ODPOWIEDZ
30 y/o
Welkom in Canada
188 cm
wiceprezes w Northland Power
Awatar użytkownika
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoe
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracji3 os.
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Sam fakt wysłania do niej wiadomości był niestosowny. Zrobił to mimochodem, między jednym spotkaniem a drugim, kilka dni po tym, jak Ivy odwiedziła go w gabinecie. Zaproszenie, które nastąpiło później? Jeszcze bardziej niestosowne. Ale usunięcie całej konwersacji z telefonu tuż po tym, jak uzgodnili szczegóły? To było już mega niestosowne. Wciąż nie do końca wiedział, dlaczego to zrobił - dlaczego usunął ich rozmowę. Przecież w tych kilku zdaniach nie było nic sprośnego, a jednak przyłapał się na myśli, że chciałby uniknąć ewentualnych pytań ze strony Blair. Nie chciał odpowiadć na niewygodne pytania, gdyby zauważyła jego konwersację z Pokemonem - Eevee Harrison, bo pod taką nazwą widniała Ivy w jego kontaktach. Tak, zdecydowanie chciał uniknąć pytań. Pytań, na które sam nie znał jeszcze odpowiedzi. Około piętnastej napisał Blair, że wróci dziś później, bo projekty w Northland Power wymagają jego obecności. Tak brzmiało kłamstwo numer jeden. Punkt szesnasta, zamiast nad stosem raportów finansowych, siedział w samochodzie zaparkowanym dwie przecznice od Mount Sinai Hospital. To dopiero było niestosowne - co innego rzucona półżartem wiadomość, co innego realizacja planu, który wymagał od niego logistyki godnej tajnego agenta. Wysłał Ivy wiadomość ze wskazówkami i czekał, bębniąc palcami o kierownicę. A gdy tylko dostrzegł jej drobną sylwetkę na horyzoncie... nie mógł opanować uśmiechu. Przyszła. Naprawdę się zgodziła i przyszła. W drodze rozmawiali o totalnych głupotach. O tym, jak minął jej dyżur, jak jemu minął dzień wypełniony spotkaniami, o których zdążył już zapomnieć, gdy tylko zamknęła za sobą drzwi auta. Ivy ani razu nie zapytała, gdzie jadą - ta ufność jednocześnie go rozczulała i przerażała, bo wyglądało na to, że porwanie Ivy Harrison z Toronto wcale nie było czymś trudnym do osiągnięcia. Zaraz po tym, jak wsiadła, wręczył jej błękitny termos z kawą. Kupił go specjalnie dla niej dwa dni temu. Bo był błękitny. Jak jej oczy. Swoją drogą, zabawna historia - przechodząc obok sklepu, w którym kupił jej kubek, zastanawiał się nad tym, czy po prostu zabrać ją do swojej ulubionej kawiarni, ale szybko porzucił ten pomysł. Ryzyko było zbyt duże - przecież mógł tam wpaść na kogoś znajomego, a oficjalnie pracował dziś do późna. Jechali dość długo, zostawiając Toronto daleko za sobą. W końcu zaparkował na uboczu, na parkingu pokrytym świeżą warstwą białego puchu. Przed nimi rozpościerał się teren, który o tej porze dnia wyglądał niemal magicznie, choć wciąż nie zdradzał swojego przeznaczenia. Wysiadł pierwszy, obszedł samochód i otworzył drzwi od strony pasażera. - Mamy jeszcze kawałeczek do przejścia - powiedział, wyciągając do niej dłoń, by pomóc jej wysiąść. - Zapraszam na spacer, panno Harrison. Mam nadzieję, że kawa wciąż jest gorąca - posłał jej ciepły uśmiech. Przyjrzał jej się uważnie, ciekawy jej reakcji - pewnie nie miała zielonego pomysłu, gdzie ją zabrał.
Kurde, jarał się.

Ivy Harrison
isiek
wszystko jest okej
26 y/o
Welkom in Canada
161 cm
rezydentka chirurgii Mount Sinai Hospital
Awatar użytkownika
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoe
nieobecnośćnie
wątki 18+nie
zaimkizaimki
typ narracjityp narracji
czas narracji-
postać
autor

Charlie Marshall

Siedziała na dyżurze, kiedy za wibrował jej telefon. Chwyciła go, by sprawdzić nadawcę wiadomości i niemalże od razu na jej ustach wymalował się szeroki uśmiech. Aż koleżanki rezydentki zaczęły dopytywać, kto do niej napisał. Charlie. Tylko tego im nie powiedziała, zbyła odpowiedzią, a sama zaczęła z nim wymieniać SMS'y.
Czuła się odrobinę rozdarta. Czy powinna mu odpisywać, skoro ostatnio żałowała jednego? Tego że faktycznie się uśmiechnął, tylko wraz z każdą wymienioną wiadomością wiedziała jedno. Potrzebowała się z nim zobaczyć, dowiedzieć się, czy wszystko u niego w porządku, sprawdzić, czy na pewno wszystko u niego gra. To było wręcz silniejsze od niej. Choć pierwszą własną sprzeczność wyłapała szybko. Nie chciała, by ktokolwiek zobaczył ich razem. Chciała móc trwać u jego boku, nie zastanawiając się nad żadnymi problemami, tylko korzystać z tego... że mogła przy nim się uśmiechać.
