ODPOWIEDZ
45 y/o
For good luck!
185 cm
Przemytnik, właściciel The Painted Lady The Painted Lady
Awatar użytkownika
God save us everyone, will we burn inside the fires of a thousand suns?
For the sins of our hand, the sins of our tongue, the sins of our father, the sins of our young.
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjinarracja trzecioosobowa
czas narracjiczas przeszły
postać
autor

Paradise Lost
Behold, all souls are mine;
the soul of the father as well
as the soul of the son is mine: —
the soul who sins shall die.

Dusza ludzka jest nieśmiertelna. Żaden człowiek nie może jej unicestwić - trafi tam, gdzie jej miejsce, gdy nadejdzie koniec dni. Będzie włóczyć się po Ziemi, szukając odkupienia, licząc na to, że po raz kolejny spotka się z bliskimi podczas Día de Muertos. Odnajdzie ukojenie w raju, jeśli okaże się wystarczająco godna i pokorna, by w końcu obejrzeć oblicze Boga, zbyt jasne i potężne, by pojąć je jeszcze za życia. Będzie cierpiała katusze, trawiona przez ognie piekielne, opuszczona i odtrącona, pokutując za grzechy – wtedy jednak żal już nie wystarczy. Podobno waży dwadzieścia jeden gram, ale Carlos był przekonany, że jej ciężar zależy od ilości ran – zadanych i przyjętych. Jego dusza musiała być bardzo ciężka.
Dusza ludzka jest nieśmiertelna, ale ciało da się zniszczyć. Starzeje się i poddaje działaniu natury. Można je złamać i uformować od nowa. Da się je uleczyć, ale też zadać mu tak potworny ból, że zacznie być jedynie skorupą, która więzi psyche. Ciało może stać się świątynią i rynsztokiem. Ciało to pokusa, to pierwotny instynkt, czasami wydaje się, że działa niezależnie od woli człowieka, który je ubiera. Każde cięcie pozostawi bliznę, która stanie się nośnikiem wspomnień. Pocałunki też mogą zostawiać ślady, gdy zęby zahaczają o delikatną skórę. Oczy podobno odbijają duszę – ból, strach i miłość, tęsknotę za minionym i za tym, co nigdy nie nadejdzie. Ciału można oddawać cześć i rzeźbić marmurowe posągi na wzór jego piękna, można też go nienawidzić tak bardzo, że zaczyna chorować. Ciało to mapa doświadczeń, brutalna siła, słodkie ukojenie, towar na sprzedaż i maszyna doskonała.
Jego ciało się poddawało. Nie był to pierwszy raz, ale doświadczenie nie sprawiało, że było łatwiej się na to przygotować. Adrenalina utrzymywała go w stanie zaprzeczenia i mobilizacji, jednak jego czas się wyczerpywał. Kula weszła gdzieś pod obojczykiem, ale nie wyszła z drugiej strony. Krew zalewała koszulę, brudziła materiał samochodowej kanapy. Pocisk nie zmiażdżył kości, nie uszkodził żadnej z tętnic, być może poszarpał niektóre z nerwów; Bóg był po jego stronie, jeszcze nie zamierzał wysyłać Carlosa przed sąd. Zanim zalała go fala bólu, uniemożliwiająca poruszanie się, udało mu się wepchnąć gazę z samochodowej apteczki w otwór wlotowy. Włókna szybko przesiąkały, ale dawały mu trochę czasu – krew cenniejsza niż złoto, jeśli straci jej wystarczająco dużo, nawet szczęście głupca w niczym mu nie pomoże.
