ODPOWIEDZ
34 y/o
GOLDEN BOY
182 cm
Prezes z przypadku, skandalista z wyboru | Northex Industries
Awatar użytkownika
Oficjalnie - prezes Northexu, nieoficjalnie - człowiek, który potrafi zamówić kawę w czterech językach, ale nie pamięta hasła do służbowej poczty.
Mówią, że wszystko mu się udaje. Ale nikt nie widzi, ile razy prawie nie spadł z własnego piedestału.
Żył szybko, kochał mocno, wydawało mu się, że jest niezniszczalny, że jest królem świata, do momentu, kiedy serce tego nie wytrzymało...
Teraz stara się je poskładać.
Żyć trochę inaczej, w zgodzie ze sobą, tak, żeby ten pieprzony film który wyświetla się przed oczami tuż przed śmiercią był trochę lepszy niż tanie porno, wymieszane ze słabą komedią.
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimki
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

066.
He walked into the club with confidence.
He walked up to the bar with curiosity.


Emptiness w piątki pękało w szwach... Oczywiście. Akurat z głośników nie leciała muzyka latino, bardziej klubowe dźwięki, ale Galenowi to kompletnie nie przeszkadzało, kiedy akurat leciało latino. Chociaż dzisiaj też było fajnie. Miało być, bo dawno nie wychodził do klubu z kumplami. Zazwyczaj był z nimi Selley, ale dzisiaj z wiadomych powodów... Bo to zwyrol i gwałciciel, a jeszcze do tego bije żonę. Go nie było. Petera też nie było, bo był na olimpiadzie we Włoszech, a wiadomo, że z samym Charliem Galen by nie poszedł. Bo to był brat Cherry.
Galen poszedł więc z jakimiś randomowymi kolegami z wyższych sfer, grał z nimi w golfa, czy coś. Może prowadził jakieś interesy?
Siedział w loży z Jerrym z narkotykowego, Jerry zawsze miał towar, więc oni stawiali mu drinki. Quentinem, który prowadził swoją restaurację. I Henrym, który robił coś nudnego, ale był bogaty. I tak Galen był najbardziej, dlatego on miał płacić za drinki. Miał bo w praktyce zamawiał już Jerry, po jakimś tanim piwku na początek. Potem Quentin, szoty, dużo szotów, które już odpowiednio rozwiązały im języki, ten Wyatta też.
- No co ty Henry? Teraz ja płacę, dam jakiś dobry napiwek barmanowi, to może nam zrobi mocniejsze... - no tak, miało to sens.
- Dziewczyna jest na barze - rzucił Jerry, który na stoliku kręcił im blanta. Jerry nigdy się nie przejmował, bo sam robił w narkotykówce, to kto go zgarnie? Sam musiałby się zakłuć w kajdanki. A zresztą loże dla VIPow były dość kameralne.
- Jak dziewczyna, to wystarczy że się uśmiechnę i już zrobi mocniejsze - powiedział pewny swego Galen Wyatt. Mylił się? Pewnie nie, bo przecież Galen uśmiech miał czarujący. Poprawił wywinięte rękawy nieskazitelnie białej koszuli. Dwa guziki pod szyją już miał rozpięte, a marynarka leżała zwinięta gdzieś obok.
- Weź też popielniczkę... - rzucił Jerry.
- I zapytaj czy jest Maddie - dodał jeszcze Quentin.
- A dla mnie szkocka - mruknął Henry.
- O szkocka to dobry pomysł. Wezmę szkocką... - przez jakieś dziesięć minut się dochodzili, czy lepiej szkocka, czy szoty, ktoś nawet rzucił, że tequilla, wiec kiedy Galen już stanął przy barze, to kompletnie nie wiedział co ma wziąć. Najpierw przeczesał te swoje miękkie włosy palcami, a później oparł się nonszalancko o bar, uśmiechnął. I kogo zobaczył...
- Maya? - wypalił od razu, ale miał chyba pytać o Maddie, a nie o nią. Ale prawda jest taka, że jej się tutaj wcale nie spodziewał. Mówiła mu, że pracuje na barze, ale przecież w Toronto jest tyle barów. A ona akurat stała za ladą w Emptiness. Najlepszym klubie w mieście (heh). Do tego akurat dzisiaj... to chyba rzeczywiście przeznaczenie.
