ODPOWIEDZ
45 y/o
For good luck!
185 cm
Przemytnik, właściciel The Painted Lady The Painted Lady
Awatar użytkownika
God save us everyone, will we burn inside the fires of a thousand suns?
For the sins of our hand, the sins of our tongue, the sins of our father, the sins of our young.
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjinarracja trzecioosobowa
czas narracjiczas przeszły
postać
autor

Paradise Lost
Behold, all souls are mine;
the soul of the father as well
as the soul of the son is mine: —
the soul who sins shall die.

Dusza ludzka jest nieśmiertelna. Żaden człowiek nie może jej unicestwić - trafi tam, gdzie jej miejsce, gdy nadejdzie koniec dni. Będzie włóczyć się po Ziemi, szukając odkupienia, licząc na to, że po raz kolejny spotka się z bliskimi podczas Día de Muertos. Odnajdzie ukojenie w raju, jeśli okaże się wystarczająco godna i pokorna, by w końcu obejrzeć oblicze Boga, zbyt jasne i potężne, by pojąć je jeszcze za życia. Będzie cierpiała katusze, trawiona przez ognie piekielne, opuszczona i odtrącona, pokutując za grzechy – wtedy jednak żal już nie wystarczy. Podobno waży dwadzieścia jeden gram, ale Carlos był przekonany, że jej ciężar zależy od ilości ran – zadanych i przyjętych. Jego dusza musiała być bardzo ciężka.
Dusza ludzka jest nieśmiertelna, ale ciało da się zniszczyć. Starzeje się i poddaje działaniu natury. Można je złamać i uformować od nowa. Da się je uleczyć, ale też zadać mu tak potworny ból, że zacznie być jedynie skorupą, która więzi psyche. Ciało może stać się świątynią i rynsztokiem. Ciało to pokusa, to pierwotny instynkt, czasami wydaje się, że działa niezależnie od woli człowieka, który je ubiera. Każde cięcie pozostawi bliznę, która stanie się nośnikiem wspomnień. Pocałunki też mogą zostawiać ślady, gdy zęby zahaczają o delikatną skórę. Oczy podobno odbijają duszę – ból, strach i miłość, tęsknotę za minionym i za tym, co nigdy nie nadejdzie. Ciału można oddawać cześć i rzeźbić marmurowe posągi na wzór jego piękna, można też go nienawidzić tak bardzo, że zaczyna chorować. Ciało to mapa doświadczeń, brutalna siła, słodkie ukojenie, towar na sprzedaż i maszyna doskonała.
Jego ciało się poddawało. Nie był to pierwszy raz, ale doświadczenie nie sprawiało, że było łatwiej się na to przygotować. Adrenalina utrzymywała go w stanie zaprzeczenia i mobilizacji, jednak jego czas się wyczerpywał. Kula weszła gdzieś pod obojczykiem, ale nie wyszła z drugiej strony. Krew zalewała koszulę, brudziła materiał samochodowej kanapy. Pocisk nie zmiażdżył kości, nie uszkodził żadnej z tętnic, być może poszarpał niektóre z nerwów; Bóg był po jego stronie, jeszcze nie zamierzał wysyłać Carlosa przed sąd. Zanim zalała go fala bólu, uniemożliwiająca poruszanie się, udało mu się wepchnąć gazę z samochodowej apteczki w otwór wlotowy. Włókna szybko przesiąkały, ale dawały mu trochę czasu – krew cenniejsza niż złoto, jeśli straci jej wystarczająco dużo, nawet szczęście głupca w niczym mu nie pomoże.
Człowiek, który na niego polował, zapewne nie porzuci celu zbyt szybko. Musiał się gdzieś zaszyć, pochylić głowę nisko i przeczekać najgorszy czas. Policja i służby medyczne nie wchodziły w grę; zawsze był poza prawem, tym razem nie mógł więc liczyć na jego przychylność. Nazwisko Salazar było zbyt wyraziste, by nie przyciągać spojrzeń nieprzychylnych oczu. Oprawca, który go postrzelił również nie wybrał go przypadkiem. W jego życiu nic nie działo się z kaprysu losu. To ten sam diabeł, który zgotował rodzinie Martina Laytona piekło. Nawet jeśli nie działał osobiście, z pewnością miał ogary, które już zwęszyły krew – raz obrany trop został wyryty w pamięci, wystarczyło tylko uparcie za nim podążać.
Niebieskie światło telefonu raziło oczy. Wahał się, gdy wybierał numer do jedynej osoby godnej zaufania w całym Toronto. Niemal czuł zimny oddech Martina na karku i ten nieznoszący sprzeciwu głos; nie próbuj jej w to wciągać, Carlos. Nawet jako duch, miał na niego większy wpływ niż ktokolwiek mógłby przypuszczać. Zjawy miały jednak to do siebie, że znikały tak szybko, jak się pojawiały, pozostawiając po sobie jedynie niepokój i gorycz.
Sygnał połączenia wywiercał dziurę w mózgu. Dźwięki wibrowały w głowie, a pulsowanie w ramieniu pogłębiało się z każdą sekundą. Odchylił głowę i oparł ją o siedzenie, wypuszczając powietrze przez zaciśnięte zęby. Światło latarni spływało po szybie, barwiąc wnętrze na brudny odcień żółci.
— Cassie. — W jego głosie nie wybrzmiało pytanie. Raczej prośba i przeprosiny, sprowadzające się do jednego słowa, które z trudem przechodziło przez gardło. Przełknął ślinę, zaciskając drętwiejące palce prawej dłoni. Necesito ayuda, rápido. Un maldito gringo me disparó. Gorzki, stłumiony śmiech rozległ się w słuchawce. Nie powinien jej w to wciągać. Obiecał, że utrzyma ją z dala od swojego brudnego życia. Ale czy gdyby pozwolił sobie odpuścić, uczyniłby jej przysługę? Gdyby zamknęła go w trumnie, tak jak zrobiła to z ojcem, otworzyłaby zupełnie inne wieko. Puszka pandory tylko czekała, by zajrzeć do środka i wypuścić gniew. Salazar zdawał sobie sprawę, że Cassie nosiła go w sobie bardzo dużo – tylko żywy mógł ochronić ją przed innymi, ale przede wszystkim przed samą sobą. — Parking przy St. John's Anglican Church. — Zerwał połączenie zanim zdążyła zdać pytania, na które odpowiedzi byłyby zbyt niewygodne.
Obserwował szkielet kościoła rysujący się w mroku. Zdobione witraże tlące się bladym światłem i strzeliste wieże pnące się ku nocnemu niebu. Księżyc wyglądający zza chmur, jak oko Boga obserwujące grzeszników. Obraz rozmazywał się na krawędziach, rozbłyskując migoczącym blaskiem ulicznej lampy. Martin Layton z pewnością po niego przyjdzie, zaciągając go tam, gdzie spoczywała jego nieśmiertelna dusza, ale nie stanie się to tej nocy. Zanim pójdzie spać ma wiele mil do przejścia i jeszcze więcej obietnic do dotrzymania.



