Mruczał jedząc tego batona, ale był dobry... Zajebisty można by powiedzieć, gdyby Galen używał takich słów. Może dzisiaj nawet używał, bo już był trochę pijany. Niewiele, ale na tyle, żeby zamiast wywrócić oczami, to uśmiechnąć się do niej zaczepnie.
-
Nic nie poradzę... to był o-r-g-a-z-m w papierku - powiedział powoli i znowu oparł się o ladę, znowu pochylił w jej kierunku. A te jego
niczego sobie oczy przesunęły się po jej twarzy. Ale i tak zaraz skupiły na jej ciemnym spojrzeniu.
Już miał coś powiedzieć, na to, że
czas pokaże, co to znaczy, nabrał powietrze w płuca, ale ona wtedy powiedziała o tym
helikopterze, a Galen wypuścił je ze świstem.
-
To jest... - zaczął i czego mogła się spodziewać, że Galen Wyatt w swojej nieskazitelnej koszuli powie, że to jest
szalone? Za bardzo dla niego?
-
... do zrobienia - dokończył jednak, bo przecież było. A już ostatnio też Peach mu powtarzała, że powinien sobie znaleźć nowe hobby, może helikopter? Więc może coś w tym było? -
Ale tylko jeśli ten helikopter, będzie akurat stał... Rozumiesz, żeby też był ten element przeznaczenia i losu, który stawia nas na swojej drodze, no albo helikopter - stwierdził. Ale w zasadzie w Toronto pewnie tych lądowisk było sporo, może nawet Galen jakieś swoje miał? Przecież tacy ludzie jak on mają swoje lądowiska dla helikoptera. Na jaj kolejne słowa zamyślił się na moment.
-
W zasadzie... jedyna rzecz, którą kiedykolwiek ukradłem, to tamta kawa - powiedział przyciszonym głosem pochylając się w jej kierunku, zaglądając znowu w jej piękne, brązowe oczy. Uśmiechnął się delikatnie.
-
Ale lubię wyzwania - no bo w zasadzie lubił. Do tego lubił mierzyć wysoko, a skoro mieli już na koncie kawę, to teraz mogli celował w helikopter... Wyżej się chyba nie dało?
Gdyby Galen miał wybierać alkohol dla siebie, to pewnie wziąłby szkocką, whisky z lodem, najlepszy wybór. Ale miał wziąć szoty dla kumpli, tutaj zaczynały się schody. Bo to właściwie nawet nie byli jego jacyś dobrzy koledzy, bardziej tacy przypadkowi, z którymi tutaj dzisiaj przyszedł. O których teraz nawet nie myślał, za bardzo.
Zgodził się na rum, chociaż Galen Wyatt i rum jakoś nigdy nie szły ze sobą w parze... Ale może dzisiaj będą? W tym klubie, gdzie przewijała się od czasu, do czasu, ta latynoska muzyka. Oczywiście, że się uśmiechnął, kiedy pochwaliła jego wybór. I to było tylko takie gadanie, ale przecież Galen jak dziecko łaknął pochwał, uwielbiał je. Jemu wystarczyło to
świetny wybór, a on już wyprostował się... Nie, wcale nie, bo pochylił się bardziej w jej kierunku, ale się uśmiechnął, ale niebieskie ślepia zabłyszczały jakoś wesoło, kiedy patrzył jej w oczy.
Chciał zachować powagę, ale na jej kolejne słowa parsknął. Pokręcił głową nie spuszczając z niej spojrzenia.
-
No i co na to powie Ralph? - uniósł jedną brew, w zasadzie to na pewno Ralph Lauren nie spodziewał się, ze kogoś może
wypierdolić z jego lakierków od drinka. Ale Galen nawet dzisiaj nie miał na sobie Ralpha.
Powiódł spojrzeniem za jej dłońmi, kiedy chwyciła shaker, w niego wbił niebieskie tęczówki, chociaż zaraz je podniósł na jej twarz.
-
Z okazji piątku - stwierdził, bo Galen często to robił. Zapijał weekendy, bo mógł. Kiedyś co tydzień, kiedyś często przeciągając to do poniedziałku. A potem poznał Charity Marshall i ta jego cotygodniowa tradycja trochę zaniknęła, ale teraz małymi kroczkami do niej wracał -
jestem z kumplami - nawet się obejrzał w kierunku tych loży, ale robiło się coraz więcej ludzi. Nie dostrzegł żadnego ze swoich kolegów. Nawet nie zwracał za bardzo uwagi na to, co dolewała do shakera, bo niebieskie tęczówki oscylowały gdzieś w okolicach jej twarzy. Tych loczków, które opadły na policzki, kiedy zaczęła pracować z drinkiem.
Pokręcił głową na jej pytania.
-
Nie tańczę, a ty tańczysz? - Galen Wyatt lubił klubu, alkohol, inne używki, ale ciężko go było wyciągnąć na parkiet, musiał być naprawdę pijany, nawalony. Bo on był po prostu sztywny. Z tą swoją manierą do jakiś tańców towarzyskich pokroju walca. Zawiesił spojrzenie na jej ustach, kiedy próbowała drinka. A gdy podsunęła mu kieliszek, kiedy musnęła jego palce, to on też to zrobił, przesunął swoimi ciepłymi opuszkami, po jej dłoni, a później złapał za kieliszek. Nie przechylił go od razu, bo najpierw zamoczył usta w alkoholu i dopiero po chwili go wypił. Przymknął jedno oko, szot był dobry. Chociaż on nie przepadał za takimi alkoholami, ale mu smakowało. Naprawdę.
Już otworzył usta, żeby jej to powiedzieć, ale wtedy podszedł do niego Jerry, walnął go w ramię i oparł się obok o bar.
-
Kurde Galen, miałeś przynieść popielniczkę, a nie podrywać barmanki - rzucił, a Wyatt od razu przeniósł na niego spojrzenie. No tak, nie mówił im, że on teraz jest Gaspard…
-
Już idę, właśnie... wybierałem szoty, żeby były zajebiste - rzucił i wzruszył ramionami, no i były.
-
Tyle czasu? - Jerry pochylił się do Mayi -
dasz nam popielniczkę? Mam jointa. Jest Maddie? - zapytał pochylając się do niej jeszcze bardziej. A Galen tylko wywrócił oczami, bo Jerry nie był mu tu wcale potrzebny. Wpierdolił się. Chociaż nie... Galen nie używa takich słów. Ale to właśnie zrobił Jerry.
Maya Parker