- Pamiętasz mnie? Gaspard od Wunderbarów - przypomniał jej, jakby nie pamiętała, bo może na przykład te batony często jadała na mieście z rożnymi facetami. Galen jadł pierwszy raz. Pierwszy raz też kradł kawę... I pił ją później na dachu.
Nie pierwszy raz za to stał przy barze w Emptiness, więc kiedy jakiś facet szturchnął go ramieniem i mruknął bierzesz coś, czy kurwa sterczysz, to Galen udał że się zastanawia.
- No już... Jakieś szoty - zaczął i niebieskie tęczówki zawiesił na twarzy brunetki - polecisz coś? - facet z tyłu przeklął coś pod nosem, ale stwierdził, że chyba nie ma tutaj co czekać, bo poszedł z drugiej strony baru. I bardzo dobrze.

Maya Parker
zgrozo
stania w miejscu; nudnego, miłego życia; postów z czata
27 y/o
For good luck!
171 cm
Barmanka w Emptiness
Awatar użytkownika
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoe
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkizaimki
typ narracji3 os
czas narracjiprzeszły
postać
autor

04.



Piątki w Emptiness zawsze były intensywne. Zjeżdżała się wtedy klientela z całego Toronto i okolic, za konsolą stał najlepszy DJ, a na barze lały się nawet te najbardziej drogie alkohole. Oczywiście do tego dochodziły również proszki sprzedawane pod ladą i kolorowe tabletki, które pomagały się rozluźnić tym nawet bardziej przetartym tygodniem osobnikom.
Maya była na swojej zmianie już od dobrych kilku godzin. Pracowała na najwyższych obrotach, próbując jakoś uwinąć się z robotą. Nie było to proste, biorąc pod uwagę, że ciągle coś się kończyło na barze i trzeba było biegać na zaplecze, co tylko wydłużało czas oczekiwania na drinki, a tutaj… klienci nie lubili czekać. Niektórzy bardziej niż inni, dlatego tuż obok stał również nabity ochroniarz, który pilnował bezpieczeństwa. A dzisiaj akurat ochrona miała co robić: na liczniku było już kilka bójek i jeden facet z kastetem, który przyszedł wyrównać rachunki. Tak je wyrównał, że po pierwszym zamachnięciu był już eskortowany do wyjścia. Nawet nie zdążył wypić swojego drinka, którego Maya dla niego przygotowała. Więc co? Więc Parker wraz z Robin wyłoiły go pod ladą, tuż obok beczek z piwem, tak, żeby Maddie nie widziała. Przecież nie będzie się marnować, nie? Wiadomo, że nie. Szczególnie, że był on wyjątkowo dobry.
Machnęła do Robin ręką, żeby ta trochę przesunęła się lewo, dla niepoznaki, że coś kombinowały, a sama również odskoczyła w prawo i wyłoniła się zza lady z wielkim uśmiechem na twarzy. Dokładnie w tym samym momencie, w którym jej spojrzenie odnalazło znajome niebieskie oczy.
Gaspard? — spytała szczerze radośnie, kompletnie ignorując lekki ścisk podbrzusza, który nagle pojawił się w jej brzuchu na jego widok. Skąd taka reakcja? Nie miała zielonego pojęcia, chociaż kiedy zaczął się jej tłumaczyć, kim był, to aż wróciła na ziemię i przewróciła oczami. — No przecież wiem, co ty myślisz, że ja każdemu rozdaje batony na lewo i prawo? Poza tym, jak mogłabym zapomnieć? — mógł potraktować to jak komplement, bo taka była prawda. Zapadł jej w pamięć. Cały tamten dzień wspominała jeszcze przez kilka kolejnych, wracała do niego myślami i szczerze żałowała, że jednak nie zgodziła się po prostu umówić z nim na kolejny dzień. Zostawić to przeznaczeniu — kto wymyślił taką głupotę? A jednak proszę: stał tu teraz przed nią. Zupełnie przypadkiem.