Tak tez zrobiła, ubierając tego dnia kilka warstw. Ze szpitala wyszła w czapce, czarnym płaszczu, szaliku i rękawiczkach, a pod spodem miała jeszcze kilka warstw i błękitny golf. Była gotowa na przygodę. Wystarczyło zobaczenie jego auta, szybko uśmiechnęła się szczerze. Szybko podbiegła, by szybko wsiąść do auta. Oczywiście, nie trzaskała drzwiami. Znała zasady. Jeśli miała wątpliwości w głowie, zniknęły w sekundę w trakcie rozmowy.
Choć zastanawiała się, gdzie ją wywozi, co będą robili poza kawą. Największą radością skwitowała stanleya. Uważała to za swego rodzaj burżujstwa. Widziała go na tiktoku, a jednak oczy jej zabłysnęły. Chwilę wstrzymywała się przed wzięciem go, ale pod namowami Marshalla ostatecznie skapitulowała. Jak mogłaby mu odmówić?
Oczy otworzyły się jej jeszcze szerzej, gdy zaparkowali. Szczerze nie potrzebowała więcej do szczęścia. Te piękne widoki powodowały delikatne dreszcze, które przeszły przez całe jej ciało. Uwielbiała spędzać czas na łonie natury. Choć nie, uśmiechnęła się jeszcze szerzej, gdy otworzył jej drzwi. Chwyciła go za rękę i wysiadła z auta. Zaraz zaciągnęła się mroźnym powietrzem, które wręcz ją uzależniało.
Dobrze, chyba dam radę — skwitowała cała uradowana. Źrenice się jej powiększyły, kiedy rozglądała się, by zapamiętać te widoki. Okolice Toronto zimą miały w sobie prawdziwą magię. Zaraz zaczęła iść w stronę, którą jej pokazał.
Ale mógłbyś mi zdradzić trochę więcej szczegółów? — zagadnęła, kiedy szli już kawałek. Przechyliła głowę, a uśmiech zrobił się jej widocznie szerszy — dlaczego mnie wywiozłeś, Charlie? — zagadnęła, bo wypadałoby znać lokalizację. Może przyjechałaby tutaj drugi raz? Ale tym razem sama, by na nowo podziwiać widoki i wracać wspomnieniami do tej chwili — czy to jakaś nie-spo-dzia-nka? — dopytywała dalej, a buzia nawet na chwilę się jej nie zamykała — uwielbiam niespodzianki — dodała finalnie, uśmiechając się jeszcze szerzej. Tak naprawdę za niewielką ilością rzeczy nie przepadała. Była cała rozpromieniona miejscem, i nie tylko nim.
Czekaj — zaraz chwyciła go mocno za dłoń, a głowę uniosła ku górze, przymykając oczy. Tak, delikatne płatki śniegu zaczęły opadać na jej twarz. Zaraz głośno się roześmiała — patrz, śnieg zaczął padać — i to była chyba najbardziej magiczna chwila. Ivy miała w sobie coś z dziecka. Może gdyby znaleźli się w centrum Toronto, zaczęłaby narzekać, ale ta sceneria przemawiała za nią samą.
Jak pięknie — przez chwilę wpatrywała się w jego oczy z przegryzioną dolną wargą. Tylko wtedy w jej głowie powstał szalony plan. Szybko pochyliła się w stronę śniegu — a, masz Charlie — i rzuciła mu świeżym, śnieżnym puchem prosto w twarz, po czym pobiegła przed siebie. To było przyjaźń, prawda? Przyjaciele się ze sobą droczą. Całkowita norma.
Nie dasz rady mnie złapać! — krzyknęła, obracając się za chwilę. Zdawała sobie sprawę, że kara za takie przewinienie u wiceprezesa mogłaby zostać najgorszą, jaką by dostała.
30 y/o
Welkom in Canada
188 cm
wiceprezes w Northland Power
Awatar użytkownika
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoe
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracji3 os.
