Pięknie, zapierająco dech w piersiach. Było tak, że chyba nikt nie powinien się dziwić temu, że był wdzięczny jej, że go wciągnęła na samą górę pomimo jego stękania jak stara baba. Kiedy jeszcze łapał oddech mówił: -
Nie wierzę, że nikt nie zamontował tu windy, przecież to była najgorsza rzecz... - umilkł jednak, kiedy podniósł spojrzenie i zobaczył jak ciepłe promienie słońca malują na jasnym kamieniu wrażenie przebywania wśród najpiękniejszych rzeźb. Pomimo tego, że stali na dachu, a miasto było lekko pod nimi, zdawało się, że stoją jednocześnie na dachach wszystkich otaczających ich domów. -
Tak, zdecydowanie warto było tu przyjść - odpowiada jej równie zachwycony, ale może nie jak mała dziewczynka, która widzi kotki, ale jak ktoś komu znów sie otworzyły oczy i jest w szoku. Idzie za nią po szczycie dachu, mając po obu stronach spadek i czuje jak Wendy go ściska mocniej za rękę. Chociaż z początku myślał, że chciała mu przekazać odrobinę swoich emocji, szybko doszło do niego, że najpewniej podobnie jak on, czuje jakąś lekkość w głowie i chciała sprawdzić, czy on jeszcze za nią idzie czy jeszcze nie spadł. Jednym słowem: Peterowi kręciło się w głowie, bo jak się okazuje ma lekki lęk wysokości. Dlatego, kiedy ona go uścisnęła za rękę, on jej odpowiedział tym samym, ale oczywiście nie powie jej, że odkąd się zorientował, że jest takwysoko i wieje tu wiatr, to nagle trochę się gorzej czuje. Przecież musi być odważny, skoro ona też się boi! Musi być odważny za ich dwójkę. Dobrze, że dość szybko przeszli ten najgorszy etap chodzenia po środkowej części i teraz stali tak, że mogli oglądać widok z płaskiej części dachu. Niestety to oznaczało, że byli jeszcze bliżej krawędzi. Peterowi serce biło jak oszalałe, i coś tak czuł, że jeżeli tu dostanie zawału, to może być ciężko z udzieleniem mu pomocy, więc starał się uspokoić i na pewno bardzo mu pomogło to, że Wendy tak ułożyła swoją głowę na jego ramieniu. Nagle poczuł, że strach nieco mu odszedł i mógł znów się skupić na ogladaniu miłych widoków. Objął jeszcze Wendy ramieniem i tak sobie stali zaczarowani spoglądając w przestrzeń. Ileż by oddał, żeby dowiedzieć się co ona myśli o tym wszystkim. Jemu było bardzo ciężko, to znaczy oczywiście teraz było mu świetnie i czuł się jak najszczęśliwszy facet pod słońcem, ale przecież to nie była rzeczywistość
prawda? Stanie z Wendy na dachu katedry w obcym mieście, oglądanie zachodu słońca, trzymanie się za ręce, cały dzisiejszy dzień, jedzenie gelato, wybieranie wszystkich kolorowych kawałków pizzy, robienie zdjęć pod zabytkami - to wszystko teraz znów (może za sprawą Aperola, a może za sprawą szalonego biegu na szczyt) zaczeło mu się przewijać przez głowę niczym montaż w filmie do którego podłożyliby piosenkę Charliego Puth albo Taylor Swift. Obecnie w głowie Petera nie było tych piosenek, tylko pytanie, czy to się dzieje na prawdę i czy on ma schizofrenię, bo jest prawie pewny, że robią wszystkie romantyczne rzeczy, które chyba powinien zrobić najpierw i przede wszystkim z Kristin.
-
Cieszę, że się mnie tu dziś zabrałaś Wendy- mówi w końcu, kiedy zaszło już słońce, ale wtedy nastała jego ulubiona pora, czyli blue hour i chciał jeszcze chwilę postać, co oczywiście zmusiło jakąś starszą amerykankę do wtrącenia się.
-
Jak was obserwuję to jestem wzruszona. Wszystkie te pary, które tu były przychodziły i wychodziły po zrobieniu sobie zdjęcia, a wy nic takiego i tak pięknie wyglądacie! Mogę wam zrobić zdjęcie kochani? Mam nadzieję, że nie przeszkadzam? - mówi na sam koniec kobieta, już po tym jak bardzo im przeszkodziła. Jednak Peter nie ma tu nic do gadania, bo jest zagubiony w swoich myślach, więc tylko skinął głową, czekając na decyzję ze strony Wendy. Nawet nie zarejestrował, że dzieje się dokładnie TO SAMO, co się zdarzyło w Kalifornii, bo chociaż wtedy takie insytuacje nieco go zbiły z tropu, teraz sam miał nieco inne podejście. Poprosił tylko kobietę, żeby szybko się uwinęła, co wcale nie było takie łatwe, wszak ona była amerykanką, a oni lubią długo rozmawiać z osobami, które zagadują. Na szczęście, po tym jak już im cykneła fotkę i obiecała ją wysłać do jednego albo durgiego na maila, Peter tylko spojrzał wymownie na Wendy i poszli gdzieś na bok. Czuł, że zaraz wybuchnie więc zatrzymał się i opiera o jedną ze sterczyn, teraz już zupełnie nie patrząc na miasto, tylko na Wendy.
- Wendy ja muszę... - zaczął, co pewnie w końcu sprawiło, że skupiła się na nim. Dotarło do niego jak aburdalne było to, co myślał dopiero przed chwilą. Przecież oni są PRZYJACIÓŁMI , niczym więcej. Według niego coś się zmieniło pomiędzy nimi i chciał sprawdzić, czy ona też to widzi, ale dlaczego uznał, że ich druga noc to najlepszy moment na takie pytania? Co jeżeli to wszystko zmieni i a ich wyjazd będzie tragiczny? Szuka w jej oczach odpowiedzi, ale coś jest nie tak, bo widzi w nich już tylko ciepło i blask, który złapały przez widoki, które dziś ujrzała.
-
Wendy, czy ty jesteś szczęśliwa? We sensie tak ogólnie, nie w tym momencie. To znaczy w tym momencie też, ale chciałem spytać... czy to jest tak jak czujesz, że powinno wyglądać? - jak na kogoś kto jest ułożony tak jak wyprasowane są w kant jego spodnie nawet po tej kilkugodzinnej wyprawie po Mediolanie, to zadawał pytanie tak zagmatwanie, że już chyba tylko głowa szalonej Wendy może skumać o co on ją pyta dokładnie. -
Twoje życie.
Wendy Gardner