Kompletnie ignorując natrętnego klienta, nachyliła się nad barem, przyglądając się uważnie blondynowi. Nawet nie kryła podejrzanego uśmiechu, który lawirował na jej twarzy.
Czyli jednak przeznaczenie — rzuciła spokojnie, opierając łokcie o chłodny blat. Przez te kilka dni zdążyła zapomnieć jak ładne były jego oczy. Dopiero po chwili zlustrowała jego nienagannie białą koszulę. — Przyszedłeś się nieco ubrudzić? — nie mogła się powstrzymać. Ta drobna zaczepka aż sama cisnęła się na usta.
Patrzyła na niego jeszcze przez moment, pozwalając sobie na wydłużoną wymianę spojrzeń i dopiero po chwili przypomniała sobie, że Gaspard chciał przecież shoty.
Polecę, ale najpierw mam kilka pytań — zarzuciła kręcone włosy w tył i ponownie nachyliła się do blondyna. — Po pierwsze na jakim alkoholu robimy: wódka, rum, tequila, likiery? — zaczęła wymieniać, chcąc dać jemu wybór i sobie jakąś chociaż podstawową bazę do pracy. — No i najważniejsze: na słodko, kwaśno, gorzko czy jednak ostro? — wbiła w niego intensywne spojrzenie, czekając na odpowiedź, kompletnie nie przejmując się tym, że gdzieś z boku zrobiła się kolejka. Mogli iść do Robin.

Galen L. Wyatt
I walk alone, not because I have to, but because I choose to
baśka miała fajny biust
ja sama
34 y/o
GOLDEN BOY
182 cm
Prezes z przypadku, skandalista z wyboru | Northex Industries
Awatar użytkownika
Oficjalnie - prezes Northexu, nieoficjalnie - człowiek, który potrafi zamówić kawę w czterech językach, ale nie pamięta hasła do służbowej poczty.
Mówią, że wszystko mu się udaje. Ale nikt nie widzi, ile razy prawie nie spadł z własnego piedestału.
Żył szybko, kochał mocno, wydawało mu się, że jest niezniszczalny, że jest królem świata, do momentu, kiedy serce tego nie wytrzymało...
Teraz stara się je poskładać.
Żyć trochę inaczej, w zgodzie ze sobą, tak, żeby ten pieprzony film który wyświetla się przed oczami tuż przed śmiercią był trochę lepszy niż tanie porno, wymieszane ze słabą komedią.
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimki
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Powiedziała jego imię... Chociaż właściwie to nie jego, tylko to wymyślone. Gaspard. Dobrze, że mu przypomniała, że tak się przedstawił, no ale chyba go w takim razie pamiętała, aż uśmiechnął się delikatnie. A na jej kolejne słowa, nawet trochę bardziej pochylił nad ladą, niebieskie ślepia zawiesił na jej ładnych, brązowych oczach.
- No nie wyglądasz, jakbyś każdemu rozdawała na prawo i lewo... batony - powiedział powoli, Galen zdawał sobie sprawę, że te jego niebieskie oczy czasem było trudno zapomnieć. Zresztą on zawsze starał się robić dobre wrażenie, takie, żeby rzeczywiście potem chodził po głowie. Zapadał w pamięć.
Ale przy niej przecież się nie starał, przy niej przecież był jakąś taką naturalną wersją siebie, z oślinioną brodą i Ralfem Laurenem umazanym psią kupą. Dzisiaj też miał swoją drogą, ładne i drogie buty, a do tego całkiem czyściutkie.
Kłamstwem było by powiedzieć, że o niej nie myślał, bo myślał, o tej ich dziwnej rozmowie i o tych żelkach, o batonach, którego wciąż miał w szufladzie biurka, bo szkoda mu go było zjeść. A monetę? Tę miał w płaszczu, który zostawił w szatni, w całkiem innym niż ten jasny. Przełożył ją.
- Nie mogłaś zapomnieć o moich oczach? - zapytał, bo Galen to jednak dużo rzeczy sprowadzał do tych swoich ładnych oczu. Wierzył w ich czar po prostu. A że był już porządnie szturchnięty, to też gadał sobie... Trzy po trzy, może.
