37 y/o
OPIEKUN FORUM
189 cm
Dyrektor strategii w AG Industries
Awatar użytkownika
'Cause I'm the serpent, I'm the flame, the mortal world is scared to say my name.
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkishe/her/bitch
typ narracjitrzecioosobowa, ograniczona
czas narracjiprzeszły
postać
autor

006
only us, nowhere else
  Statyczność.
  Nie lubił jej.
  W jego życiu musiało być dużo zmiennych, aby jego umysł miał co opracowywać. Wbrew pozorom kontrola i porządek wcale nie były równoznaczne z sympatią do monotonni. Jego mózg przez cały czas szukał nowych wyzwań czy bodźców – wszystkiego tego, co mogło zaangażować, wymagać opracowania i strategii. Inaczej popadał w dziwny marazm. Niemniej przez ostatni czas wszystko było pod kontrolą – zbyt dużą, zbyt jednostajną, aby życie sprawiało mu przyjemność. Nie potrafił jednak tego uczucia przypisać do znudzenia, bo nie było to. Bliżej temu było do nieusatysfakcjonowania. Brak iskry i zapalnika były dla niego jak śmierć kliniczna.
  Jego relacja z Navi nie zmieniła się jakoś ogromnie na przestrzeni kilku tygodni. Nie było nagłego wybuchu gorących uczuć, konfetti i płatków róż. Ale jednocześnie nie było tak samo, jak wcześniej. W końcu coś, co przekładał z miejsca na miejsce w umyśle, czego nie potrafił przyporządkować, dostało jakąś nazwę. Definicję. Zdefiniował ich jako narzeczeństwo – ale bliżej temu było wciąż do praktycznego przekonania, niż płomiennego uczucia.
  A jednocześnie zajmowała go na tyle, że nie potrafił jej przypisać szufladki i już więcej nie opracowywać każdego dnia. Była zmienną w jego perfekcyjnym harmonogramie i subtelnym chaosem, nad którym jak raz nie próbował panować. Nie w całości.
  Od czasu oświadczyn, bardzo mało filmowych i niespecjalnie wyjętych z kobiecych marzeń, ich dynamika nie zmieniła się jakoś specjalnie. A szybciej – wróciła do normy, gdzie punktem do ustalenia tej normy był moment przed ich wyjazdem jeszcze w zeszłym roku do Kalabrii.
  Korzystając ze statycznego punktu w życiorysie – mając na myśli życie zawodowe po obu stronach świata – oficjalnego i tego mniej, impulsem zaaranżował coś, co miało być niespodzianką dla Navi. Jakby nie patrzeć – od samego początku traktował ją jak księżniczkę i jeśli szukać zmiany, to tylko i wyłącznie tytularnej. Półoficjalnie koronował ją na własną królową.
  I pewnie dlatego wsiadał z nią na pokład samolotu rejsowego w klasie biznes, od początku do samego końca nie mówiąc jej dokąd lecą. Zdradził ją dopiero pilot na pokładzie, który powitał ich na trasie na Malediwy.
  Sama podróż była męcząca – to prawie doba w podróży, choć w warunkach iście hotelowych. Gdyby tylko nie konieczność przesiadki i ponownego boardingu wszystko mogłoby zahaczyć o status luksusowego.
  Po doleceniu do lotniczego portu docelowego odebrano ich z lotniska, aby przetransportować samochodem do innego punktu, skąd przesiedli się na ładną, nową łódź motorową, która wraz ze skipperem zabrała ich na miejsce – do domku (lub raczej: rezydencji, jeśli patrzeć na zdjęcia z Google) na wodzie, podległego jednemu, niedalekiemu resortowi. Przekazano Giovanniemu klucze do lokum, a także do łodzi, a następnie ekipa odprawiła się drugą taką, w stronę głównego budynku resortu.
  Dopiero wtedy, nie licząc odgrodzonej przestrzeni w biznes-klasie, zostali tak naprawdę sami. Salvatore, choć przez cały czas monitorował uważnie zmiany w nastroju i reakcjach Navi, dopiero teraz oficjalnie na nią spojrzał. Nie oczekiwał, że zacznie piszczeć i mu dziękować – to byłoby do niej niepodobne. Nie oczekiwał wielkich, przerysowanych reakcji. Ale na pewno jakiejś oczekiwał – od miesięcy wiadomym było, że przecież żył jej emocjami. To, czego sam nie mógł dotknąć, bo było jak za szybą, na niej było dla niego niemal namacalne, całkowicie czytelne. Zawsze chłonął z niej najmniejszą ze zmian, nie tylko tych pozytywnych, choć przecież emocji nie można było kategoryzować na dobre czy złe, ale i tych drugich.
  Nim zdołał się jednak odezwać, nim w ogóle ona zdołała skupić na nim uwagę, niewielki cień przeleciał po planszy tarasu z widokiem na pobliską wyspę. A potem coś z cichym plaskiem spadło mu na ramię, paskudząc ciemną koszulę. Niemal od razu zarejestrował co to, ale żaden mięsień w jego twarzy nie drgnął. Łypnął jedynie w stronę odlatującego zwierzęcia, do złudzenia przypominającego gołębia (a te podobnież tu istniały), w duchu pewnie już rzucając na niego klątwę.
  A może to na niego spadła ta klątwa.
  Jeśli jakaś, to na pewno gówniana.

