Nie lubił jej.
W jego życiu musiało być dużo zmiennych, aby jego umysł miał co opracowywać. Wbrew pozorom kontrola i porządek wcale nie były równoznaczne z sympatią do monotonni. Jego mózg przez cały czas szukał nowych wyzwań czy bodźców – wszystkiego tego, co mogło zaangażować, wymagać opracowania i strategii. Inaczej popadał w dziwny marazm. Niemniej przez ostatni czas wszystko było pod kontrolą – zbyt dużą, zbyt jednostajną, aby życie sprawiało mu przyjemność. Nie potrafił jednak tego uczucia przypisać do znudzenia, bo nie było to. Bliżej temu było do nieusatysfakcjonowania. Brak iskry i zapalnika były dla niego jak śmierć kliniczna.
Jego relacja z Navi nie zmieniła się jakoś ogromnie na przestrzeni kilku tygodni. Nie było nagłego wybuchu gorących uczuć, konfetti i płatków róż. Ale jednocześnie nie było tak samo, jak wcześniej. W końcu coś, co przekładał z miejsca na miejsce w umyśle, czego nie potrafił przyporządkować, dostało jakąś nazwę. Definicję. Zdefiniował ich jako narzeczeństwo – ale bliżej temu było wciąż do praktycznego przekonania, niż płomiennego uczucia.
A jednocześnie zajmowała go na tyle, że nie potrafił jej przypisać szufladki i już więcej nie opracowywać każdego dnia. Była zmienną w jego perfekcyjnym harmonogramie i subtelnym chaosem, nad którym jak raz nie próbował panować. Nie w całości.
Od czasu oświadczyn, bardzo mało filmowych i niespecjalnie wyjętych z kobiecych marzeń, ich dynamika nie zmieniła się jakoś specjalnie. A szybciej – wróciła do normy, gdzie punktem do ustalenia tej normy był moment przed ich wyjazdem jeszcze w zeszłym roku do Kalabrii.
Korzystając ze statycznego punktu w życiorysie – mając na myśli życie zawodowe po obu stronach świata – oficjalnego i tego mniej, impulsem zaaranżował coś, co miało być niespodzianką dla Navi. Jakby nie patrzeć – od samego początku traktował ją jak księżniczkę i jeśli szukać zmiany, to tylko i wyłącznie tytularnej. Półoficjalnie koronował ją na własną królową.
I pewnie dlatego wsiadał z nią na pokład samolotu rejsowego w klasie biznes, od początku do samego końca nie mówiąc jej dokąd lecą. Zdradził ją dopiero pilot na pokładzie, który powitał ich na trasie na Malediwy.
Sama podróż była męcząca – to prawie doba w podróży, choć w warunkach iście hotelowych. Gdyby tylko nie konieczność przesiadki i ponownego boardingu wszystko mogłoby zahaczyć o status luksusowego.
Po doleceniu do lotniczego portu docelowego odebrano ich z lotniska, aby przetransportować samochodem do innego punktu, skąd przesiedli się na ładną, nową łódź motorową, która wraz ze skipperem zabrała ich na miejsce – do domku (lub raczej: rezydencji, jeśli patrzeć na zdjęcia z Google) na wodzie, podległego jednemu, niedalekiemu resortowi. Przekazano Giovanniemu klucze do lokum, a także do łodzi, a następnie ekipa odprawiła się drugą taką, w stronę głównego budynku resortu.
Dopiero wtedy, nie licząc odgrodzonej przestrzeni w biznes-klasie, zostali tak naprawdę sami. Salvatore, choć przez cały czas monitorował uważnie zmiany w nastroju i reakcjach Navi, dopiero teraz oficjalnie na nią spojrzał. Nie oczekiwał, że zacznie piszczeć i mu dziękować – to byłoby do niej niepodobne. Nie oczekiwał wielkich, przerysowanych reakcji. Ale na pewno jakiejś oczekiwał – od miesięcy wiadomym było, że przecież żył jej emocjami. To, czego sam nie mógł dotknąć, bo było jak za szybą, na niej było dla niego niemal namacalne, całkowicie czytelne. Zawsze chłonął z niej najmniejszą ze zmian, nie tylko tych pozytywnych, choć przecież emocji nie można było kategoryzować na dobre czy złe, ale i tych drugich.
Nim zdołał się jednak odezwać, nim w ogóle ona zdołała skupić na nim uwagę, niewielki cień przeleciał po planszy tarasu z widokiem na pobliską wyspę. A potem coś z cichym plaskiem spadło mu na ramię, paskudząc ciemną koszulę. Niemal od razu zarejestrował co to, ale żaden mięsień w jego twarzy nie drgnął. Łypnął jedynie w stronę odlatującego zwierzęcia, do złudzenia przypominającego gołębia (a te podobnież tu istniały), w duchu pewnie już rzucając na niego klątwę.
A może to na niego spadła ta klątwa.
Jeśli jakaś, to na pewno gówniana.
Navi Yun