Nie mogli mieć pewności, że Pablo o niczym nie wie. Madox miał rację — każdy
szef wkurwiłby się, gdyby dopiero po kilku godzinach dowiedział się, że ktoś taki jak Lopez uciekł. Z drugiej strony, Aura wydawała się być jego oczkiem w głowie i może faktycznie postawił nad nią priorytet, mówiąc gorylom, że mają mu nie przeszkadzać? Może oni naprawdę byli tak durni, że stwierdzili, że poszukują go na własną rękę zanim szef wróci jutro do pracy?
Nie mogli wiedzieć niczego
na pewno, jednak patrząc na Pablo i wszystkie scenki szczęśliwej rodziny, które rozgrywały się przed ich oczami, musieli trzymać się wersji, że nie miał pojęcia. Że gdyby wiedział, już dawno by ich zgarnął albo chociaż poszedł wydać jakieś rozkazy ochronie, tymczasem on bawił się w najlepsze, podrzucał swoje dziecko, całował ukochaną żonę, a potem korzystając z okazji, chciał odebrać swój
taneczny zakład, póki esme zajęła się mazaniem tortem z Aurą.
Pilar nie miała co do tego wątpliwości. Widziała to w jego oczach i bezczelnym uśmiechu, który miał na twarzy tłumacząc coś DJowi, a zaraz potem kiedy ruszył w ich kierunku, rozpinając guzik marynarki. Westchnęła głośno, zastanawiając się, jak najlepiej byłoby się z tego wykręcić. I właśnie wtedy Madox odwrócił się w jej stronę. Momentalnie zawiesiła spojrzenie na jego pięknych, ciemnych oczach, ani na sekundę nie interesując się tym, co dookoła. Szczególnie po krótkim wyznaniu, które opuściło jego usta i które w sekundę zalało jej ciało przyjemnym ciepłem.
—
Ja ciebie t… — nie dokończyła, bo wtedy on oznajmił, że miała mu przywalić. W pierwszej chwili spojrzała na niego jak na wariata, głupca, który postradał zmysły, jednak bardzo szybko doszło do niej, że on po prostu miał plan. A Pilar nie wiedząc, jaki on był, musiała wziąć w nim udział. Mieli zrobić scenę? No to proszę bardzo.
—
Tu bastardo! — rzuciła głośnym
ty gnojku, by Pablo i kilku ochroniarzy mogło to usłyszeć, a potem zamachnęła się na jego twarz ze zranioną miną. Uderzyła go. Mocno. Z otwartej dłoni, pozostawiając ślad na gładkim przecież policzku. Powinna zrobić to lżej? Nie no, miało być przecież wiarygodnie. Pablo widział, jak strzelała, w życiu by w to nie uwierzył, gdyby po prostu go smyrnęła. Ręką zamrowiła ją jeszcze nim porządnie zdążyła opuścić ją wzdłuż tułowia.
Nie podobało jej się to. Kurwewsko się jej to nie podobało, ale skoro taki miał plan, Pilar miała zamiar w niego grać. Dała się odepchnąć, robiąc przy tym smutną minę, chociaż kątem oka już widziała, jak dookoła nich od razu zbierają się goryle. Dobrzy byli. Wyjątkowo wrażliwi na każdy odłam, nie pasujący do przyjemnego obrazka imprezy.
Kilka głosów dookoła plotkowało coś pod nosami, próbując pewnie dowiedzieć się, kim w ogóle była kłócąca się para, ale Stewart nic sobie z tego nie zrobiła. Odprowadziła Noriegę wzrokiem, ostatni raz zaglądając mu w oczy, a potem zasłoniła twarz dłońmi, szlochając cicho.
