-
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoe
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkiona/jejtyp narracjitrzecioosobowaczas narracjiprzeszłypostaćautor
Nawet jeśli miałoby oznaczać to wyjątkowo nieprzyjemnego kaca następnego dnia i popłynięcie za jakimś – kolejnym – idiotycznym pomysłem.
Choć być może zwiedzanie miejsc, które w żadnym razie nie wydawały się być przeznaczone dla gości baru, wcale nie było tym najgorszym pomysłem, na który mógłby w obecnej sytuacji wpaść. Świetnym tego potwierdzeniem było to, że w żadnym momencie nie usłyszał choćby najmniejszego sprzeciwu ze strony przypadkowo wciągniętej w to April.
Zakładając oczywiście, że jakimś sprzeciwem faktycznie miałby się przejąć, gdyby ten się pojawił… W takim wypadku pewnie niewiele myśląc, wspiąłby się po metalowych schodach sam. I najprawdopodobniej utknąłby przy zamkniętych drzwiach na ostatnim piętrze, być może nieudolnie próbując wystukać właściwy kod, a ostatecznie i tak musząc pogodzić się z porażką.
– Zdecydowanie nie po raz pierwszy… – mruknął w odpowiedzi, niechętnym spojrzeniem uraczając nieustępliwe drzwi. Zanim zresztą zorientował się w tym, co właśnie robiła April, przynajmniej raz faktycznie spróbował wystukać na klawiaturze pierwszy lepszy ciąg cyfr, jaki przyszedł mu na myśl. Oczywiście błędny, w zasadzie niczego innego się nie spodziewał. Choć było to rozczarowujące, mimo wszystko.
– Czyli wra… – dokańczając drinka odwrócił się w jej stronę, a widząc odnaleziony klucz, nie zdecydował się już kończyć zaczętego zdania. Zamiast tego uśmiechnął się z uznaniem. Zwłaszcza, że dzięki temu odkryciu już po chwili rzeczywiście mogli zrealizować swój idiotyczny plan i wyjść na zaśnieżony dach. Na szczęście brak jakichkolwiek świeżych śladów na śniegu mógł oznaczać, że raczej nikt nie zapuszczał się tu zbyt często – a już na pewno bez wyraźnej potrzeby – toteż istniała spora szansa, że nikt ich w tym miejscu nie nakryje. O ile nie miałoby okazać się, że obydwoje popełnili dość fatalny błąd ignorując potencjalnie obecne po drodze kamery…
– Przeskakiwanie na inne budynki jest w planie tylko wtedy, kiedy będziemy musieli uciekać przed obsługą. Albo ochroną – oznajmił ze śmiechem, dostawiając swoją pustą szklankę obok tej pozostawionej przez April. Bez wahania sięgnął za to po zaoferowanego mu skręta, wtykając go sobie do ust i odpalając wygrzebaną z kieszeni zapalniczką. Tę zresztą podał jej po chwili.
– Chyba, że już teraz chcesz się na przykład założyć, czy któreś z nas miałoby w ogóle dać radę – dodał do swojej wcześniejszej wypowiedzi, wypuszczając z płuc dym. Jednocześnie zdecydował się podejść nieco bliżej krawędzi dachu, jakby faktycznie zamierzał ocenić odległość od sąsiedniego budynku. W takim wypadku wnioski powinny być jednak dość proste – potencjalny zakład musiałby skończyć się absolutnie fatalnie, nie było żadnej innej możliwości.
April Finch
-
Spójrz, na szyi coś tu masz
Ups, to chyba znowu ja
W pracy będą się z nas śmiać
W pracy teraz, jeszcze raz
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkiona/jejtyp narracjitrzecioosobowaczas narracjiprzeszłypostaćautor
Wydobyła z papierośnicy drugiego skręta, przyjęła zapalniczkę z wdzięcznością. Jakby miała się teraz dokopać do własnej, to pewnie skończyłoby się to robieniem tutaj strasznego bajzlu. Odłożyła srebrne opakowanie do torebki, odpaliła i zaciągnęła się blantem. Wydmuchała dym i oddała zapalniczkę.
— Żartujesz? Na tych butach? — Podeszła za nim bliżej krawędzi, modląc się, by się nie wywalić na śniegu. W butach na obcasach to wcale nie było takie łatwe. Mogła założyć coś wygodniejszego. Ale przecież nie wiedziała, że będzie paradować po takich miejscach. Wyszła nieco się rozluźnić, trochę zabawić. To, że ubrała się ładnie, było odruchem. Na podryw idzie się przecież odpicowanym. A to, że po drodze przypomniała sobie, że to nie był podryw, to szczegół.