czas narracjiprzeszły
postać
autor

To właśnie uwielbiał w Ivy najbardziej - tę rozbrajającą lekkość i fakt, że przy nim nie wstydziła się żadnych emocji. Nie analizowała, nie zastanawiała się nad słowami, po prostu była sobą. Pokazywała mu wszystko - od lęku i łez, które widział wcześniej, po tę dziecięcą, czystą radość, która teraz biła z jej twarzy. Wiele by dał, aby zatrzymać ten moment i zapamiętać go na zawsze. A dlaczego? W sumie to... nie wiedział. Przy Ivy czuł wiele sprzecznych emocji i dopiero uczył się je rozpoznawać. Zaczęli iść spacerem w kierunku miejsca, które chciał jej pokazać, ale którego nazwy nie chciał jeszcze zdradzać. Ale mógłbyś mi zdradzić trochę więcej szczegółów? Dlaczego mnie wywiozłeś, Charlie? Czy to jakaś nie-spo-dzia-nka? Uwielbiam niespodzianki. Parsknął śmiechem na jej monolog, idąc powoli obok niej w swoim czarnym płaszczu. Naprawdę była rozbrajająca i sprawiała, że... ta lekkość mu się udzielała. Poprawiała mu nastrój. - Szczerze? Nie planowałem, żeby to była wielka niespodzianka, ale skoro już tak to nazywasz, to niech będzie, tak, to niespodzianka - zaśmiał się, a każdy jego kolejny krok skrzypiał w śniegu. Nawet zaczął padać śnieg, żeby umilić im wędrówkę. Na szczęście, było już niedaleko... Czekaj. Poczuł uścisk jej palców na swojej dłoni i zacisnął usta, żeby się nie uśmiechnąć. Ten gest był tak naturalny i niewymuszony, że... Cholera. Ivy po prostu złapała go za dłoń, o czym on w ogóle myślał? Przecież to tylko przyjacielski gest, prawda? Tak właśnie robią przyjaciele, gdy chcą zwrócić na coś czyjąś uwagę, ale... problem polegał na tym, że dla Charlesa ten dotyk był jak zapalnik. Patrz, śnieg zaczął padać. Śnieg zaczął opadać na jej rzęsy i osiadać w blond kosmykach. Jej policzki, zaróżowione od mroźnego powietrza, i oczy, w których odbijały się światła z oddali, sprawiały, że na chwilę zapomniał o całym świecie. Wyglądała ślicznie. Nie, ślicznie to było zdecydowanie za mało powiedziane. Wyglądała tak, że Charlie zapomniał języka w gębie. Jako przyjaciel powinien pewnie zażartować, rzucić jakąś ciętą ripostę albo chociaż odwrócić wzrok, ale zamiast tego, stał tam i chłonął ten widok, jakby chciał zapamiętać go na zawsze. Kurwa. Myślał o tym, jak bardzo chciałby... co właściwie? Przetrzeć jej policzek? Zgarnąć śnieg z jej włosów? Każda z tych myśli była kolejnym krokiem do terytorium, które było dla niego zakazane. Miał wrażenie, że ta relacja powoli wymykała mu się spod kontroli - jakby nie stracił panowania nad sytuacją już dawno temu. Znowu myślał za dużo. Zdecydowanie zbyt dużo. Nagle poczuł zimny, świeży puch uderzający go prosto w policzek. Śmiech Ivy wyrwał go z odrętwienia. Otarł dłonią twarz, czując na skórze wilgoć topniejącego śniegu. Jego poważna mina zniknęła w ułamku sekundy. - Więc tak gramy, panno Harrison? - odkrzyknął, ruszając za nią w pogoń. Biegł za nią, słysząc jej radosny pisk i śmiech, szybko skracając pomiędzy nimi dystans. W pewnym momencie schylił się w biegu, zagarnął dłonią garść puchu i uformował szybką, niezbyt twardą kulkę. - Masz za swoje! - zawołał, celując w jej ramię. Śnieżka rozprysła się na jej płaszczu. Pewnie była zaskoczona, że miał czelność w nią celować, ale... byli przyjaciółmi, tak? Przyjaciele tak robili. Dopadł ją w trzech kolejnych krokach. Zamiast jednak po prostu ją dotknąć, objął ją mocno i uniósł do góry, aż jej stopy straciły kontakt z ziemią. - Mam cię! I co teraz? - zaśmiał się, obracając ją wokół własnej osi. Kiedy w końcu postawił ją na ziemi, nie odsunął się od razu. Zostali w swoich objęciach, dysząc ciężko, a ich oddechy mieszały się w zimowym powietrzu, tworząc małe obłoczki pary. Nagle radosny gwar ucichł, a między nimi zapadła ta specyficzna, gęsta cisza, której Charlie tak bardzo się obawiał i której jednocześnie tak desperacko pragnął - jego wzrok mimowolnie uciekł w stronę jej warg. Wiedział, że jeśli teraz jej nie puści, przyjaźń stanie się tylko wspomnieniem, dlatego odchrząknął i zmusił się do zrobienia kroku w tył. - Dobra... punkt dla mnie - powiedział i otrzepał rękawiczki ze śniegu, unikając przez ułamek sekundy jej wzroku. - Uznajmy, że kara została zawieszona. Na razie - dodał. Zmierzch już zapadł, a w oddali majaczył budynek, z którego okien biło ciepłe, żółte światło. To właśnie tam zmierzali. - Chodź, już niedaleko - uśmiechnął się do niej.

Ivy Harrison
isiek
wszystko jest okej
26 y/o
Welkom in Canada
161 cm
rezydentka chirurgii Mount Sinai Hospital
Awatar użytkownika
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoe
nieobecnośćnie
wątki 18+nie
zaimkizaimki
typ narracjityp narracji
czas narracji-
postać
autor

Charlie Marshall

Oczy jej zabłysnęły z ekscytacji. Uwielbiała niespodzianki. Ivy przypominała czasami małe dziecko, cieszyły ją małe rzeczy. Błękitny kubek z drobną kawą, paczka z jedzeniem z maka, a nawet ta prosta bitwa na śnieżki, którą teraz utrwalali. Uśmiech nie schodził jej z twarzy. Z Charlim wszystko było... prostsze? Śmiali się, rozumieli i potrafili zrozumieć emocje, tkwiące w ich sercach. Nie miała wątpliwości, kiedy ją zapraszał. Dla niej było to wręcz proste. Krótka chwila zabawy oraz zapomnienia, na które mogła liczyć całą sobą. Zresztą wystarczyło usłyszeć jej głośny śmiech, kiedy biegła przed siebie, ile miała tylko sił w nogach.
