Definitywnie robiła pozytywną różnicę w jego dniu. Uśmiechał się bezwiednie, kiedy widział jej imię na grafiku w te dni, w które on też pracował. Lubił spędzać z nią czas poza pracą, co rzadko mu się zdarzało, nie przepadając za mieszaniem się ze znajomymi z kuchni. Wiedział, że ludzie lubili pracę w gastronomii, bo na swój sposób tworzyli ze sobą rodzaj
trauma bond.. Nie, to po prostu nie było dla niego. Riddy natomiast z łatwością wdarła się do wewnętrznego kręgu Bachmanna sprawiając, że nie miał najmniejszego problemu, by spędzać z nią czas poza robotą. Tak, irytowała go czasem, ale bardziej w sposób, w który wkurzał go jego najlepszy przyjaciel, okay? I tak ich kochał. I tak, zrobiłby dla nich pizzę od podstaw, bo ich kochał. Calloway uważał za przyjaciółkę, nawet jeśli nie mówił tego na głos i na przekór twierdzeniu w którym się wychował, że przyjaźnie damsko-męskie prędzej czy później kończą się w łóżku albo na złamanym sercu czy jednostronnym uczuciu. Nie sądził, żeby ta dziewczyna była nim zainteresowana, więc działało.
Pokiwał gorliwie głową, wspomniała o tym, jak istotne wydawało się karmienie jej. No raczej. Był kucharzem, to raz, a dwa.. No, troszczył się o nią, czy chciała, czy nie, taka już była cena lądowania w orbicie Theo. Zanim zdążył odpowiedzieć cokolwiek w temacie tostów, już zaczynała się odpalać jakimś genialnym wymysłem, więc tylko się wyszczerzył i...
Majonez. Majonez? Serio? Roześmiał się szczerze przyglądając jej w udawanym niedowierzaniu.
-
Serio?! Nie wpadłbym na to. - nie, nie był dobrym aktorem ani trochę. Otwarta księga dla osób, które lubił, a którym pozwalał czytać z siebie i swoich reakcji do woli. Bawiła go, nawet jeśli wiedział o triku z majonezem; podobnie jak wiedział, dlaczego czasami się go nie używa i generalnie mógłby jej dać mały wykład na ten temat ale.. Nie widział takiej potrzeby. Nadwaga jej nie groziła, mogła jeść tyle majonezu ile tylko chciała.
Flirt? Z nim? Powodzenia. Jeśli
"whoosh" miałoby twarz, to definitywnie on byłby
poster child. Nie potrafił we flirt, nie na trzeźwo, nie ze znajomymi, chyba że totalnie sobie żartował i nawet wtedy, kierował niby-flirt w stronę facetów. Mógł nazwać Charliego
słoneczkiem czy innym kochaniem, albo udawać, że chce dać mu namiętnego całusa, ale to głównie dlatego, że się praktycznie ze sobą wychowali i wiedzieli o sobie wszystko, co było do "wiedzenia". Był też zupełnie inną osobą względem swoich losowych nocnych przygód, ale też zazwyczaj trzymał się z daleka od ich dzielnicy i unikał jak ognia sypiania z ludźmi których znał. Taka zasada, całkiem łatwa do przestrzegania. Ari była nie do tknięcia, nie dla niego. Wolał ją kochać jako ziomeczka, niż pożądać desperacko i nie móc jej mieć, tak, jakby tego chciał.
-
Impreza tutaj? - powtórzył za nią, chociaż jego twarz wydała go od razu; grymas dyskomfortu był bardzo wyraźny. Wyobraził sobie ekipę z kuchni, głośną i chaotyczną, przekrzykującą się nawzajem po całym dniu nadmiernej stymulacji i kelnerów, którzy po całym dniu spędzonym na usługiwaniu ludziom, pewnie woleli siedzieć w ciszy.. Nie dla niego. Za dużo, zbyt głośno, nie chciało mu się ani trochę próbować skupić na więcej niż jednej osobie na raz. -
Nie dzisiaj, Riddy. Mogę pić z tobą, zawyć na karaoke, gdybyś chciała, ale więcej osób to by było za dużo. - pokręcił lekko głową, zaraz potem wskazując na jeden z jej kranów do piwa. -
Polejesz mi? - dodał, bo on już był po zmianie. Chciał spędzić chwilę ze swoją ulubioną psiapsią z pracy, a jeśli nie chciała iść gdzieś bawić się we dwoje, to też spoko. Nie miał alkoholu w mieszkaniu, a w tym przybytku miał pracowniczą zniżkę, więc równie dobrze mógł się napić w ich barze.
Ariadne Calloway