- A może wiedziałem, że tu pracujesz? - zapytał i pochylił się nad ladą, niebieskie tęczówki wbił w jej piękne, brązowe oczy, ale zaraz odchylił głowę do tyłu - nie no nie wiedziałem, jednak przeznaczenie, ale co to znaczy? Że na trzecią randkę też się nie umówimy? - zapytał, chociaż przecież to spotkanie to wcale nie była randka, a to poprzednie... no z nazwy była. To może to też z nazwy może być?
Kiedy spojrzała na jego koszulę, to przesunął po guzikach długimi palcami, spuścił na nie wzrok. Rzeczywiście ta jego koszula była bielusieńka, ale pasowała mu do tych niebieskich ślepi, do ciemnych spodenek i bucików.
- A co? Trzeba było przyjść w czymś czarnym? - zapytał niby to zaczepnie, ale jakby mu powiedziała, że tak, to pewnie następnym razem naprawdę by tu przyszedł w czarnej koszuli. Taki był Galen. Jak to dziecko, któremu wystarczy coś powiedzieć, żeby on uwierzył.
Też zapomniał o tych szotach. I co on jeszcze miał wziąć? Whisky, popielniczka i Maddie. Jak zmrużył oczy i dotknął czoła, to mu się całkiem klarownie jeszcze myślało. Czyli... można pić.
Na te jej pytania znowu się zamyślił, znowu przyłożył dłoń do czoła.
- Duży wybór... - stwierdził, jakby to było dziwne, ale przecież... czego on się spodziewał, że powie szoty i już dostanie te swoje wymarzone? Mógłby, bo przestąpił z nogi na nogę, a wciąż nie mógł się zdecydować.
- Na tequilli może? Ale po tequilli zawsze mam kaca - westchnął ciężko - to na wódce, albo na rumie, dobry tu mają rum - stwierdził, a Galen na alkoholu to się trochę znał. Ale kompletnie nie znał się na szotach.
- A możesz zrobić jakieś takie okropne, że aż zajebiste? - zapytał i zmienił rękę, na której się podpierał na ladzie - a najlepiej to po prostu zajebiste - dodał zaraz i pokiwał głową. No najlepiej, bo jakby kumplom przyniósł okropne, to mogli by go pogonić. A właśnie jego koledzy... gdzieś tam w loży VIP na pięterku, spojrzał w tamtym kierunku, ale ich nie widział, za daleko. A zresztą nie byli teraz tacy ważni. Wcale. Bo ważniejsza była ta brunetka, która przed nim stała. I co z tego, że ona też była w pracy?

Maya Parker
zgrozo
stania w miejscu; nudnego, miłego życia; postów z czata
27 y/o
For good luck!
171 cm
Barmanka w Emptiness
Awatar użytkownika
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoe
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkizaimki
typ narracji3 os
czas narracjiprzeszły
postać
autor

To prawda: Gaspard zrobił na niej wrażenie. Wcale jednak nie było to podyktowane jego ładnymi lakierkami od jakiegoś Ralpha, czy nieskazitelnie jasnym płaszczyku, który był wyjątkowo przyjemny w dotyku. To nawet nie chodziło o te jego niebieskie oczy, które czarowały. Zapadł jej w pamięć, bo wszystko, co przyszło im przeżyć tamtego dnia, było po prostu inne. Zapamiętała go wcale nie jako faceta, który pracuje w najdroższej dzielnicy w Toronto i nosi markowe ciuchy, a właśnie jako kogoś, kto opowiedział jej o swojej próbie samobójstwa, a potem dał jej ten przywilej oglądania go, jak po raz pierwszy próbował kwaśne żelki i batona czekoladowego, mrucząc przy tym pod nosem. To właśnie było to, co Maya zapamiętała najbardziej.
Nie mogłaś zapomnieć o moich oczach?
— Raczej o tym, jak m-r-u-c-z-a-ł-e-ś pod nosem, jedząc batona — powiedziała z uśmiechem na ustach, przyglądając mu się uważnie. — Chociaż oczy też masz niczego sobie — no ładne miał oczka, ładne. Jedne z piękniejszych, jakie przyszło jej oglądać u mężczyzn, ale przecież mu tego nie powie. Gaspard już i bez komplementów wydawał się człowiekiem wyjątkowo pewnym siebie z wysokim ego, a Parker nie miała zamiaru mu jeszcze dokładać.