— Nie miałbyś ze mną szans — dodała, żeby sprawa była jasna. W szpilkach czy bez, na pewno by z nim wygrała! Nie przeskakiwała wprawdzie nigdy z budynku na budynek, a odległość do kolejnego stąd była dość znaczna. Wątpiła, że komukolwiek bez większego przygotowania mogłoby się to udać. Ale ważna była wiara w siebie. To podobno dodaje skrzydeł, a w tym wypadku mogłoby ich dodać dosłownie.
Spojrzała w dół, a potem zmrużyła oczy, oceniając dystans dzielący ich od sąsiedniego dachu. Nawet po alkoholu i po pierwszym buchu widziała doskonale, że to byłby skok prosto w objęcia kostuchy, ewentualnie na bardzo długi i bolesny pobyt w szpitalu. Przeniosła wzrok z przepaści na widok rozpościerający się przed nimi. Wiatr na tej wysokości był lodowaty, szczypał w policzki, ale jednocześnie całkiem przyjemnie chłodził jej rozgrzany uderzeniem adrenaliny organizm. Światła Toronto rozmywały się w oddali, tworząc kolorową, migoczącą mozaikę. Miało to swój urok, to na pewno. Zrobiła zuchwałe pół kroku w stronę krawędzi. Obcas niespodziewanie odjechał na zlodowaciałym, ukrytym pod śniegiem fragmencie podłoża. Serce zabiło jej jak oszalałe, gdy się zachwiała. Próbowała złapać równowagę w dość komiczny sposób, machając wolną ręką jak uszkodzony wiatrak. Najważniejsze, że w drugiej desperacko chroniła zapalonego jointa. Uratowała się przed upadkiem na tyłek w absolutnie ostatniej sekundzie.
— Okej, nieważne — mruknęła niezadowolona z własnej pomyłki. Przynajmniej wciąż utrzymywała się na szczycie, a nie leżała na chodniku. Odsunęła się o bezpieczne pół metra od krawędzi. Zaciągnęła się znowu, czując, jak dym przyjemnie drapie ją w gardło.
— Wróciłeś z jakiegoś konkretnego powodu? Czy to jakaś obrzydliwie lepka tajemnica? — zagaiła, wciąż wpatrując się w widok, a nie chłopaka. Nie miała zamiaru męczyć go smutnymi rozmowami czy jakimś rozdrapywaniem ran. Mieli się wyluzować, a nie smucić.
Dante Levasseur
-
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoe
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkiona/jejtyp narracjitrzecioosobowaczas narracjiprzeszłypostaćautor
Nie zdążyłby zareagować na jej prawie-upadek nawet gdyby był w tym momencie zupełnie trzeźwy i nie miał jednej ręki zajętej trzymanym pomiędzy palcami skrętem. Mimo wszystko spróbował. Zupełnie odruchowo, szczęśliwie samemu nie tracąc równowagi, wciąż jednak chwytając ją za przedramię już nieco po tym, jak sama zdążyła uniknąć upadku.
I może to powinien być moment, w którym jakiś cichy głosik mógłby podpowiedzieć mu, że może jednak zwiedzanie dachów wcale nie było tak dobrym pomysłem, jak mogłoby się z początku wydawać.
Nic podobnego oczywiście nie miało miejsca.
– Tak, w wyścigu na dół na pewno masz większe szanse – zaśmiał się, nawiązując do jej odpowiedzi. – Ale o to się nie zakładamy, za trudno byłoby ocenić kto faktycznie by wygrał.
No i satysfakcja z wygranej byłaby raczej niewielka. Albo – bardziej adekwatnie – dość krótka. Kompletnie niewarte zachodu.
Może i nie miał na nogach zdradliwych obcasów, ale najwyraźniej był to jeden z tych nielicznych momentów, w którym do głosu dobiły się jakieś pokaleczone resztki rozsądku, dzięki czemu zdecydował się nie powielać jej błędu i nie podchodzić już bliżej krawędzi. Już stąd widok był zresztą wystarczająco satysfakcjonujący. Może nawet na tyle, by przez moment zastanowić się, czy faktycznie to zimne powietrze i migoczące gdzieś na dole światła miasta były tym, czego jeszcze chwilę wcześniej poszukiwał. Z pewnością było całkiem blisko czegoś.
