-
come as you are
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkija?typ narracjitrzecia osobaczas narracjiprzeszłypostaćautor
Nie mógł na to nic poradzić. Nic a nic.
Picie alkoholu nie leżało zbyt wysoko w jego codziennych priorytetach, ba, opcja podtruwania się jakimś obrzydlistwem zwykle w ogóle do niego nie przemawiała i wolałby wolny czas spędzać w jakikolwiek inny sposób. Były różne sposoby, żeby zrobić sobie krzywdę, tak? Nie koniecznie musiały to być te szeroko rozpoznawane rany, które przykuwały niepewne spojrzenia czy wywoływały troskę w znajomych. Były też takie, które wydawały się społecznie akceptowane! Niektórzy palili papierosy, inni doprowadzali się samą krawędź utraty przytomności ćwicząc, pracując idiotycznie długie godziny bez przerw, głodząc się albo wręcz przeciwnie. Alkohol był po prostu jedną z tych małych sposobów na okaleczanie się, unoszenia ostrzegawczych flag. Upewnił się tego wieczoru, że popijał najgorsze i najmocniejsze gówno, jakie w tym miejscu serwowali wiedząc, że najlepiej uderzy to do jego słabej głowy. Działało i było obrzydliwe, dokładnie to, czego chciał.
Późnego wieczoru dopełnić tylko mogło.. Towarzystwo. Kolejna rzecz, którego nie był jakoś specjalnie fanem, coś, po co sięgał bardziej z fizjologicznej potrzeby, niż jakiegokolwiek innego powodu. Potrzebował towarzystwa bardziej niż zwykle w jakiejś patologicznej reakcji na wiadomość, którą otrzymał kilka godzin wstecz. Duchy przeszłości nie chciały zostawić go w spokoju i łapał się na ciągłym zerkaniu na swój telefon. Nadal nie odpisał, nie wiedział nawet z której strony tą sprawę ugryźć, a mix sprzecznych emocji wcale nie ułatwiał sprawy. Potrzebował się rozproszyć, czymkolwiek, kimkolwiek i o ile zwykle nie był wybredny, tak tego konkretnego dnia jego standardy przestały istnieć. Miła, całkiem przyjemna dla oka (udawana) blondynka o dużych, bladych w kolorze oczach sama go zaczepiła. Dobrze, znacznie łatwiej; musiał się tylko upewnić, że przywołał do porządku mięśnie twarzy, by przestały się naturalnie marszczyć w czymś, co mogło być łatwo czytanym jako grymas niezadowolenia. Zamiast tego wysilił się na lekki uśmiech, angażując w prostą konwersację i nawet starając się, by wymiana między nimi bardziej przechylała się w stronę flirtu, niż platonicznej pogawędki. Działało. Śmiała się, przyglądała mu, kilka razy przelotnie dotknęła jego ramienia, mimo że wcale nie musiała, by podkreślić swoją reakcję. Czy była świadoma, czy nie, z biegiem czasu znaleźli się bardziej i bardziej w swojej własnej bańce; potrzebował zdecydowanie wlać w siebie więcej obrzydlistwa, kiedy wymiana zdań zaczęła iść w kierunku opuszczenia lokalu. Uśmiechnął się, mimo że uśmiech nie dosięgnął jego oczu, pochylił do nowej nieznajomej (Claudia? Cathy? Kinnley?), mając w zamiarze odpowiedzieć jej bardziej na ucho, przy tym położył dłoń na biodrze blondynki, na co przysunęła się jeszcze bliżej i...
Jego spojrzenie padło na twarz, którą znał całkiem nieźle. Złapał głębszy oddech zamiast odpowiadać blondynce, wyprostował się, by skupić wzrok i upewnić się, że dobrze widział. Yep. Cynthia. Oh, to był bardzo zły pomysł... To był fantastyczny pomysł. Nie, nie ubrał nawet w słowa napędzonego alkoholem pomysłu, zamiast tego przesunął spojrzenie na blondynkę, tylko po to, by rzucić krótkie "wybacz". Zignorował jej pytające spojrzenie, odsunął się o pół kroku, łapiąc swoją szklankę, zaraz potem wyminął ją, spokojnym spacerkiem wędrując do stolika Ward.
