-
Naprawdę kocha się tylko raz w życiu, nawet jeśli człowiek tego nie zauważa.nieobecnośćniewątki 18+niezaimkishe/hertyp narracjityp narracjiczas narracji-postaćautor
- Wendy - patrzy na nią z boku ze wzrogkiem typu "don't bulshit me" - To ty mi zawsze mówisz, że ja znajduje same wymówki - i faktycznie chciał jeszcze jej coś powiedzieć na to, że urlop zawsze przecież może wziąć niepłatny, albo pracować zdalnie... chociaż nie, w przedszkolu to raczej niemożliwe. Ale kiedy cokolwiek chciał powiedzieć, Wendy zaczęła nagrywać głosówkę do swoich przyjaciół. Ta gromadka miała w sercu Petera jakieś miejsce, bo Wendy bardzo ich kochała i widział, że oni też zawsze ją wspierają. Co prawda on sam nie do końca zdołał nigdy zrozumieć jaki fenomen jest w grupie, może dlatego, że kiedy się z nimi spotykał, miał wrażenie że wszyscy łykneli ekstasy albo koks. Mówili w takim tempie i tak głośno, że czasami na prawdę nie nadążał za tematem. Na szczęście pojedyńczo dogadywał się zarówno z panem prawnikiem, jak i panią koroner, chociaż oni obydwoje potrafili posłać mu na prawdę przerażające spojrzenia. Chyba najmniej przerażała go managerka, ale ona z kolei zadawała mu czasami bardzo dziwne pytania, jakby był jej wyrocznią od hetero spraw. Kiedyś na przykład musiał jej wyjaśnić na czym polega gra w baseball, bo miała mieć imprezę w tym temacie i ciągle pytała czy można na raz grać dwoma piłkami.. Peter nie wiedział już w pewnym momencie czy ona się z niego nabija, czy serio znów o to pyta. No i o to, czy on by na przykład pokazał swój kij. Nawet jeżeli jej mówił, że on nie ma osobiście takiego kija do baseballu.
No tak czy siak, uśmiał się trochę słuchając co ona tam opowiada swoim przyjaciołom. - Odprowadzę, odprowadzę. Skoro już im się przyznałaś, że ja cię odprowadzam, to nie miałbym życia gdybym Cię tu zostawił, zresztą nie wiem, czy wiedziałąbyś jak stąd trafić - spojrzał w górę po budynkach i wydaje mu się, że dobrze idą, ale w zimie wszystkie wyglądają trochę inaczej. Zastanawia się nad tym, dlaczego nie powiedział wcześniej co sądzi o Johnie Wendy, ale ilekroć chce się przyznać, ma wrażenie, że to co chce powiedzieć nie brzmi dobrze. Nie powiedział, bo jest mu żal, że Wendy wybiera jedynie luzerów? Nie powiedział, bo może ma uprzedzenia, skoro żaden chłopak przyjaciółki nigdy mu nie przypadł do gustu? Tak długo się zastnawiał, że zapomniał odpowiedzieć jej na to, w końcu troche jest pijany, tak?
- Musze zobaczyc. Ale nie dzis, chyba jeszcze nie jest dobra godzina na ogladanie mieszkania - tak się przekonał i wtedy Wendy odpala wódkę. Onie.
- O nie nie nie nie - Peter kręci głową, że nie może już pić, ale później znów kaszle i ciężar tej decyzji maluje mu się na twarzy, bo chociaż bardzo nie chce, to wyciąga rękę i odkręca małpkę. Odruchowo podstawił ją pod nos i skrzywił się jeszcze bardziej. - Co to za smak jakiś Cif?- i patrzy na etykietkę zezując - Ananasowy? Wendy...może masz jeszcze jakieś w tej kurtce - i chce zajrzeć pod tą jej kurtkę, ale wiadomo, że nic tam nie znajdzie oprócz stroju dyskotekowej kuli, więc wyciąga rękę zamka pod jej brodą, który panował rozpiąć i sprawdzić sam kieszenie... z jakiegoś powodu te wewnętrzne. Może to nie było przemyślane, ale nawet bez tego ostatniego łyka, o który tak walczył, czuł że alkohol mocno dziś prowadzi nie tylko jego myśli ale jak i widać czyny.