Cassandra Layton
I walk alone, not because I have to, but because I choose to
sheriam
nic co ludzkie nie jest mi obce
26 y/o
For good luck!
161 cm
Krupierka oraz kasjerka kasynowa, dorabi Casino & Racetrack Woodbine/The Painted
Awatar użytkownika
I'm not clearing any rumours. I probably did do it, and if I didn't I might.
nieobecnośćnie
wątki 18+nie
zaimkizaimki
typ narracjityp narracji
czas narracji-
postać
autor

Padre nuestro que estás en los cielos, santificado sea tu Nombre;
venga tu reino;
hágase tu voluntad, así en la tierra como en el cielo;
danos hoy el pan nuestro de cada día;
perdona nuestras ofensas, así como nosotros perdonamos a los que nos ofenden;
no nos dejes caer en la tentación y líbranos de mal.
Amén.



Bądź wola Twoja. Jego wola. Czy nieskończone życie, bez trwogi i cierpienia, było warte poświęcenia, jakiego od niej wymagał? Zabrał go, taka była Jego wola. Tak postanowił, a ona była zmuszona to zaakceptować. Był to niesprawiedliwy układ, gdy ktoś posiada nad tobą władzę absolutną, a tobie mydli oczy wolną wolą. Daje iluzję wyboru, ale czy wszystko nie zostało już zapisane? Jest wszechwiedzący, a i tak wystawiał jej wiarę na próbę, wiedząc, jaki będzie rezultat. Liczyła, że się spotkają wcześniej, kupiła bilet w jedną stronę, ale nigdy nie odjechała, uratowana dzięki cudom współczesnej medycyny. Musiała jeszcze trochę poczekać, a lista gorzkich żali rosła.
Martin Layton był kłamcą. Patrzył jej w oczy, gdy mówił, że już więcej nie odejdzie. Trzymał jej dłoń, obiecując, że tym razem będzie inaczej. Do ostatniej chwili nie wierzyła, że naprawdę go nie ma. Dopóki nie posypała ziemi na jego trumnę, miała nadzieję, że to tylko jeden z planów, o którym jej nie powiedział. Zawsze to robił. Podejmował decyzje i oczekiwał, że każdy się dostosuje. I każdy to robił, bo wiedzieli, że Martin ma zawsze rację. Ufali mu, chociaż nie powinni! Łgał jak pies, bezczelnie udając, że ma wszystko pod kontrolą. Teraz go nie było, a ona była zmuszona wylewać cały swój gniew do grafitowej płyty. Rozumiała, że kontrola to była tylko iluzja.
Sen był odległym marzeniem, luksusem, na który nie mogła sobie pozwolić, gdy myśli kłębiły się, szukając odpowiedzi. Okrucieństwo, do jakiego posuwała się we własnej głowie, czasem ją przerażało. Nie mylił się, potrzebowała ratunku przed samą sobą, ale nie była w stanie sama tego zrobić. On był filarem, podporą tej kruchej konstrukcji, jaką było jej życie. Tak bardzo było jej wstyd, że obarczyła go tym zadaniem, choć wiedziała, że zapewne złożył mu obietnicę. Chciała wierzyć, że robi to dlatego, że chciał, a nie dlatego, że musiał. Więc gdy zadzwonił, prosząc o pomoc, pojechała od razu.
Te quiero mucho — powiedziała pośpiesznie, desperacko. Życie ją nauczyło, by mówić takie słowa często, bo nie wiesz, czy kolejna okazja się nadarzy. — Poczekaj na mnie, zaraz tam będę, ok?