Navi Yun
pies (dc: canine.west)
ja jestem trigger
28 y/o
Mark your calendar for Canada Day
162 cm
właścicielka tworzącej się restauracji koreańskiej
Awatar użytkownika
When is a monster not a monster?
Oh, when you love it.
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Dość szybko nauczyła się na nowo żyć przy jego boku. Łatwo też było jej wejść w rolę narzeczonej, bo… w zasadzie poza tytułem, zbyt wiele się nie zmieniło. No, może poza tym, że przestała spać sama i oficjalnie mogła zacząć planować wydarzenie. Tym razem mogła decydować o tym jaką suknię założy, jakie kwiaty wybierze i jaki wystrój chce na weselu. I szczerze się tym ekscytowała. Jej pierwszy ślub był karą, ale teraz w końcu mogła dostać ślub, który jej się należał po tym całym syfie związanym z pierwszym małżeństwem.
I zrobić to tak, jak powinno to wyglądać od początku.
Przez ostatnie półtora miesiąca odbudowała też swoje zaufanie do Giovanniego i już nie spinała się odruchowo w dziwnym, wewnętrznym przestrachu, jak jego dłoń znajdowała się w okolicach jej szyi. Teraz jednak wszystko wydawało się wrócić na odpowiednie tory.
Po powrocie do Toronto skupiła się na biznesie, który miał być w trakcie planowania i remontu, a także na przygotowaniach do włoskiego wesela, konsultując się przy tym z Giovannim, chociażby w temacie miejsca oraz sali. Nawet jeśli była zatrudniona też organizatorka, to Navi bardzo zależało na tym, aby mieć rękę na pulsie co do każdej najmniejszej pierdoły.
Zwyczajnie tego potrzebowała.
Nie spodziewała się jednak kolejnego wyjazdu. Spakowała się zgodnie z instrukcjami, przewidując podróż do ciepłych Włoch, ale pilot samolotu do którego wsiadła wyprowadził ją z błędu bardzo szybko. A na sam wydźwięk słowa Malediwy, oczy jej się zaświeciły z podekscytowania i swego rodzaju niedowierzania.
Najwyraźniej dalej nie przywykła do takiego rodzaju przepychu. I bycia rozpieszczaną.
Nawet męcząca podróż nie była w stanie zepsuć jej dobrego humoru. Chociaż warunki były luksusowe i nie musieli się męczyć na małych siedzeniach, gdzie nie można było się nawet normalnie wyspać, to jednak sama przesiadka oraz podróż potrafiła dać w kość.
Po opuszczeniu samolotu od razu uderzyło ją piękne słońce i ciepły podmuch wiatru. Przez cały czas, odkąd przesiedli się do samochodu, a potem na łódź, rozglądała się na boki, chłonąc piękne widoki, których przecież doświadczała po raz pierwszy. Jak wiadomo, z Subinem nigdy nie podróżowała, bo siedziała w domu, czekając na męża, gdy on jeździł po świecie. Dopiero z Giovannim zaczęła poznawać kolejne państwa, kultury i zwyczaje.
No i kontynenty.
Już na łodzi nie mogła uwierzyć, że wielka posiadłość na wodzie miała przynależeć do nich. Było tu dokładnie tak, jak na tych wszystkich obrazkach. Lazurowa, przejrzysta woda, cudowny krajobraz, wodne życie, które mijali i luksusowa rezydencja, która spełniała wszystkie wymagania.
Jak tylko jej stopa stanęła na drewnianym tarasie, gdzie ich wysadzono, zaczęła rozglądać się po otoczeniu. Po wyposażeniu, każdym fotelu, hamaku, krawędzi basenu i oknach posiadłości do której właśnie były przekazywane klucze. Subtelny, ale prawdziwy uśmiech nie schodził jej z twarzy przez cały czas.
Podziękowała ludziom, którzy ich tu przywieźli, i zanieśli bagaże do środka, po czym wróciła spojrzeniem do podziwiania miejsca w którym się znalazła.
Tu jest… — Każde słowo wydawało się być nieodpowiednie jako określenie. — To wszystko jest tylko dla nas? — spytała, odwracając głowę w jego stronę, akurat w momencie jak jakiś ptak zrzucił na jego ramię ładunek.
Zaśmiała się cicho, krótko pod nosem, zakrywając usta dłonią.
To na szczęście — powiedziała, podchodząc do mężczyzny, wyciągając z drobnej torebki opakowanie chusteczek. — Oznacza, że pobyt będzie udany. — Bo w tym miejscu, w tym raju, raczej nie było opcji na to, aby cokolwiek miało pójść nie tak.
Starła niespodziankę z jego ramienia, zostawiając na koszuli jednak ślad, który jest do prania.
No i to znak, że czas się przebrać.

Giovanni Salvatore
37 y/o
OPIEKUN FORUM
189 cm
Dyrektor strategii w AG Industries
Awatar użytkownika
'Cause I'm the serpent, I'm the flame, the mortal world is scared to say my name.
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkishe/her/bitch
typ narracjitrzecioosobowa, ograniczona
czas narracjiprzeszły
postać
autor

  Przez ptasie odchody nie zdołał wypowiedzieć tego, co zaplanował jego umysł. Nie zdołał wyprowadzić jej z błędu, że to wszystko nie było dla nich, a dla niej. On tego nie potrzebował, takie wyjazdy uznając za zbędne – robił to dla niej. Dla kobiety, którą chciał satysfakcjonować z prostego powodu. Ona była nim. Wcześniej wspomnianą, integralną częścią, na którą mógł również wpływać i która, tak samo jak i on, miała być usatysfakcjonowana.
  Obserwował, jak sięga do torebki, po chusteczki, jeszcze zanim on w ogóle zdołał się tym przejąć. Wydał z siebie jedynie krótki pomruk, ten sam, który zwiastował, że ma się z nią nie zgodzić. W ten mało inwazyjny sposób.
  — Przesądy mówią, że raczej będzie się bogatym — odpowiedział, dość pragmatycznie podchodząc do całej tej sytuacji. Musiał to być mocno spóźniony gołąb, bo stan majątkowy Giovanniego już dawno osiągnął poziom, który bez zawahania można było nazwać prosto słowem: bogactwo.
  Nie bawiła go małostkowość tej sytuacji; nie drażniła go też jego niefortunność. Nie wywołała po prostu żadnych większych odczuć, żadnego procesu, poza konstatacją oczywistego – konieczności przebrania się. Tej samej, którą Navi wypowiedziała na głos.
  — Infatti — przyznał krótko, w natywnym języku. Coraz więcej przemycał ojczystej mowy do rozmowy z Navi i miało to swój powód. Głębiej zakorzeniał ją w swojej kulturze, faktycznie traktując jako kogoś, komu miał ofiarować siebie, jako formalną połówkę. Już nie tylko strukturalne bezpieczeństwo, które miał jej zapewnić małżeństwem, grało rolę w całej tej sprawie.
Ich integralność.
  Plus fakt, że na samym weselu zostanie przedstawiona sporej części la famiglii, a ci nie będą nawet próbowali porozmawiać z nią po angielsku – wychodząc z założenia, że skoro jest rodziną, to musi mówić jak rodzina. Robił to więc dla jej komfortu w całym tym układzie.
  Koszulę spisał na straty. Nie zamierzał dawać jej drugiego życia po praniu. Nie przez obrzydzenie, myślenie w przesądny sposób – ot, dopełniła swojej służby, została ubrudzona w sposób nienaturalny dla niego.
  W całej tej sytuacji, najbardziej pod skórę, wdarło się ludzkie, nieemocjonalne zmęczenie. Całość podróży, nawet w iście luksusowych warunkach, spompowała jego ciało, które domagało się odpoczynku.
  Przebrał się, bez żadnych ekscesów po drodze. Ot, po prostu ulegajac potrzebie zmiany ubrań. Spodni nie zmienił na krótkie, ale na pewno na inny materiał. Może nie był on zwiewny, ale cieńszy. Krótkich spodenek nie zakładał. Był Włochem, więc gorąc był dla niego naturalny. Szybciej marzł w kanadyjskich mrozach, niż przegrzewał się w pełnym słońcu w raju.
  Ledwie skończył się przebierać, a musiał odebrać telefon. Rozmawiał po włosku, jak w większości momentów, kiedy rozmawiał o interesach, choć teraz robił to czujniej – biorąc poprawkę na to, że Navi jednak wciąż pogłębiała swoją znajomość tego dialektu. Z drugiej strony – nie musiał ukrywać tego, o czym rozmawia, skoro jasnym było już dla niej, czym się zajmuje.
  Do tej pory jednak nie porozmawiali o tym w sposób inny, niż w posiadłości.
  Rozłączył się i przestał krążyć po tarasie, gdy obejrzał się za siebie i dostrzegł, że Navi była gotowa. Odświeżona po podróży, przebrana.
  Przeciągnął po niej spojrzeniem. Lekko, nie taksując jej bezczelnie, ale ześlizgnął się po jej sylwetce w taki sposób, by subtelnie i wyraźnie docenić to, co widział.
  — Splendente come sempre. — skomentował, ów komplement powtarzając po włosku. — Jest coś, na co masz teraz ochotę? — zapytał, już we wspólnym dla nich języku. — Ten wyjazd jest cały twój. — Przechylił się nieznacznie w jej stronę, gdy zbliżył się już do niej odpowiednio, aby dodać, słyszalnie niżej: — Esattamente come me.
  Dedykował jej wszystko, co tutaj miało się zdarzyć. Świadomie i w pełni kontrolowanie oddawał jej decyzyjność. Oddawał jej władzę, ale przecież na jego warunkach.