W końcu jednak pewnie będzie musiał się poddać no i spróbować tej wódeczki ananasowej, zrobi to pierwszy i odda Wendy drugą połówkę. Dopiero, kiedy się już z tym uporali postanowili przyśpieszyć kroku i faktycznie na początku szło im dobrze, ale kiedy byli na światłach Wendy chyba się poślizgnęła, a Peter nie zdążył wcale zareagować na to na tyle szybko, by również złapać równowagę, więc leci. Leci na ziemię do tyłu i odruchowo przygarnął Wendy do siebie, żeby jak upadnie to nie na ten lód o który się poślignęła tylko na niego. I może dobrze, że mu się udało, natomiast on aż stęknął z bólu, bo nie dość, że się wywalił sam to jeszcze ze slodkim ciężarem na sobie. Leży tak i mówi:
-Uh, obiecaj mi, że nie powiesz nikomu z drużyny, że się wywaliłem na lodzie - i dopiero wtedy otwiera oczy i widzi że Wendy upadła nie plecami na niego tylko buzią więc, kiedy otworzył oczy to ma jej różowe policzki przed sobą i czuje jej ciepły oddech na swojej twarzy. Miał wrażenie, że ta chwila kiedy tak leżeli trwa albo bardzo długo. Nagle wcale mu nie przeszkadzało, że leży na morkym i zimnym lodzie, a może nawet czuł więcej ciepła, niż kiedy wcześniej stał pod budką z kebabem z której przecież buchał ogień. Chyba nie zdążył nic powiedzieć, ale na pewno zdążył znaleźć spojrzeniem jej oczy, też lekko pijane. I pomyśleć, że jeszcze pod tym kątem nie widział Wendy. I że to bardzo miły kąt.
Wendy Gardner
-
It's my party, and I'll cry if I want to!
nieobecnośćniewątki 18+niezaimkiona/jejtyp narracjitrzecioosobowaczas narracjiprzeszłypostaćautor
Miał rację, szukała jakiejkolwiek wymówki, bo wspólny wyjazd do Włoch wydawał się nieodpowiedzialny, ale gdyby ktoś zapytał się jej dlaczego tak uważa, to nie potrafiłaby już tego w słowa ująć. Między ich planowanie wyjść czy wyjazdów najwyraźniej wkradły się jakieś błędy systemu, bo Gardner zaczynała wszystko analizować: czy powinna, czy to nie za wiele na raz, a bo ma dziewczynę, a bo ona ma pracę. Kiedyś to w ogóle nie leżało w strefie jej zainteresowania, przyjaźnili się i spotykali się, kiedy tylko chcieli. Dzwonienie do siebie w środku nocy nie wydawało się czymś nieodpowiednim, a raczej zupełnie naturalnym, jeśli okoliczności tego wymagały. Był pierwszy na liście szybkiego wybierania, a czaty z nim zawsze widniały na samej górze. I choć niby nie zmieniło się nic w przeciągu ostatnich dwóch miesięcy, to jednak miała wrażenie, że zmienia się wszystko. Delikatne ukłucie pojawiało się zawsze wtedy, gdy wydawało się jej, że zaczyna coś tracić. Coś co budowali skrupulatnie wiele lat świetnie się przy tym bawiąc. Może na przekór powinna polecieć? O, czyżby nagła zmiana myślenia? Czyżby próbowała udowodnić im, że nic się nie zmieniło? Nie nie, n i e powinna lecieć.
Jak najlepiej odciągnąć swoją uwagę od problemu? Generując inny problem, bo tym właśnie były pijane głosówki, które zostaną w pamięci grupowego czatu na wieki i będą ją dozgonnie prześladować. Jednak w obecnej sytuacji jak widać na załączonym obrazku (wystarczyło na nią spojrzeć) nie bardzo przejmowała się konsekwencjami oraz tym co mówi przy Peterze. Oni wiedzieli o nim wszystko, on o nich też wiele wiedział. Może nawet dostrzegali więcej niż ona sama, beztroska i bujająca w obłokach. Nieświadoma.
— To prawda, nie daliby ci żyć — przyznała, znając już swoich przyjaciół zbyt dobrze. Pocieszona jego zapewnieniem odprowadzenia nie marudziła zbyt wiele, ale dodac musiała — oj tam, wiedziałabym wystarczy, że pójdziemy tam, a potem skręcimy w prawo — oczywiście okazało się, że mieli iść w zupełnie przeciwnym kierunku, ale czy to miało teraz jakiekolwiek znaczenie? Gdyby nie on to pewnie zjadłaby kebaba, wsiadłaby w taksówkę i odlatując w śpilkulot dotarłaby do mieszkania nie do końca pamiętając jak. Teraz też nie będzie zbytnio pamiętać, ale przynajmniej rozchodzi trochę buzujący w niej alkohol, a kebab nie będzie ciążył na żołądku tak, jakby to miało miejsce, gdyby się kimnęła w taksówce.
— Jak będziesz chciał to załatwię ci namiary na właściciela — oznajmiła przytakując, bo oglądanie mieszkania o czwartej nad ranem odbywałoby się chyba przez dziurkę od klucza.
— A n a n a s, a nie jakiś tam cif — oznajmiła tonem świadczącym, że to jeden z topowych smaków wódki na jaki trafiła. Nieprawda, bo pierwszy lepszy jaki zgarnęła ze stolika, ale to nie miało teraz najmniejszego znaczenia.
