-
Ho, ho, ho.
Gdzie choinka?
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkishe/hertyp narracjityp narracjiczas narracji-postaćautor
Dziwnie było jej go tak smarować. Powinna kopnąć go w przepaść, a zamiast dbała oto, żeby jej nie stękał w nocy. Widziała zaczerwienienie na jego twarzy i choć aloes mógł to lekko złagodzić, to ona już wiedziała, że czeka ich męka pańska. Zwłaszcza że zdawała sobie sprawę z jednej bardzo ważnej, na tej wyspie co godzinę człowiek powinien się smarować, niezależnie od warunków pogodowych.
— Ktoś powinien o Ciebie zadbać, wiesz? — mruknęła jeszcze przed jazdą, kręcąc na niego głową— chyba zostałam tą osobą — westchnęła cicho pod nosem. Nie, nie robiła to z troski o Williama. Zdecydowanie nie. Bardziej z troski o własne uszy, by nie słuchać jego jojczenia. Już zdążyła się nauczyć, że buzia mu się nie zamyka, nawet przez krótka chwilę. Wolała słuchać go podjaranego jakimś tematem niż zjaranego przez słońce. Prosta matematyka. Nic więcej.
— To druga strona wyspy William — stwierdza, poprawiając sobie okulary — jedziemy do zielonej i wilgotnej krainy, przynajmniej tak mówili w przewodniku — a ona przeczytała je bardzo dokładnie. Łącznie ze wzmianką o najbardziej krętych drogach, gdzie nie raz będą przejeżdżali przez chmury, by później móc na nie spojrzeć z góry.
— Lubię — stwierdziła bez żadnego zażenowania — zwłaszcza jak mam dobrego partnera — wzruszyła luźno ramionami. Szczerze miała nadzieję, że William zapomni o tej rozmowie, a jak nie... — pamiętaj Patel to, co usłyszysz tu, zostaje tu — zacmokała uroczo, a później już kiwała głową w rytm piosenki. Kochała górskie krajobrazy. Nie byłaby w stanie tyle wysiedzieć w hotelu. Tutaj czuła się wolna. Byłaby w stanie rozłożyć ręce i krzyczeć. Tylko że ona prowadziła. Wbrew pozorom skupiła się na jeździe.
— No patrzę! — warknęła Charlotte, bo nie lubiła, gdy ktoś mówił jej, jak ma jeździć — weź, bo się posrasz w gacie — strzeliła swoimi oczyma i wcisnęła gaz do dechy. Nie przypominało to autko w niczym tego jej. Nie było tego charakterystycznego warkotu, ale dla Patela może tyle wystarczyło?
— W najmniejszej kieszeni mojego plecaka masz torebkę — mruknęła finalnie, bo tylko tego by brakowało — rzygnij sobie — dodaje uroczo. Czy poszła po foliówkę specjalnie po recepcji, pamiętając jego reakcję na jej jazdę? Tak. Czy to była troska? Nie. Zdecydowanie nie. Po godzinie krzyków, lamentów Patela zaparkowali pod małą, lokalną fabryką.
— Dobra, jesteśmy... — rzuciła Charlotte i już odpina pasy — daj mi chwilę, muszę pogadać z jedną osobą, bo... — zamiast jednej osoby pojawiły się dwie. Zwiedzanie, pokaz oraz degustacja wszystko tylko dla niej. Tyle że teraz nie była sama i wolała samodzielnie poinformować o tym przewodnika.
— Dobra, chodź Will — rzuciła Charlotte, pokazując dłonią, by do niej dołączył. To miały być jej idealne, hiszpańskie wakacje. Tylko dla niej, za to okazuje się, że spędzi je z własnym nemesis. Najgorsze wydawało się dla niej to, że bardzo jej to odpowiadało, kiedy był obok. Nawet na nowo zaczęła się uśmiechać.
I tak czekało ich całe oprowadzanie, by zrozumieć rolę tytoniu dla rozwoju wyspy, skąd pochodzi i jak wygląda jego wyrabianie. Później czekał ich cały pokaz wykonywania cygar na różnym etapie. Wszystko od suszenia liści aż do końcowego kształtu. Ich przewodnik miał niewątpliwy humor. Całość trwała może z dwie godziny, po których zaprosili ich na skosztowanie cygar. Hiszpanie słynęli ze swojej otwartości, zwłaszcza Ci mieszkający na wyspach, a Lotte ani przez moment nie zamykała się buzia. Dobrze, że mówili łamanym angielskim, bo momentami umarłaby bez odpowiedniej dawki wiedzy.