Miała ochotę mu zagrozić, że jak odejdzie, to go nie pochowa, że nie zapali mu świecy i już nigdy się do niego nie odezwie. Wszystkie te groźby ugrzęzły jej w gardle, oczy napełniły się łzami. Wybiegła z mieszkania, a noc przypominała o wszystkich tragediach, które wydarzyły się po zmroku. Wciąż widziała bose ślady matki, która odchodziła zawsze, gdy szepty stawały się głośniejsze od jej własnego głosu. Pamiętała zerwaną taśmę policyjną, resztki krwi, którą splamił biały puch.
Poczuła to, gdy wybiegła. W bijącym chłodzie, wraz z powiewem silnego wiatru, który próbował ją zatrzymać w miejscu. Latarnia zamrugała nerwowo, ponaglając, by zawróciła. Nakazała mu odejść, dać jej spokój. Nie miał prawa głosu, nie teraz, nie gdy o niego chodziło. Obłudnik, wygodnie tak pośmiertnie nakazywać im, co mają robić. Jego dłonie już nigdy nie zostaną splamione, a ktoś musiał posprzątać ten bałagan.
Zatrzymała się na czerwonym, nerwowo sprawdziła torebkę, czy ma wszystko. Apteczka, leki, piersiówka i broń. Martin Layton to hipokryta. Zabronił jej się zbliżać do tego świata, ale zawsze była gotowa do niego wkroczyć. Mówił, że uczy ją wszystkiego, by umiała o siebie zadbać. Straszył złymi mężczyznami, którzy czyhali w ciemnościach, czekając na odpowiedni moment, by ją skrzywdzić. Był w błędzie, bo oni nie czekali, nie ukrywali się w zmroku. Brali, co nie należało do nich, nie pytając o zgodę, i to w blasku estradowych świateł, a ona nie dała rady się obronić. I teraz była obciążeniem i musiała go ratować, bo bez niego przeminie całkowicie.
Z piskiem opon zaparkowała pod kościołem. Ręka automatycznie drgnęła ku górze, by wykonać znak pokoju. Dostrzegła jego auto, wsiadła do środka, rozglądając się, czy na pewno są tutaj sami. Zakryła usta dłonią, by stłumić krzyk, który wydostał się na powierzchnię. Drżącą dłoń położyła na jego policzku. Łzy pociekły, rozmywając tusz do rzęs. Czarne krople wydrążyły ścieżkę na zaróżowionych policzkach.
Tú, pecador estúpido — wypowiedziała te słowa agresywniej, niż zamierzała. Ale on słyszał w jej głosie tę samą rozpacz, którą go uraczyła tamtej nocy, gdy zadzwoniła przekazać złe wieści. W sytuacjach takich jak te wybierała jego numer, by powiedział jej, co ma zrobić. Był zawsze ostatnią deską ratunku, a ją zjadało poczucie wstydu z tym związane. Złapała go za ramiona, odsunęła od fotela, przepraszając cały czas. Kula została w środku. Wyjęła z torebki apteczkę, przemyła ranę, zakrwawione gazy rzucając pod nogi. Zacisnęła opatrunek, próbując zatamować krwawienie.
Nie mogę cię stracić, proszę, nie zostawiaj mnie, ja sobie nie dam rady sama — mówiła mu. Miała tyle pytań, które na razie musiała zachować dla siebie. — Dasz radę dojść do mojego auta? Nie wiem, czy to dobry pomysł, byśmy jechali twoim. Ktoś cię śledził?
Carlos mógł dostrzec naładowaną broń, którą Cassie zawsze miała blisko siebie. Wydawało się, że tylko czeka na okazję, by jej użyć. Zemsta to był miecz obosieczny, a ona twardo ściskała ostrze. Czy to go spotkało? Patrzyła mu w oczy, próbując odgadnąć, czy to właśnie z nim miała styczność.
Kurwa! Powiedz coś do cholery! Mów, co mam robić!