Navi Yun
pies (dc: canine.west)
ja jestem trigger
28 y/o
Mark your calendar for Canada Day
162 cm
właścicielka tworzącej się restauracji koreańskiej
Awatar użytkownika
When is a monster not a monster?
Oh, when you love it.
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Przesądy mówią, że raczej będzie się bogatym.
Prawda, ale ty już tego nie potrzebujesz — odpowiedziała, nie zaprzestając wycierać jego koszuli, dopóki nie starła zabrudzenia w odpowiedni sposób. Skoro już miał bogactwo i pieniądze nie były żadnym problemem, to mogli uznać, że ten sygnał był po prostu oznaką szczęścia. A przynajmniej ona mogła tak myśleć. I możliwe, że też chciała.
W końcu zapowiadało się naprawdę dobrze.
Pogoda była piękna, okolica zapierająca dech w piersiach, a cały ten wypad wydawał się być jak wyrwany z jej ukrytych marzeń, których nie chciała śnić. Ledwie kilka lat temu nie pomyślałaby o jakimkolwiek wyjeździe w ciepłe, egzotyczne kraje. Malediwy były daleko poza jej zasięgiem, a teraz stała na drewnianym, szerokim tarasie, w rezydencji na wodzie w której miała spędzić najbliższy czas. W dodatku z nowym narzeczonym.
Nigdy nie myślała, że jej życie się tak diametralnie odmieni.
Adaptowała się jednak dość szybko do tych zmian, chociażby dzień w dzień szkoląc swój język włoski, aby do momentu wesela stać się jak najbardziej płynną w jego używaniu. Chcąc nie chcąc czuła na sobie presję, a fakt, że pozna rodzinę Giovanniego nakładał na nią wysokie oczekiwania. A raczej, sama je sobie nakładała.
Przeszła do wielkiej, przewiewnej sypialni, gdzie znajdowały się jej rzeczy i przebrała się w sprawnie w jedną swoich cienkich, letnich sukienek. W białą, zwiewną, za kolano. Elegancką, ale wygodną, jak wszystko co nosiła. Włosy upięła w wyższego, niedbałego, ale jednocześnie estetycznego kucyka. Obmyła się wcześniej po locie i gdy już była gotowa, wyszła z sypialni, dopinając ostatni kolczyk na ucho.
Nawet nie przysłuchiwała się jego rozmowie. Odkąd wiedziała czym się faktycznie zajmował, jej ciekawość i podejrzliwość spadła. Gdy tylko wyłapała jego spojrzenie, wygładziła materiał sukienki, pokazując mu swój dzisiejszy, letni ubiór.
Come sto? — spytała po włosku, samej starając się jak najwięcej wplatać słów oraz zdań w tym języku, aby trenować do zbliżającego się, głównego egzaminu za kilka miesięcy. Nie była biegła, ale z tygodnia na tydzień robiła postępy, przykładając się do lekcji pomiędzy zawirowaniami z remontem budującej się restauracji.
Kąciki ust jej drgnęły na komplement, przyjmując to, że najwyraźniej wciąż mu się podobała. Podświadomie dbała o siebie, ale też o to, aby trafiać w jego gust, co nie było takie trudne, kiedy musiała być po prostu sobą.
Podeszła do niego, gdy pytał na co ma ochotę, a wargi wyginały jej się w szerszym, acz dalej subtelnym uśmiechu, gdy kończył swoją wypowiedź.
Nie wypadało jednak mówić, że na niego zawsze ma ochotę.
Dzisiaj wystarczy mi zwykły odpoczynek, jestem zmęczona po podróży. Zgaduję, że ty też, Caro mio. — Sięgnęła dłonią do jego karku, przesuwając ostrożnie kciukiem po opalonej skórze. Chociaż była bardzo podekscytowana miejscem w którym się znaleźli, to mimo wszystko odczuwała wewnętrzny ciężar tego całego lotu.
Wyminęła go, aby przejść dalej, w stronę tarasu. Chłonęła promienie słońca na swojej skórze i zapach oceanu, który ich otaczał. Nawet nie wiedziała, że tak tego potrzebuje. I że podziała to na nią w taki relaksujący sposób.
Nie bardzo wiem co tu można robić poza leżeniem na tym fantastycznym hamaku i czytaniem książki — przyznała, opierając się o jedną z barierek, oglądając się na luksusowy, szeroki, materiałowy hamak rozłożony nad wodą. — Jest co zwiedzać na wyspie? — spytała, obracając głowę w jego kierunku. Nie wiedziała czy były jakieś atrakcje na Malediwach. Może jakby wiedziała od początku gdzie jadą, to by zrobiła jakikolwiek research wcześniej… ale przecież na to nie było za późno.