- Hey~ - rzucił krótko, śpiewnym tonem, zajmując miejsce na przeciwko niej, zanim upił kolejne kilka łyków bursztynowego alkoholu. Obrzydlistwo. Skrzywił się tylko na chwilę, zaraz potem posyłając jej szeroki uśmiech. - Jak się masz? Jak ręka? - zagadnął luźno, postanawiając dać jej całkiem luźne okno na mówienie o czymkolwiek tylko chciała. Nie spieszyło mu się nigdzie.
Cynthia A. Ward
-
Depresja przy barszczyku
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkishe/hertyp narracjityp narracjiczas narracji-postaćautor
Trucie się alkoholem Ward należało do jej codzienności. Przynajmniej jeden kieliszek wina dla zdrowotności tak sobie to wmawiała. Zresztą kim by była, żeby sobie odmawiać? Na co dzień pracowała z dość chłodnymi osobami, to chociaż w barze mogła oglądać interakcje między ludźmi. Rzadko kiedy zawieszała na poszczególnych osobach oko. Chodziło jedynie o wypicie kilku kieliszków wina, czy kuflów piwa bez niezręcznej ciszy. Wyglądała standardowo niczym chłodna pani lodu. Mało kto był w stanie podejść, a co dopiero zagadać.
Zaczynała pić pierwsze piwo, gdy zauważyła Bachmanna. Uniosła delikatnie jedną ze swoich brwi, bo... choć często się tu widywali, nie spodziewała się go zobaczyć z inną. Jasne, ich znajomość była zdecydowanie platoniczna. Kumple od picia nic więcej, a jednak nie chciała do niego podchodzić. Zdecydowała się wyjąć telefon, by przeczytać kolejny naukowy artykuł. Ostatnio w nature zaczęły pojawiać się coraz ciekawsze, takie do których mogłaby zasypiać do poduszki.
— Cześć Theo — rzuca spokojnym tonem Cynthia, unosząc wzrok. Na jej twarzy maluje się delikatny uśmiech. Więc... wygrała z blondynką? Spojrzała na nią jeszcze raz spokojnym wzrokiem i poczuła się dość spokojniej. Wieczory z Bachmannem zawsze wydawały się prostsze, łatwiejsze do zrozumienia. W końcu nawet Ward zrozumiała, że są ludzie, którzy lubią samotność. Za to nie ma żadnej osoby, która byłaby w stanie ją znieść.
— Zagoiła się i jest... — nigdy dla niej nie było w porządku, a mimo to powiedziała — jest dobrze. A ty co tutaj robisz? — zagadnęła z czystej ciekawości, która nie była w stanie dać jej spokoju. Widziała, że nie wypił jednego piwa, była w stanie to zobaczyć w jego oczach — twoja znajoma nie wydaje się być zadowolona, że od niej poszedłeś. Wyglądało to dość... — na moment przerwała, poszukując odpowiedniego słowa — poważnie — dodaje finalnie, a gdy tylko kończy dziewczyna wstaje. Bierze ze sobą szklankę wody, zaraz szybkim krokiem idąc w ich stronę. Czyli mieli kłopoty? Właściwie co się działo?
— Ty dupku, już idziesz do innej?! — i bez żadnego słowa wylała na niego szklankę wody, co Ward skwitowała jedynie zasłonięciem twarzy. Zaczęła wpatrywać się w Bachmanna lekko niezrozumiałym spojrzeniem. Myślała, że to była jedynie szybka runda, a jednak... może było między nim a blondynką coś więcej? Aż coś ją zakuło.
-
come as you are
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkija?typ narracjitrzecia osobaczas narracjiprzeszłypostaćautor
- Bardzo dobrze! Może jednak coś ze mnie będzie..- nie, nie miał sam pojęcia czym to coś miało być, ale prawda była taka, że coraz częściej myślał o zmianie zawodu. Jasne, jego obecny dawał mu pełną kieszeń i wygodne życie, ale o ile naprawdę lubił być w kuchni, o tyle miał już powoli dość tej roboty. Dzień w dzień to samo, nie było w tym żadnej ekscytacji, żadnego zaskoczenia czy wyzwania; to samo gówno, inna data na bilecie z daniem do przygotowania.
