
001
Głos odbijanych szpilek o podłogę wybrzmiał w korytarzu, kiedy Daisy Whitmore przemierzała kolejne metry redakcji w trybie ekspresowym. Od samego rana biegała na podwójnych obrotach, próbując dopiąć publikacje dużego materiału związanego z pożarem w okolicy Mount Sinai Hospital.
Istniało wysokie prawdopodobieństwo, że ogień wcale nie wzniecił się przypadkowo. Wręcz przeciwnie — Sebastian miał solidne dowody na to, że było to świadome podpalenie, które miało na celu nie tylko wywołać panikę, ale również doprowadzić do ewakuacji jednego z więźniów, który przebywał aktualnie w szpitalu po operacji.
Z początku wszystko szło jak po maśle: tekst, grafika, odpowiednio wyjaśnione źródła, akcept od działu prawnego, który był przecież niezbędnikiem w tego typu artykułach, a jednak od rana zaczęły napływać telefony świadczące o tym, że informacja o artykule wyszła poza firmę. Ktoś puścił parę, a teraz recepcja odbierała telefony z pogróżkami pomieszane z co to nowymi źródłami, mającymi wiecej informacji w sprawie, które naturalnie trzeba było sprawdzić. Sytuacja była napięta, a Daisy jako manager projektu musiała to wszystko spiąć w całość i zrobić co w jej mocy, żeby tekst jeszcze dzisiaj ujrzał światło dzienne.
— Błagam cię, Roy, jedź na miejsce i przeprowadź wywiad z tą kobietą, która podobno widziała podpalacza — rzuciła do telefonu, który zaraz płynnie skończył między jej uchem a ramieniem, bo ręce miała zajęte wyciąganiem kubka z szafki. — Wiem, że to może być pusty trop, ale jeśli nie, to musimy mieć jej wypowiedź jako pierwsi — jej głos był stanowczy, chociaż zdeycodwanie brakowało w nim wigoru, po tym jak przez cztery godziny ślęczała nad papierami w sprawie. Potrzebowała kawy. W trybie pilnym, jeśli w ogóle miała zamiar jeszcze popracować. — Możesz użyć firmowej karty — skinęła głową, chociaż on i tak nie mógł tego wiedzieć. Z lodówki wygrzebała mleko, by już po chwili wlać je do jednego z pojemniczków przy ekspresie, a następnie podłożyć kupek i nacisnąć wielki przycisk zatytułowany americano. Czy właśnie wlała mleko, żeby zrobić sobie czarną kawę? Tak. I to był właśnie jeden z powodów, dla których potrzebowała kofeiny.
Problem pojawił się w momencie, w którym maszyna zabuczała — chyba głośniej niż powinna? — a potem stało się jedno wielkie…nic. Daisy ściągnęła brwi, próbując zlokalizować źródło problemu, przy okazji słuchająć wywodu Roya.
— No co jest? — spróbowała wcisnąć to jeszcze raz, ale i tym razem dostała w odpowiedzi jedynie buczenie. — Co? Nie, to nie do ciebie — mruknęła, czując jak telefon powoli wysuwa się jej spod ramienia. — Po prostu tam jedź i się wszystkiego dowie… — nawet nie dokończyła, bo z chwilą, w której jej dłoń uderzyła o tył ekspresu, komórka wyślizgnęła z ucisku i upadła na ziemię. Jedynym plusem tego zdarzenia był fakt, że telefon sam postanowił się rozłączyć. A Daisy? Daisy złapała tylko więcej powietrza w płuca i przetarła dłońmi twarz, próbując powstrzymać w sobie gromadzące się w gardle soczyste kurwa, cisnące się do wyjścia.
kira finch