Człowiek, który na niego polował, zapewne nie porzuci celu zbyt szybko. Musiał się gdzieś zaszyć, pochylić głowę nisko i przeczekać najgorszy czas. Policja i służby medyczne nie wchodziły w grę; zawsze był poza prawem, tym razem nie mógł więc liczyć na jego przychylność. Nazwisko Salazar było zbyt wyraziste, by nie przyciągać spojrzeń nieprzychylnych oczu. Oprawca, który go postrzelił również nie wybrał go przypadkiem. W jego życiu nic nie działo się z kaprysu losu. To ten sam diabeł, który zgotował rodzinie Martina Laytona piekło. Nawet jeśli nie działał osobiście, z pewnością miał ogary, które już zwęszyły krew – raz obrany trop został wyryty w pamięci, wystarczyło tylko uparcie za nim podążać.
Niebieskie światło telefonu raziło oczy. Wahał się, gdy wybierał numer do jedynej osoby godnej zaufania w całym Toronto. Niemal czuł zimny oddech Martina na karku i ten nieznoszący sprzeciwu głos; nie próbuj jej w to wciągać, Carlos. Nawet jako duch, miał na niego większy wpływ niż ktokolwiek mógłby przypuszczać. Zjawy miały jednak to do siebie, że znikały tak szybko, jak się pojawiały, pozostawiając po sobie jedynie niepokój i gorycz.
Sygnał połączenia wywiercał dziurę w mózgu. Dźwięki wibrowały w głowie, a pulsowanie w ramieniu pogłębiało się z każdą sekundą. Odchylił głowę i oparł ją o siedzenie, wypuszczając powietrze przez zaciśnięte zęby. Światło latarni spływało po szybie, barwiąc wnętrze na brudny odcień żółci.
— Cassie. — W jego głosie nie wybrzmiało pytanie. Raczej prośba i przeprosiny, sprowadzające się do jednego słowa, które z trudem przechodziło przez gardło. Przełknął ślinę, zaciskając drętwiejące palce prawej dłoni. Necesito ayuda, rápido. Un maldito gringo me disparó. Gorzki, stłumiony śmiech rozległ się w słuchawce. Nie powinien jej w to wciągać. Obiecał, że utrzyma ją z dala od swojego brudnego życia. Ale czy gdyby pozwolił sobie odpuścić, uczyniłby jej przysługę? Gdyby zamknęła go w trumnie, tak jak zrobiła to z ojcem, otworzyłaby zupełnie inne wieko. Puszka pandory tylko czekała, by zajrzeć do środka i wypuścić gniew. Salazar zdawał sobie sprawę, że Cassie nosiła go w sobie bardzo dużo – tylko żywy mógł ochronić ją przed innymi, ale przede wszystkim przed samą sobą. — Parking przy St. John's Anglican Church. — Zerwał połączenie zanim zdążyła zdać pytania, na które odpowiedzi byłyby zbyt niewygodne.
Obserwował szkielet kościoła rysujący się w mroku. Zdobione witraże tlące się bladym światłem i strzeliste wieże pnące się ku nocnemu niebu. Księżyc wyglądający zza chmur, jak oko Boga obserwujące grzeszników. Obraz rozmazywał się na krawędziach, rozbłyskując migoczącym blaskiem ulicznej lampy. Martin Layton z pewnością po niego przyjdzie, zaciągając go tam, gdzie spoczywała jego nieśmiertelna dusza, ale nie stanie się to tej nocy. Zanim pójdzie spać ma wiele mil do przejścia i jeszcze więcej obietnic do dotrzymania.