Carlos Salazar
I walk alone, not because I have to, but because I choose to
gall anonim
45 y/o
For good luck!
185 cm
Przemytnik, właściciel The Painted Lady The Painted Lady
Awatar użytkownika
God save us everyone, will we burn inside the fires of a thousand suns?
For the sins of our hand, the sins of our tongue, the sins of our father, the sins of our young.
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjinarracja trzecioosobowa
czas narracjiczas przeszły
postać
autor

Te quiero mucho.
Wiedział, że bardzo go kochała, tak jak kochała swojego ojca. Niejednokrotnie się sprzeczali, bo oboje byli bardzo uparci. Czasami zbyt mocno przypominała mu Martina, nawet jeśli sama tego nie dostrzegała. Potrafiła wejść pod skórę jak drzazga, która nie daje spokoju. Pakowała się w kłopoty, wchodząc tam, gdzie nie powinna. Mogłaby być rodowitą latynoską ze swoim temperamentem i zaciętością, który doprowadzał go na skraj cierpliwości. Też taki był, dwadzieścia lat temu, wchodząc gniewnie w świat ogarnięty małą wojną, gdy Meksyk padał na kolana przed kartelami. Był rozgoryczony utratą ojca, zmęczony życiem w strachu i zdeterminowany, by stać się kimś więcej w tym nieprzychylnym świecie. Musiał zapewnić dostatnie życie swojej matce, bo nic nie było ważniejsze niż rodzina. Może Cassandra wcale nie była aż tak podobna do Martina Laytona, jak mu się wydawało? Stanowiła odbicie młodego Salazara, dlatego tak bardzo go to uwierało. Chciał ją ochronić przed byciem nim, życiem jak on, bo doskonale wiedział, że ta droga jest niespokojna i bolesna, nawet jeśli czasami wydaje się, że stąpa się po płatkach róż. Yo también te quiero mucho, chciałby powiedzieć. Może była jedyną osobą na tym świecie, którą kochał tak bardzo, że był gotowy mówić o tym głośno. Była rodziną, choć nie płynęła w nich ta sama krew. Zrobiłby dla niej wszystko – Martin wiedział o tym doskonale, gdy prosił Carlosa, by zajął się jego najdroższym dzieckiem. Z pewnością nie miał na myśli tego, co Salazar robił w tamtym momencie. Dzwoniąc po Cassandrę, narażał ją na niebezpieczeństwo, przeciągał na stronę grzechu, ale wydawało się to mniejszym złem, niż sprowadzanie na nią kolejnej żałoby. Rany ciała się goją, niemal każdy błąd da się naprawić, ale złamane serce dotyka duszę tak głęboko, że człowiek już nigdy nie wraca do tego, co było wcześniej.
Czekanie na jej przybycie wydawało się wiecznością. Włosy kleiły się do czoła zroszonego potem, oddech stał się płytki i nierówny. Ból był dotkliwy, przeszywający całą prawą połowę ciała, a palce drętwiały, jakby brakowało w nich czucia. Najgorsze wydawało się jednak wyczerpanie, które powoli ogarniało organizm. Tracił krew – niezbyt szybko, ale stale, a umysł powoli odcinał się od niepotrzebnych bodźców, by skupić się na przetrwaniu krytycznego momentu. Adrenalina dawno opadła, a wraz z nią odeszły siły, by walczyć dłużej niż trzeba. Obraz religijnych witraży rozmywał się w oddali, jakby stawały się odległe i niedostępne dla takiego grzesznika jak on. Księżyc zniknął za chmurami, Bóg zamknął wszechwidzące oko, pozwalając ciemności otulić swoje dzieci, które stawały się zwierzętami nocy.
Nie usłyszał podjeżdżającego samochodu. Zareagował dopiero, gdy drzwi od strony pasażera zostały otwarte. Spojrzał w kierunku Cassandry, próbując zachować ostrość. Jej twarz była niewyraźna i rozmyta, ale wciąż potrafił dostrzec emocje, które ją wykrzywiały. Strach. Coś, czego on nie czuł, choć być może powinien. Ogarniało go jednak zupełnie inne uczucie, mrożące jeszcze bardziej; żal i poczucie winy. Mea maxima culpa. Palce dziewczyny drżały, gdy dotykała jego policzka, były kojąco chłodne. Poddał się temu dotykowi, bo był troskliwy i bezpieczny.
Cassie. — Uśmiechnął się, maskując grymas bólu. Zacisnął zęby, gdy odsunęła go od fotela, sprawdzając obrażenia. Na obiciu wykwitła krwawa plama, koszula lepiła się do skóry w miejscu poszarpanej tkanki. Nie wydał z siebie żadnego dźwięku, gdy odkażała ranę, cierpliwie znosząc każdą kolejną falę cierpienia. Może zdążył uodpornić się na cielesne męki, a może po prostu nie chciał martwić Cassandry jeszcze bardziej. — Cassie — powtórzył, obserwując jak panika powoli zaczyna przejmować kontrolę nad jej reakcjami. Zauważył broń, którą ze sobą przyniosła, ale nie skomentował tego w żaden sposób. Chciałby, by nie musiała jej nosić. Potrafiła jej użyć, ale każdy głupiec może wystrzelić kulę. Liczyło się to, jak człowiek radzi sobie, gdy jednak trafi w cel. — Będzie w porządku. — Złapał ją za łokieć lewą dłonią, jakby chciał zakotwiczyć ją (a może siebie?) w rzeczywistości. — Jest czysto. — Nie był tego pewien, ale nie mógł siać dodatkowego zamętu. Kłamanie w tamtym momencie było prostsze niż oddychanie. I kiedy patrzył jej w oczy, gdy szukała w nich odpowiedzi, one również nie zdradzały prawdy.
Wziął głęboki oddech i przycisnął palce do opatrunku. Milczał przed dłuższą chwilę, próbując ułożyć w głowie plan, ale myśli potykały się o siebie, uciekając w popłochu. Nie potrafił ich złapać. Przełknął ślinę i otworzył drzwi od strony kierowcy, wpuszczając chłodne powietrze do wnętrza samochodu.
Zabierz mnie stąd. Gdzieś, gdzie nikt nie będzie szukał. Potrzebuję… — Wystawił nogę za próg, uparcie wierząc, że da sobie radę sam. I faktycznie, wysiał z chevroleta, ale kiedy obie stopy dotknęły ziemi, kolana nagle zmiękły, nie utrzymując ciężkiego ciała. Uwiesił się na drzwiach, tym razem nie powstrzymując jęku bólu, który wyrwał się z gardła. — ...odpocząć. — Wsparł się mocniej, używając również prawej ręki; paraliżujący prąd przeszedł wzdłuż kręgosłupa, ale Carlosowi udało się utrzymać równowagę.


