni i mogli iść. Jechać...
Tylko zaraz się okazało, że to Pilar miała prowadzić.
-
Oh madre de dios, przecież ty nie będziesz umiała tutaj prowadzić - mruknął i już chciał tę rękę z kluczykami wystrzelić w górę, żeby ich nie dostała, ale Stewart była szybsza. Coś tam pomarudził pod nosem, ale usiadł na miejscu pasażera. A po drodze co zrobił? Przyciął ten bandaż, który już mu trochę wisiał, drzwiami, i on mu się całkowicie odwinął. Czyli chyba z jego udawania jednak nici, ale to nawet lepiej...
Chociaż z drugiej strony, coś dzisiaj miał pecha ten Madox, wazon, bandaż, telefon mu upadł ze trzy razy. No ale może to znaczy, że później się to na nim odbije fartem? Przy Pablo. Oby.
Rozsiadł się wygodnie i zaczął oglądać ten kastet, który miał w kieszeni, a dopiero po chwili, jak Pilar zwróciła mu uwagę, to zapiął pas, z tym pechem to powinien to jednak zrobić.
-
Na burgera? - zapytał ją unosząc jedną brew, w sumie mógłby już coś zjeść, ale to pewnie dlatego, że już miał trochę nerwówkę, żeby tylko nie spierdolił tego, co on temu Pablo nagadał -
od razu na kort, i tak jesteśmy spóźnieni - rzucił i wklepał jej w nawigację, którą Bentley miał wbudowaną, adres tego klubu golfowego. To był klub... Chociaż Noriega podejrzewał, że żadnych panienek, ani koksu tam nie będzie.
Zaparkowali przed klubem, budynek wyglądał normalnie, elegancko, ale w środku...
Jakie było ich zdziwienie kiedy od wejścia powitały ich podobnie do Stewart ubrane hostessy, a na tacach szampan.
Szkoda, że nie koks, ale jak się nie ma co się lubi...
Madox wychylił od razu dwa kieliszki.
-
Zajebiesz mnie... - zwrócił się do Pilar, a zaraz złapał ją za rękę i pociągnął gdzieś na bok, gdzieś miedzy ogromną palmę, a ścianę pokrytą chyba szczerym złotem, aż Madox musiał po niej przejechać palcami. No ale to nie było teraz takie ważne.
-
Powiedziałem mu, że masz na imię... - zaczął przestępując z nogi na nogę -
Rosa - no bo to pierwsze co mu przyszło do głowy, i on nawet nie myślał wtedy o tej Rosalindzie z Medellin, tylko o tych różach w ogrodzie jego matki. Po chuj tam było tyle róż?
-
No i druga rzecz... - zaczął, ale teraz to już chyba wszystko zepsuł tą Rosą, więc się zawahał, ale w końcu sięgnął do kieszeni, tylko, że zanim zdążył wyjąć... to coś, to akurat do klubu wchodził Pablo, i co? Pechowo gościu spojrzał akurat na nich.
-
Matteo?! - zawołał, a Madox aż się jakoś wzdrygnął, ale zaraz przykleił sobie do twarzy ten swój typowy, pewny siebie uśmiech.
-
O kurwa, Pablo, ty to masz oko... - rzucił i jeszcze się obejrzał na Pilar wywracając oczami w ten złoty, zdobny sufit -
chciałem jeszcze sobie tutaj na boku przypudrować nos, rozumiesz stary... - mrugnął do Pablo jednym okiem. Pablo rozumiał doskonale.
-
Co ty kurwa w melexie już czekają dziewczynki... - zaczął, ale zaraz jego spojrzenie padło na Pilar -
a ty jesteś z narzeczoną, przedstawisz mnie? - Madox od razu odwrócił się do Stewart, żeby oprzeć jej palce w talii, żeby wypchnąć ją do przodu, przed Pablo. Była jeszcze na niego wkurwiona? Pewnie tak, ale teraz już trzeba to było schować do kieszeni. Tak jak to co on tam miał z niej wyjąć.
-
Rosa, moja narzeczona - przesunął palcami po jej ramieniu, żeby sięgnąć jej dłoni -
moje największe szczęście - spojrzał w te jej brązowe, piękne oczy -
światło mojego życia - uniósł jedną brew, ale tylko tak, żeby Pilar wiedziała, a jej dłoń uniósł do góry -
moja królowa, bratnia dusza... - musnął wargami wierzch jej dłoni, bo Matteo lubił takie przedstawienia -
mi amor - jeszcze jedno spojrzenie w jej oczy i jeszcze jeden pocałunek. Pablo się ucieszył, a zaraz już walnął Madoxa w ramię.
-
No zobacz Matteo, kto by pomyślał? A jeszcze dwa miesiące temu taki był z ciebie Don Juan - Madox wywrócił oczami. A Pablo zaraz ściskał rękę Pilar.
-
Ślicznotka z ciebie Rosa, lubisz kokainę? - ten to też się nigdy nie pierdolił -
ach, Pablo jestem, ale możesz mi mówić Papi - puścił jej oczko, a Madox przesunął językiem po górnej wardze, bo kurwa musiał się powstrzymać, żeby nie parsknąć. Papi Pablo.
Pilar Stewart