Znowu się miotał. Bo z jednej strony... no to on przecież tego chciał. Chciał jej dać ten pierścionek, jako jakiś pierdolony symbol jego miłości, oddania, wspólnej historii, którą razem budowali, a której teraz ona była tak integralną częścią. Tu nawet mu nie chodziło o ślub, bo do niego jeszcze nie doszedł, bo najpierw w jego głowie zaświtał ten pierścionek, kiedy tylko go zobaczył, początek jego historii, z czerwonym oczkiem. Chciał żeby go nosiła na palcu. Ale ona nie chciała...
No i on musiał przecież wziąć pod uwagę jej obawy, jej wahania, no ją musiał wziąć. I wziął. Przemyślał sprawę. Ułożył trochę w głowie. Bo może ich miłość rzeczywiście nie potrzebowała, żadnych symboli? Bo mieli się ukrywać, bo dzielili to zakazane uczucie. Bo może nawet nigdy nie będą mogli się pobrać? A może będą? Bo on
wszystko by dla niej poświęcił. Uciekł na drugi koniec świata, żeby się z nią ożenić, ale... Ale musiał, nie... chciał, też myśleć o niej. Pierwszy raz w życiu chciał myśleć o kimś innym, a nie tylko o sobie.
Spojrzał na nią, kiedy się zaśmiała, kiedy powiedziała mu to, że
nie musi być tak, jak on chce, wypuścił ciężko powietrze z płuca, opierając czoło o jej ramię, na chwilę, żeby zaciągnąć się jej zapachem. Bo może on wiedział, że ona jest nieugięta, że nie robiła tego, co chciał. Ale wiedział też, że... on zawsze działał tak, żeby było na jego. Manipulował, a żadna kobieta w jego życiu nie miała nic do gadania, bo zawsze musiało być na jego. Tak, jak on chciał.
Żebyś wiedział, że chciałabym, nie wiedział. Sam już nie wiedział, co ma o tym myśleć, a przede wszystkim, nie chciał nic na niej wymuszać. Podniósł głowę dopiero, kiedy opuszki jej smukłych palców przesunęły się po jego policzku, znowu jego ciemne spojrzenie odszukało jej piękne, czekoladowe oczy. Chociaż spuścił na moment wzrok na te ich ujebane w szkarłacie ciuchy, czerwony to był ich kolor... pewnie dlatego, że nie widać na nim
krwi, na tym błękicie bardzo rzucała się w oczy.
-
Proszę cię... - zaczął, i miał jej powtórzyć to, że nie chce, żeby mu przytakiwała, bo był zły. Bo był nieznośny, bo kurwa zawsze musi być tak, jak on chce. Bo nie rozumiał tego, że można zmienić zdanie tak w jednej chwili. Bo on by nie zmienił... Ale może zmienił?
Znowu się odsunął podpierając o ścianę, znowu cofnął pół kroku, a potem zawisł nad nią, dosłownie pochylając się nad jej nagą szyją, którą omiótł jego ciepły oddech.
-
Moje nazwisko? - powtórzył po niej. I chyba dopiero teraz dotarło do niego z czym to się wiązało. Jego pierdolone nazwisko, które przecież miał po mordercy, które w Kolumbii wciąż łączyło się z narkotykami, które w Meksyku zakrawało o handel bronią. A w Toronto... W Toronto mogło być czasem jak bilet trzy metry pod ziemię, w jedną stronę.
Odsunął się od niej, cofnął o krok, żeby móc na nią spojrzeć, prosto w jej obłędne, czekoladowe oczy. Serce waliło mu w piersi jak szalone, rwało się do niej, ale mózg wciąż trawił te wszystkie słowa, wciąż rozważał za i przeciw. Powiódł spojrzeniem za jej dłonią, kiedy sięgała do torebki.
-
Proszę cię nie... - nie chciał wiedzieć tego pierścionka, nie chciał żeby go w ogóle szukała. A kiedy położyła go na jego dłoni, to zacisnął na nim palce, znowu się zamachnął i chciał go wyrzucić, gdzieś w te śmietniki. Ale tego nie zrobił, odwrócił się na pięcie, zrobił trzy kroki w tył, a potem do niej, a potem znowu w tył.