— Jeszcze nie wiem co to znaczy. Chyba czas pokaże — wzruszyła ramionami, kiedy spytał, co to właściwie znaczyło, że los ponownie spotkał ich na swojej drodze. Majka nie miała zielonego pojęcia, głównie dlatego, że nigdy wcześniej się jej to nie zdarzyło. A tu proszę — nawet tydzień nie minął, a oni już na nowo zaglądali sobie w oczy. — Na trzeciej kradniemy helikopter — przypomniała mu, nawiązując tym do rozmowy, która odbyli przed sklepiekiem, kiedy spytał się jej o wymarzoną randkę. Trzeba wydawała się odpowiednim numerem, żeby spełnić tym razem i jakiś jej pierwszy raz. — Chociaż nie wiem, jak się kradnie helikopter. Nie mam w tym za dużo wprawy, a ty, Gaspard? — prychnęła. Nie spodziewała się, że jej przytaknie, bo przecież wiadomym było, że ten scenariusz i tak nigdy w życiu się nie spełni. Majka ze swoimi funduszami, to mogła co najwyżej przelecieć się helikopterem dla dzieci w centrum handlowym, takim za pięć centów.
Zaśmiała się, kiedy nie potrafił zdecydować się na alkohol. Często spotykała się z tym wśród klienteli, chociaż akurat on wyglądał na człowieka, który wiedział, czego chciał. A może tylko jej się wydawało.
— Jak ma być mocny to na wódce, jak do tego smaczny, to rum — wyjaśniła pokrótce, przyglądając mu się uważnie, a kiedy stwierdził, że jednak rum, to skinęła głową. Miał rację: rum mieli tutaj wyjątkowo dobry. Sprowadzany prosto z Kolumbii, w jakiś kolosalnych ilościach. Jak za barem ciągle brakowało jakiegoś alkoholu, tak on nie kończył się nigdy. — Świetny wybór — pochwaliła go, po czym nachyliła się nad ladą, wspierając na rękach, by zbliżyć się do niego jeszcze bardziej, kiedy tak ładnie prosił ją o zrobienie zajebistych drinków.
— Patrz mi w oczy, Gaspard — poprosiła, chociaż zabrzmiało to po części stanowczo, a poza tym, była dla blisko, że raczej miał mało alternatywy, by spojrzeć gdziekolwiek indziej. — Będą tak zajebiste, że wypierdoli cię z lakierków — złożyła obietnicę, przeciągając wymianę spojrzeń i dopiero po chwili zeskoczyła na równe nogi.
Maya na co dzień była pewna siebie, zdecydowanie nie należała do szarych myszek, ale jednak jeśli chodziło o robienie kolorowych drinków była naprawdę dobra. Miała wyczucie (i wcale nie dlatego, że często sobie je podpijała pod barem, chociaż może?).
— Świętujesz coś? — zagadała go praktycznie od razu, z chwilą w której wzięła do ręki shaker. Przerzuciła go kilkakrotnie w dłoni, po czym załadowała do niego pokruszony lód. — Czy tak po prostu pijesz bez okazji? — spojrzała na niego przelotnie nim odwróciła się do półki po butelkę rumu. Wlała na oko solidną ilość jasnego alkoholu, a następnie zrobiła to samo z likierem mango. Również prosto z Kolumbii. Jego wchodziło już zdecydowanie mniej, potem dopełniła to sokiem ananasowym i pomarańczowym, dodając na sam koniec niewielka ilość soku z cytryny dla przełamania. Zatrzasnęła mikser i zabrała się za mieszanie składników.