Giovanni Salvatore
37 y/o
OPIEKUN FORUM
189 cm
Dyrektor strategii w AG Industries
Awatar użytkownika
'Cause I'm the serpent, I'm the flame, the mortal world is scared to say my name.
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkishe/her/bitch
typ narracjitrzecioosobowa, ograniczona
czas narracjiprzeszły
postać
autor

  Niezwykle satysfakcjonujące było dla niego, gdy słyszał język włoski spływający spomiędzy jej warg. Słyszał i widział te niedoskonałości – w akcencie, w sposobie jak układała usta. Nie mógł nie słyszeć, na pewno nie on. Ale mimo to zostawiało to pod jego skórą przyjemne mrowienie. Mógł być złożonym charakterem, ale jednocześnie tyczyły się go tak proste, głęboko zakorzenione w genach rzeczy, jak słabość do własnego języka natywnego. Zwłaszcza na języku kogoś, kto był w jego systemie bliski.
W nauce jej pomagał. Zawsze jej poświęcał trochę czasu, by porozmawiała z nim jako native speakerem, aby zweryfikować swoje umiejętności, a jednocześnie aby mógł pomóc jej poprawić to, co było niedoskonałe. Zauważał jej postępy i szlifował z nią to, czego już się nauczyła. Nie dlatego, że próbował zrobić z niej Włoszkę na siłę, a przez fakt, aby mogła bieglej zagłębić się w jego świat.
  — Nie będę ukrywał, że tak — odpowiedział, z pewnym jeszcze wewnętrznym zacięciem rejestrując jej ruch i dotyk na sobie. Nie był, jak wiadomo, jeszcze przyzwyczajony do tego w pełni, że pozwalał komuś na dotyk – w końcu jego ciało należało do niego i każda decyzja względem jego świątyni też była jego. Navi była ustępstwem, na które sobie pozwalał, a które jeszcze nie wdrukowało mu się całkiem w DNA.
  Odpoczywał w nieco inny sposób, niż można podejrzewać. Wolał czas fizycznego leżenia poświęcać rozmowie.
  Przeprowadził ją spojrzeniem – nie lustrując jej wzrokiem, a czujnie monitorując. Nawet teraz, kiedy byli we względnie prywatnej i bezpiecznej strefie, wciąż pilnował jej. Nie tego, co robiła i jak robiła. Tego, czy nic jej nie zagrażało.
  Przesunął się, zatrzymując w progu, ledwie chwilę mieląc we własnym umyśle jej słowa i pytanie.
  Mieli, tak w zasadzie, kilka – bo aż cztery – wysp, na których zawsze mogli znaleźć coś. Nie było porywających atrakcji, które można by określić cudami świata, chociaż gdyby wziąć pod uwagę to, co oferowało miejsce nie na lądzie, a w wodzie, to te cuda wydawały się nieco bardziej realne.
  — Od wielkich raf koralowych, po nurkowanie z rekinami pielęgniarzami i płaszczkami, z pływaniem z żółwiami morskimi po drodze. Można też zanurkować i zwiedzić wrak statku Victory. Na samej wyspie nie ma zbyt wielkich cudów, wszystko opiera się głównie na tym, co dookoła. Mieliznach, ławicach piaszczystych. Na głównej wyspie najciekawszy ma być targ, który, jestem pewien, chciałabyś zobaczyć, ze względu na tutejsze przyprawy i składniki.
  A nuż wpadnie na pomysł, by tutejsze specjały w postaci przypraw importować do swojej restauracji, bo wpadnie na pomysł, że jest to coś, co wyjątkowo podbije smak. Z drugiej strony, jeśli planowała jedzenie w koreańskim stylu, to raczej nic z tego. Choć może spodoba jej się niewielki twist z tej postaci.
  — Coś jeszcze pominąłem? Ach, tak. Nurkowanie. Z delfinami. — Suchy żart. Bo tak, jakby tych wariantów do nurkowania było zwyczajnie za mało, to należało wspomnieć o jeszcze jednym. Nie wymienił w zasadzie wszystkiego, co mogli tutaj robić, choć wcale nie był to zbyt rozpięty wachlarz możliwości. Cały research zrobiła mu nowa asystentka.
  Jakkolwiek źle to nie brzmiało – sam nie miał na to czasu. Ale mimo to wygospodarował chwilę, by coś takiego zlecić dziewczynie, a później jeszcze przeczytać dokładnie zestawienie, które mu przygotowała. O wyspie kotów nic nie wspomniał, wcale nie dlatego, że szczerze nie uśmiechało mu się tam jechać. Ot, zwykły detal, który dzisiaj wcale nie musiał paść, jak i kilka innych propozycji – mieli w końcu wiele dni na to, by zaplanować, co chcą robić.
  No i należało wziąć poprawkę na to, że większość tych atrakcji była dla nich w trybie bardzo ekskluzywnym – nie musieli jeździć autokarami, nie musieli stać w kolejkach, ani tym bardziej dzielić się przestrzenią.
  Przede wszystkim dlatego – że zwiększało to wydajność danego przedsięwzięcia, z którego mogli wyciągnąć jak najwięcej. Również dlatego – że Giovanniego szlag by trafił w takim spędzie. I z koniecznością akceptowania zachowań obcych. A także ich spóźnień.