– Pewnie musiałbym cię stąd zrzucić, jakbym ci powiedział – stwierdził w pierwszej chwili, zachowując całkowicie beztroski, nieco rozbawiony ton. I nawet odwrócił się na moment w jej stronę, wciąż z uśmiechem na twarzy. – Ale tłumaczenie się później, że nie miałem z tym kompletnie nic wspólnego byłoby pewnie strasznie skomplikowane…
A komplikowanie najprostszych spraw może i faktycznie leżało w jego naturze. Za to zrzucanie ludzi z dachów już niekoniecznie, dlatego ostatecznie musiał po prostu wzruszyć ramionami, po raz kolejny zaciągając się skrętem i powracając spojrzeniem do widoków, jakie umożliwiał im ten nowy punkt widzenia.
– A tak na serio, to może cię to rozczaruje, ale… nie ma żadnego ciekawego powodu. Tego mniej ciekawego w sumie też nie ma – co może i nie do końca było prawdą, ale… póki żadne niechciane konsekwencje istniejącego powodu nie postanawiały przypałętać się tu za nim, mógł trzymać się tej właśnie wersji. – To chyba bardziej kwestia przypadku. Albo… nie wiem, podświadomej tęsknoty za rodzinnym miastem. Ktoś pewnie mógłby tak uznać.
Raczej nie on, o czym miało świadczyć rozbawione parsknięcie, jakim zakończył tę wypowiedź. Bo jasne, to nie tak, że kompletnie nie lubił Toronto. Ale z pewnością daleki był od usychania z tęsknoty, spędzając tych kilka lat poza nim.
April Finch
-
Spójrz, na szyi coś tu masz
Ups, to chyba znowu ja
W pracy będą się z nas śmiać
W pracy teraz, jeszcze raz
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkiona/jejtyp narracjitrzecioosobowaczas narracjiprzeszłypostaćautor
— Przyjmijmy po prostu, że jestem lepsza. Mi to wystarczy. — Uśmiechnęła się triumfalnie, bo w swojej głowie oczywiście już wygrała. Takie podejście było bardzo wygodne. Może nie do końca zdrowe, ale jej bania żyła własnym, wyjątkowym życiem. I chwała jej za to, bo inaczej takie upadki zaliczałaby dużo częściej. W sensie metaforycznym, bo w dosłownym po jednym mogłoby nie być następnych.
Zaciągnęła się blantem i rozłożyła szeroko ręce, by pokazać, że jest gotowa na krótką drogę w dół, byle tylko poznać sekret. Dla porządnej plotki była gotowa na wiele poświęceń. Może to jedno było faktycznie zbyt dramatyczne. Wydmuchała dym, opuszczając ręce. Prościej było po prostu posłuchać tego, co miał do powiedzenia. Ale jego wersja niespecjalnie ją przekonała. Uniosła brew, przyglądając mu się z lekkim niedowierzaniem.
— Brzmi to strasznie, kurwa, niewiarygodnie. Ale niech ci będzie. — Zaśmiała się, przenosząc wzrok z powrotem na Toronto. Mogła po prostu przyjąć to do wiadomości i nie wymagać od niego zbyt wiele. Tak było teraz wygodniej. Trudno się na tym mrozie myślało, więc może nawet powinna być wdzięczna za tak banalny blef.
Pociągnęła kolejnego, głębokiego bucha, czując, jak narkotyk powoli zaczyna przyjemnie szumieć w jej głowie, spychając na boki stres związany z niedawnym testowaniem grawitacji. Skupiła się na siatce oświetlonych ulic w dole. Takie widoki zawsze smakowały lepiej w podobnym stanie.
— Powinni ten dach jakoś brutalnie skomercjalizować. Zrobić jakieś tandetne, performatywne wydarzenie, postawićleżaki, dorzuć grzane wino za potrójną stawkę i nagle połowa miasta będzie się zabijać o wejściówki na ten cholerny, oblodzony dach — zauważyła, rozglądając się po nim uważnie. Oczami wyobraźni już widziała to arcynudne wydarzenie, za które mogłaby być odpowiedzialna nawet jej agencja. Z pewnością dałoby się to połączyć z reklamą jakiegoś produktu i wciskania ludziom kitu. Nie było w tym niestety za grosz romantyzmu ani wariactwa.
— Ale wtedy nie byłoby też tu tak uroczo. Nie moglibyśmy palić w spokoju, musielibyśmy przeciskać się przez tłumy identycznych osób i w ogóle. Toronto przypadkiem całe takie nie jest? Dużo będziesz tu musiał spacerować, szukając czegoś ciekawego, wiesz? — Znów spojrzała z rozbawieniem w jego stronę. Jeżeli nie był w stanie znieść klimatu baru na dole, to faktycznie czekało go skomplikowane życie w takim dużym mieście. Przynajmniej było rodzinnym wspomnieniem! Szkoda, że dość szarym.