Cassandra Layton
I walk alone, not because I have to, but because I choose to
sheriam
nic co ludzkie nie jest mi obce
26 y/o
For good luck!
161 cm
Krupierka oraz kasjerka kasynowa, dorabi Casino & Racetrack Woodbine/The Painted
Awatar użytkownika
I'm not clearing any rumours. I probably did do it, and if I didn't I might.
nieobecnośćnie
wątki 18+nie
zaimkizaimki
typ narracjityp narracji
czas narracji-
postać
autor

Padre nuestro que estás en los cielos, santificado sea tu Nombre;
venga tu reino;
hágase tu voluntad, así en la tierra como en el cielo;
danos hoy el pan nuestro de cada día;
perdona nuestras ofensas, así como nosotros perdonamos a los que nos ofenden;
no nos dejes caer en la tentación y líbranos de mal.
Amén.



Bądź wola Twoja. Jego wola. Czy nieskończone życie, bez trwogi i cierpienia, było warte poświęcenia, jakiego od niej wymagał? Zabrał go, taka była Jego wola. Tak postanowił, a ona była zmuszona to zaakceptować. Był to niesprawiedliwy układ, gdy ktoś posiada nad tobą władzę absolutną, a tobie mydli oczy wolną wolą. Daje iluzję wyboru, ale czy wszystko nie zostało już zapisane? Jest wszechwiedzący, a i tak wystawiał jej wiarę na próbę, wiedząc, jaki będzie rezultat. Liczyła, że się spotkają wcześniej, kupiła bilet w jedną stronę, ale nigdy nie odjechała, uratowana dzięki cudom współczesnej medycyny. Musiała jeszcze trochę poczekać, a lista gorzkich żali rosła.
Martin Layton był kłamcą. Patrzył jej w oczy, gdy mówił, że już więcej nie odejdzie. Trzymał jej dłoń, obiecując, że tym razem będzie inaczej. Do ostatniej chwili nie wierzyła, że naprawdę go nie ma. Dopóki nie posypała ziemi na jego trumnę, miała nadzieję, że to tylko jeden z planów, o którym jej nie powiedział. Zawsze to robił. Podejmował decyzje i oczekiwał, że każdy się dostosuje. I każdy to robił, bo wiedzieli, że Martin ma zawsze rację. Ufali mu, chociaż nie powinni! Łgał jak pies, bezczelnie udając, że ma wszystko pod kontrolą. Teraz go nie było, a ona była zmuszona wylewać cały swój gniew do grafitowej płyty. Rozumiała, że kontrola to była tylko iluzja.
Sen był odległym marzeniem, luksusem, na który nie mogła sobie pozwolić, gdy myśli kłębiły się, szukając odpowiedzi. Okrucieństwo, do jakiego posuwała się we własnej głowie, czasem ją przerażało. Nie mylił się, potrzebowała ratunku przed samą sobą, ale nie była w stanie sama tego zrobić. On był filarem, podporą tej kruchej konstrukcji, jaką było jej życie. Tak bardzo było jej wstyd, że obarczyła go tym zadaniem, choć wiedziała, że zapewne złożył mu obietnicę. Chciała wierzyć, że robi to dlatego, że chciał, a nie dlatego, że musiał. Więc gdy zadzwonił, prosząc o pomoc, pojechała od razu.
Te quiero mucho — powiedziała pośpiesznie, desperacko. Życie ją nauczyło, by mówić takie słowa często, bo nie wiesz, czy kolejna okazja się nadarzy. — Poczekaj na mnie, zaraz tam będę, ok?