— To ja wezmę ten... a ty drugi i zobaczymy, jak smakują? — spytała Lotte dość lekkim głosem. Jakby było to oczywiste, że będą się ze sobą nawzajem dzielić i tak zwyczajnie dobrze bawić. Jakby na nowo zapanował pakt o nieagresji z obu stron.
-
ignorantia iuris nocet, ignorantia facti non nocetnieobecnośćniewątki 18+takzaimkionatyp narracjipierwszoosobowyczas narracjiteraźniejszypostaćautor
Charlotte Kovalski
-
Ho, ho, ho.
Gdzie choinka?
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkishe/hertyp narracjityp narracjiczas narracji-postaćautor
— Raczej zachowujesz się jak zjarany nastolatek, a nie jesteś wymagający — prychnęła Charlotte, bo przecież miała oczy. Widziała, że chodzi zjarany jak pochodnia. Tylko po co miałaby być jego głosem rozsądku? Uratował ją, więc przepalonego mózgu jeszcze nie miał.
— No tak — zielona i wilgotna, jak twoja stara chciałoby się powiedzieć. Tylko czy stare mają zielone włosy? Jakieś na pewno — a skąd miałabym wiedzieć, co oglądać? — dopytuje, unosząc do góry jeszcze jedną brew — tiktoki też przeglądałam — pewnie William jako przedstawiciel starego, poczciwego pokolenia, nawet nie wiedział, czym ta aplikacja jest. Charlotte lubiła ją przeglądać. Głównie miała przepisy, pieski, no i od jakiegoś czasu wyspy kanaryjskie. Swoją drogą La Palmę też obejrzała.
— Taa, na pewno zostaniesz — prychnęła Kovalski. Mógł jej mówić, co tylko chciał. Wiedziała jedno, wyjadą na trasę i będzie kwiczał jak mała dziewczynka. W ogóle się nie pomyliła, ba śmiała się pod nosem, słysząc jego piski. Obudziła się w niej dziwna satysfakcja. Jakby karma go spotkała za reprezentowanie jANUSa, ale czy miała czym się przejmować? Absolutnie nie.
— Słuchaj, najgorsze przed nami — parsknęła Lotte, gdy tak dziękował wszystkim bóstwom świata za przejazd — wjazd na górę to będzie prawdziwa zabawa — dodała z cwanym uśmiechem na mordzie. No, teraz to dopiero się zacznie. Aż zacierała dłonie na samą myśl. William i wjazd na górę. Widziała filmiki z przejazdu innych osób, szczerze to nawet ona obawiała się tego, jak ta droga będzie wyglądać. Może powinna go trzymać za rączkę? Ale pewnie skrzyczałby ją, że ma obie ręce trzymać na kierownicy.
Lotte była niesamowicie zafascynowana tym, co oglądała. W końcu pierwszy raz znajdowała się w takim miejscu. Stąd na zdjęciach Patela miała przedziwne reakcje. Od takich standardowych z otwartymi ustami, po takich wręcz kipiących ze zachwytu.
— Cudownie — uśmiechnęła się niemalże od razu. Zaraz już zaczyna pykać swojego cygaro, ale tak się nim zaciągnęła, że prawie płuca by wypluła — o kurwa, ja umrę — skrzywiła się niemiłosiernie, jakby ktoś kazał jej się napić polskiej wódki bez popity. Nie, nawet wtedy skrzywiłaby się mniej. Gena nie wydłubiesz, nie? Zaraz chciała się uśmiechać do kolejnego zdjęcia i szczerzyła się niesamowicie, ale... poczuła znowu smak jego warg. Wypełnionych charakterystycznym zapachem haszu zmieszanego z cygarem, choć odebrała od niego dym, to parę sekund później mocno go odepchnęła.