Navi Yun
pies (dc: canine.west)
ja jestem trigger
28 y/o
Mark your calendar for Canada Day
162 cm
właścicielka tworzącej się restauracji koreańskiej
Awatar użytkownika
When is a monster not a monster?
Oh, when you love it.
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Nie zwykła odpoczywać i mieć wakacje. Nie wiedziała też co wtedy ze sobą robić i jak miało to wyglądać. Oczywiście teraz już było z nią lepiej, bo gdy Giovanni dopiero co ją wyrwał z piekła jakie miała w Korei, to zupełnie nie wiedziała jak odpoczywać. Musiała rano wstawać, przygotowywać śniadanie, sprzątać, robić pranie, a potem głowić się co jeszcze powinna zrobić, nawet jeśli niczego od niej nie oczekiwano. Z biegiem czasu zaczęła uczyć się, że może po prostu usiąść i poczytać książkę, napić się wieczorem wina. Pójść malować obrazy nawet jeśli ktoś inny był w domu, bo nie musiała latać dookoła kogoś.
A potem zaczęli wyjeżdżać. Do innych miast. Do Włoch, gdzie całkowicie mogła się odciąć i nie myśleć o czymkolwiek innym, jak o samej sobie. Poza tym jednym razem, który skończył się… jak się skończył, mogła faktycznie się zrelaksować oraz odpocząć. Teraz, magiczne, luksusowe wyspy, które wcześniej mogła oglądać tylko w internecie stały się rzeczywistością i nie wiedziała jak się do tego zabrać.
Kąciki ust podnosiły jej się coraz wyżej wraz z kolejnymi wymienianymi atrakcjami, które już widziała oczami wyobraźni. Wcześniej brzmiało to jak abstrakcja, coś czego nigdy nie doświadczy. Dla niej samo to, że się tu znajdowali było cudem. Każda plaża, fala i mijane egzotyczne drzewo było niezwykłe, więc na pewno będzie chciała zobaczyć wszystko, co tylko będzie można. Zupełnie jakby miała tu już nigdy więcej nie wrócić.
A mogli zapewne nie raz.
Zdecydowanie muszę zobaczyć targ — przyznała. Nie wiedziała jakie są tutejsze przyprawy i potrawy, ale była łasa na próbowanie nowych smaków i uczenie się o cudzej kulturze, zwłaszcza kuchennej. Nie zamykała się tylko na jedne smaki, bo chciała od zawsze poznać ich jak najwięcej. Dawno temu żaliła się przecież, że nie smakowała tak wielu różnych kultur… to teraz wszystko wydawała się nadrabiać.
Nurkowanie, aby zobaczyć różne gatunki egzotycznych ryb, rafy koralowe, żółwie morskie, delfiny czy nawet wrak statku, brzmiało niesamowicie ekscytująco. Oczy momentalnie jej się zaświeciły na każdą z wymienionych atrakcji. Nawet zmęczenie nie było już tak silne, jak to niezwykłe uczucie, które wypełniało ją na samą myśl o kolejnych dniach.
Dobrze, że chociaż pływać umiała, bo się nauczyła za dzieciaka, gdy jeździła z rodziną na basen.
Ale nigdy nie nurkowała.
Wszystko przygotowałeś. — Oczywiście, że tak. Nawet jeśli wykorzystał do tego nową asystentkę, to i tak wykazał jakąkolwiek inicjatywę, aby ją tu ostatecznie zabrać. I być tu z nią, kiedy przecież nie musiał.
Odwróciła się frontem do niego, plecami opierając się o drewnianą barierkę oddzielającą taras od otaczającego ich oceanu.
W takim razie dzisiaj możemy zobaczyć okolicę, jeśli masz ochotę, a jutro pomyśleć o jakimś nurkowaniu lub targu — zaproponowała. Mieli jeszcze sporo dnia dzisiaj, więc zwykły spacer po plaży czy samym kurorcie, aby zobaczyć co oferowali nie powinien ich niesamowicie zmęczyć. Na inne aktywności lepiej będzie się jednak wyspać.
Oderwała się od barierki, aby do niego podejść.
Szykują się wspaniałe… — urwała na moment, zastanawiając się nad jedną kwestią. — Na jak długo tu jesteśmy? — Bo wziął ją na dobrą sprawę z zaskoczenia i nie do końca wiedziała ile tu zabawią. Co prawda zostawiła remont pod okiem odpowiednich ludzi, którzy mieli zrobić co do nich należało, ale zgadywała, że nawet jeśli o czymś nie pomyślała, to Giovanni zadbał o wszystko. W końcu nie byłby sobą jakby cokolwiek nie było zaplanowane kilka kroków do przodu.

Giovanni Salvatore
37 y/o
OPIEKUN FORUM
189 cm
Dyrektor strategii w AG Industries
Awatar użytkownika
'Cause I'm the serpent, I'm the flame, the mortal world is scared to say my name.
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkishe/her/bitch
typ narracjitrzecioosobowa, ograniczona
czas narracjiprzeszły
postać
autor