—
Rosa, kochana, wszystko dobrze? — głos Esme wybrzmiał gdzieś obok, wyjątkowo troskliwy, co było równoznaczne z tym, że wiedziała, że to było na pokaz i ona sama własnie dołączała do zabawy. —
Na co się gapisz? Zostaw ją — warknęła kogoś i dopiero wtedy Pilar podniosła spojrzenie. Tuż obok niej stał wielki goryl, gotowy wyprowadzić ją na zewnątrz. Całe szczęście Esme zadziała w porę, odpowiednio gromiąc go wzrokiem i to zdecydowanie wystarczyło, żeby facet oddalił się do tłumu. —
Wszystko dobrze? — spytała ciepło, zaglądając w ciemne oczy Stewart. Wiedziała, że to tylko gra, ale kurwa rodzinna Esme była tak inna od tej, która przyszło im poznać wczoraj, że Pilar nie mogła się patrzeć. Skinęła delikatnie głową.
—
Wszystko oke…
—
Rosa!!!!! — nie wiedzieć kiedy Aura wyrosła tuż między nimi, zaciskając drobne rączki na materiałach ich sukienek. —
A gdzie poszedł Matteo? I czemu krzyczał? Przecież miał mi pokazać konie. To znaczy, że już mi nie pokaże? — miała zdecydowanie więcej pytań niż Stewart odpowiedzi, ale co się dziwić. Narwaństwo chyba mieli w genach. Uśmiechnęła się ciepło w kierunku młodej, a potem przykucnęła, zrównując się z nią.
—
Matteo musiał coś załatwić z twoim tatą, wiesz? — spytała spokojnie, a dziewczynka ściągnęła brwi i… przewróciła oczami. Ta, Pilar już to gdzieś widziała. —
Na pewno za niedługo wrócą i wtedy pokaże ci konie. Okej? Może za ten czas pójdziemy zawiesić obraz, który dostałaś na ścianie? — zaproponowała z entuzjazmem. Aura chwile myślała, trochę pokręciła nosem, spojrzała jeszcze w stronę wyjścia na ogród, żeby upewnić się, że Matteo jeszcze nie wracał, po czym wbiła ciemne oczka w twarz Pilar.
—
Tak! Pierwsze obraz, a potem konie — skinęła głową. —
Ale obiecujesz, że je zobaczę?
—
Obiecuję — wiedziała, że nie, ale co jej miała powiedzieć? Nienawidziła
kłamać i obiecywać, ale z drugiej strony to tylko dziecko. Im chyba można?
Można czy nie można innej opcji nie było, bo Aura już podskoczyła w miejscu, a zaraz pobiegła po obrazek, który od nich dostała. Gdy wróciła złapała wolną ręką za tą Pilar i zaczęła ciągnąć ją do wyjścia z salonu. Oczywiście Emse również poszła z nimi. Trzymała się dwa kroki z tyłu, uważnie im się przyglądając. Poszli również ochroniarze. Trzech. Dokładnie tak, jak mówiła. Pilar ich nie znała, zdecydowanie nie należeli do tej wczorajszej ekipy, która już ich znała. Ci byli od Pablo.
Kiedy znaleźli się w holu, Pilar dosłownie zaklęła wszechświat, żeby się okazało, że pokój Aury był na dole. Żeby można było ulotnić się przez okno… cokolwiek. Ta, szkoda tylko, że świat już dawno przestał słuchać jej błagań. Aura pociągnęła ją w stronę schodów, a ust Stewart wyrwało się westchnienie. I jak ona ich kurwa wyciągnie z pierwszego piętra? No przecież nie tą pergolą, z której zawodowo spierdolił się Madox.
Kurwa. Trzeba będzie coś wymyślić.
—
Zobacz Rosa, to mój jest pokój — dziewczynka nacisnęła klamkę i jako pierwsza wbiegła do pokoju. Pilar weszła tuż za nią. Pomieszczenie było wielkie. Jak całe mieszkanie Stewart zamknięte w jednym pokoju. Łóżko tak duże, że zmieściłyby się tak trzy osoby, wielkie biurko, ogrom zabawek i plakatów z końmi oraz zdjęciami Aury. Niektóre z nich przedstawiały samą dziewczynkę, inne z rodzicami. Jakby ktoś znalazł się tutaj kompletnie bez kontekstu, pomyślałby, że jest częścią wielkiej, szczęśliwej rodziny. Pojebane, jak pozory mogły mylić.