— Kurwa Patel — warknęła Charlotte, kręcąc głową — o co Ci chodzi? — a finalnie dodała — pojebało Cię? — w nocy ktoś chciał ją zgwałcił, została przez niego uratowana i słowa co się dzieje na La Palma, zostaje na La Palma dalej obowiązywały. Tylko czuła się tak dziwnie, wręcz ohydnie.
— Możemy już stąd jechać? — dopytała Charlotte, zakładając rękę na rękę. Coś jeszcze mu wspomniała o sklepie z pamiątkami, gdzie weszli jeszcze na chwilę. Wiadomo, wszystko po cygarka — głodna jestem... — i zemszczę się za to cygarzenie po studencku. Przecież jak jej powie, że chodzi o zdjęcie, to chyba pierdolnie mu fikołka. Albo faktycznie wciśnie gaz do dechy.
-
ignorantia iuris nocet, ignorantia facti non nocetnieobecnośćniewątki 18+takzaimkionatyp narracjipierwszoosobowyczas narracjiteraźniejszypostaćautor
Charlotte Kovalski
-
Ho, ho, ho.
Gdzie choinka?
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkishe/hertyp narracjityp narracjiczas narracji-postaćautor
Tylko strzelała i wywracała swoimi brązowy tęczówkami co chwilę. Ale boomer, przechodziło jej ciągle przez ziemię. Kiedy zaczynał bardziej ją irytować, wciskała gaz, by przez moment zamknął, bo ile można ją moralizować. Już zdążyli ustalić, że to ona jest w tym zestawie tą odpowiedzialną.
— Chciałbyś być wkręcany — rzuciła jeszcze prowokacyjnie, by sobie pomyślał. Naprawdę najgorsze jeszcze było przed nim. Wjazd na górę, przejazd na nocleg, a potem jeszcze zjazd. Zapowiadała się całkiem wystrzałowa jazda. Sama Kovalski była nią już cała podjarana. Kręty zakręty, przepiękne widoki, chociaż... najgorszego jeszcze nie widziała. Na to też przyjdzie czas. Tylko chwilę później już dobrze bawili się w fabryce. Aż do tego nieszczęsnego... incydentu.
— JA SZTYWNA? — powtórzyła za nim, wzdychając ciężko — weź się posłuchaj i pomyśl, co działo się rano — wypomniała mu i już założyła rękę na rękę. Nic nie mówiła, bo w głowie zaczęły jej pracować styki. Podobało się jej to, ale... dalej był wrogiem. Niby byli na wakacjach i mogłaby się zapomnieć, tylko czy byłaby mu w stanie spojrzeć w oczy? Nie. Czy czuła się na tyle bezpiecznie, by kosztować jego usta? Też nie.
— Jedzenie. — mruknęła krótko, bo tak obraziła się. Wyjątkowo nic nie komentowała. Nawet nie skwitowała jego zakupów, sama też zakupiła cygara. Nie dla siebie, nawet nie dla rodziny, ale nie podzieliłaby się z Willamem dla kogo jest ten zakup.
Całą trasę nic nie mówiła. Foch to foch. Obowiązuje, dopóki nie zostanie rozśmieszona
Nawet oczami nie wywracała, tylko siedziała w tym telefonie, pisząc do siostry. Wysyłała jej zdjęcia widoków, a kwestię Patela całkowicie zignorowała. Tak, zdawała sobie z tego sprawę. Miała słabość do oceanu i jednego wieczoru... zaplanowała sobie szaloną kąpiel, tylko w jej głowie ciągle wybrzmiewała jedna myśl. Dlaczego od razu go nie odepchnęła? Z rozmyślań wyrwał ją dopiero kelner, do którego uśmiechnęła się lekko.
— Barraquito, papas arrugadas — a po krótkiej rozmowie z kelnerem zamówiła jeszcze ośmiornicę po galicyjsku. Spojrzała na Patela wyczekująco. Chciała mieć to już za sobą. Hiszpanie na wyspie dalej pracowali jak Hiszpanie. Własnym, powolnym tempem, a trwała właśnie w najlepsze godzina siesty. Kiedy kelner odszedł, nawet na niego nie spojrzała, tylko przeglądała coś w telefonie. Musiała to przemyśleć. Siebie samą. Przecież nie mogłoby jej na nim zależeć, prawda?