Cassandra Layton
I walk alone, not because I have to, but because I choose to
sheriam
nic co ludzkie nie jest mi obce
26 y/o
For good luck!
161 cm
Krupierka oraz kasjerka kasynowa, dorabi Casino & Racetrack Woodbine/The Painted
Awatar użytkownika
I'm not clearing any rumours. I probably did do it, and if I didn't I might.
nieobecnośćnie
wątki 18+nie
zaimkizaimki
typ narracjityp narracji
czas narracji-
postać
autor

W jej domu drzwi były zawsze otwarte, każdy był mile widziany. Mama nauczyła ją przykładnej gościnności. W wieku dziewięciu lat pamiętała, jaką kawę pił każdy z wujków i któremu miała ukroić mniejszy kawałek ciasta, bo miał podwyższony cukier. Letnie, ciepłe wieczory spędzali w ogrodzie przy grillu, grała głośna muzyka, każdy tańczył. Kobiety ubierały się w kolorowe sukienki, a biżuteria, którą nosiły, wydawała przyjemny, brzęczący dźwięk. Po każdym posiłku piekła ją buzia, usta miała zaczerwienione, opuchnięte od ilości chilli. Pozwalali jej zostawać dłużej, bawić się z innymi dziećmi. Gdy brakowało jej sił, kładła się na złączonych krzesłach, a tato nakrywał ją swoją kurtką. Zasypiała mimo zgiełku stukających się kieliszków, głośnych śmiechów i śpiewów. Najlepsze czasy, tak bardzo chciałaby się cofnąć do tamtych beztroskich chwil.