Miała ochotę mu zagrozić, że jak odejdzie, to go nie pochowa, że nie zapali mu świecy i już nigdy się do niego nie odezwie. Wszystkie te groźby ugrzęzły jej w gardle, oczy napełniły się łzami. Wybiegła z mieszkania, a noc przypominała o wszystkich tragediach, które wydarzyły się po zmroku. Wciąż widziała bose ślady matki, która odchodziła zawsze, gdy szepty stawały się głośniejsze od jej własnego głosu. Pamiętała zerwaną taśmę policyjną, resztki krwi, którą splamił biały puch.
Poczuła to, gdy wybiegła. W bijącym chłodzie, wraz z powiewem silnego wiatru, który próbował ją zatrzymać w miejscu. Latarnia zamrugała nerwowo, ponaglając, by zawróciła. Nakazała mu odejść, dać jej spokój. Nie miał prawa głosu, nie teraz, nie gdy o niego chodziło. Obłudnik, wygodnie tak pośmiertnie nakazywać im, co mają robić. Jego dłonie już nigdy nie zostaną splamione, a ktoś musiał posprzątać ten bałagan.
Zatrzymała się na czerwonym, nerwowo sprawdziła torebkę, czy ma wszystko. Apteczka, leki, piersiówka i broń. Martin Layton to hipokryta. Zabronił jej się zbliżać do tego świata, ale zawsze była gotowa do niego wkroczyć. Mówił, że uczy ją wszystkiego, by umiała o siebie zadbać. Straszył złymi mężczyznami, którzy czyhali w ciemnościach, czekając na odpowiedni moment, by ją skrzywdzić. Był w błędzie, bo oni nie czekali, nie ukrywali się w zmroku. Brali, co nie należało do nich, nie pytając o zgodę, i to w blasku estradowych świateł, a ona nie dała rady się obronić. I teraz była obciążeniem i musiała go ratować, bo bez niego przeminie całkowicie.
Z piskiem opon zaparkowała pod kościołem. Ręka automatycznie drgnęła ku górze, by wykonać znak pokoju. Dostrzegła jego auto, wsiadła do środka, rozglądając się, czy na pewno są tutaj sami. Zakryła usta dłonią, by stłumić krzyk, który wydostał się na powierzchnię. Drżącą dłoń położyła na jego policzku. Łzy pociekły, rozmywając tusz do rzęs. Czarne krople wydrążyły ścieżkę na zaróżowionych policzkach.
Tú, pecador estúpido — wypowiedziała te słowa agresywniej, niż zamierzała. Ale on słyszał w jej głosie tę samą rozpacz, którą go uraczyła tamtej nocy, gdy zadzwoniła przekazać złe wieści. W sytuacjach takich jak te wybierała jego numer, by powiedział jej, co ma zrobić. Był zawsze ostatnią deską ratunku, a ją zjadało poczucie wstydu z tym związane. Złapała go za ramiona, odsunęła od fotela, przepraszając cały czas. Kula została w środku. Wyjęła z torebki apteczkę, przemyła ranę, zakrwawione gazy rzucając pod nogi. Zacisnęła opatrunek, próbując zatamować krwawienie.
Nie mogę cię stracić, proszę, nie zostawiaj mnie, ja sobie nie dam rady sama — mówiła mu. Miała tyle pytań, które na razie musiała zachować dla siebie. — Dasz radę dojść do mojego auta? Nie wiem, czy to dobry pomysł, byśmy jechali twoim. Ktoś cię śledził?
Carlos mógł dostrzec naładowaną broń, którą Cassie zawsze miała blisko siebie. Wydawało się, że tylko czeka na okazję, by jej użyć. Zemsta to był miecz obosieczny, a ona twardo ściskała ostrze. Czy to go spotkało? Patrzyła mu w oczy, próbując odgadnąć, czy to właśnie z nim miała styczność.
Kurwa! Powiedz coś do cholery! Mów, co mam robić!