-
ignorantia iuris nocet, ignorantia facti non nocetnieobecnośćniewątki 18+takzaimkionatyp narracjipierwszoosobowyczas narracjiteraźniejszypostaćautor
Charlotte Kovalski
-
Ho, ho, ho.
Gdzie choinka?
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkishe/hertyp narracjityp narracjiczas narracji-postaćautor
Jakby tylko jej powiedział, że zjadłby psa, to pewnie właśnie odjeżdżałaby z piskiem opon. Miała w domu dwa samoyedy, którymi zajmował się jej młodszy brat. Nigdy nie wyobraziłaby sobie ich na talerzu. Co prawda Patel chyba psiarzem nie był, ale widziała u niego na balkonie bezdomne kociaki. Może je by spróbował zjeść?
— Mhm — mruczy krótko pod nosem, przeglądając telefon. Uniosła go, by zrobić kilka zdjęć widoków. Pewnie wstawiła je na swojego instagrama, ale w ogóle go nie słuchała. Nie miała zamiaru, w końcu... pocałował ją. Nawet nie miała mu tego za złe, bo biła się sama ze sobą w środku. Z jakiegoś niezidentyfikowanego powodu czuła przedziwne skurcze w żołądku na samą myśl. Jednocześnie chciała i nie chciała. Ambiwalencja, albo dysonans poznawczy. Nie byłaby w stanie zapomnieć wszystkiego, co stało się w Toronto. Tylko że tam też miała do niego słabość.
To co się dzieje na La Palma, zostaje na La Palma. Takie miało być ich przysłowie. Tylko mózg kobiety nie działał w ten sposób. Była gotowa bawić się przy jego boku, ale nigdy nie pomyślałaby o przekroczeniu magicznej granicy. Dalej w głowie miała jego usta na własnych. Aż zaczęła się huśtać powoli na krześle, gdy usłyszała wręcz niecodzienne słowa.
— Czekaj — aż oderwała się od telefonu, tracąc zaraz równowagę. Poleciała wprost na kamienie leżące na ziemi. Nie była w stanie pojąć, co się stało. Bardziej była przejęta słowami przepraszam niż czymkolwiek innym. Aż zamrugała kilka razy oczyma — o kurwa — mruknęła, leżąc poskładana i aż krótko syknęła — ała... — nawet wstać nie miała siły. Ból przychodził później, a w jej głowie wybrzmiewało jedno, wielkie przepraszam. Czy Patel w końcu zachował się jak na faceta przystało?
— Jak boli... — mruknęła, zsuwając się obok krzesła — mój łokieć... — no i masz babo placek. Nie dość, że krew leci, to jeszcze białe kamienie musiała strzepać. Popatrzyła na Patela wielkimi oczyma. Cóż, szybciej niż się spodziewał, będzie musiał ją dotknąć.
— W moim plecaku w tej mniejszej kieszeni jest apteczka, podasz mi ją? — spytała, unosząc delikatnie kąciki ust. Była przygotowana. Nawet octenisept miała i plasterki w kotki, bo z pieskami już nie było. Czekała, aż się nią zajmie, tylko wtedy do jej głowy wpadła irracjonalna myśl — Co chciałeś zrobić, czekaj... — dalej pracowała niczym ten mem z wykresami matematycznymi — co — szczerze myślała, że robił jej na złość. Zemsta za jej zachowanie, tylko William wydawał się w stu procentach innym człowiekiem, choć nie do końca. Tamta noc coś zmieniła w Charlotte.
-
ignorantia iuris nocet, ignorantia facti non nocetnieobecnośćniewątki 18+takzaimkionatyp narracjipierwszoosobowyczas narracjiteraźniejszypostaćautor
Charlotte Kovalski
-
Ho, ho, ho.
Gdzie choinka?
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkishe/hertyp narracjityp narracjiczas narracji-postaćautor
Myślała, że już gorzej nie może być, a on wyjmuje ten nieszczęsny aparat. Wtedy to już coś ją bierze, ma ochotę go dosłownie rozszarpać. Gdyby nie przeprosił, dalej siedziałaby w krześle, spokojnie go ignorując, a teraz? Miała wręcz ochotę go rozszarpać.