- Tak? Nie było. Poznałem ją dopiero. - wzruszył ramionami, nawet się na tamtą blondynkę nie oglądając. Byli dorośli, nie? Chciała go wyrwać, on postanowił jednak dać się wyrwać komuś innemu i to w sumie tyle z tematu? Najwyraźniej nie. Złapał oddech, żeby odpowiedzieć jej na pytanie co tu właściwie robił, kiedy ni stąd, ni zowąd... Woda? Zamrugał kilka razy, nie poruszył nawet mięśniem w reakcji z początku, a po kilku sekundach.. Zwyczajnie parsknął najbardziej szczerym śmiechem, dopiero potem ocierając twarz niedbale i zaczesując włosy do tyłu. Podniósł spojrzenie na praktycznie-nieznajomą blondynkę, niebywale rozbawiony. - Orzeźwiające, dzięki, ale wolę wodę pić. - powiedział w końcu i to tyle z uwagi, jaką postanowił jej dać, zaraz potem odwracając spojrzenie, by znów spojrzeć na Cynthię, z tym samym, nie niknącym rozbawieniem.
- A mówią, że to faceci nie rozumieją słowa "nie", co? - wypił kolejne kilka łyków i, tak dla spokoju ducha, odstawił szklankę znacznie dalej od blondynki. Nie, nie ufał jej i właściwie całkiem się cieszył, że nigdzie z nią nie poszedł. Wychodziło na to, że była bardziej niż niestabilna i, jeśli ktokolwiek wiedział jak nie fair jest ta statystyka o rozumieniu słowa nie, Theo definitywnie zaliczał się do tego grona. Z doświadczenia mógłby stwierdzić, że to zwykle kobiety miały problem ze zrozumieniem odrzucenia.
Cynthia A. Ward
-
Depresja przy barszczyku
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkishe/hertyp narracjityp narracjiczas narracji-postaćautor
— Chciałbyś zostać medykiem Theo? — pyta lekko zdziwiona, bo ostatnio opowiadał jej o pracy w kuchni z taką pasją w głosie. Marszczy delikatnie brwi, zastanawiając się, z czego to wynika. Wtedy zdała sobie sprawę z jednego. Oni się praktycznie nie znali. Rozmowy przy alkoholu były proste, nikogo do niczego niezobowiązujące — nie spodziewałam się tego — wyrzuca finalnie ze swoich ust. Naprawdę się nie spodziewała. Matheo był dla niej zagadką pod wieloma względami. Bardzo rozgadany, uśmiechnięty, wręcz nie do zatrzymania. Nie spodziewała się, że do tej paczki dołączy jeszcze zmiana zawodu. Zaczynał ją fascynować, ale nie przyznałaby tego głośno.
— Ale wyglądała, jakby... — liczyła na coś więcej chciała dodać Cynthia, ale wtedy Theo zrobił się... mokry. Mrugnęła kilka razy oczami, kiedy blondynka obrzucała go bluzgami, po czym wyszła z tupnięciem nogą jak Majusia na dziki. Brakowało jedynie poważnego wystraszenia. Ward nabrała głębokiego oddechu, próbując zrozumieć to, co odgrywało się właśnie przed jej oczyma. Tylko nie była w stanie. Zmrużyła oczy, a gdy się odezwał, zaśmiała się cicho i krótko pod nosem.
— Jesteś zaskakujący Theo — stwierdza finalnie, patrząc kątem oko na odchodzącą dziewczynę. Dobrze, że wyszła z ich ulubionego baru, bo nie wytrzymałaby napiętej atmosfery. Zwłaszcza że byli stałymi bywalcami, barmani wiedzieli, co piła Cynthia, a zmiana nawyków przychodziła jej z dużym trudem — nie chciałeś się z nią pokłócić? — zaraz przechyla głowę, bo jego całkowicie luźne podejście nie pasowało jej do obrazu Bachmanna, którego znała — w każdym razie chyba miała nadzieję na wspólne wyjście poza klub — stwierdza Cynthia. Daleko było jej od moralizatorskiego tonu, tylko wszystko jej się ze sobą gryzło. Może powinna być pod wrażeniem tego aktu lojalności, ale... miała delikatne ale.
— Przeprosiłeś ją chociaż? — pyta finalnie, wbijając w niego wzrok — tu chyba chodzi o coś innego niż słowo nie — stwierdza lekko, a jej usta układają się we wąską linię — wiesz, że poradziłabym sobie sama, prawda? — wzdycha ciężko, bo z trudem przyszło jej to pytanie na usta. Jeśli chciał spędzić czas z blondynkami a nie ponurą Cynthią, to droga wolna. To że rozmawiali tu przy alkoholu nigdy nie było zobowiązujące.