— Byłeś już na parkiecie? — podniosła na niego spojrzenie w tym samym czasie, kiedy otworzyła wieczko shakera, a charakterystyczne psyknięcie wypełniło otoczenie. Nim jednak nalała zmieszany alkohol gdziekolwiek, złapała słomkę, wsadziła do środka i przytrzymała zawartość palcem. — Czy jesteś z tych co nie tańczą? — spytała zaczepnie, po czym wystawiła język i wlała płyn ze słomki do własnych ust. Było zajebiste. Nie za kwaśne, nie za słodkie, było czuć w nim alkohol ale też słoneczne mango. Zgarnęła jeden kieliszek i nalała porcję dla Gasparda.
— Spróbuj — przesunęła powoli szkło po chłodnej ladzie, aż nie natrafiła na jego dłoń. Ostrożnie wsunęła mu kieliszek między palce, wcale własnych nie zabierając tak od razu i wbiła w niego spojrzenie.

Galen L. Wyatt
I walk alone, not because I have to, but because I choose to
baśka miała fajny biust
ja sama
34 y/o
GOLDEN BOY
182 cm
Prezes z przypadku, skandalista z wyboru | Northex Industries
Awatar użytkownika
Oficjalnie - prezes Northexu, nieoficjalnie - człowiek, który potrafi zamówić kawę w czterech językach, ale nie pamięta hasła do służbowej poczty.
Mówią, że wszystko mu się udaje. Ale nikt nie widzi, ile razy prawie nie spadł z własnego piedestału.
Żył szybko, kochał mocno, wydawało mu się, że jest niezniszczalny, że jest królem świata, do momentu, kiedy serce tego nie wytrzymało...
Teraz stara się je poskładać.
Żyć trochę inaczej, w zgodzie ze sobą, tak, żeby ten pieprzony film który wyświetla się przed oczami tuż przed śmiercią był trochę lepszy niż tanie porno, wymieszane ze słabą komedią.
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimki
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Mruczał jedząc tego batona, ale był dobry... Zajebisty można by powiedzieć, gdyby Galen używał takich słów. Może dzisiaj nawet używał, bo już był trochę pijany. Niewiele, ale na tyle, żeby zamiast wywrócić oczami, to uśmiechnąć się do niej zaczepnie.
- Nic nie poradzę... to był o-r-g-a-z-m w papierku - powiedział powoli i znowu oparł się o ladę, znowu pochylił w jej kierunku. A te jego niczego sobie oczy przesunęły się po jej twarzy. Ale i tak zaraz skupiły na jej ciemnym spojrzeniu.
Już miał coś powiedzieć, na to, że czas pokaże, co to znaczy, nabrał powietrze w płuca, ale ona wtedy powiedziała o tym helikopterze, a Galen wypuścił je ze świstem.
- To jest... - zaczął i czego mogła się spodziewać, że Galen Wyatt w swojej nieskazitelnej koszuli powie, że to jest szalone? Za bardzo dla niego?
- ... do zrobienia - dokończył jednak, bo przecież było. A już ostatnio też Peach mu powtarzała, że powinien sobie znaleźć nowe hobby, może helikopter? Więc może coś w tym było? - Ale tylko jeśli ten helikopter, będzie akurat stał... Rozumiesz, żeby też był ten element przeznaczenia i losu, który stawia nas na swojej drodze, no albo helikopter - stwierdził. Ale w zasadzie w Toronto pewnie tych lądowisk było sporo, może nawet Galen jakieś swoje miał? Przecież tacy ludzie jak on mają swoje lądowiska dla helikoptera. Na jaj kolejne słowa zamyślił się na moment.
- W zasadzie... jedyna rzecz, którą kiedykolwiek ukradłem, to tamta kawa - powiedział przyciszonym głosem pochylając się w jej kierunku, zaglądając znowu w jej piękne, brązowe oczy. Uśmiechnął się delikatnie.
- Ale lubię wyzwania - no bo w zasadzie lubił. Do tego lubił mierzyć wysoko, a skoro mieli już na koncie kawę, to teraz mogli celował w helikopter... Wyżej się chyba nie dało?
Gdyby Galen miał wybierać alkohol dla siebie, to pewnie wziąłby szkocką, whisky z lodem, najlepszy wybór. Ale miał wziąć szoty dla kumpli, tutaj zaczynały się schody. Bo to właściwie nawet nie byli jego jacyś dobrzy koledzy, bardziej tacy przypadkowi, z którymi tutaj dzisiaj przyszedł. O których teraz nawet nie myślał, za bardzo.