— Nie masz, kiedy robić zdjęć? Co? Chcesz podarować mamie nowy album z niedoszłą synową, czy wywieszać moje zdjęcia na klatce schodowej? — warknęła Lotte, strzelając oczyma. Takie przekraczanie granic powodowało u niej niesamowity ból głowy. Aż chciała pokazać pazurki i przez moment się nie zatrzymywać, a wtedy powiedział o weselu. Westchnęła ciężko — Możemy nie rozmawiać o weselach? — w końcu Gustav planował już bajeczne wesele na Mazurach. Kiedy o nim myślała, czuła, jak każdy mięsień zaczyna boleć ją jeszcze bardziej. Mieli nie wracać do sytuacji z Toronto, ale... one same do nich wracały.
Nie miała w sobie tyle sił, by pozbierać się sama. Czekała, aż łaskawy królewicz się nią zajmie, zamiast się śmiać. Nigdy mu się nie zdarzyło? Jeny, jak on ją irytował. W jednym momencie potrafił budzić w niej tak sprzeczne emocje jak żaden inny facet.
— Nie, to octenisept a nie woda utleniona — burknęła pod nosem, a chwilę później już skrzywiła się bardziej — szczypie... — mruknęła pod nosem, kiedy się nią zajmował. Przy Patelu zawsze musiała być dumna, zawsze musiała się chronić, bo nieodpowiednia chwila była w stanie bardzo zmienić dynamikę ich relacji.
— Nie bredzę — mruknęła pod nosem — chciałeś mnie co...? — nie dałaby mu tak łatwo o tym zapomnieć. Chciał ją pocałować? Sama sobie dopowiedziała to w głowie, po czym zmarszczyła brwi. Aż sama zaśmiała się pod nosem. Kobiety to jednak były domyślne.
— Musisz być taki wredny? — spytała go w kontrze. Wywróciła się, bo totalnie nie pomyślał. Tylko wraz z kolejnymi słowami, jak już usiadła na krześle, znowu strzela oczyma. Ile on mógł marudzić? Długo będzie jej to wypominał? Miała go dosyć, chociaż bardziej tego, że... gdzieś w środku chciała jego dotyku.
— Dostałeś zjebę, bo zrobiłeś to totalnie bez jakiegokolwiek pomyślunku — powiedziała finalnie Charlotte, by do jego mózgu dostało się coś takiego jak rozsądek — serio Patel, mogłam właśnie być w jakimś afrykańskim burdelu, gdzie robiliby zdjęcia moich stóp, lub jeszcze gorsze świństwa — to wszystko dalej siedziało w jej głowie — nie pomyślałeś, że potrzebuję nieco... przestrzeni? — dopytała, próbując złapać z nim kontrakt wzrokowy. Mogła go nienawidzić, a jednak potrafił zaskarbić w niej ziarno sympatii, totalnie dla niej niezrozumiałe.
— AŁA — krzyknęła tak, że aż kelner się wychylił, gdy naklejał jej ten plasterek — taa, teraz to już tylko trzeba pocałować — mruknęła pod nosem. Teraz to już była typową ponuraczką, która miała dosyć Williama. Był dla niej niezrozumiałym zjawiskiem. Jednocześnie pojawiła się w niej wytłumaczalna niechęć i w ogóle niewytłumaczalna sympatia. Uratował ją, potrafili się zgadzać, tylko czasem był tak narwany, że nie potrafiła go w ogóle zrozumieć...
— Jezu, nie wierzę, że Cię lubię i nie lubię jednocześnie — co na Charlottowe można było przetłumaczyć: lubiłam Cię, ale zawiodłeś moje zaufanie. Burknęła to pod nosem, mając nadzieję, że jego uszy to zignorowały przez szum fal. Za to sama chwyciła za szklankę ze swoją kawą i zaczęła ją powoli pić. Musiała się zasłonić, krem bb nie byłby w stanie zasłonić rumieńców na jej policzkach. Czuła się tak, jakby właśnie mu powiedziała, że jej na nim zależało. Poniekąd tak było.
-
ignorantia iuris nocet, ignorantia facti non nocetnieobecnośćniewątki 18+takzaimkionatyp narracjipierwszoosobowyczas narracjiteraźniejszypostaćautor
Charlotte Kovalski