No wiesz?! — aż przez moment obróciła się, czując śnieżkę zderzającą się z ramieniem — tak w dziewczynę? — chociaż sam fakt, że wielki wiceprezes korporacji, Charles Marchall, postanowił jej oddać rzutem kulą śnieżką też był dziwny — żaden z Ciebie dżentelmen! — krzyknęła, pokazując mu niemalże od razu język. Niech zda sobie sprawę, jaki jest z niego potwór. Sama aż była tym zadziwiona, choć śmiech ani przez moment nie schodził z jej ust.
Nawet kiedy ją złapał.
Przez moment miała wrażenie, jakby znalazła się w niebie. Cały świat przestał nie istnieć, a były tylko dłonie Charliego, jego ciepłe ramiona. Śmiała się jeszcze przez chwilę, gdy ją obracał, ale zapadł moment, w którym już nie wiedziała, co się dzieje. Ta zapadająca między nimi cisza, była wręcz nieznośna. Zmarszczyła delikatnie własne brwi, kiedy zdała sobie sprawę z jednego. Jej wzrok mimowolnie padał na jego usta. Aż mimowolnie zwilżyła własne. Nie powinna o nim myśleć w ten sposób, a jednak każda komórka ciała aż błagała o przekroczenie granicy, którą sama ustaliła. Przyjaźń? Stawała się jedynie iluzją, czymś na wzór zasłony dymnej.
Teraz... — zaczęła spokojnym tonem, przekrzywiając delikatnie głowę. Nabrała mocno powietrza do płuc i przez chwilę dała zapanować ciszy. Obezwładniała jej myśli, które krążyły w jednym miejscu. Warg Marshalla. Zaraz pokręciła mocno głową i poklepała się dłońmi po twarzy. Nie Ivy, ty taka nie jesteś, powtarzała sobie niczym prawdziwą mantrę, przed którą nie chciała uciekać. Musiała sobie wbić ją do głowy. Była dziewczyną Dantego i była z nim szczęśliwa. Cały czas powtarzała to sobie w głowie. Dopiero słowa Marshalla wybiły ją z myśli, a na jej twarzy znów wymalował się pogodny uśmiech.
A o co gramy, panie Marshall? — zagadnęła przekornie, przechylając delikatnie głowę. Ciekawiło ją jaka jest stawka jej przegranej — masz zamiar mnie ukarać? — parsknęła, choć zaciekawił ją. Zaraz pokazała mu język. Kara wydawała się dla niej wręcz niemożliwa — jakoś w to wątpię, skoro chcesz mnie zatrudnić — więc kara nie wchodziła w grę. Inaczej nie podjęłaby z nim pracy, nie podpisała umowy... Mógł to być głupi żart, ale Ivy naprawdę lubiła je między nimi. Srogiego wiceprezesa jedzącego frytki z mcflurry w maku, czy tego wyśmiewającego tapetę na jej telefonie, a nawet tego który chciał jej karę odłożyć w czasie.
To dowiem się co to za miejsce? — zagadnęła, kiedy wzrokiem zaczęła lustrować budynek. Aż chciało się powiedzieć: ciemno wszędzie, głucho wszędzie, ale prawda była taka, że Ivy nawet na moment nie zamykała się buzia.
30 y/o
Welkom in Canada
188 cm
wiceprezes w Northland Power
Awatar użytkownika
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoe
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracji3 os.
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Oczywiście, że Charlie był dżentelmenem, a maniery miał we krwi. Po pierwsze, pocałował ją tylko raz - wtedy w windzie, kiedy emocje i pożądanie wzięły górę nad rozsądkiem, ale gdy tylko postawiła granicę, postanowił uszanować jej zdanie i... no, nie całował jej więcej. Naprawdę szanował jej granice, mimo że hamowanie się w jej obecności z każdym kolejnym dniem było coraz trudniejsze. Po drugie, skoro chciała, żeby byli przyjaciółmi, to byli przyjaciółmi, mimo że to słowo wydawało mu się bardzo nieadekwatne w tej sytuacji. Po trzecie, myślał o niej - w końcu ten błękitny termos nie wziął się znikąd, prawda? To był po prostu dowód na to, że Ivy Harrison urządziła sobie przytulne gniazdko w jego umyśle. No i po czwarte, najważniejsze - otwierał przed nią drzwi! Zawsze i wszędzie. A to, że rzucił w nią śnieżką i trafił w ramię? To był najpiękniejszy symbol równouprawnienia na świecie. Skoro ona zaatakowała pierwsza, dżentelmen nie mógł pozostać dłużny - musiał potraktować ją jak godną przeciwniczkę! - Prawdziwy dżentelmen zawsze traktuje kobietę jak równego sobie partnera, również na polu bitwy na śnieżki, Ivy - zaśmiał się szczerze, otrzepując śnieg z jej płaszcza, tuż przed tym jak chwycił ją w talii i bez ostrzeżenia podniósł. A gdy w końcu postawił ją z powrotem na ziemi, dalej nie wypuszczając jej z objęć... nie odsunął się nawet o milimetr. Wtedy zapadła ta cisza, a on patrzył, jak płatki śniegu topniały na jej rozgrzanej skórze i jak jej wzrok powoli wędrował w stronę jego ust. W tamtej sekundzie przyjaźń była ostatnią rzeczą, o której myślał. I właśnie dlatego się odsunął - bo był dżentelmenem, nieważne jak bardzo brudne były jego myśli i