Dante Levasseur
-
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoe
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkiona/jejtyp narracjitrzecioosobowaczas narracjiprzeszłypostaćautor
Opierając się plecami o jakiś wystający element dachu – pewnie komin wentylacyjny, tych przynajmniej w tym miejscu nie brakowało i przy okazji zapewniały całkiem stabilne podparcie – zaśmiał się krótko w odpowiedzi na jej kolejne słowa. W porządku, jego wersja wydarzeń faktycznie mogła nie wypadać zbyt przekonująco. Wciąż jednak miała w sobie przynajmniej jakiś element prawdy – wybranie Toronto jako miejsca docelowego rzeczywiście można było uznać za kwestię przypadku. Albo najlepszego wyboru spośród kilku innych, równie mało satysfakcjonujących opcji.
– Brzmi jak świetny sposób na kompletne zabicie uroku tego miejsca – o ile za urok dałoby się uznać zalegający dookoła śnieg, szczypiący w policzki mróz i parę oblodzonych elementów, na których – co zaprezentowała już April – można było z łatwością poślizgnąć się i, zależnie od szczęścia, stracić parę zębów lub rozbić sobie łeb tych kilka pięter niżej. Z drugiej strony… niewątpliwy urok miał w sobie widok w dole. I temu akurat nijak już nie dałoby się zaprzeczyć. Nawet jeśli aktualnie alkohol i wypalany skręt w jakiś sposób podbijały te wrażenia, na trzeźwo też na pewno musiałyby okazać się warte zachodu.
– Nie mam aż tak dużych wymagań, a interesujące rzeczy można znaleźć… w sumie wszędzie, o ile umie się ich szukać. Chociaż… to chyba jednak też zazwyczaj wychodzi bardziej przypadkiem – w końcu wycieczki na dach też wcale przecież nie planował. Trudno zresztą byłoby mówić o jakimkolwiek planowaniu, skoro do niedawna nie wiedział jeszcze nawet czego szukał. Tymczasem schody znalazły się same, tak samo jak później – nie za jego sprawą – klucz do zamkniętych drzwi. – Zresztą, ty nadal tu jesteś, więc chyba nie tak łatwo umrzeć tu z nudów.
Tym bardziej, że Toronto – mimo wszystko – miało przecież całkiem sporo do zaoferowania. O tym zdążył przekonać się jeszcze przed swoim wyjazdem. Fakt, zwykle znalezienie dostatecznie satysfakcjonujących rozrywek wymagało nieco wyobraźni, ale tej akurat – zwłaszcza w wieku nastoletnim, zanim w ogóle miałby zacząć myśleć o jakiejś wyprowadzce – zdecydowanie mu nie brakowało. No i na pewno nie brałby nawet pod uwagę powrotu do rodzinnego miasta, gdyby kiedykolwiek zdążył uznać je za kompletnie nudne, szare i niewarte większej uwagi.
April Finch
-
Spójrz, na szyi coś tu masz
Ups, to chyba znowu ja
W pracy będą się z nas śmiać
W pracy teraz, jeszcze raz
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkiona/jejtyp narracjitrzecioosobowaczas narracjiprzeszłypostaćautor
— Urok odleciałby od razu w kosmos, masz rację. Ale wiesz, jaki byłby z tego zysk? Co najmniej nieprzyzwoity — zapewniła. Będąc właścicielem takiego miejsca pewnie można byłoby po jakimś czasie dorównać portfelem do tych, którzy je odwiedzali. A bardziej rozsądny przedsiębiorca pewnie szybko by ich przebił. To zdecydowanie nie byłoby na jej głowę. Zajmowanie się wyłącznie biznesem szybko by ją wypaliło. Nie trawiła moment w pracy, w których była zasypywana papierami i nie miała żadnych widoków na pracę kreatywną. Nie było niczego nudniejszego niż biznesy.