-
come as you are
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkija?typ narracjitrzecia osobaczas narracjiprzeszłypostaćautor
- Nie wiem. Ale chcę być bardziej... Niezawodny? Nie tylko zmienić pracę... - pozwolił, żeby jego głos ucichł, bo sam nie wiedział z której strony powinien się nawet za to zabrać. Już od dawna trenował jak ktoś, kto wolał fizyczną pracę, by być, właśnie, niezawodnym w każdej sytuacji, tyle że.. Nie wiedział jak się do tego zabrać, żeby zmienić coś we własnym życiu. Bycie medykiem? Przetrawił jej słowa i pewnie byłoby łatwiej, gdyby nie był pijany. Brzmiało jak coś, co niosło ze sobą znacznie więcej odpowiedzialności, niż przygotowywanie posiłków. Za każdym razem, kiedy miał styczność z ratownikami pierwszego kontaktu czy po prostu tych, którzy wybrali zawody mocno związanymi ze służbą; rodzaj pewności, który ich otaczał był niezaprzeczalny. Theo nie wiedział, czy dało się tego nauczyć, co musiał zmienić i jak mocno się starać, by to osiągnąć, a perfekcjonista w jego głowie chciał się upewnić, że był w stu procentach przygotowany, zanim jeszcze wiedział na co. Trochę idiotyczne podejście, prawda? Nie dało się być przygotowanym na wszystko bez odpowiedniego treningu? Bez skupienia w konkretnym kierunku. Nie bez powodu na świecie było wiele rodzajów zawodów, które przychodziły do głowy jako pierwsze myśląc o nagłych wypadkach i każde z nich reprezentowało coś więcej. Gdyby tylko wybrał kierunek dla siebie, może by mu się udało.. Ale to nie była dyskusja na tą konkretną noc. Był pijany. Ciśnienie w skroniach, spojrzenie, które nie chciało pozostać skupione i głos, który wydawał się działać w spowolnionym tempie; wszystko to prosiło, by nie podejmował żadnych decyzji.. A jednak? Zobaczył ją i decyzja, by zostawić nieznajomą przyszła mu całkiem automatycznie. A blondynka? Z każdym jej słowem upewniał się, że nie chciał jej poznać, a jej wybuch nie zasługiwał nawet na spojrzenie z jego strony. Trochę wariatka, prawda? Może nawet bardziej niż trochę. Przyglądał się natomiast Cynthii, gorąca krew szumiała mu w głowie i nawet nie próbował walczyć z myślą, że była znacznie ciekawszym celem jego uwagi.
- Po co? - opowiedział pytaniem na pytanie, przechylając lekko głowę. Wybierał swoje walki, zawsze, był tak wychowany i przychodziło mu to automatycznie. Podnoszenie głosu i fizyczna agresja w jego oczach była największą słabością, jaką można było okazać, a zwracanie uwagi na podobne zachowanie czy dodawanie paliwa do ognia leżało poniżej jego standardów i nie miał zamiaru się do nich zniżać. - Is i magen. - dodał, podświadomie prostując się odrobinę bardziej. Lód w brzuchu. Spokój pod presją.
- Tak myślę. - zmarszczył lekko brwi już nie pamiętając, czy rzucił jakiś "sorry" czy inną uprzejmością, kiedy wymijał blondynkę. Pewnie tak, mama nie wychowała świni. Opuścił spojrzenie na swoją szklankę tylko na moment, zaraz potem przyglądając się jej z nową uwagą. Wzrok powędrował spokojnie do jej oczu, zjeżdżał na usta, dalej na szyję, trawiąc znaczenie jej słów. Podświadomie zwilżył usta językiem, na krótki moment przygryzł dolną wargę, zanim spotkał jej oczy. - Nie obchodzi mnie czego chciała. Wolałbym wyjść stąd z tobą. - czy nie dlatego do niej podszedł? Normalnie zachowałby podobną informację dla siebie, ale tego konkretnego wieczoru było mu wszystko jedno. Skończył swojego drinka jednym, dużym łykiem, odchylając głowę w tył na moment, zanim odstawił pustą szklankę z głuchym stuknięciem na blat między nimi. Głupi blat. Nigdy wcześniej mu nie przeszkadzał, ale dzisiaj wydawał mu się trzymać go znacznie dalej od Ward, niż by sobie tego życzył.