nieważne ile razy rozbierał ją wzrokiem. Zrobił krok w tył, odzyskując panowanie nad oddechem, choć krew wciąż pulsowała mu w skroniach. Słysząc jej przekorne pytanie o karę, uniósł kącik ust w uśmiechu. - Zatrudnienie cię to nie immunitet, panno Harrison - odparł, przepuszczając ją w bramie, do której akurat dotarli. - A co do stawki, może po prostu przestaniesz pokazywać mi język co pięć minut? - zaśmiał się. To dowiem się, co to za miejsce? Tak, za chwilę. Posłał jej porozumiewawcze spojrzenie, a w kąciku jego ust czaił się uśmiech. Weszli na teren stadniny, gdzie skrzypiący pod butami śnieg ustąpił miejsca odśnieżonej ścieżce prowadzącej do głównego budynku. Charlie czuł na sobie zaciekawiony wzrok Ivy, ale dalej nie odpowiedział na jej pytanie. Jeszcze zanim dotarli do ciężkich, drewnianych drzwi stajni, z bocznego budynku wyszedł starszy mężczyzna w grubej, roboczej kurtce. George Russel, pracownik stadniny, uniósł dłoń na przywitanie. - Dobry wieczór, panie Marshall. Nie spodziewałem się pana o tej porze, zwłaszcza w taką pogodę. Pomóc coś? - zagaił, podchodząc do nich kilka kroków. Zerknął z życzliwym zaciekawieniem na Ivy, ale jako człowiek taktowny jedynie skinął jej głową z uprzejmym uśmiechem. Charlie zatrzymał się i poprawił kołnierz płaszcza, uśmiechając się do mężczyzny z rzadką u niego, swobodną życzliwością. - Dziękuję, George, nie trzeba. Poradzimy sobie sami - odpowiedział krótko, kładąc dłoń na plecach Ivy, by delikatnie skierować ją w stronę wejścia do stajni. - Chciałem tylko pokazać stadninę pannie Harrison - dodał i zerknął znacząco na blondynkę. Oto nareszcie nadeszła odpowiedź na zadane przez Ivy pytanie. Ciekawe, co sądziła o tym wszystkim? Pan Russel jedynie skinął głową i zostawił ich samych na mrozie. Charlie zaprowadził ich do stajni i przepuścił Ivy w progu (SEE? DŻENTELMEN), zamykając za nimi drzwi. Wewnątrz uderzyła ich fala kojącego ciepła i charakterystyczny, słodkawy zapach siana oraz drewna. Wzdłuż długiego korytarza paliły się przygaszone, żółte lampy, a z boksów zaczęły wystawać zaciekawione, końskie łby. Ruszył przodem, prowadząc ją w głąb korytarza i zatrzymując się dopiero przy jednym z ostatnich boksów. - Widzisz tego przystojniaka? - zagadnął cicho i wskazał dłonią na potężnego, karego konia, który na dźwięk jego głosu natychmiast uniósł łeb i wystawił nozdrza w stronę barierki. - Poznaj Onyksa - wyciągnął dłoń i powoli pogłaskał go po pysku, a Onyks odpowiedział niskim parsknięciem. Zerknął w stronę Ivy - cholera, miał nadzieję, że niespodzianka jej się spodobała, bo wątpliwości zaczął odczuwać dopiero teraz, gdy już tutaj dotarli. No i gdy światło lamp tak odbijało się w jej błękitnych oczach, to pomyślał, że ta dziewczyna pasowała do tego wiejskiego krajobrazu znacznie bardziej niż do szklanych korytarzy w jego firmie. Interesujące.

Ivy Harrison
isiek
wszystko jest okej
26 y/o
Welkom in Canada
161 cm
rezydentka chirurgii Mount Sinai Hospital
Awatar użytkownika
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoe
nieobecnośćnie
wątki 18+nie
zaimkizaimki
typ narracjityp narracji
czas narracji-
postać
autor

Charlie Marshall

Zaśmiała się głośno szczerym śmiechem, słysząc o tym równouprawnieniu. Ciekawe, czy swojej narzeczonej kazałby wnosić lodówkę na ósme piętro do bajecznego apartamentu, w którym mieszkali. Aż się wzdrygnęła, kiedy ta myśl przebiegła po jej głowie. Nie, nie chciała myśleć o Blair. Zwłaszcza kiedy zaraz ją obracał. Myślała o jego ustach. Nie, wcale nie. Zaraz w głowie zaczęła wręcz krzyczeć na cały głos głośne: przyjaźń!!! Tyle powinno jej właśnie zostać w głowie. Przyjaźń. Przyjaźnili się. Zdecydowanie tak było i nie miała ku temu żadnych wątpliwości. Miała i to coraz większe.
Mogę się mocno zastanowić, skoro bez zatrudnienia mój pracodawca chce mnie karać — rezygnacja z procesu zatrudnienia przecież wchodziła w grę. Uniosła wysoko kąciki ust, a prawdziwy błysk czaił się w jej oczach. Chciała wiedzieć, w jaki sposób chciał ją ukarać. Tylko Ivy dlaczego były to same kosmate myśli? Aż potrząsnęła głową, nie mogła w taki sposób go widzieć. Sama nałożyła na nich granicę przyjaźni i powinna ją utrzymać — dobrze. Będę co dziesięć minut pokazywała — parsknęła śmiechem, kiedy ruszyli dalej. Powiedźmy, że teraz będą faktycznie kwita. Wywróciła oczami na jego uśmiech. Pod wieloma względami Ivy była niecierpliwa. Lubiła niespodzianki, kiedy się ich nie spodziewała, ale wyczekiwanie na kulminację przychodziło jej już z większym trudem.