  Znał ją, może nawet lepiej, niż sama by się spodziewała. A być może miała świadomość, że każdą osobę rozwarstwiał i uczył się, niektórych bardziej innych mniej, wszelkimi środkami. I dlatego był realnym zagrożeniem, nawet nie dlatego, że miał zasoby, by zwykłym pstryknięciem zlecić czyjąś egzekucję. Tylko właśnie dlatego, że potrafił zabijać cicho i powoli, bez dotyku, a słowami i na pozór niczym groźnym.
  Ale ona była dla niego nietykalna. Odkąd uznał ją za integralną część własnego systemu, odkąd uznał ją za siebie, jej bezpieczeństwo było priorytetem – takim samym, jak jego własne, a może i większym. Siebie mógł świadomie i rozsądnie rzucić w sytuację, w której coś mogłoby pójść nie tak, a ją? Ją po wydarzeniach z Sycylii zamierzał trzymać jak najdalej od realnego bezpieczeństwa.
Wszystko tylko dlatego, aby nigdy więcej nie stanęła w sytuacji, w której znów dokonałaby tego głupiego wyboru.
  Widok tego, jak ulatuje z niej życie, niekontrolowanie i nie za jego sprawą, za sprawą czegoś, czego nie mógł przerwać, dość mocno osiadł w jego umyśle, zagrzewając w nim miejsce na dobre. Dlatego, we wszelkie jego kalkulacje wliczał współczynnik ryzyka, który miał być jak najmniejszy w jej wypadku.
  A zmniejszenie go było możliwe przez dołączenie jej do la famiglii. Pozornie, bo też dawno przestał tę strukturę uznawać za całkowicie bezpieczną. Ale na pewno oddalało to ryzyko włączenia ją w porachunki między rodzinami, bo tradycja była tradycją. A kobieta w rodzinie – nietykalna.
  Jej podsumowanie, dotyczące przygotowań, skwitował cieniem uśmiechu, nie był on radosny, a zwykłą uprzejmością; był też pewnym potwierdzeniem, że oczywiście wszystko. Ona także go znała i musiała wiedzieć, jak bardzo do przodu musiał być ze wszystkim.
  I znać jego silną potrzebę kontroli nie tylko ludzi, ale i otoczenia i czasu.
  — Va bene — odpowiedział krótko, zgadzając się na jej propozycję. Nieszczególnie podobał mu się pomysł piachu w butach, a Salvatore szybciej umrze, niż założy sandałki lub klapki na spacer.
  Opuścił na nią spojrzenie, gdy zatrzymała się przed nim, jedną ze swoich dłoni kładąc na jej talii, drugą ujmując delikatnie jej palce.
  — Tyle, ile będziemy potrzebowali — odpowiedział, unosząc subtelnie ten splot, by musnąć, nie odrywając spojrzenia od jej oczu, wierzch jej dłoni.
Tyle, ile będziemy chcieli było czystą i nierealną abstrakcją, której nie mógł zadeklarować. Bo na zawsze nie było opcją. Miał zobowiązania, miał swoje plany i miał interesy. Prawdopodobnie, gdyby chciała, mógłby kupić tu dom i mógłby pozwolić się jej tu przenieść, gdyby chciała. Mógłby ulokować jej restaurację albo i hotel właśnie na Malediwach, gdyby miała takie życzenie. Może nie było to aż takie absurdalne, gdyby się nad tym zastanowić. On wytrzymałby dystans, bo nie potrzebował bliskości, a jedynie świadomość, że jest bezpieczna i wiedzę o tym, co robiła.
  A ona?
  — Andiamocene — powiedział z wyuczoną miękkością, odsuwając minimalnie jej dłoń od siebie.
Nie wypuścił jej, ale schwycił inaczej, w sposób by móc ją poprowadzić do niewielkiego doku, przy którym stała ich łódź motorowa. Wszedł do niej jako pierwszy, zaraz oferując jej swoją rękę, aby pomóc jej stabilnie przejść. Woda nie kołysała specjalnie mocno, ale upewnił się, że kobieta miała równowagę, gdy znalazła się już na pokładzie. Przeprowadził ją do jednego z foteli, aby mogła usiąść, a dopiero potem zajął swoje miejsce przy sterach,
  Wsunął ciemne okulary typu awiatorki na nos. Przekręcił kluczyk, wcisnął przycisk startu, aby odpalić. Silniki z tyłu zawarczały, a później śruba pod wodą rozcięła taflę spokojniejszej wody, swoją pracą. Wyprowadził łódź najpierw spokojnie spod pomostu, aby później wrzucić wyższy bieg. Zerkał co jakiś czas na ploter map, by omijać ciemniejsze plamy, które miały odpowiadać rafom.
Byłby to wyjątkowo kompromitujący finał, jak na pierwszy odcinek trasy, gdyby rozbił ich na pierwszej z nich.
  Nie płynął specjalnie szybko, bo po pierwsze – to byłoby nielogiczne w lagunie, a po drugie – chciał dać jej możliwość podziwiania tutejszej, podwodnej fauny i flory, którą mijali. No i zrobienia zdjęć na instagrama.
  Zatrzymał się, kiedy znaleźli się, według plotera, na granicy laguny i większej głębiny. Nie wyłączył silnika, ten wciąż pracował, ale manetkę ustawił na absolutnym zerze.
  — Twoja kolej, Navi — powiedział, posyłając jej niewielki uśmiech. Był gotów zamienić się miejscami i nauczyć ją prowadzić łódź motorową, aby sama mogła poruszać się po otoczeniu i wybrać kierunek, w którym popłyną.

Navi Yun
pies (dc: canine.west)
ja jestem trigger
28 y/o
Mark your calendar for Canada Day
162 cm
właścicielka tworzącej się restauracji koreańskiej
Awatar użytkownika
When is a monster not a monster?
Oh, when you love it.
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Tyle ile będziemy potrzebowali.
Kąciki ust odruchowo powędrowały jej wyżej w delikatnej odpowiedzi.
To sporo — odpowiedziała, nie zdejmując z niego swoich oczu. Od tamtego drastycznego incydentu, który miał miejsce w rezydencji minęło już kilka miesięcy. I chociaż jej ciało potrzebowało się na nowo przyzwyczaić do jego dotyku, który nie był wiedziony dzikim pożądaniem, tak teraz samo do niego lgnęło. Wszystkie te drobne gesty, były dla niej na wagę złota. Jako kobieta, która wcześniej ich nie doświadczała, zauważała teraz wszystko. Każde muśnięcie skóry, ułożenie dłoni na jej talii, otwarcie drzwi, podanie płaszcza, gdy wychodzili z domu czy chociażby to, że nigdy nie chodziła od strony ulicy.
Łatwo było się przyzwyczaić do takiego traktowania.
Wiedziała jednak, że nie mogli tu zostać na zawsze. Mimo wszystko, tworzenie restauracji w Kanadzie było jednym z jej celów, które naprawdę chciała spełnić. Chciała być przy remoncie, wybierać kolejne rzeczy, tworzyć przepisy i myśleć o ułożeniu stolików. I chociaż Malediwy były rajem na ziemi, to była też człowiekiem, który chciał pracować. Po tym, jak jej tego zabraniano, tak teraz sama chciała siedzieć do nocy nad kolejnymi papierami związanymi z własnym biznesem.
Przeszła za nim, w stronę łodzi motorowej do której dostali klucze. Wsiadła do niej z jego pomocą i usiadła na jednym z foteli. Zsunęła okulary przeciwsłoneczne na oczy, i gdy tylko łódź ruszyła, Navi skupiła się na widokach, które ją otaczały. Na lazurowej wodzie i oddalającym się lądzie oraz ich apartamencie. Wiatr targał jej czarne włosy, a ona zwyczajnie nie mogła przestać się uśmiechać, gdy pojedyncze krople wody uderzały o jej jasną skórę.
Gdyby ktoś jej powiedział, że tak się potoczy jej życie, to by tę osobę wyśmiała.
Nie mogła się jednak powstrzymać od zdjęć pojedynczych widoków, raf czy mijanych zwierząt pod wodą, które zapierały jej dech w piersiach. W końcu nigdy wcześniej nie miała okazji zobaczyć ich na żywo. Teraz wydawały się być na wyciągnięcie ręki.
Nie pytała gdzie się kieruje, ale gdy się zatrzymał, Navi skupiała się na podziwianiu ryb, które pływały pod motorówką. Przynajmniej do momentu w którym nie usłyszała jego słów.
Słucham? — rzuciła, odwracając głowę w jego kierunku.
Spojrzała na kierownicę, którą sterowało się maszyną, aby zaraz wrócić do niego spojrzeniem.
Nie wiem czy to dobry pomysł — przyznała. Pamiętała jak uczył ją jeździć autem, dzięki czemu teraz sama potrafiła poruszać się samochodami i nawet zdała prawo jazdy. Motorówka jednak wydawała się być większym kalibrem. Tu co prawda nie mogła się robić o inne łódki, ale mogła uderzyć o rafę czy zbliżyć się za bardzo do lądu, gdzie by utknęli.
Niemniej schowała telefon do drobnej torebki, którą miała ze sobą i przesunęła się bliżej.
Dopiero przyjechaliśmy, a ty już chcesz nas zabić. — Wciąż miała zaniżone poczucie własnej wartości oraz nie wierzyła we własne umiejętności, ale to będzie wypracowywać zapewne latami. Tak samo, jak latami było to deptane.
Była jednak na dobrej drodze.
Usiadła za sterami, rozglądając się po wszystkich ekranach i przyciskach, zastanawiając się co należy zrobić jako pierwsze.
Proszę, tylko mnie z tym nie zostawiaj. — Bo była pewna, że zrobi coś źle i przez zwykły przypadek lub głupi błąd ich zabije, a chociaż śmierć na Malediwach nie brzmiała bardzo źle, to jednak nie chciała umierać. Od dłuższego czasu nie miała tego w planach, co dla niej było… dużą zmianą. Gdy jeszcze żyła z Subinem, życie było okropną męczarnią. Było wegetowaniem i balansowaniem na granicy cierpliwości męża, który w każdej chwili mógł stracić cierpliwość. A robił to często - bo źle ugotowała, bo źle poskładała pranie, bo źle sprzątnęła, bo zachowała się nie tak, jak by tego sobie życzył.
Teraz życie było przyjemnością. Nie przejmowała się obowiązkami domowymi, bo nie należały do niej. Gotowała z przyjemności, a nie z przymusu. Nikt nie delegował ją do sprzątania czy usługiwania komukolwiek. Podróżowała i zaczynała spełniać się zawodowo. Co jednak najważniejsze - szanowano ją, słuchano jej, dbano o nią.
I to było dla niej ważniejsze, niż jakakolwiek moralność.