Cynthia A. Ward
-
Depresja przy barszczyku
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkishe/hertyp narracjityp narracjiczas narracji-postaćautor
Spojrzała na niego badawczym wzrokiem. Z ich duetu to ona wydawała się być bardziej rozsądną. Zmrużyła delikatnie oczy i może faktycznie odnajdywała w nim pewne cechy, które mogłyby świadczyć o byciu dobrym medykiem. Przypomniała sobie siłownię oraz troskę, jaką ją wtedy otoczył. Właściwie wszystko się jej zgadzało. Mogłaby przy nim zapomnieć o całym wypadku.
— Czyli chcesz zmienić pracę? — spytała z czystej ciekawości, choć nie chciała go ciągnąć za język. Tylko delikatnie ją zaciekawił, jak dotąd o tym nie wspominał, a ona czuła wobec niego dziwny dług wdzięczności — jesteś niezawodny, Theo — rzuca szczerym tonem, unosząc oba kąciki ust ku górze. Dla niej zdecydowanie był taką osobą — mi przecież pomogłeś — nie obrzydził go widok krwi, a gdy się przewróciła, zadziałał wręcz instynktownie. Pomógł jej, kiedy go potrzebowała bez najmniejszego mrugnięcia okiem. Miał instynkt, który niektórzy musieli budować miesiącami. Tyle że Ward nie była na tyle wylewna, by przyznać mu to głośno. Te kilka krótkich zdań powinno wystarczyć.
— Bo spędzałeś z nią czas, a teraz robisz to ze mną? — stwierdziła lekko skołowana jego pytaniem — trzeba się ładnie pożegnać przed zmianą towarzystwa — by obu stronom pozostawić dobry smak. Tylko zdanie o Matheo miałaby niezależnie dobre. Niezbyt obchodziła ją losowa blondynka. Był dla niej swego rodzaju powiernikiem, towarzyszem spierdolonego humoru. Z niewieloma osobami prowadziła small talk, a Bachmann właśnie należał do tego grona. Choć teraz zachowywał się obco, chyba alkohol uderzył mu wprost do głowy.
— To... dobrze — stwierdza lekko zakłopotaną całą sytuacją. Ta rozmowa przybierała coraz dziwniejszy obrót. Bachmann wydawał się być inny, wręcz obcy. Takiego go nie znała. Lekko zadziornego, a jego wzrok wcale nie uszedł jej uwadze. Tyle że nie skomentowała tego wprost. Dopiero na kolejne jego słowa oczy chcą wyjść jej z orbit. Wolałbym wyjść z Tobą? Mruga kilka razy oczami, prostując się niemalże od razu.
— Wolałbyś wyjść ze mną? — powtarza za nim cicho pod nosem. Nie spodziewała się takich słów, jeszcze niedawno obwieszczał jej, że nie warto na niego lecieć — Theo dobrze się czujesz? — zadaje to pytanie, marszcząc przy tym obie brwi. Ile wypił i czy będzie w stanie wrócić do siebie bezpiecznie? To jedyne pytania, które pojawiły się w jej głowie — daj mi swoje czoło, chyba jesteś chory... — rzuca, wstając delikatnie, by położyć na jego czole swoją dłoń. Uderzyła w nią woń alkoholu, aż zmarszczyła delikatnie nos. Czyli to nie grypa, tylko choroba alkoholowa.
— Chyba za dużo wypiłeś — stwierdziła finalnie i choć chciała jeszcze trochę się napić, zadecydowała. Będzie tą odpowiedzialną — daleko stąd mieszkasz? — rzadko kiedy z ust Ward można usłyszeć coś takiego jak troskę. Tym razem ona wybrzmiewała wręcz dosadnie.
-
come as you are
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkija?typ narracjitrzecia osobaczas narracjiprzeszłypostaćautor
- Proszę.. - zaczął nieco ciszej, nagle ochrypłym głosem, ale urwał natychmiastowo, po raz kolejny krótko chrząkając. - Porozmawiajmy o tym jutro. - nie chciał myśleć w ogóle. Przyszedł tu, wypił tyle ile wypił, znacznie cięższego alkoholu niż zwykle, bo nie chciał być w swojej głowie. Myśli, które zwykle pędziły z prędkością światła, krzyczały na niego głośniej niż zwykle tego dnia. Praca nie pomagała, ćwiczenia nie pomagały i zdesperowany sięgnął po czystą whiskey, opróżniając szklankę za szklanką i pozwalając swojemu ego zniknąć. Theo poszedł w kąt, a jego miejsce zajął mężczyzna, któremu właściwie było wszystko jedno z kim wyjdzie z tego baru. Po prostu nie chciał wracać do własnego mieszkania, nie chciał być sam i miał to gdzieś, że uwaga, troska i ulga jaką by otrzymał tej nocy od losowej nieznajomej były tak samo ulotne jak efekty alkoholu. Kilka godzin i to wszystko, a potem zostawał sam, pusty, chłodny, nienawidząc się odrobinę bardziej. Nie chciał w tym momencie rozmawiać o swojej przyszłości, bo tej przyszłości po prostu nie widział.