Ci ludzie pomogli mi, gdy zostałem z niczym. Przyjęli mnie do swojego domu, odziali mnie, nakarmili. Dali mi pracę, nadali cel i znaczenie mojemu życiu. Pamiętaj, kochanie, rodzina jest najważniejsza. Dopóki mamy siebie nawzajem, mamy wszystko. Kocham cię mocno.


La familia lo es todo — powtarzał Martin. Kazał jej to mówić, dopóki nie widział, że to zrozumiała. Przedstawił Carlosa jako rodzinę, wiedząc, że Cassandra będzie wiedziała, co to znaczy. Ojciec nie musiał jej do niego przekonywać. Już wtedy potrafili się posprzeczać. Martin ostrzegał przyjaciela przed temperamentem córki, ale robił to z dumą. Był powodem, przez który taka była. Jej bunty zawsze nazywał formą wyrażania siebie. Wzywany do szkoły, zawsze bronił córki, twierdząc, że pobicie ucznia było słuszne, ponieważ broniła przyjaciółki. Tak ją przecież wychował, a ukaranie Cassie byłoby podważeniem własnego autorytetu.
Martin nigdy nie musiał jej tłumaczyć, czym była rodzina, ta niezwiązana krwią, bo ona od zawsze to wiedziała. To jej głos chciała teraz najbardziej usłyszeć. Wiedziała, że sam jego dźwięk wystarczyłby, żeby ukoić nerwy. Była jak siostra, od zawsze na zawsze, innej ewentualności nawet nie przyjmowała. Gdyby Carlos jej powiedział, jak się czuł, dzwoniąc do niej, odpowiedziałaby, że rozumie, bo odczuła dokładnie to samo, musząc zrobić dokładnie to samo. Wyjęła telefon, na ekranie blokady widniało ich zdjęcie. On wiedział, kim była. Gęba jej się nie zamykała i opowiadała mu wszystko na jej temat. Mówiła, gdzie się bawiły, jak naklejała kolorowe plasterki, ponieważ ona nie mogła wytrzymać jednego dnia bez zrobienia sobie krzywdy. Robiła jej wianki z kwiatków, starannie je plotła, udając, że wcale jej to nie stresuje i nie drażni. Żółte kwiaty podbijały błękit jej oczu, a tak lubiła w nie patrzeć, gdy szeptała jej najskrytsze sekrety. Podczas podróży zawsze pamiętała o niej, wysyłała jej pocztówki, zapisywała na nich krótkie wiadomości.

Joe, tak bardzo tęsknię za tobą. Miałaś rację, byli na mnie źli za te różowe pasemka, ale takie śliczne wyszły, jeszcze raz dziękuję. Jak wrócę, to się spotkamy i wszystko ci opowiem, a ty mi powiesz, co robiłaś. Nie mogę się doczekać, aż cię znowu zobaczę. Mam tę książkę, o którą prosiłaś! Kocham cię mocno, twoja Cass. < 3