— Ja tu jestem, bo sama jestem najciekawsza na świecie. — Spojrzała na niego z rozbawieniem. Nie mijała sie specjalnie z prawdą, przynajmniej we własnym mniemaniu. Mogła oczywiście się wyprowadzić. Przenieść się do stolicy, gdzie byłoby jej pewnie wygodniej. Na pewno miałaby tam wygodniejsze możliwości pracy, większe możliwości, mogłaby porządnie rozwinąć skrzydła i w ogóle. Ale jednak dzielnie tu trwała. Pewnie najmocniejszą kartą przetargową Toronto byli bliscy. Większość mieszkała właśnie tutaj, a przecież nie spakuje wszystkich w walizkę i nie ucieknie z nimi do innego miasta. Albo kraju. Za stara już była na całkowite resetowanie listy znajomych.
— Ale tu też jest tak strasznie, kurwa, zimno. Z tym akurat się w życiu nie pogodzę. — Mruknęła niezadowolona, trąc dłońmi przedramiona. Zaczynała marznąć. Nie spędzili tu może dużo czasu, ale przecież była zima, a oni stali całkiem wysoko. Chłód szczypał jej policzki, a mieszanka alkoholu i marihuany rozgrzewająca do tej pory jej organizm, powoli traciła swoją moc.
— Skoro najlepsze rzeczy znajduje się przez przypadek, to może losowo znajdziemy jakieś miejsce, gdzie można się najeść? — Odetchnęła głęboko, wypuszczając chmurę pary. Takie potrzeby o tej godzinie to na pewno wina mieszanki. Napchanie się czymś było na pewno rozsądniejsze niż brnięcie dalej w przygodę. Albo w dziewczyny.
— Inaczej jest szansa, że przymarznę tu na stałe. Chyba że wolisz, żeby zniosła cię stąd ochrona? Ja się pójdę ogrzać, a ty po prostu zadzwoń do mnie z aresztu, jak już trzeba będzie wpłacić kaucję za stawianie oporu i wyzywanie funkcjonariuszy od niszczycieli dobrej zabawy. — Wskazała głową drzwi, którymi tu weszli. Oczywiście w ogóle nie żartowała i była gotowa mu pomóc w potencjalnym problemie natury prawnej! Albo każdym innym, bo przecież miała miękkie serce.
Dante Levasseur
-
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoe
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkiona/jejtyp narracjitrzecioosobowaczas narracjiprzeszłypostaćautor
– W porządku, na dole na pewno znajdziemy kogoś, komu będziesz mogła opowiedzieć, że masz taki genialny pomysł po sprawdzeniu ich dachu – uśmiechnął się, gasząc w śniegu niedopałek. – Na pewno docenią i może nawet podzielą się z tobą zyskiem, tak w ramach wdzięczności.
Wobec tak przedsiębiorczego pomysłu nie wchodziło przecież w grę, żeby ktokolwiek mógł mieć jakieś pretensje o wejście w miejsce, które – póki co – zdecydowanie nie było do tego przeznaczone…
Kolejne jej słowa można było natomiast skwitować już tylko krótkim śmiechem i lekkim pokręceniem głową – nie w geście zaprzeczenia, bo tego na pewno nie miał w planach, a po prostu kapitulacji. Oraz pogodzenia się z tym, że z takim argumentem po prostu nie dało się już w żaden sposób dyskutować.
– No jasne… April – przy okazji właściwe imię wreszcie postanowiło wyłonić się z zakamarków pamięci i wskoczyć na właściwe miejsce. Trochę późno, ale wciąż lepsze to niż wcale. – W to nikt nie wątpi. I aż dziwne, że nie wspominają o tobie w żadnych przewodnikach. Pewnie po prostu nie chcą od razu zdradzać turystom najlepszych atrakcji Toronto…
Nie dało się zaprzeczyć również temu, że na dachu było strasznie, kurwa, zimno. I o ile nie było to coś, co na tę chwilę miałoby mu jakoś szczególnie przeszkadzać, April znów całkiem celnie posłużyła się argumentem, z którym trudno byłoby w jakikolwiek sposób dyskutować. Jedzenie zdecydowanie brzmiało kusząco. Zwłaszcza gdy już wspomniało się o nim na głos i nie sposób byłoby pozbyć się myśli, że faktycznie w tym momencie mógł to być pomysł po stokroć lepszy niż dalsze tkwienie na mroźnym wietrze.