Nie, nie czuł się dobrze, ale to nie miało znaczenia. Troska z którą na niego patrzyła, była zupełnie inna od tej, której potrzebował w tamtym momencie; była szczera. Znał jej imię, wiedział o niej małe fragmenty informacji, które dawała mu raz po raz przy losowych spotkaniach. Poznał też dotyk jej dłoni, zapach jej potu, ciepło jej ciała i to tego chciał tej nocy. Nie rozmów, właściwie mógł się obejść bez mówienia; chciał prostego, fizycznego odcięcia od świata na kilka godzin, nie myśląc o konsekwencjach, które miały przyjść później. Nie było dla niego później.. - Daleko. Nie wybieram się do domu. - rzucił, wzruszając ramionami, spojrzenie leniwie studiowało jej twarz, zatrzymując się na głębokich oczach i pełnych ustach raz po raz. Troska w jej głosie, zmarszczone brwi i kliniczny dotyk zupełnie nie leżał w realiach, w których chciał zatonąć. Podążał za nią wzrokiem, czuł na swoich ustach ten sam lekki, arogancki uśmiech i wiedział doskonale jak puste musiało być jego spojrzenie. Miała rację, nie zachowywał się jak on, bo nie chciał być sobą ani trochę; to była desperacka ucieczka i o ile zwykle trzymał się z daleka od swoich znajomych, izolował się od osób, na których mu zależało, gdy czuł się w ten sposób, o tyle.. Była tam, na wyciągnięcie ręki, ze swoim uśmiechem i ciemnymi oczami, w które naprawdę lubił patrzeć.
- Okay. Ja rozumiem nie. - nie chciała go, to było proste i nawet nie musiała mu tego mówić wprost. Nie chciał też, żeby się nim zajmowała, nie potrzebował ratunku.. A nawet jeśli potrzebował ratunku, to on nie był gotowy, żeby ten ratunek przyjąć. Wyprostował się oparł plecami o oparcie swojego miejsca, by przerwać kontakt między nimi. Skoro go nie chciała, nawet pijany i nawet nieswój, nie miał zamiaru się na nią rzucać, przekonywać, czy robić cokolwiek innego co byłoby wbrew jej woli. Tak się nie bawił. Jego dłoń podświadomie wylądowała na telefonie w kieszeni; wiadomość z adresem wkradła mu się znów do pamięci i miał przez moment wrażenie, że patrzył na siebie w trzeciej osobie.
Cynthia A. Ward
-
Depresja przy barszczyku
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkishe/hertyp narracjityp narracjiczas narracji-postaćautor
Patrzyła na niego z zadziwiającą troską jak na nią. Widziała, że coś jest nie tak. Tylko nigdy Ward nie była osobą, która dopytuje innych. Doskonale zdawała sobie, jak okropne jest to uczucie, kiedy druga osoba nie potrafi Cię za żadne skarby zrozumieć. Zbyt wiele wątpliwości nasuwało się do jej głowy, gdy zaczynała się w niego wpatrywać. Sama nienawidziła własnego spojrzenia, a choć chciała go chwycić za rękę, by podnieść na duchu, to nie byłaby sobą.
— Dobrze, ale tylko jeśli będziesz chciał — stwierdza finalnie Cynthia. Taka opcja wydawała się dla niej najbardziej rozsądna. Sama nie podzieliłaby się z nim problemami. Byli na dość luźnej stopie znajomości, a choć lubiła go, to nie należał jeszcze do wąskiego grona osób, którym była w stanie zaufać i zawierzyć własne życie. Po prostu był przy niej, kiedy go potrzebowała się napić. Na niczym innym ich relacja się nie opierała. Jedno wyjście na siłownię skończyło się tragicznie, pytanie, czy ktokolwiek chciałby, żeby znów się powtórzyło.