Carlos Salazar
I walk alone, not because I have to, but because I choose to
gall anonim
45 y/o
For good luck!
185 cm
Przemytnik, właściciel The Painted Lady The Painted Lady
Awatar użytkownika
God save us everyone, will we burn inside the fires of a thousand suns?
For the sins of our hand, the sins of our tongue, the sins of our father, the sins of our young.
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjinarracja trzecioosobowa
czas narracjiczas przeszły
postać
autor

Te quiero mucho.
Wiedział, że bardzo go kochała, tak jak kochała swojego ojca. Niejednokrotnie się sprzeczali, bo oboje byli bardzo uparci. Czasami zbyt mocno przypominała mu Martina, nawet jeśli sama tego nie dostrzegała. Potrafiła wejść pod skórę jak drzazga, która nie daje spokoju. Pakowała się w kłopoty, wchodząc tam, gdzie nie powinna. Mogłaby być rodowitą latynoską ze swoim temperamentem i zaciętością, który doprowadzał go na skraj cierpliwości. Też taki był, dwadzieścia lat temu, wchodząc gniewnie w świat ogarnięty małą wojną, gdy Meksyk padał na kolana przed kartelami. Był rozgoryczony utratą ojca, zmęczony życiem w strachu i zdeterminowany, by stać się kimś więcej w tym nieprzychylnym świecie. Musiał zapewnić dostatnie życie swojej matce, bo nic nie było ważniejsze niż rodzina. Może Cassandra wcale nie była aż tak podobna do Martina Laytona, jak mu się wydawało? Stanowiła odbicie młodego Salazara, dlatego tak bardzo go to uwierało. Chciał ją ochronić przed byciem nim, życiem jak on, bo doskonale wiedział, że ta droga jest niespokojna i bolesna, nawet jeśli czasami wydaje się, że stąpa się po płatkach róż. Yo también te quiero mucho, chciałby powiedzieć. Może była jedyną osobą na tym świecie, którą kochał tak bardzo, że był gotowy mówić o tym głośno. Była rodziną, choć nie płynęła w nich ta sama krew. Zrobiłby dla niej wszystko – Martin wiedział o tym doskonale, gdy prosił Carlosa, by zajął się jego najdroższym dzieckiem. Z pewnością nie miał na myśli tego, co Salazar robił w tamtym momencie. Dzwoniąc po Cassandrę, narażał ją na niebezpieczeństwo, przeciągał na stronę grzechu, ale wydawało się to mniejszym złem, niż sprowadzanie na nią kolejnej żałoby. Rany ciała się goją, niemal każdy błąd da się naprawić, ale złamane serce dotyka duszę tak głęboko, że człowiek już nigdy nie wraca do tego, co było wcześniej.
Czekanie na jej przybycie wydawało się wiecznością. Włosy kleiły się do czoła zroszonego potem, oddech stał się płytki i nierówny. Ból był dotkliwy, przeszywający całą prawą połowę ciała, a palce drętwiały, jakby brakowało w nich czucia. Najgorsze wydawało się jednak wyczerpanie, które powoli ogarniało organizm. Tracił krew – niezbyt szybko, ale stale, a umysł powoli odcinał się od niepotrzebnych bodźców, by skupić się na przetrwaniu krytycznego momentu. Adrenalina dawno opadła, a wraz z nią odeszły siły, by walczyć dłużej niż trzeba. Obraz religijnych witraży rozmywał się w oddali, jakby stawały się odległe i niedostępne dla takiego grzesznika jak on. Księżyc zniknął za chmurami, Bóg zamknął wszechwidzące oko, pozwalając ciemności otulić swoje dzieci, które stawały się zwierzętami nocy.
Nie usłyszał podjeżdżającego samochodu. Zareagował dopiero, gdy drzwi od strony pasażera zostały otwarte. Spojrzał w kierunku Cassandry, próbując zachować ostrość. Jej twarz była niewyraźna i rozmyta, ale wciąż potrafił dostrzec emocje, które ją wykrzywiały. Strach. Coś, czego on nie czuł, choć być może powinien. Ogarniało go jednak zupełnie inne uczucie, mrożące jeszcze bardziej; żal i poczucie winy. Mea maxima culpa. Palce dziewczyny drżały, gdy dotykała jego policzka, były kojąco chłodne. Poddał się temu dotykowi, bo był troskliwy i bezpieczny.
Cassie. — Uśmiechnął się, maskując grymas bólu. Zacisnął zęby, gdy odsunęła go od fotela, sprawdzając obrażenia. Na obiciu wykwitła krwawa plama, koszula lepiła się do skóry w miejscu poszarpanej tkanki. Nie wydał z siebie żadnego dźwięku, gdy odkażała ranę, cierpliwie znosząc każdą kolejną falę cierpienia. Może zdążył uodpornić się na cielesne męki, a może po prostu nie chciał martwić Cassandry jeszcze bardziej. — Cassie — powtórzył, obserwując jak panika powoli zaczyna przejmować kontrolę nad jej reakcjami. Zauważył broń, którą ze sobą przyniosła, ale nie skomentował tego w żaden sposób. Chciałby, by nie musiała jej nosić. Potrafiła jej użyć, ale każdy głupiec może wystrzelić kulę. Liczyło się to, jak człowiek radzi sobie, gdy jednak trafi w cel. — Będzie w porządku. — Złapał ją za łokieć lewą dłonią, jakby chciał zakotwiczyć ją (a może siebie?) w rzeczywistości. — Jest czysto. — Nie był tego pewien, ale nie mógł siać dodatkowego zamętu. Kłamanie w tamtym momencie było prostsze niż oddychanie. I kiedy patrzył jej w oczy, gdy szukała w nich odpowiedzi, one również nie zdradzały prawdy.
Wziął głęboki oddech i przycisnął palce do opatrunku. Milczał przed dłuższą chwilę, próbując ułożyć w głowie plan, ale myśli potykały się o siebie, uciekając w popłochu. Nie potrafił ich złapać. Przełknął ślinę i otworzył drzwi od strony kierowcy, wpuszczając chłodne powietrze do wnętrza samochodu.
Zabierz mnie stąd. Gdzieś, gdzie nikt nie będzie szukał. Potrzebuję… — Wystawił nogę za próg, uparcie wierząc, że da sobie radę sam. I faktycznie, wysiał z chevroleta, ale kiedy obie stopy dotknęły ziemi, kolana nagle zmiękły, nie utrzymując ciężkiego ciała. Uwiesił się na drzwiach, tym razem nie powstrzymując jęku bólu, który wyrwał się z gardła. — ...odpocząć. — Wsparł się mocniej, używając również prawej ręki; paraliżujący prąd przeszedł wzdłuż kręgosłupa, ale Carlosowi udało się utrzymać równowagę.


Cassandra Layton
I walk alone, not because I have to, but because I choose to
sheriam
nic co ludzkie nie jest mi obce
ODPOWIEDZ

Wróć do „St. John's Anglican Church”