Giovanni Salvatore
37 y/o
OPIEKUN FORUM
189 cm
Dyrektor strategii w AG Industries
Awatar użytkownika
'Cause I'm the serpent, I'm the flame, the mortal world is scared to say my name.
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkishe/her/bitch
typ narracjitrzecioosobowa, ograniczona
czas narracjiprzeszły
postać
autor

  Laguna, na której się zatrzymali, była jednym z tych miejsc, które wydawały się niemal nierealne. Woda miała odcień tak jasnego turkusu, że przywodziła na myśl raczej obraz z katalogu podróżniczego niż rzeczywisty krajobraz, a przejrzystość tafli sprawiała, że nawet z pokładu motorówki można było dostrzec jasne plamy piasku oraz ciemniejsze, nieregularne kształty raf koralowych, które odcinały się na dnie. Wokół żadnych innych łodzi, żadnych głośnych silników, żadnego ruchu. W takich warunkach prowadzenie łodzi było niemal banalne.
  I właśnie dlatego wybrał to miejsce, zanim zaproponował jej zmianę przy sterze.
  Nie zdziwiło go jej wahanie. Właściwie byłoby znacznie bardziej podejrzane, gdyby przyjęła jego propozycję bez chwili zastanowienia. Znał ją. Nawet zbyt dobrze. Z profilu psychologicznego, który już skrzętnie ułożył w swoim umyśle. Tę ostrożność widział już u niej wielokrotnie; nie była ona jednak oznaką braku zdolności, a raczej przyzwyczajenia, że każdy błąd może mieć konsekwencję większą niż sam błąd. Wszystko wynikłe z traumy, którą głęboko zakorzeniło w niej życie u boku Subina.
Wpuścił ją na swoje miejsce, zajmując siedzenie obok niej, aby czuła jego obecność. Tę kontrolującą, to jedno, ale także taką, która dawała jej poczucie, że w razie potrzeby, w razie gdyby coś poszło nie tak – on zareaguje. Aby czuła nie tylko kontrolę, ale i bezpieczeństwo.
Nie odpowiadał nic, przez cały ten czas, kwitując wszystko ciszą. Taką, która sama dawała do zrozumienia, że on decyzję już podjął i należało się tylko dostosować. Że to nie był głupi żart czy wybryk, tylko skrzętnie zaplanowane działanie, z wcześniejszą kalkulacją ryzyka.
Zawsze, w takich momentach, wszystko szacował. Więc kiedy składał propozycję, jakąkolwiek, niemal jasnym musiało być, że nic złego jej nie zagrażało. Ale to się tyczyło jej i tylko jej. Tylko jej świadomie nie wepchnąłby na minę, wcześniej roztaczając aurę, która pozwalałaby uwierzyć, że wszystko pójdzie dobrze.
Przesunął się bliżej dopiero wtedy, kiedy wypowiedziała ostatnie zdanie, opierając jedną dłoń o oparcie jej fotela i nachylając się lekko nad jej ramieniem tak, aby mogli patrzeć na deskę rozdzielczą łodzi z tej samej perspektywy.
  — Jeśli naprawdę planowałbym nas zabić — odewał się spokojnie — nie robiłbym tego tutaj. I nie w taki sposób. — I nie brzmiało to jak żart, raczej jak sucha konstatacja faktu. Rozbicie na łodzi przez błąd nie było śmiercią godną ani jej, ani jego. Byłaby wręcz żenująca dla niego, bo oznaczałaby, że nie wliczył odpowiednio ryzyka.
Laguna była spokojna, woda niemal nieruchoma, a jedyne ciemniejsze plamy raf znajdowały się daleko na bokach, wyraźnie zaznaczone również na ekranie plotera.
Jego spojrzenie przesunęło się ze sprzętu na jej dłonie spoczywające na sterze.
  — Spójrz przed siebie — powiedział cicho, choć nie bez charakterystycznej dla siebie mocy w głosie. Sięgnął dłonią do kierownicy i ułożył palce nad jej nadgarstkiem, delikatnie go oplatając nimi, a potem lekko przesunął ster o kilka stopni. Kadłub łodzi odpowiedział natychmiast, powolnym skrętem. — Widzisz? — powiedział po chwili, nie zabierając swojej ręki — To nie wymaga żadnego wielkiego ruchu, ani żadnej wielkiej umiejętności. — Odbił zaraz w drugą stronę, a łódź motorowa zakręciła się w przeciwnym kierunku, niż wcześniej
  Puścił ster, pozostawiając go w jej dłoniach, choć sam nie odsunął się od niej. Nadal otaczał jej fotel jednym ramieniem, znajdując się blisko niej, choć nie patrząc jej na dłonie, a obserwując linię horyzontu przed nimi, jakby nie interesowało go czy utrzyma kierunek idealnie równo. W rzeczywistości rejestrował ten element, cały czas czuwając nad jej, a przez to też swoim, bezpieczeństwem.
  — Najtrudniejsza część jest zawsze na początku. Potem okazuje się, że większość rzeczy jest znacznie prostsza niż wygląda. — Na moment przeniósł spojrzenie na jej twarz, z wiadomym zamierzeniem. By skontrolować to, co się w niej działo. I wyliczyć jak mocno, choć na pozór subtelnie, powinien jeszcze ją przycisnąć, by przełamała własny strach. — Tam masz manetkę od gazu. Delikatnie przyciągnij ją do siebie, aby zacząć się poruszać. — Wskazał wolną dłonią na dźwignię po drugiej stronie kierownicy. — I bez strachu, Navi. To tylko łódź. Łodzie można łatwo zastąpić. — Chciał dać jej do zrozumienia, że w najgorszym wypadku zniszczy maszynę, a to nie było problemem. Bo to były tylko pieniądze. Tych miał sporo i te leżały też w rękach kobiety. Bo odkąd ona była nim, mogła mieć absolutnie wszystko.
  A on i tak cenił bardziej niż wszystko to, co było głęboko pod skórą.