Wiedziała, co tato miał na myśli, mówiąc: dopóki mamy siebie nawzajem, mamy wszystko. Dopóki miała Joe, miała wszystko. Była jedyną osobą, do której mogła teraz zadzwonić. Spojrzała na niego, a ich żal i wina spotkały się. W Cassie było coś jeszcze — wstyd. Joe była jej lepszą połówką, lepszym człowiekiem od niej. Nie była tak zniszczona jak ona, nie ciągnęło jej tak bardzo do złego. Obawiała się, że któregoś dnia ją to przerośnie. Zdawała sobie sprawę z tego, jaka była — wchodziła do pomieszczenia i wypełniała je sobą. Przegadywała ludzi, a jej uśmiech był szalenie zaraźliwy. Tak bardzo się bała, że kiedyś przesadzi, że zajmie sobą całą przestrzeń, przygniatając ją, nie dając nabrać wdechu. Nie pozwoliła się nikomu odwiedzać na oddziale. Nie była w stanie spojrzeć im w oczy po tym, co próbowała zrobić. Była problemem, czuła to tak głęboko w sobie. Chciała się zmienić, obiecywała im to, ale potrzebowała do tego ich oboje.
Obiecujesz, że wszystko będzie dobrze? — zapytała go, oczekując odpowiedzi. Musiała to od niego usłyszeć. Przesuwając palcem po ekranie, zostawiła czerwony ślad, nakrył ich uśmiechnięte twarze na zdjęciu. Joe, błagam, odbierz, to pilne. Miała zadzwonić jeszcze raz, ale Carlos w tej chwili próbował wysiąść z pojazdu. — Na chodniku będziesz odpoczywał? — warknęła na niego. Złość dawała jej poczucie kontroli, była łatwiejsza w obsłudze niż rozpacz. Musiała być teraz bardzo zła, ta machina potrzebowała paliwa, przed nią jeszcze długa droga. Wybiegła z auta, by go złapać i podnieść. Zabrała kluczyki do jego auta, zamykając je za nimi. Ugięła kolana, zanim zarzuciła jego ramię sobie na szyję. Podniosła się, pozwalając, by ciężar jego ciała opadł na nią. Nie zaparkowała daleko, musieli pokonać tylko kawałek drogi. Wiedziała, czemu nie odebrał — zadzwoniła, by mu powiedzieć, że miała dzisiaj kolejną stłuczkę. Zaśmiała się, myśląc o tym, jak wcześniej wydawało jej się, że to najgorsze, co ją dzisiaj spotka. Położyła go na tylnym siedzeniu, próbowała sobie przypomnieć, co mówiła Joe na temat pierwszej pomocy. Wiedziała co ma robić, ale nie mogła się ruszyć. Zadzwoniła ponownie, zostawiając kolejną desperacką wiadomość. Zaczęła już składać obietnice — pójdzie na terapię, przestanie imprezować, rzuci palenie. Wszystko tylko po to, by odebrała.
Nawet nie próbuj umierać, rozumiesz? Nie dam ci odejść na drugą stronę! Będę twoją niedokończoną sprawą i będziesz skazany na tułaczkę po tym żałosnym świecie. — zagroziła mu w końcu, siadając za kierownicą. Poprawiła lusterko tak, by widzieć go lepiej. Zapięła pasy, słysząc, jak ją upomina, chociaż milczał cały ten czas. Ruszyła szybko, w sekundę przekraczając dozwoloną prędkość. Dzwoniła do Joe, licząc, że odbierze, wysyłała jej SMS-y, oczekując odpowiedzi. Przyspieszyła, czując, że ściga się z czasem.

Carlos Salazar
I walk alone, not because I have to, but because I choose to
gall anonim
45 y/o
For good luck!
185 cm
Przemytnik, właściciel The Painted Lady The Painted Lady
Awatar użytkownika
God save us everyone, will we burn inside the fires of a thousand suns?
For the sins of our hand, the sins of our tongue, the sins of our father, the sins of our young.
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjinarracja trzecioosobowa
czas narracjiczas przeszły
postać
autor