Zgodził się na rum, chociaż Galen Wyatt i rum jakoś nigdy nie szły ze sobą w parze... Ale może dzisiaj będą? W tym klubie, gdzie przewijała się od czasu, do czasu, ta latynoska muzyka. Oczywiście, że się uśmiechnął, kiedy pochwaliła jego wybór. I to było tylko takie gadanie, ale przecież Galen jak dziecko łaknął pochwał, uwielbiał je. Jemu wystarczyło to świetny wybór, a on już wyprostował się... Nie, wcale nie, bo pochylił się bardziej w jej kierunku, ale się uśmiechnął, ale niebieskie ślepia zabłyszczały jakoś wesoło, kiedy patrzył jej w oczy.
Chciał zachować powagę, ale na jej kolejne słowa parsknął. Pokręcił głową nie spuszczając z niej spojrzenia.
- No i co na to powie Ralph? - uniósł jedną brew, w zasadzie to na pewno Ralph Lauren nie spodziewał się, ze kogoś może wypierdolić z jego lakierków od drinka. Ale Galen nawet dzisiaj nie miał na sobie Ralpha.
Powiódł spojrzeniem za jej dłońmi, kiedy chwyciła shaker, w niego wbił niebieskie tęczówki, chociaż zaraz je podniósł na jej twarz.
- Z okazji piątku - stwierdził, bo Galen często to robił. Zapijał weekendy, bo mógł. Kiedyś co tydzień, kiedyś często przeciągając to do poniedziałku. A potem poznał Charity Marshall i ta jego cotygodniowa tradycja trochę zaniknęła, ale teraz małymi kroczkami do niej wracał - jestem z kumplami - nawet się obejrzał w kierunku tych loży, ale robiło się coraz więcej ludzi. Nie dostrzegł żadnego ze swoich kolegów. Nawet nie zwracał za bardzo uwagi na to, co dolewała do shakera, bo niebieskie tęczówki oscylowały gdzieś w okolicach jej twarzy. Tych loczków, które opadły na policzki, kiedy zaczęła pracować z drinkiem.
Pokręcił głową na jej pytania.
- Nie tańczę, a ty tańczysz? - Galen Wyatt lubił klubu, alkohol, inne używki, ale ciężko go było wyciągnąć na parkiet, musiał być naprawdę pijany, nawalony. Bo on był po prostu sztywny. Z tą swoją manierą do jakiś tańców towarzyskich pokroju walca. Zawiesił spojrzenie na jej ustach, kiedy próbowała drinka. A gdy podsunęła mu kieliszek, kiedy musnęła jego palce, to on też to zrobił, przesunął swoimi ciepłymi opuszkami, po jej dłoni, a później złapał za kieliszek. Nie przechylił go od razu, bo najpierw zamoczył usta w alkoholu i dopiero po chwili go wypił. Przymknął jedno oko, szot był dobry. Chociaż on nie przepadał za takimi alkoholami, ale mu smakowało. Naprawdę.
Już otworzył usta, żeby jej to powiedzieć, ale wtedy podszedł do niego Jerry, walnął go w ramię i oparł się obok o bar.
- Kurde Galen, miałeś przynieść popielniczkę, a nie podrywać barmanki - rzucił, a Wyatt od razu przeniósł na niego spojrzenie. No tak, nie mówił im, że on teraz jest Gaspard…
- Już idę, właśnie... wybierałem szoty, żeby były zajebiste - rzucił i wzruszył ramionami, no i były.
- Tyle czasu? - Jerry pochylił się do Mayi - dasz nam popielniczkę? Mam jointa. Jest Maddie? - zapytał pochylając się do niej jeszcze bardziej. A Galen tylko wywrócił oczami, bo Jerry nie był mu tu wcale potrzebny. Wpierdolił się. Chociaż nie... Galen nie używa takich słów. Ale to właśnie zrobił Jerry.

Maya Parker
zgrozo
stania w miejscu; nudnego, miłego życia; postów z czata
ODPOWIEDZ

Wróć do „Emptiness”