Navi Yun
pies (dc: canine.west)
ja jestem trigger
28 y/o
Mark your calendar for Canada Day
162 cm
właścicielka tworzącej się restauracji koreańskiej
Awatar użytkownika
When is a monster not a monster?
Oh, when you love it.
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Zawsze obawiała się nowych rzeczy, a jednocześnie bardzo chciała ich próbować. Jej psychika była jednak skomplikowana i nosiła znamiona wieloletnich traum, z których dopiero zaczynała wychodzić na prostą. Niestety nie wystarczył jej miesiąc w nowych warunkach. Potrzebować będzie o wiele więcej, aby stać się kimś, kto nie będzie się bał popełnić błędu w obawie przed konsekwencjami. Nawet świadomość, że Giovanni to nie był Subin nie zmieniała głęboko zakorzenionych obaw, chociaż patrząc na ostatnie wydarzenia i tak zrobiła ogromne postępy.
Dlatego też postanowiła spróbować. Tak samo jak wcześniej przy próbach jazdy samochodem, tak teraz się przełamała, podświadomie wiedząc, że gdy Salvatore był obok, to nic nie powinno się wydarzyć. Zupełnie jak z instruktorem jazdy na ulicy, który w razie konieczności brał kontrolę nad pojazdem. Fakt, że nie było tu też niczego i nikogo, w co mogłaby się rozbić lub zabić, też porządnie wpływał na jej komfort.
Oczywiście, że nie — skomentowała krótko.
Giovanni jeśli chciał zabić, to robił to w odpowiedni sposób. Nie podejrzewałaby go o coś niechlujnego, nawet jeśli chodziło o jego ludzi. Wystarczyło spojrzeć na osoby, które przy nim pracowały. Wszystkie były wyszkolone i odpowiadały jego metodom pozbywania się ludzi. I odkąd to zrozumiała, odkąd stopniowo zanurzała się w ten świat, zaczęła zauważać rzeczy, które wcześniej jej umykały. I zaczęła rozumieć.
Nie oceniała niczego. Wszystko w pełni akceptowała.
W końcu byli jednym.
Słuchała jego poleceń, łapiąc ostrożnie za kierownicę. Zupełnie jak w aucie, to samo działanie, a jednak musiała brać pod uwagę opór wody, wiatr oraz to, że nie było tu kół i maszyna nie była aż tak skrętna. Nie widziała tu jednak większych komplikacji, przynajmniej jak chodziło o sterowanie.
Chyba nigdy wcześniej nie myślała, że kiedykolwiek przyjdzie jej kierować łodzią motorową.
Delikatna niepewność przemieszana z ekscytacją malowały się na jej twarzy, gdy w pełni przejęła stery. Kąciki ust jej się uniosły w uśmiechu, zupełnie jak dziecku, któremu pozwolono spróbować czegoś, co wcześniej miało być nieosiągalne. Czegoś nowego, co sprawiało radość, a nie było niczym wielkim. Przynajmniej dla niego.
Przeniosła wzrok na niego, gdy ponownie się odezwał pokazując jej manetkę od gazu. Zerknęła w jej stronę i ułożyła na niej dłoń, ale się nie poruszyła. Nie wiedziała jaką z jaką siłą ruszy łódź, ale… przecież i tak nie było tu kogo potrącić.
Gorzej jak z łodzią uszkodzi się któreś z nas — odpowiedziała, zerkając krótko w jego stronę.
Odetchnęła ciężej, walcząc z własną niepewnością i ostrożnie zacisnęła palce na manetce, by ją do siebie powoli przyciągnąć. Łódź odpowiedziała momentalnie i ruszyła. W pierwszym odruchu się nieco przeraziła mocą, która wbiła ją w fotel bardziej niż się spodziewała, ale dzięki temu wiedziała już czego się spodziewać.
Wraz z kolejnymi minutami było tylko lepiej. Nawet jeśli początkowo było to powolne tempo, przez które poznawała się z maszyną, to i tak na jej twarzy malował się szeroki uśmiech pełen podekscytowania. Dla niego to nie było nic wielkiego, ale dla niej to był kolejny przełom oraz doświadczenie w życiu.
Jak kiedyś spotka się z rodziną, będzie miała co opowiadać. W końcu według nich kobieta przede wszystkim miała siedzieć w domu i usługiwać mężowi, bez zbędnych wygód i uprzywilejowania, bo to było zarezerwowane dla mężczyzn. Całe szczęście wyrwała się z tego toksycznego otoczenia do kogoś, kto traktował ją jak królową, a nie prywatną służącą.
Z mijanymi metrami nabierała pewności i swobody, chociaż daleko jej było do pełnego profesjonalizmu. Nie pędziła przed siebie, ale wraz z biegiem czasu przestawała być taka spięta. Cichy, ale perlisty śmiech wydobywał się z jej gardła, gdy skręty wychodziły jej lepiej niż na początku, a woda rozpryskiwała się na boki. Musiała przyznać, że było to niezapomniane doświadczenie, które zdecydowanie jej się spodobało.
Zwolniła tempo do minimalnego, oglądając się w jego stronę.
Okay, a jak się tym parkuje? — Domyślała się, że to już była o wiele cięższa para kaloszy niż pływanie po spokojnej wodzie, bez większych przeszkód. Przy doku już mogła zarysować lub podniszczyć łódź, i chociaż Giovanni twierdził, że można było ją łatwo zastąpić, to jej dawne wychowanie nie pozwalało jej na nieprzejmowanie się rzeczami. Zwłaszcza tak drogimi.

Giovanni Salvatore
ODPOWIEDZ

Wróć do „⋆ Po Świecie”