-
Nie wiem... Nie chcę... - wystawił przed nią na ręce ten pierścionek i wbił w niego spojrzenie, ale potem wsunął go do kieszeni marynarki -
chciałem, ale... - znowu sięgnął do kieszeni i znowu zacisnął palce na biżuterii -
po co nam taki symbol? Jak będziemy chcieli to... to zrobimy - stwierdził i przesunął palcami po schowanym w kieszeni rubinie -
nie chcę żebyś go nosiła - powiedział to w końcu i znowu stanął na przeciwko niej, znowu bardzo blisko -
i to nie chodzi o to, że mam wątpliwości, bo ich nie mam... Chciałbym, żebyś nosiła moje nazwisko, bo to by brzmiało pięknie - Pilar Noriega, no pięknie. Sięgnął do jej ręki i zacisnął palce na jej dłoni, przyłożył ją sobie do gładkiego, obitego policzka, przesuwając po nim jej wierzchem.
-
Ale nie chcę, żeby to tak wyglądało, nie z tym pierścionkiem, nie w takim miejscu, i nie teraz, kiedy... tyle się działo - znowu spojrzał jej w oczy, musnął wargami opuszki jej palców -
przepraszam cię ale... nie wiem, jeśli obudzisz się kiedyś i wciąż będziesz tego chciała, to może wtedy, ale nie teraz - pokręcił głową, a jej dłoń oparł sobie na klatce piersiowej na tym tatuażu z lwem, który dzisiaj miał tyle wątpliwości... Pod którym kołatało w szaleńczym tempie jego serce.
-
Zobacz jak ono bije dla ciebie... Ale ja nie wiem - i znowu się odsunął. Tym razem to już przeszedł na drugą stronę uliczki. Oparł się plecami o ścianę.
I co tak to się miało skończyć, na tym, że on już nie wie?
Ale tak właściwie to czego nie wiedział? Przecież wiedział, co do niej czuje. Wiedział czego od niej chciał. Czego ona chciała?
Wywrócił oczami i aż odwrócił się do ściany, żeby walnąć w nią pięścią, zabolało, ale miało. Bo tyle wątpliwości co w tej chwili, to jeszcze nigdy w nim nie siedziało, tyle sprzecznych uczuć. Chciał i nie chciał, jednocześnie.
Kochał ją, to nie podlegało żadnej dyskusji, ale co to zmieniało? On wtedy na plaży też ją tak kochał. I wtedy to był ten moment, a teraz nie wiedział czy... oni już go nie przegapili może? A może wystarczyło dać im jeszcze jedną szansę? Tak jak wtedy w Medellin ona dała mu szansę? A on może teraz też powinien jej dać. Zawalczyć o nią. Zacisnął znowu palce na tym pierścionku. Wyjął go nawet z kieszeni i znowu wbił w niego spojrzenie.
-
Moja matka dostała go od mojego ojca, i on jej przyniósł dużo cierpienia, tylko jedną trochę dobrą rzecz, ale też nie jakąś super dobrą, bo jakby nie ja, to ona by już pewnie dawno wyjechała z Medellin - podniósł na nią wzrok. Bo teraz z perspektywy czasu, to zaczynał się obwiniać o to, że matka przez niego tkwiła w Kolumbii, a przecież miała tutaj w Meksyku kogoś, kto ją kochał -
nie chcę, żebyś ty też przeze mnie cierpiała, przez to, że wyskoczyłem z tym pierścionkiem, że w ogóle... - znowu ciężko westchnął -
wiem, że jesteś moja i kocham cię, i chciałbym, żebyś go nosiła, jako symbol mojej miłości, naszej wspólnej historii, ale nie chcę, żebyś go zakładała, tak jak moja matka - na przymus, kierując się jedną dobrą rzeczą. Kiedy na szali, po drugiej stronie stały same czerwone flagi. Kiedy wszystko krzyczało, że oni nie powinni tego robić. Bo jak? Bo po co? Policjantka i gangus. I ta jego cała jebana rodzina, to jego nazwisko, za którym szło więcej złego niż dobrego. Wszystko było za tym, żeby tego nie robili... i tylko
jedna mała rzecz przeciwko. Ich
miłość.
pequeño amor 