Busted!
Miał rację, szukała jakiejkolwiek wymówki, bo wspólny wyjazd do Włoch wydawał się nieodpowiedzialny, ale gdyby ktoś zapytał się jej dlaczego tak uważa, to nie potrafiłaby już tego w słowa ująć. Między ich planowanie wyjść czy wyjazdów najwyraźniej wkradły się jakieś błędy systemu, bo Gardner zaczynała wszystko analizować: czy powinna, czy to nie za wiele na raz, a bo ma dziewczynę, a bo ona ma pracę. Kiedyś to w ogóle nie leżało w strefie jej zainteresowania, przyjaźnili się i spotykali się, kiedy tylko chcieli. Dzwonienie do siebie w środku nocy nie wydawało się czymś nieodpowiednim, a raczej zupełnie naturalnym, jeśli okoliczności tego wymagały. Był pierwszy na liście szybkiego wybierania, a czaty z nim zawsze widniały na samej górze. I choć niby nie zmieniło się nic w przeciągu ostatnich dwóch miesięcy, to jednak miała wrażenie, że zmienia się wszystko. Delikatne ukłucie pojawiało się zawsze wtedy, gdy wydawało się jej, że zaczyna coś tracić. Coś co budowali skrupulatnie wiele lat świetnie się przy tym bawiąc. Może na przekór powinna polecieć? O, czyżby nagła zmiana myślenia? Czyżby próbowała udowodnić im, że nic się nie zmieniło? Nie nie, n i e powinna lecieć.
Jak najlepiej odciągnąć swoją uwagę od problemu? Generując inny problem, bo tym właśnie były pijane głosówki, które zostaną w pamięci grupowego czatu na wieki i będą ją dozgonnie prześladować. Jednak w obecnej sytuacji jak widać na załączonym obrazku (wystarczyło na nią spojrzeć) nie bardzo przejmowała się konsekwencjami oraz tym co mówi przy Peterze. Oni wiedzieli o nim wszystko, on o nich też wiele wiedział. Może nawet dostrzegali więcej niż ona sama, beztroska i bujająca w obłokach. Nieświadoma.
—
To prawda, nie daliby ci żyć — przyznała, znając już swoich przyjaciół zbyt dobrze. Pocieszona jego zapewnieniem odprowadzenia nie marudziła zbyt wiele, ale dodac musiała —
oj tam, wiedziałabym wystarczy, że pójdziemy tam, a potem skręcimy w prawo — oczywiście okazało się, że mieli iść w zupełnie przeciwnym kierunku, ale czy to miało teraz jakiekolwiek znaczenie? Gdyby nie on to pewnie zjadłaby kebaba, wsiadłaby w taksówkę i odlatując w śpilkulot dotarłaby do mieszkania nie do końca pamiętając jak. Teraz też nie będzie zbytnio pamiętać, ale przynajmniej rozchodzi trochę buzujący w niej alkohol, a kebab nie będzie ciążył na żołądku tak, jakby to miało miejsce, gdyby się kimnęła w taksówce.
—
Jak będziesz chciał to załatwię ci namiary na właściciela — oznajmiła przytakując, bo oglądanie mieszkania o czwartej nad ranem odbywałoby się chyba przez dziurkę od klucza.
—
A n a n a s, a nie jakiś tam cif — oznajmiła tonem świadczącym, że to jeden z topowych smaków wódki na jaki trafiła. Nieprawda, bo pierwszy lepszy jaki zgarnęła ze stolika, ale to nie miało teraz najmniejszego znaczenia.
—
Łaskoczesz! — pisnęła radośnie, odruchowo podnosząc ramiona ku górze, jakby chciała ochronić swoją wrażliwą szyję, gdy tak próbował dorwać się do jej zamka pod brodą. I fakt, pod kurtką znalazłby co najwyżej strój będący niezłym odpowiednikiem kuli dyskotekowej.
Ba! Znalazłby o wiele więcej, ale w ich przypadku to niedozwolone. —
I nie, nie mam — nie ściemniała, mógł sprawdzić, byleby nie łaskotał! Wpierw jednak musiał dotrzymać jej kroku, bo naprawdę dziewczyna przyspieszyła, ale było okrutnie zimno, przynajmniej w policzki i dłonie, bo w środku czuła nawet całkiem przyjemne ciepełko. Nic nie zwiastowało katastrofy, która miała nadciągnąć do nich wraz z oblodzonym chodnikiem i jednym fałszywym ruchem. Nie była pewna, czy to ona wyzwoliła lawinę upadku, czy Peter, wszystko działo się na tyle szybko, że nim się obejrzała świat jej zawirował przed oczami, po czym upadła. Myślała, że w jakąś zaspę, bo lądowanie było miękkie, ale… zaspa okazała się ciepła i w dodatku mówiła. —
O, boże. P r z e p r a s z a m — bo więcej niż pewne, że to jej wina. Ona była grupową niezdarą, przepadała na prostej, potykała się o własne nogi, aż dziwne, że zaliczyła lądowanie na miękkim. To do niej niepodobne. —
Nie powiem, buzia na kłódkę — oznajmiła udając, że zamyka usta i wyrzuca kluczyk. Teraz był dobry moment, by podnieść swoje cztery litery do góry, wstać, zwolnić go spod ciężaru dyskotekowej kuli, a jednak tego nie robiła. Chwile gapiła się na niego, czując jak krew napływa jej do już i tak czerwonych od chłodu policzkach. Zamrugała kilkakrotnie zwilżonymi od pary rzęsami spojrzeniem wodząc chwilę
zbyt długo po jego twarzy, jakby chciała zapamiętać dzisiejsze rysy
na próżno i dopiero po chwili oparła dłoń o chodnik, chcąc się podeprzeć i podnieść. Problem w tym, że próbując się unieść ręka podjechała jej na lodzie i znów na niego wpadła, ale szybko zrobiła jeszcze jedno podejście - też nieudane. Zamiast przeprosin z jej ust wydobył się radosny śmiech. Śmiała się tak mocno, że nie potrafiła już nawet podjąć się kolejnej próby wstania. Opadła na niego bezradnie chowając swoją roześmianą twarz w jego szyi, by po chwili sturlać się z niego i leżąc tak obok na lodzie spojrzała najpierw w niebo, a później na niego z szerokim uśmiechem na twarzy.
Peter Blythe