Przeszkadzała jej ta bliskość.
Sposób, w jaki Pablo kompletnie nic nie robił sobie z jej przestrzeni osobistej i dotykał ją przy każdej możliwej okazji. Kiedy wodził chłodną lufą od pistoletu wzdłuż nagich ud, a potem muskał nią ramiona, które zdążyły już złapać nieco meksykańskiego słońca. Pilar stała spokojnie, nie dając poznać po sobie dyskomfortu, chociaż czuła, jak serce w piersi wali jej już na przyspieszonych obrotach.
Może faktycznie nie była jeszcze gotowa na powrót do pracy? A może to tylko kwestia pieprzonego Pablo i całej tej roli, którą musiała grać. Bo przecież w każdych innych okolicznościach, Gonzales już dawno dostałby po jajach i może kulkę w udo, żeby nie mógł się podnieść z podłogi. A tutaj? Tutaj trzeba było grać zainteresowaną i zaangażowaną Roskę, która to wszystko kupowała.
Może dlatego westchnęła głośno z ulgą, kiedy Madox w końcu zdecydował się ją przejąć od
swojego przyjaciela. Z uśmiechem na ustach pozwoliła mu złapać się za biodro i przeciągnąć do własnych ramion.
—
Mi amor — rzuciła, zadzierając głowę w górę i zaglądając w jego piękne, brązowe oczy. Chociaż po chwili już przyglądała się reakcji Pablo na
wyjaśnienia o zazdrości, jakie składał Matteo. Widziała jego spojrzenie aż za dobrze. Naprawdę nie trzeba wiele, by zobaczyć tam
bezczelność i zadziorność oraz to, że on wcale jeszcze nie powiedział ostatniego słowa. Zupełnie jakby fakt, że Matteo był zazdrosny, jeszcze bardziej podjudzał go do działania.
Dlatego tym bardziej zdziwiła się, kiedy Madox nagle przyciągnął ją do siebie jeszcze bliżej i pocałował. Nie powinni go tak prowokować, a jednak czując jego słodkie, miękkie usta na swoich, nie mogła się powstrzymać, by na krótki moment nie zatracić się w chwili. Wolną ręką szarpnęła za jego białą koszulkę, by przyciągnąć się jeszcze bardziej, a tą z pistoletem oplotła wokół rozgrzanego karku, na kilka marnych sekund zapominając, gdzie byli i co robili.
Dopiero kolejne słowa Gonzalesa przywołały ją do porządku. Oderwała się niechętnie i spojrzała na właściciela magazynu.
—
Zakład? — powtórzyła zaraz po nim, przeciągając palce, które trzymała na pistolecie, by jej się nie zastały. Już miała zapytać o co, ale z tym akurat ubiegł ją Madox.
Drink sam na sam z Pablo brzmiał… irracjonalnie i tak na dobrą sprawę kurewsko niebezpiecznie. W końcu dopiero teraz wychodził z niego prawdziwy psychopata, a przecież to dopiero początek tej całej
zabawy. Stewart nawet nie chciała myśleć, co jeszcze w nim drzemało i przede wszystkim jakie rządze. Szczególnie jeśli wciąż pod uwagę to wszystko, co stało się z Daltonem…
Z drugiej jednak strony była to
szansa — i w takich ramach trzeba to też było traktować. Okazja, żeby zamknąć Pablo gdzieś z daleka od imprezy i do tego go przy tym przypilnować. Mogło to stworzyć idealne warunki do tego, by zająć się Aurą i wyprowadzeniem jej z imprezy.
Może właśnie tak powinni to rozegrać? Przegrać specjalnie, żeby to Stewart mogła czymś zatrzymać Pablo? Miała to gdzieś z tyłu głowy, a jednak czując niespokojny oddech Noriegi na swoim karku, wiedziała, że Madox się na to nie zgodzi. Nie, kiedy tego przecież nie przegadali. I nie mieli jak tego przegadać.
—
To jak będzie Roska? — naciskał, podchodząc coraz bliżej. Już nawet nie patrzył na Noriegę, a tylko i wyłącznie na nią.
Nie kurwa. Nie mogła z nim iść do tego gabinetu. On był kurwa zbyt niebezpieczny, żeby aż tak igrać z ogniem. Powinni trzymać się planu i liczyć, że to policja zgarnie go na czas, zanim cokolwiek się wypierdoli. A to zaś oznaczało wygranie zakładu.
I dobrze.
Bo Stewart nienawidziła przegrywać.
—
Umowa stoi — rzuciła w końcu, wyciągając wolną rękę przed siebie, by po chwili uścisnąć tą Pablo, na co on… szarpnał mocno, tak, że Pilar wpadła na jego tors, a nim sama zdążyła się odsunąć, on już pchnął ją w stronę jednego ze stanowisk. —
Ja pierwsza? — uniosła wysoko brew, patrząc przez ramię.
—
Naturalnie, kobiety przecież mają pierwszeństwo — Pablo spojrzał na Matteo, jakby chciał się upewnić, że i on nie miał nic przeiwko, po czym wrócił spojrzeniem do Stewart. —
No chyba, że się bo…
—
Świetnie — przerwała mu, nim w ogóle zdążył dokończyć. Nie bała się. Z całej tej dzisiejszej scenerii, to akurat strzelać nie bała się wcale. Już bardziej stresowała się przy trzymaniu kija do golfa.
Posłała jeszcze ostatnie spojrzenie w ciemne oczy Noriegi, po czym ruszyła do miejsca docelowego, a oni tuż za nią. Z początku chciała jeszcze zapytać, czy dostanie słuchawki na uszy, jak to strzelnice miały w zwyczaju, ale wyglądało na to,że tutaj robiło się to na
sucho. I okej.
Spojrzała przed siebie, przy okazji jeszcze lepiej zapoznając się z bronią jeśli chodzi o środek ciężkości i odległość do spustu. Targety rozstawione były na różnej odległości, oczywiście Pilar ustawiła się w linii prostej do tego
najdalej. Na kształcie ciała były zaznaczone miejsca oraz punktację od jedyny do dziesiątki, gdzie najwyższe noty dostawało się za serce i środek głowy. Wzięła kilka głębszych wdechów i ignorując jakieś mamlotnie pod nosem Pablo, po prostu zabrała się do roboty.
Dziesięć naboi. Każdy z nich wyleciał ze spluwy prosto na target ustawiony praktycznie pod ścianą, kilka kilkanaście metrów od miejsca, w którym stała. I dosłownie każdy z nich wylądował w obszarze oznaczonym numerem dziesięć.
Pablo tego nie wiedział, ale Stewart przecież lata spędziła w tego typu miejscach, na strzelnicach, o wiele trudniejszych i to z ruchomym celem, dlatego to co tutaj dla nich przygotował, było jebaną bułką z masłem. No, przynajmniej dla Pilar. Odwróciła się z
bezczelnym uśmiechem na ustach i spojrzała po ich twarzach.
—
Trochę wadliwy ten zakład — zachichotała, przyglądając się Pablo. —
Bo nawet jeśli ty powtórzysz mój wynik, to wystarczy, żeby Matteito zrobił jeden punkt i już wygramy — a przynajmniej na to wychodziło z prostych obliczeń, chociaż patrząc na uśmieszek Gonzalesa, już wiedziała, że miał jakiegoś asa w rękawie.
—
A kto powiedział, że ja będę w drużynie sam? — spytał zadowolony i zaraz gwizdnął, a jeden z ochroniarzy stanął obok i wyciągnął spluwe z paska.
Okej.
To jednak mogli mieć przejebane jak Noriedze źle pójdzie.
Madox A. Noriega