—
Jest naprawdę piękny — zachwyciła się na pokaz, odwracając w stronę drzwi, by sprawdzić, czy ochroniarze weszli z nimi do pokoju. Zostali na zewnątrz. Chociaż tyle. Esme zamknęła drzwi i podeszła do biurka, żeby wygrzebać taśmę do powieszenia obrazu. Za ten czas Aura zdążyła pokazać Stewart swoją kolekcję koni i wielką stajnie, rozmmiarów domku dla lalek. Okazało się jednak, że brakuje tam jednego konia, którego dziewczyna bardzo chciała pokazać Pilar, dlatego zabrała się za przebieranie wielkiego pudła z zabawkami. Stewart za ten czas podeszła do Esme.
—
Są tu jakieś boczne wyjścia, czy tylko główne? — spytała, nachylając się nad jej uchem. —
Przed wejściem stoi jakiś sześciu goryli, czterech przy bramie, nie będziemy w stanie ich obejść — nie wspominając nawet faktu, że jeszcze jakoś trzeba było wyjść z domu.
—
Z boku domu jest wyjście dla służby — Esme przejechała paznokciem po taśme, odnajdując koncówkę i zabrała się za odcinanie czterech kawałków. —
Żeby się tam dostać trzeba wyjść przez kuchnię i potem możemy przejść furtką na posesję obok. To dom naszej kucharki i jej pracowników.
I to był w końcu jakiś konkret. Coś z czego można było zbudować jakiś sensowny plan. Wyjście głównym wejściem niezauważenie byłoby niemożliwe, ale od strony kuchni? Do zrobienia. Zostawało tylko jeszcze jakoś pozbyć się goryli przed drzwiami.
—
A od czego są tamte drzwi? — wskazała głową na przeciwną stronę pokoju.
—
Łazienka — mało pomocne. —
Która jest połączona z naszą sypialnią z drugiej strony — i to już kurwa było coś. Pilar skinęła głową, dając Esme do zrozumienia, że to właśnie będzie ich plan. Przejść na drugą stronę korytarza i jakoś dostać się na dół. Musiało wystarczyć.
—
Patrz Rosa, znalazłam!!!! — Aura doskoczyła do nich, wyciągając w rączkach niewielkiego, jasnego konia, prezentując go ze wszystkich stron. —
Kiedy wieszamy ten obraz?! Chce go już mieć nad łóżkiem! — machnęła głową, zarzucając ciemnymi włosami ze zniecierpliwienia. Pilar natomiast spojrzała na Esme. Nie było dużo czasu. Trzeba było to wieszać i naprawdę spierdalać. A ona jakby czytała jej w myślach, nachyliła się do swojej córki.
—
Princesa, posłuchaj mnie… pobawimy się teraz w taką nową grę. Chcesz? — spytała spokojnie, a kiedy Aura pokiwała głową, Esme pogładziła jej włosy.
— Nazywa się co byś zabrał na bezludną wyspę. Chodzi w niej o to, że możesz spakować ze sobą tylko cztery najcenniejsze rzeczy. Takie, które zmieszczą ci się do plecaka. Nie więcej. Myślisz, że dałabyś radę? — Aura patrzyła na nią przez chwilę, jakby faktycznie się zastanawiała.
—
Ale cztery to strasznie mało!
—
Dlatego ta gra jest tylko dla dzielnych dzieci… — wtrąciła się Stewart ze swoimi technikami najwyższej manipulacji, której pewnie nie powinno się stosować na siedmioletnich dziewczynkach.
—
Ja jestem dzielna!! — tupnęła nóżką. —
Dam radę! — zerwała się z miejsca i zaczęła biegać po pokoju.
—
My za ten czas powiesimy obra…
—
Nie! — krzyknęła nagle. —
Biorę go ze sobą na wyspę! — podbiegła do Esme i złapała za rulonik, po czym wcisnęła go sobie z boku plecaczka. A potem ruszyła na dalsze przebieranie zabawek. Za ten czas Pilar podeszła do radia i włączyła pierwszą, lepszą płytę, która była w środku. Podkręciła nieco głośność, po czym wyjrzała przez okno. Nie było stąd widać ogrodu, ale kurwa… miała nadzieje, że u Madoxa wszystko szło zgodnie z planem.
Madox A. Noriega