Doskonale wiedział, że Martin był dumny ze swojej córki. Z tego, że tak świetnie dawała sobie radę, pomimo przeciwności losu. Nawet z jej ciętego języka i tej cholernej upartości, która czasami doprowadzała Carlosa do szewskiej pasji. Kiedy Layton spędzał z nią czas wydawało się, że jest kimś zupełnie innym. To, jaki tak naprawdę jest człowiek można dostrzec tylko w niewielu momentach – wtedy, gdy zostaje postawiony pod ścianą, a jego wiara i moralność zostaje poddana próbie i wtedy, gdy znajduje się przy ludziach, których kocha. Salazar widział go w obu tych sytuacjach. Potrafił być siłą, której nie da się sprzeciwić i równocześnie kimś absolutnie łagodnym. I kiedy Carlos obserwował tę relację między ojcem a córką, która rozkwitała na jego oczach, czuł dziwną melancholię. Może gdyby został w Meksyku, sam założyłby rodzinę i wychował dziewczynkę, która kompletnie zawróciłaby mu w głowie. Wpoiłby synowi zasady, jakie wlał mu do głowy ojciec – bliscy to największy skarb i nie ma nic, co jest ważniejsze od krwi. Gdziekolwiek byś się nie znalazł, czegokolwiek byś nie robił, nigdy nie możesz sprawić, by te więzi zostały zaniedbane i zapomniane. Nie miał jednak nikogo takiego; długo powodowało to u niego zazdrość i tęsknotę. W końcu jednak zrozumiał, że być może nie takie było jego zadanie, a ludzie mogą się przygarniać, należeć do siebie nawzajem, nawet jeśli początkowo są sobie obcy. Rodzina Laytonów wpuściła go do domu, a on ugościł się tam, jakby to od zawsze miało być jego miejsce.
Z wszystkich rzeczy, które żałował Martin, tylko jedna nie dawała mu spokoju aż do śmierci. Nie miał wystarczająco dużo czasu, by nacieszyć się kontaktem z córką. Jego odsiadka w więzieniu uniemożliwiła mu patrzenie jak Cassandra zmienia się z dziewczynki w kobietę. Zabrakło go, gdy przechodziła ten trudny okres, w którym cały świat wydaje się okrutny i nieprzychylny. Starał się jak mógł, by nadrobić stracone lata, ale gdzieś w środku wiedział, że nigdy nie odpokutuje tej winy. W końcu jednak życie po raz kolejny okazało się przewrotne i niesprawiedliwe, gdy Martin stracił życie, a wraz z nim szansę na wszystko to, co tak skrupulatnie planował. Zasługiwał na więcej, oboje zasługiwali.
Może dlatego Carlos stał się tak przewrażliwiony na punkcie bezpieczeństwa Cassie. Kłócili się częściej i żarliwiej, ale nie dlatego, że był na nią zły. Bał się, że ją straci, że zawiedzie swojego przyjaciela, że jedyne co pozostanie mu w życiu, to powrót do Meksyku i śmierć z rąk jakiegoś sicario. Bał się tego, że ona się boi – kolejnych pogrzebów, stabilizacji i normalności, tego, że marzenia okażą się następnym rozczarowaniem, odebrania wolności, szaleństwa matki. Strach to potężne narzędzie, które potrafi rzucić na kolana każdego człowieka, wystarczy tylko, że na czymś mu zależy. Strach słyszał też w jej głosie, gdy pytała czy obiecuje, że wszystko będzie dobrze. Nie powinien przyrzekać, skoro nie był pewien jak rozwiąże się ta sytuacja. Gdyby złamał dane słowo, sam zaciągnąłby własną duszę do piekła. A jednak, gdy patrzył na jej rozmazany makijaż i szerokie źrenice, nie mógł zaprzeczyć. Oznaczało to więc, że musiał dotrzymać obietnicy.
Obiecuję. — Usłyszała to, czego oczekiwała. Brzmiało to wystarczająco szczerze, by móc uwierzyć. Miał nadzieję, że to wystarczyło, by ukoić jej zszargane nerwy; pomogłoby to im obojgu. Im szybciej biło serce Carlosa, tym szybciej pompowało krew. Prowizoryczny opatrunek nasiąkał, lepiąc się do rany. Każdy ruch bolał, a on udawał, że nie było tak źle, wszystko przecież mogło skończyć się znacznie gorzej. Wyprostował się więc, wciąż opierając się o drzwi samochodu. Zignorował ciemne plamy tańczące w polu widzenia i uśmiechnął się niemrawo, słysząc słowa Cassandry. — No seas… insolente. — Nawet w tak krytycznych momentach potrafiła zdobyć się na złośliwość. Prosty mechanizm obronny, który być może nie był niczym dobrym, ale Carlos przyjął go z otwartymi ramionami. Potrzebował w tamtym momencie czegoś znajomego, odwracającego uwagę od bólu, utrzymującego go w stanie przytomności. Pozwolił się prowadzić w stronę drugiego samochodu, choć zrobił to niechętnie, nadal starając się zachować niezależność w poruszaniu się. Gdy doprowadziła go do pojazdu, zwalił się na fotel pasażera, dysząc ciężko, jakby te kilka metrów było wielką przeprawą. Ponownie docisnął opatrunek do rany i zerknął na Cassandrę. Jego oczy uciekały, nie potrafiąc skupić się na jednym punkcie.
Uważaj co mówisz — zganił ją, choć było to na tyle słabe, że nie mogła się tym zbytnio przejąć. Zdecydowanie była zbyt zajęta ratowaniem sytuacji, w końcu powoli wykrwawiał się na jej oczach. — Jeszcze faktycznie będę cię nawiedzać. — Słowa wypływające z ust Carlosa powoli zamieniały się w nieskładne mamrotanie. Czasami mruczał coś niewyraźnego, jakby chciał pociągnąć ich tradycyjne słowne przepychanki, ale w końcu zamilkł, opierając głowę o materiał fotela. Jeśli rozmawiała przez telefon, nie zarejestrował żadnych słów. Widział tylko rozświetlone ulice migające za szybą i powoli gasnące światło. Każde szarpnięcie samochodu na chwilę wybudzało go z dziwnego transu, gdy pulsowanie w ramieniu nasilało się, ale później znów odpływał, będąc gdzieś na granicy jawy i snu.


Cassandra Layton
I walk alone, not because I have to, but because I choose to
sheriam
nic co ludzkie nie jest mi obce
ODPOWIEDZ

Wróć do „St. John's Anglican Church”