Spięła się, widząc obcą osobę. Ivy jedynie skinęła głową z delikatnym uśmiechem, chowając całą swoją twarz w turkusowy szaliczek. Popchnięta ruszyła w stronę stajni, ale... jedno jej rozbrzmiewało. Panno Harrison? Dalej ukrywali się pod pozorami? Poczekała, aż drzwi stajni się za nimi zamkną. Nie chciała być nazywana przez niego panną Harrison. Nie byli w szpitalu, a... w stajni. Teraz już to wiedziała.
Ukrywasz swoją przyjaciółkę? — zagadnęła Harrison, unosząc podbródek, by spojrzeć mu prosto w oczy. Ukrywał. Za to jej to nie przeszkadzało. Każde słowo wypowiadała z przekorą, której nie była w stanie zaprzeczyć.
Dopiero wtedy odwróciła głowę, a oczy jej zabłysnęły. Na twarzy wymalował się perfekcyjny, wręcz dziewczęcy uśmiech. KONIE! Nigdy nie była w stajni, nie oglądała tych zwierząt z bliska, ale kochała oglądać Mustanga. Jedna z piękniejszych bajek, przy której za każdym razem płakała jak bóbr. Pierwszy raz będzie mogła pogłaskać konika! Zaraz dołączyła obok niego i stanęła bardzo blisko.
Jaki piękny... — powiedziała cicho Ivy i odsunęła się na krok. Oglądanie Charliego głaskającego Onyksa miało w sobie pewien czar, który chciała móc zapamiętać. Uniosła delikatnie głowę, spoglądając w stronę Marshalla — nie ugryzie mnie, Charlie? — zagadnęła z niewinności. Był prawdziwą bestią, a spoglądał na nią ciekawskim spojrzeniem — mogę go pogłaskać? — spytała, unosząc dłoń. Czekała na pozwolenie nie tylko Marshalla, a i konia. Raz uniósł do niej łeb, to delikatnie wzdrygnęła, chwytając mężczyznę wolną ręką za płaszcz. Szanowała te piękne istoty. Dopiero za drugim razem zaczęła go powoli głaskać.
Cześć malutki... — patrzyła prosto w jego ciemne oczy — znaczy wielkutki — zaśmiała się cicho pod nosem — sporym przystojniakiem jesteś — zagadnęła, głaszcząc go z większym spokojem. Nie atakował jej, był spokojny i spoglądał na nią z zaciekawieniem. Hipnotyzował ją — jak twój właściciel — nie zdążyła ugryźć się w język. Ten koń rozplątywał jej usta, a ona nawet przez krótki moment nie odwróciła wzroku w kierunku Marshalla. Czuła się największą idiotką na całej kuli ziemskiej.
30 y/o
Welkom in Canada
188 cm
wiceprezes w Northland Power
Awatar użytkownika
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoe
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracji3 os.
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Oczywiście, że Charlie nie kazałby Blair wnosić lodówki na ósme piętro do ich bajecznego apartamentu, niedoczekanie. Ba, Charlie również by jej nie wnosił - po prostu zleciłby to zadanie innym ludziom. Od czegoś miał tą swoją małą fortunę, tak? Nie tylko do inwestowania, ale też do wydawania. Poza tym żadne z nich nie musiało brudzić sobie rączek ciężką pracą fizyczną i lepiej, żeby tak zostało. Mogę się mocno zastanowić, skoro bez zatrudnienia mój pracodawca chce mnie karać. Charlie uniósł brwi, a po chwili na jego twarzy pojawił się zadziorny uśmiech. - Zastanawiaj się, ile chcesz, ale i tak oboje wiemy, jak to się skończy - odparł pewnym siebie głosem, nie spuszczając wzroku z Ivy nawet na sekundę. Brzmiało to dwuznacznie? Tak. Czy się tym przejmował? Odkąd znaleźli się w stajni, coraz mniej. Zapach jej perfum znowu mieszał mu w głowie, gdy znaleźli się w zamkniętym pomieszczeniu, z dala od wycia wiatru i wirującego śniegu. A te żółte, migające lampy i fakt, że byli oddaleni od Toronto o kilkadziesiąt kilometrów...? To wszystko powoli sprawiało, że zaczynał odczuwać niebezpieczną swobodę. A może był to po prostu skutek dłuższego przebywania w jej obecności? Tutaj, wśród zapachu siana i parskania koni, życie pozostawione w stolicy wydawało się odległym wspomnieniem. Byli tu sami, ukryci przed światem i... nikt nie mógł im w niczym przeszkodzić. W tym samym czasie Ivy akurat uniosła podbródek, by spojrzeć mu prosto w oczy. Czy mu się tylko wydawało, że dostrzegł w jej spojrzeniu wyzwanie? Ukrywasz swoją przyjaciółkę? Zaśmiał się i pokręcił głową. - Podoba mi się, jak unosisz podbródek, kiedy próbujesz mnie sprowokować - mruknął, unikając bezpośredniej odpowiedzi. Kiedyś był dobry w mydleniu oczu innym - nienaganny krawat, brak konkretnej odpowiedzi na zadane pytanie, wyważone słowa... A teraz... nie chciał nadużywać tej umiejętności w obecności Harrison. Chciał, żeby mu zaufała, i żeby nie musiała zastanawiać się nad jego intencjami. Jednak jak miał to zrobić, kiedy prosiła go, aby zostali przyjaciółmi? Jak miał pokazać swojej przyjaciółce, że działała na niego o wiele bardziej intensywnie niż powinna? Boże, stał obok niej dopiero od kilku minut i już nie mógł oddychać. Mimo tego zadziorny uśmiech nie znikał z jego twarzy, gdy powoli rozpinał guziki swojego płaszcza i wieszał go na haku obok. Marynarkę również zdjął, a nawet podwinął rękawy koszuli i poluzował krawat - a przy każdej tej czynności czuł na sobie wzrok swojej blondyneczki towarzyszki. Swojej towarzyszki. Charlie obserwował ją teraz z boku, opierając się ramieniem o drewnianą belkę. Nawet nie wiecie, jak bardzo cieszył go jej niewinny zachwyt. A gdy jej oczy rozbłysły na widok Onyksa? Nie był w stanie kupić tego uczucia za żadną kwotę. Jaki piękny... nie ugryzie mnie, Charlie? Mogę go pogłaskać? Poczuł jej palce na swoim ramieniu i instynktownie chciał przyciągnąć ją bliżej siebie, ale... ale co? Co go hamowało? Chyba tylko jego głowa. Hm... - Nic ci nie zrobi, możesz go pogłaskać - przytaknął. Obserwował, jak palce Ivy gubiły się w gęstej grzywie Onyksa, mimo że w głowie pulsowało mu zupełnie inne wyobrażenie tych samych dłoni, błądzących po jego ramionach. Uch. Cześć malutki... znaczy wielkutki. Sporym przystojniakiem jesteś. Jak twój właściciel. Nic nie odpowiedział, jedynie przechylił głowę na bok i utkwił w niej swoje brązowe spojrzenie. Ich umowna przyjaźń właśnie otrzymała kolejny cios poniżej pasa. Nie patrzyła w jego stronę - bała się jego reakcji czy ten nieszczęsny koń aż tak ją zahipnotyzował? Cóż, Charlie nie był aż tak zainteresowany odpowiedzią na to pytanie - zwłaszcza, że miał dość sztucznych granic rysowanych przez Ivy tylko po to, by chwilę później mówiła mu, że jest przystojniakiem. Grała nieczysto, więc nie zamierzał być dłużny. Zrobił krok do przodu i nie zawahał się ani sekundy, gdy wyciągnął dłoń i objął ją od tyłu, kładąc rękę na jej boku, tuż nad linią talii. Czuł pod palcami sztywny materiał jej płaszcza, ale to mu nie wystarczało. - Za dużo gadasz jak na kogoś, kto twierdzi, że chce tylko "przyjaźni", panno Harrison - mruknął tuż przy jej uchu, a jego oddech musnął jej policzek. Nie puszczając jej, drugą ręką powoli chwycił za górny guzik jej płaszcza. Rozpiął go pewnym ruchem, a zaraz potem zajął się kolejnym. - Zrobiło się tu duszno, nie sądzisz? - zapytał. - Poza tym... dżentelmeni nie pozwalają swoim gościom przegrzać się w stajni. Nawet jeśli ci goście desperacko próbują udawać, że właściciel konia wcale ich nie interesuje - dokończył i wyprostował się nieco, wciąż jednak trzymając dłoń na jej boku. Czekał, aż Ivy w końcu odwróci głowę i spojrzy mu w oczy, żeby znowu mógł zgubić się w jej błękitnych oczach i zrobić coś głupiego. O tak, bardzo chciał zrobić coś głupiego.

Ivy Harrison
isiek
wszystko jest okej
26 y/o
Welkom in Canada
161 cm
rezydentka chirurgii Mount Sinai Hospital
Awatar użytkownika
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoe
nieobecnośćnie
wątki 18+nie
zaimkizaimki
typ narracjityp narracji
czas narracji-
postać
autor

Charlie Marshall

Ta dwuznaczność niesamowicie w nią uderzyła. Niemalże czuła, jak gęsia skórka pojawia się na całym jej ciele. Był niebezpieczny. Wręcz uzależniający. Nie potrafiła zrozumieć tego, co czuła w tym momencie. Albo każdym. Przełknęła nerwowo ślinę, czując potrzebę rozładowania atmosfery. Tylko ile mogła się oszukiwać? Ile mogła twierdzić, że to tylko przyjaźń? Miała mężczyznę, czekającego na nią w domu, a mimo to w Charliego wpatrywała się jak w prawdziwy obrazek. Jakby był najważniejszą osobą na całym świecie, którą spotkała. To niewidzialne połączenie było wręcz niezaprzeczalne.