— Łaskoczesz! — pisnęła radośnie, odruchowo podnosząc ramiona ku górze, jakby chciała ochronić swoją wrażliwą szyję, gdy tak próbował dorwać się do jej zamka pod brodą. I fakt, pod kurtką znalazłby co najwyżej strój będący niezłym odpowiednikiem kuli dyskotekowej.
Peter Blythe
-
Naprawdę kocha się tylko raz w życiu, nawet jeśli człowiek tego nie zauważa.nieobecnośćniewątki 18+niezaimkishe/hertyp narracjityp narracjiczas narracji-postaćautor
- Chyba musimy tu zostać Wendy - oświadczył - Rano nas znajdzie jakiś cieć i może nam pomoże, ale nie wiem czy nas znajdzie jak przykrje nas ten śnieg - bo kiedy tak leżeli to znów śnieg zaczął z nieba prószyć i otaczać ich magiczną atmosferą.
Peter w końcu zebrał się w sobie i okazało się, że ma odpowiednie buty na taką ślizgawicę, więc kiedy udało mu się w końcu wstać to schylił się też po Wendy i pomaga jej wstać do pionu.
- Na prawdę potrzebujemy dojść do domu bez kolejnych wypadków - postanawiają i pewnie ruszają dalej, teraz jednak już Peter trzyma ją z ramieniem przełożonym przez jej talię, żeby się już nie wywalała więcej na tym lodzie, bo zaraz dostaną jakiegoś wstrząśnienia mózgu i stracą wszystkie wspomnienia i tak to się skończy.
- Wiesz czego się dziś dowiedziałem? W lutym zaczyna się nowy rok chiński i podobno wszystko się zmieni, może faktycznie muszę... musimy obejrzeć to mieszkanie obok ciebie
Wendy Gardner
-
It's my party, and I'll cry if I want to!
nieobecnośćniewątki 18+niezaimkiona/jejtyp narracjitrzecioosobowaczas narracjiprzeszłypostaćautor
I wpadła, dosłownie.
Dwa razy, nim upadła na śnieg.
Chyba musimy tu zostać, Wendy
— Szkoda, że nie możemy — wymknęło się jej cicho, kiedy spoglądała w niebo. Płatki śniegu wirowały nad ich głowami, a ona pomimo chłodu, pijactwa, przejedzenia i stłuczonego nadgarstka czuła dziwny spokój. — Jest magicznie — szepnęła zerkając na Piotrka i obdarzając go błogim uśmiechem. Biedaczka, była całkowicie pijana…ale szczęśliwa.
Widząc, że Peter staje na wysokości zadania postanowiła usiąść, by jakoś pomóc mu chociaż przy tym wspólnym stawaniu na nogi. Podała mu grzecznie ręce i dała sobie pomóc, nie wiedząc czy była oszołomiona przez procenty czy przez dziwną chwilę jaka właśnie miała miejsce. Może wcale nie była dziwna, może to sobie uroiła. Może jutro nie będzie nawet miała tego w pamięci.
— Prowadź więc — powiedziała dając się objąć w pasie, a nawet wykorzystując to do podparcia swojej głowy na jego ramieniu. Czuła, że gdy tylko wejdzie do domu odleci w krainę błogiego snu nie zdając sobie sprawy z tego jakie konsekwencje dzisiejszych czynów ja czekają za parę godzin.
— Czego? — zapytała wyraźnie zaintrygowana. — Musimy, koniecznie — wyznała szybko orientując się co powiedziała. — Wy musicie, w sensie ty i Kristin — przytaknęła uśmiechając się radośnie. Czy nie byłoby wspaniale mieć go na wyciągnięcie ręki. Będzie prawie jak wtedy, kiedy mieszkali ze sobą.
Raptem kilka kroków dalej, gdy przeszli ulica na drugą stronę, znaleźli się pod wejściem do jej mieszkania.
— Wezwij taksówkę, poczekam tu z tobą —powiedziała, choć oczom przyadłyby się zapałki, tak bardzo zmrużone były po ostatniej części ich spaceru. Nie powinien wracać sam, nie w takim stanie i nie o tej porze. — Możemy też poczekać w środku, na klatce — zaproponowała. U niej też by mogli, choć znając ich to już by tak zasnęli do rana i na tyle byłoby z jego powrotu do domu.
I poczekali, choć pewnie i tego nie pamiętała następnego dnia. Podobnie jak tego, że cmoknęła go na pożegnanie zbyt blisko ust, niż to dozwolone w przypadku zajętego faceta, a tym bardziej przyjaciela. Oraz ich upadku. Może nie pamiętała, a może tak było łatwiej.
/ koniec
Peter Blythe