– A nie wolisz faktycznie poczekać na zniesienie przez ochronę, zamiast złazić po tych schodach…? – rzucił z rozbawieniem, zerkając w kierunku drzwi. I chociaż może i faktycznie poniekąd brzmiało to jak kolejne potencjalnie ciekawe doświadczenie, ostatecznie z krótkim westchnięciem odepchnął się od komina, by mimo wszystko ruszyć w kierunku wyjścia. Zaraz za drzwiami zatrzymał się jednak, na dłużej zawieszając spojrzenie na kluczu, dzięki któremu udało im się tutaj wejść…
– Myślisz, że mają gdzieś zapasowy klucz…? – wzrok na moment przeniósł na April, niekoniecznie jednak brzmiąc przy tym jak ktoś, kto naprawdę potrzebował jakiejkolwiek odpowiedzi. Zawsze był przecież jakiś zapasowy klucz. A ten… istniało niestety zbyt duże prawdopodobieństwo, że mógłby być już znacznie trudniej dostępny, gdyby następnym razem ktoś chciał ponownie odwiedzić dach…
April Finch
-
Spójrz, na szyi coś tu masz
Ups, to chyba znowu ja
W pracy będą się z nas śmiać
W pracy teraz, jeszcze raz
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkiona/jejtyp narracjitrzecioosobowaczas narracjiprzeszłypostaćautor
— Przecież jestem w przewodnikach. Tylko w tych ekskluzywnych, wydaniach dla VIP-ów spod lady. Trzeba wiedzieć, kogo zapytać — odparła z absolutną powagą, chociaż kąciki ust drżały jej od powstrzymywanego uśmiechu. Nie wyczuła zawahania w jego głosie przy formułowaniu imienia. Nie zauważyła też, że padło zadziwiająco późno. Wciąż żyła w przekonaniu, że jej się przecież nie dało zapomnieć, więc czemu on miałby mieć z tym problemy? Ona przecież pamiętała go bardzo dobrze, to na pewno działo się z wzajemnością. Jakby dostał taką broszurkę z jej wielką twarzą na okładce, to na pewno by zapamiętał raz na zawsze, z kim miał do czynienia. Powinna to poważnie przemyśleć. Może chociaż jakieś ulotki, które mogłaby rozdawać nowopoznanym ludziom? Od razu docierałoby do nich, jakie mieli szczęście, że ją spotkali i mogliby się przygotować na te wszystkie atrakcje, które oznaczała znajomość z nią. Toronto mogłoby ją opodatkować czy coś, żeby odpowiednio znęcać się nad turystami. Zdecydowanie za dużo myślała dzisiaj o pracy i pieniądzach. To pewnie przez to, że tak mocno próbowała odsunąć myśli od wszystkich kobiet. Łącznie z tą swoją, tak na wszelki wypadek. Jeszcze by się zapędziła i byłby z tego kłopoty.
Skierowała się z nim w stronę drzwi. Wzięła głębszy oddech, gdy otoczyły ich wreszcie ściany, a mróz przestał smagać nagie karki. Wciąż byli tylko w korytarzu technicznym, w klubie na dole na pewno było dużo przyjemniej, ale ona i tak doceniała ten stan. Spojrzała na niego z rozbawieniem, gdy zapytał o klucz. Nie miała bladego pojęcia, jak takie rzeczy działają. I tak była zszokowana, że udało jej się znaleźć ten konkretny.
— Mają jakiś zapasowy, na bank. Pewnie ten jest zapasowy, a tutejszym technicznym oryginalne tylko walają się po kieszeniach. — Brzmiała na bardzo pewną. Jak zwykle. Afirmacja mogła im pomóc. Nie zdubluje raczej kluczy i jeśli żadne zapasowe nie istniały, to pracownicy będą mieli problem, ale cóż. Tak to bywa czasem w pracy, że ma się problem.
— Wiesz przecież, jak to mawiają. Co za dużo kluczy, to nie zdrowo. Uwolnij ich od niego — zasugerowała, przesuwając cegłę, która podtrzymywała do tej pory drzwi. Pchnęła ją w ten sam kąt, w którym ją znalazła. Drzwi zatrzasnęły się za nimi z hukiem. Ruszyła żwawo w dół, próbując nie myśleć o tym, że nadal była na szpilkach i takie tempo mogło doprowadzić do skręcenia karku. Udało im się wtopić z powrotem w klubowy tłum, jakby nigdy go nie opuścili. Zatrzymali się przy barze akurat na tyle długo, by wypić jeszcze po jednym drinku, tym razem w cywilizowanych warunkach i bez ryzyka hipotermii.
— Daj znać trochę wcześniej, jak będziesz chciał się jeszcze gdzieś włamać — poprosiła jeszcze na odchodne, zanim się pożegnali, a ona ruszyła na poszukiwanie jedzenia, za brakiem którego wciąż skamlał jej żołądek. Oby następnym razem włamali się do jakiegoś ciepłego miejsca.