— A gdzie się wybierasz Theo? — spytała spokojnym tonem, marszcząc brwi i finalnie siadając z powrotem na krześle. Nie rozumiała, co się działo przed jej oczyma. Bachmann zachowywał się, jakby właśnie został podmieniony. Nic nie było z tego wielkiego, radosnego olbrzyma, którego zdążyła poznać. Nie miał tego czarującego uśmiechu, nie opowiadał żadnej historii, mogącej poprawić ją na duchu. Choć znali się od czasu do czasu, wiedziała jedno. Nie mogła go zostawić. Teraz i ona przestałaby zrozumieć nie. Przecież nie był on dla niej totalnym obcym człowiekiem, tylko kimś kogo darzyła sympatią.
Zmarszczyła delikatnie brwi, słysząc kolejne słowa wypowiadane z jego ust. On rozumiał nie? Tylko o co dokładnie mu w tym chodziło? Przecież ona nic takiego nie wypowiedziała. Nawet nie zdążyła i szczerze nie wiedziała, o co mu chodziło.
— Ale ja nie powiedziałam nie — stwierdziła finalnie, a widząc jego pusty wzrok położyła dłoń na jego ramieniu. Nie potrafiła zrozumieć, co mu się działo w głowie. Pewnie była najgorszą osobą, która mogłaby mu teraz pomóc. Nawet nie wiedziała jak, ale była.
-
come as you are
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkija?typ narracjitrzecia osobaczas narracjiprzeszłypostaćautor
- Hm? Do baru po kolejną kolejkę, może, nie wiem jeszcze. - zastukał palcem w szkło przed sobą, zastanawiając się przez moment czy warto było. Zależało. Jeśli szedł tej nocy swoją drogą i gonił za jakąś nieznajomą spódnicą, mógł właściwie opróżnić jeszcze jedną szklankę lub dwie. W przypadku nieznajomych nie poczuwał się ani trochę do obowiązku zrobienia jakiejkolwiek dobrej roboty, był jak najbardziej egoistą, szukającym jedynie własnej przyjemności. Jeśli brał pod uwagę bardziej znajomą-nieznajomą... Dobra, może nie chciał iść po kolejną szklankę. W momencie w którym przyszło mu do głowy to równanie, przez krótki moment starał się powstrzymać idiotyczny uśmiech, zawieszając na niej spojrzenie na dłuższy moment, ale nic nie powiedział na głos. Był przekonany, że definitywnie nie chciała z nim iść do łóżka i całkowicie był w stanie to zrozumieć, okay? No hard feelings. Nikt, kto chciał go w ten sposób, nie patrzył na niego z taką troską, umówmy się.
- ...czekaj, co? Język mi się wyłączył chyba. - zmarszczył brwi, a jego twarz przybrała wyraz zagubienia. To w końcu go chciała, czy nie? Kobieta zmienną jest, spoko, ale wstrząśnienia mózgu można dostać od skakania między tym, co mówiły jej oczy, a tym, co sama mu powiedziała. Zaczął się zastanawiać, czy przypadkiem alkohol nie odebrał mu umiejętności mówienia w obcym, zdecydowanie nie pierwszym, języku.. - Vil du ligge med meg? - spróbował, przechylając głowę i zaraz sam sobie przytaknął. Tak, to zdecydowanie był norweski i, tak, to zdecydowanie było zbyt bezpośrednie na jego standardy. Nawet jeśli był pijany. Nie była kompletną nieznajomą na której zupełnie mu nie zależało, standardy obowiązywały. Zerknął na dłoń na swoim ramieniu przelotnie, zaraz potem znów na jej twarz, wzdychając ciężko. Właśnie dlatego się nie bawił w takie rzeczy..