Czy to wyzwanie? — spytała niemalże od razu — je też lubię, Charlie — dodała wprost, cały czas się w niego wpatrując. Miał w sobie coś, czego nie była w stanie określić. Patrzyła na niego wielkimi oczami, przypominając sobie o rozładowaniu atmosfery. Musiała, zdecydowanie musiała to zrobić, inaczej iluzja przyjaźni zniknie na dobre — inaczej nie chciałabym zostać chirurgiem... — zaczęła finalnie, próbując rozładować atmosferę. Jakby wszystko miało się zatrzymać w tym momencie. Te iskierki pojawiające się między nami, w końcu... miłoooość rośnie wokół naaaaas. Zaraz, nie. Żadna miłość, przyjaźń — trudno byłoby Ci mnie porwać od mojej pasji. Łatwo byłoby odrzucić twoją propozycję — stwierdziła finalnie, puszczając mu oczko. Zgodnie z prośbą powstrzymała się od pokazania mu języka. Pamiętała. Rozluźnianie atmosfery były jej zadaniem na tej bitwie o wielkie hasło zwane przyjaźnią. Na tym chciała się przede wszystkim skupiać.
Nie próbuję... — mruknęła cicho, odwracając wzrok. Rozpracował ją. Próbowała go sprowokować, a zamiast tego była zmieszana. Głowę zawiesiła, wpatrując się w konie. Co gorsze, ona mu ufała i nie zastanawiała się nad jego intencjami. W dłoni wciąć dzierżyła błękitnego stanleya. Schyliła się do słomki, by upić odrobinę tej piekielnie dobrej kawy. Okej, dobra. Smakowała burżujstwem. W ten sposób smakował Charlie? Ivy Harrison, o czym ty do cholery myślisz? Ten uśmiech sprawiał, że łamała się. Zadziorny, pewny siebie. Jakby nie byli zajęci, już dawno rzuciliby się na siebie. Ona to wiedziała, on też. Ich bomba tykała coraz głośniej, czekając na wielki wybuch.
Nie potrafiła ukryć ciekawskiego wzroku, kiedy zaczął się przy niej rozbierać. Aż przejechała dłonią po twarzy. Sama zdjęłaby mu płaszcz, rozluźniła krawat, podwinęła rękawy tej bajecznie drogiej koszuli z miliona alpak. Tak wyglądało spełnienie jej marzeń? Była niczym zamknięta w klatce papuga, czekająca na najbardziej soczysty owoc. Owocem był Charlie. Najbardziej ognistym, jaki znała. Mimowolnie zlustrowała poluzowany krawat. Tylko wtedy... przypomniała sobie o jednym. KONIKI! One były teraz ważne, Charlie zabrał je tu dla nich.
Skinęła głową. Skupiła się na koniu. Tylko nie na tym mustangu chciała się skupić. Myśli coraz bardziej zaczynały się jej rozdwajać. To tylko spotkanie w szpitalu, kolacja w maku, winda, odrzucenie, pożar, a później ciasteczka... W ich relacji nie mogło być nic magicznego. Próbowała to sobie wmówić, uprościć własny tok myślenia, ale coraz bardziej się w tym gubiła. Niby cieszyła się z głaskania konia, ale czuła, jak jej własne ciało zaczyna ją zdradzać, a każda komórka wręcz krzyczy na całego: bierz mnie! Tylko nie mogła. Miał narzeczoną, ona chłopaka i zgodzili się na przyjaźń. Tym bardziej nie rozumiała, czemu te słowa jej się wymsknęły z ust.
A on wziął. Cała się spięła i nie spojrzała w jego oczy. Jego bliskość ją obezwładniała na każdy, możliwy sposób. Nie mogła tego wytłumaczyć racjonalnie. Wystarczyło unieść delikatnie głowę, by mogła zajrzeć mu do brązowych oczu. Tęskniła za nimi, ale równie mocno się nich bała. Wpatrywała się w ten rozluźniony krawat, jakby miał zostać jedynym punktem w całym świecie. Próbowała wyrzucić z głowy zapach jego perfum, ciepło jego ciała. Wtedy zdradziłaby samą siebie, a ich relacja... by wybuchła, jak ta bomba. Chciała coś powiedzieć. Tylko coś ugrzęzło w jej gardle, kiedy poczuła jego oddech. Zadrżała. Wiedziała, że już przepadła.
Charlie — zaczęła nerwowym głosem, kiedy rozpinał jej płaszcz. Rzucił na nią jakieś zaklęcie. Zamiast się odsunąć, zrobiła wręcz przeciwnie. Przesunęła się jeszcze bliżej — Tak, bardzo duszno — powtórzyła, czując jak jej głowa staje się z każdą sekundą coraz bardziej pusta. Kapusta głowa pusta to mnie rozbierz, Charlie — powiedziała, unosząc głowę. Była cała czerwona. Dawno nie miała tak wielkich rumieńców. Szybko zdała sobie sprawę, co tak właściwie powiedziała — znaczy zdejmij mi płaszcz — znów próbowała rozładować atmosferę. Tylko sama się jej poddawała. Poddała się. Ta przyjaźń nie miała sensu. Tonący chwyci się wszystkiego, prawda? Nie była już w stanie patrzeć na jego oczy, liczyły się tylko jego usta. Jej wargi delikatnie się rozchyliły, a finalnie odchrząknęła. PRZYJAŹŃ IVY.
Gdzie mogę odłożyć... — zmiana tematu zawsze działała — kubek od Ciebie? — to zadziała, prawda? Prawda? Tylko jej wzrok z kubka znowu wrócił na jego usta. Cholera. Był zbyt blisko niej. Wręcz czuła, jak serce galopuje jej szybko, kiedy był przy niej. Oddech niebezpiecznie przyśpieszył. Prosiła się o kłopoty, ale nic nie była w stanie zrobić.
ODPOWIEDZ

Wróć do „⋆ Po Kanadzie”