the soul of the father as well
as the soul of the son is mine: —
the soul who sins shall die.
Dusza ludzka jest nieśmiertelna. Żaden człowiek nie może jej unicestwić - trafi tam, gdzie jej miejsce, gdy nadejdzie koniec dni. Będzie włóczyć się po Ziemi, szukając odkupienia, licząc na to, że po raz kolejny spotka się z bliskimi podczas Día de Muertos. Odnajdzie ukojenie w raju, jeśli okaże się wystarczająco godna i pokorna, by w końcu obejrzeć oblicze Boga, zbyt jasne i potężne, by pojąć je jeszcze za życia. Będzie cierpiała katusze, trawiona przez ognie piekielne, opuszczona i odtrącona, pokutując za grzechy – wtedy jednak żal już nie wystarczy. Podobno waży dwadzieścia jeden gram, ale Carlos był przekonany, że jej ciężar zależy od ilości ran – zadanych i przyjętych. Jego dusza musiała być bardzo ciężka.
Dusza ludzka jest nieśmiertelna, ale ciało da się zniszczyć. Starzeje się i poddaje działaniu natury. Można je złamać i uformować od nowa. Da się je uleczyć, ale też zadać mu tak potworny ból, że zacznie być jedynie skorupą, która więzi psyche. Ciało może stać się świątynią i rynsztokiem. Ciało to pokusa, to pierwotny instynkt, czasami wydaje się, że działa niezależnie od woli człowieka, który je ubiera. Każde cięcie pozostawi bliznę, która stanie się nośnikiem wspomnień. Pocałunki też mogą zostawiać ślady, gdy zęby zahaczają o delikatną skórę. Oczy podobno odbijają duszę – ból, strach i miłość, tęsknotę za minionym i za tym, co nigdy nie nadejdzie. Ciału można oddawać cześć i rzeźbić marmurowe posągi na wzór jego piękna, można też go nienawidzić tak bardzo, że zaczyna chorować. Ciało to mapa doświadczeń, brutalna siła, słodkie ukojenie, towar na sprzedaż i maszyna doskonała.
Jego ciało się poddawało. Nie był to pierwszy raz, ale doświadczenie nie sprawiało, że było łatwiej się na to przygotować. Adrenalina utrzymywała go w stanie zaprzeczenia i mobilizacji, jednak jego czas się wyczerpywał. Kula weszła gdzieś pod obojczykiem, ale nie wyszła z drugiej strony. Krew zalewała koszulę, brudziła materiał samochodowej kanapy. Pocisk nie zmiażdżył kości, nie uszkodził żadnej z tętnic, być może poszarpał niektóre z nerwów; Bóg był po jego stronie, jeszcze nie zamierzał wysyłać Carlosa przed sąd. Zanim zalała go fala bólu, uniemożliwiająca poruszanie się, udało mu się wepchnąć gazę z samochodowej apteczki w otwór wlotowy. Włókna szybko przesiąkały, ale dawały mu trochę czasu – krew cenniejsza niż złoto, jeśli straci jej wystarczająco dużo, nawet szczęście głupca w niczym mu nie pomoże.
Człowiek, który na niego polował, zapewne nie porzuci celu zbyt szybko. Musiał się gdzieś zaszyć, pochylić głowę nisko i przeczekać najgorszy czas. Policja i służby medyczne nie wchodziły w grę; zawsze był poza prawem, tym razem nie mógł więc liczyć na jego przychylność. Nazwisko Salazar było zbyt wyraziste, by nie przyciągać spojrzeń nieprzychylnych oczu. Oprawca, który go postrzelił również nie wybrał go przypadkiem. W jego życiu nic nie działo się z kaprysu losu. To ten sam diabeł, który zgotował rodzinie Martina Laytona piekło. Nawet jeśli nie działał osobiście, z pewnością miał ogary, które już zwęszyły krew – raz obrany trop został wyryty w pamięci, wystarczyło tylko uparcie za nim podążać.
Niebieskie światło telefonu raziło oczy. Wahał się, gdy wybierał numer do jedynej osoby godnej zaufania w całym Toronto. Niemal czuł zimny oddech Martina na karku i ten nieznoszący sprzeciwu głos; nie próbuj jej w to wciągać, Carlos. Nawet jako duch, miał na niego większy wpływ niż ktokolwiek mógłby przypuszczać. Zjawy miały jednak to do siebie, że znikały tak szybko, jak się pojawiały, pozostawiając po sobie jedynie niepokój i gorycz.
Sygnał połączenia wywiercał dziurę w mózgu. Dźwięki wibrowały w głowie, a pulsowanie w ramieniu pogłębiało się z każdą sekundą. Odchylił głowę i oparł ją o siedzenie, wypuszczając powietrze przez zaciśnięte zęby. Światło latarni spływało po szybie, barwiąc wnętrze na brudny odcień żółci.
— Cassie. — W jego głosie nie wybrzmiało pytanie. Raczej prośba i przeprosiny, sprowadzające się do jednego słowa, które z trudem przechodziło przez gardło. Przełknął ślinę, zaciskając drętwiejące palce prawej dłoni. — Necesito ayuda, rápido. Un maldito gringo me disparó. — Gorzki, stłumiony śmiech rozległ się w słuchawce. Nie powinien jej w to wciągać. Obiecał, że utrzyma ją z dala od swojego brudnego życia. Ale czy gdyby pozwolił sobie odpuścić, uczyniłby jej przysługę? Gdyby zamknęła go w trumnie, tak jak zrobiła to z ojcem, otworzyłaby zupełnie inne wieko. Puszka pandory tylko czekała, by zajrzeć do środka i wypuścić gniew. Salazar zdawał sobie sprawę, że Cassie nosiła go w sobie bardzo dużo – tylko żywy mógł ochronić ją przed innymi, ale przede wszystkim przed samą sobą. — Parking przy St. John's Anglican Church. — Zerwał połączenie zanim zdążyła zdać pytania, na które odpowiedzi byłyby zbyt niewygodne.
Obserwował szkielet kościoła rysujący się w mroku. Zdobione witraże tlące się bladym światłem i strzeliste wieże pnące się ku nocnemu niebu. Księżyc wyglądający zza chmur, jak oko Boga obserwujące grzeszników. Obraz rozmazywał się na krawędziach, rozbłyskując migoczącym blaskiem ulicznej lampy. Martin Layton z pewnością po niego przyjdzie, zaciągając go tam, gdzie spoczywała jego nieśmiertelna dusza, ale nie stanie się to tej nocy. Zanim pójdzie spać ma wiele mil do przejścia i jeszcze więcej obietnic do dotrzymania.