- Nie wiesz co powiedziałem, prawda? - zapytał z nagłą niepewnością, a zakłopotany lekki uśmiech zastąpił ten nieszczery, arogancki. Nie chciał jej urazić, naprawdę, a zachowywał się jak totalny... Poczuł się trochę jakby dopiero teraz oberwał tą wodą i na dodatek była lodowata. Ochłonął nieco. Złapał kolejny głębszy oddech, pochylił się do przodu, zmniejszając między nimi odległość i sięgnął po jej dłoń. Oparł się o blat na łokciach, łapiąc jej dłoń w obie swoje dłonie, opuścił na nie spojrzenie, starając się zebrać myśli i jakoś sobie wszystko poukładać. Tak to nie będzie działało.. Czy raczej nie chciał, żeby tak to działało. Zamiast bawić się szklanką, jego zabawką stała się dłoń Cynthii. - Powiedzmy, że... - zmarszczył lekko brwi, szukając słów, by nie zabrzmieć zbyt idiotycznie. Palce śledziły głębsze linie papilarne, by potem przenieść się na kreślenie małych śladów na wewnętrznej części nadgarstka. - ...że tym razem to ja na ciebie lecę? - okay, nie mógł się powstrzymać od głupiego żartu, nie ważne w jak beznadziejnym nastroju by nie był. Podniósł na nią spojrzenie, oczy rozbawione jego własnym żarcikiem, chociaż nadal rozbiegane i głodne.
Cynthia A. Ward
-
Depresja przy barszczyku
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkishe/hertyp narracjityp narracjiczas narracji-postaćautor
Chciała móc skrytykować jego wybór. Powiedzieć wprost, że pod żadnym pozorem nie powinien pić. Nie powinien, to wiedziała. Tylko nie była dla niego nikim istotnym, by go zatrzymywać w jakimkolwiek momencie. Czuła to ona. Podskórnie. Bez jakichkolwiek wątpliwości. Bała się zrobić krok naprzód, zatrzymać go, bo nie miała do tego prawa.
— Jeszcze chcesz pić? — zapytała finalnie. Krótko, luźno, nie budując żadnej niepotrzebnej presji. Nie powinien pić. Ona to widziała, ale też czuła jego potrzebę. Taką która sprawi, że jego mózg faktycznie się wyłączy. Cokolwiek się zadziało, ona nie miała prawa oto dopytać. Widziała to gołym okiem. Tyle że rozmawianie o uczuciach było najtrudniejszą rzeczą, jaką Cynthia mogła zrobić. Nie lubiła ich. Nie potrafiła zrozumieć. Dla niej samej własne były za bardzo zagmatwane, by mogła rozwiązywać jeszcze uczucia kogoś innego. Dlatego nawet jeśli chciałaby podjąć taki temat, to nie byłaby w stanie tego zrobić.
— Nie powiedziałam nie — powtórzyła raz jeszcze Cynthia, zakładając rękę na rękę. Nie wiedziała, co dokładnie chodziło mu po głowie. Jedna noc, czy wspólne picie? Obie opcje wydały się dla niej aż nader naturalne. Byłaby w stanie na wiele rzeczy przymknąć oko, puścić je mimochodem. Tylko spędzanie czasu z Theo... lubiła je naprawdę. Nie chciała zostawiać go samego w takim stanie. Oczami wyobraźni była w stanie wyobrazić sobie mnóstwo wypadków, które byłyby w stanie się zadziać.
— Co powiedziałeś? — pyta, przechylając głowę. Usłyszenie niezrozumiałych dla niej słów wydawało się przeważać szalę na jej niekorzyść. Wzbudził w niej ciekawość — jaki to język? — dopytuje, marszcząc delikatnie brwi. Cokolwiek chciałaby mu powiedzieć w tym momencie, musiała zamilknąć. Szpilki mocno wbijały się do jej serca. Nabrała jeszcze raz powietrza do płuc. Dlaczego próbowała go rozgryźć? Byli kiedyś znajomymi nieznajomymi, a teraz? Chciała wiedzieć, co dokładnie działo się w jego głowie.
Dopiero jego dotyk wybił ją z rytmu. Kilka razu mrugnęła oczami, spoglądając mu wprost w oczy. Nienawidziła samej siebie, że tak łatwo rozpadała się, czując dotyk drugiej osoby. Nagle z głowy Cynthii wyparował mózg. Potrzebowała czuć ciepło drugiej osoby, nieważne jak chłodna i zdystansowana by była. Nieważne jak bardzo lubiła samotność, ten krótki gest sprawił, że świat wraz z ludźmi dookoła zniknął. Była w stanie skupić się jedynie na tych śladach, które kreślił na jej dłoniach. Reszta wydawała się być nieważna.
— Lecisz na mnie Theo? — powtórzyła za nim, będąc lekko skołowaną — w sensie że Ci się podobam? — dodaje po chwili, ale nie ucieka. Ani przed jego spojrzeniem, ani przed jego dotykiem. Daje tej chwili tak po prostu trwać.